Śledź nas na:
All Posts By

pierwsze-kroki

Blog - archiwum Zdrowie - archiwum

Jak udaje mi się nie zwariować mając tyle obowiązków każdego dnia?

8 czerwca 2018

Dostaję ostatnio bardzo dużo pytań, jak udaje mi się to wszystko ogarniać. Rodzina, dom, praca, studia, pies i wiele innych rzecz które wynikają po drodze. A do tego, ciągle chce więcej. Mam marzenia, ambicje, plany i każdy stopniowo realizuję. Codziennie wykorzystuje dzień tak bardzo jak się da. Od rana przedszkole, praca, dom, wyjścia z psem i odrobina nauki. Po przedszkolu szybki obiad i uciekamy na dwór. Każdego dnia kilka godzin jesteśmy na dworze, zgodnie z zasadą że lepiej być tam – bo dobra zabawa jest lepsza od telewizora czy książek. To nadrabiamy wieczorem, bądź podczas deszczu – i nie uważam by moje dzieci miały jakieś większe braki przez takie myślenie. 

Każde dzień wgląda podobnie..

Codziennie pobudka o tej samej godzinie. Wyjście do przedszkola, szybkie zakupy jak są potrzebne i do domu, a tam pod drzwiami ze smyczą w pysku czeka pies. 20-minutowy spacer i wtedy mam czas na śniadanie. To jest pierwszy etap dnia w którym nie zobaczysz u mnie pośpiechu. Zawsze jem je w spokoju, zazwyczaj 3 jajka sadzone z pomidorkami koktajlowi i kubkiem gorącej latte którą pokochałam odkąd staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami ekspresu.. a miłość bezgraniczna przyszła gdy kaw zaczęłam zamawiać w firmie Konesso. I musisz mu uwierzyć na słowo – mają najlepsze włoskie kawy, a różnorodność asortymentu sprawi, że i Ty znajdziesz coś dla siebie.

W dalszej kolejności przychodzi czas na dom. Sprzątanie, zmywanie, pranie, gotowanie – to co każda gospodyni domowa zna najlepiej. Mając w domu dwójkę dzieci i szalonego psa sprzątanie każdego dnia zajmuje sporo czasu. Gdy wbija godzina 10, spotkam się z Tobą. Staram się każdego dnia działać na blogu, ustawiać wpis na FB cz nagrać coś na instagramie. Wiadomo, że jestem tak jak Ty tylko człowiekiem, a doba ma nie więcej niż 24 godziny. Bywały dni, zwłaszcza teraz podczas sesji że nie wrobiłam się ze wszystkim. Musiałam wybrać co jest ważne a co mniej.. czy po powrocie dzieci z przedszkola iść z nimi na dwór czy napisać post – odpowiedź była prosta. Sama wybrałabyś to samo, jestem tego pewna.

 

Pomimo takich dylematów..

Każdego dnia znajdowałam czas dla siebie. Rano, właśnie podczas tego spokojnego śniadania. W środku tygodnia, gdy dzieci były w przedszkolu. Natomiast w weekendy po prostu wstawałam 30 minut wcześniej. Jadłam w spokoju śniadanie popijając w ciszy ulubioną kawę. Jednak to nie wszystko! Mając za sobą cały dzień pełen wrażeń i pracy na pełnych obrotach w godzinach wieczornych byłam kłębkiem nerwów. Jestem przez większość dnia z tym wszystkim sama. Dopiero niedawno Daniel zaczął wracać do domu o 18:30, co dla niektórych i tak jest późną godziną. Wiem że umiesz sobie wyobrazić dokładnie to, co czułam. Dlatego musiałam w całym tym naszym zakręconym dniu odszukać kolejne 30 minut cisz i spokoju. Dlatego teraz nie mam wrzutów sumienia że wysyłam dzieci do pokoju z poleceniem odrabiania zadań domowych, bądź z białą kartką i kredkami. Robią to sami, bez mojej pomocy. Jednak wcześniej przeczytam Antkowi każde polecenie by wiedział o co chodzi. Wchodzę, nie ma mnie – zajmijcie się sobą.

A mama zajmie się..

..Relaksem. Tak, gdy oni próbują coś fajnego tam stworzyć, ja uciekam do kuchni. Siadam na moim ukochanym miejscu, na blacie i celebruję chwilę ciszy. Bardzo często towarzyszy mi wtedy kawałek ulubionej słodyczy i kubek kawy. Włoska kawa i 30 minut bez rozmów, kłótni i potrzeb dzieci to naprawdę szczyt moich marzeń. To właśnie te momenty powodują że potrafię normalnie funkcjonować każdego dnia. Pomimo braku czasu, zmęczenia i frustracji że nie wyrabiam się ze wszystkim na czas i mogłabym lepiej coś zrobić – olewam to. Siadam z kubkiem kawy i nie robię nic, wyłączę umysł i odpoczywam. Może właśnie dzięki temu, że nigdy nie zapominam o zakupach najlepszych kaw z Konesso udaje mi się jakoś funkcjonować i całą moja rodzina jeszcze fajnie funkcjonuje. Tak, jestem pewna że właśnie w tym tkwi cały sekret mojego ogarniania wszystkich obowiązków, dlatego się z Tobą nim dzielę.

Dla Ciebie też bardzo ważny jest taki odpoczynek w ciągu dnia i włączenie umysłu? 
A może od jutra spróbujesz i każdego dnia razem będziemy celebrował nasze chwile? 

 

Blog - archiwum

Bo mama to przede wszystkim też kobieta..

7 czerwca 2018

Pamiętam swoje początki macierzyństwa. Przez długi czas bardzo skupiłam się na dzieciach zupełnie zapominając o sobie. Chciałam by nie odczuli łączenia roli mamy i taty w jednej osobie. Przestałam zwracać uwagę na swoje potrzeby, na to jak wyglądam i jak się czuję. Nadszedł jednak dzień, w którym zrozumiałam, że jeśli sama nie będę szczęśliwa, nie dam również szczęścia mojej rodzinie. Do zmiany myślenia przyczynił się mój przyszły mąż, ale całą resztę zrobiłam sama. Co się zmieniło w moim życiu? 

Jeden dzień..

Gdy to wszystko się zaczęło, pierwsze motyle w brzuchu, pierwsze pocałunki i wyznanie uczuć – odżyłam. Z niecierpliwością czekałam na kolejne spotkanie. Do każdej naszej wspólnej, gdzieś ukradzionej godziny szykowałam się znacznie dłużej niż na spacer z dziećmi. Chciałam tego. Nie dla mężczyzny, bo on mógł w każdej chwili się odwrócić i odejść. Ja po prostu potrzebowałam takiego impulsu by zrozumieć pewnie rzeczy, by od nowa poukładać sobie w głowie priorytety.

W dalszym ciągu na szczycie są dzieci. Moja rodzina.
Jednak teraz nie ma przepaści. Jestem ja. Moja dusza, ciało, potrzeba samorealizacji i spełnienia. Poczułam że dbanie o swoje potrzeby wyjdzie na dobre nie tylko mi, ale także mojej rodzinie. Dlatego podjęłam studia marzeń, wychodzę sama z domu, dbam o swoje ciało. Poczułam większą chęć podobania się nie tylko sobie, ale też innym. Zaczęłam się malować, zakładać normalnie ubrania a nie takie zmęczone macierzyństwem. A do tego wszystkiego..

Zaczęłam dbać o to, co jest gołym okiem niewidoczne..

Kiedyś kupowałam bieliznę w osiedlowych sklepikach, kompletnie nie zastanawiając się nad tym czy będzie dobra – ważne by nie była za mała, by mnie nic nie dusiło. Gdy zaczęłam zagłębiać się temat i kupiłam pierwszy idealnie dobrany biustonosz przez brafitterke, już nigdy nie wróciłam do swoich starych przyzwyczajeń. Mój biust, po dwóch ciążach i po jednym długim (jak na Polskie standardy) karmieniu piersią w idealnie dobranym staniku wgląda skromnie mówiąc – fenomenalnie. Nic nie odstaje, nic nie uciska, piersi są idealnie wyeksponowane. Poza tym, nosząc dobrze dobraną bieliznę poprawiamy wgląd swojego ciała.

Aktualnie jestem wierna firmie  Mat Lingerie, właścicielowi sklepu internetowemu tiffanie.pl, Mają ogromną ofertę, bardzo korzystną cenowo. Mam wrażenie że przez prezentowaną różnorodność każdy znajdzie tam coś dla siebie. Przepiękne wzory, bardzo duży zakres rozmiarów. Jeśli ktoś ma problem z doborem odpowiedniego, można skontaktować się z firmą i za moment otrzymamy fachową pomoc. Nie ma też problemu ze zwrotem bielizny, jeśli nie trafi się z rozmiarem – mamy na to aż 30 dni!

Ja na zdjęciach jest biustonosz Braletka Czarny Glow, a w komplecie do niego majtki brazliany czarne glow. Jestem w tym komplecie zakochana. Idealnie podkreśla wszystkie moje atuty a ukrywa kompleksy jakimi są rozstępy na podbrzuszu. Najważniejsze dla mnie jest to, że ja czuję się w niej pięknie, mój przyszły mąż twierdzi tak samo. Piękna bielizna dodaje kobiecie odwagi, poprawia samoocenę i.. no same powiedźcie, czy to nie sukces że pomimo dwóch ciąż, rozstępów, kilku kilogramów na plusie podobam się sobie w bieliźnie? Piękna, dobrze dobrana zawsze podkreśli atut kobiet. 

Czarna, bardzo delikatna, uniwersalna bielizna to idealna propozycja dla wymagających kobiet. Zarówno biustonosz jak i majtki w całości wykonane są z koronki, przez co są niesamowicie kuszące. Uwydatniają każde wdzięki, zwłaszcza połączone z głębszym dekoltem. Budowa biustonosza, w kształcie liter „V” daje poczucie pewności, że będzie on niewidoczny gdy tego oczekujemy. Zdecydowanie jest to komplet który znajdzie swoje zastosowanie na co dzień, jak i podczas romantycznych wieczorów.

 

Blog - archiwum Podróże - archiwum

Wybieramy auto rodzinne – na co zwrócić uwagę.

6 czerwca 2018

Mamy z Danielem bardzo podobne plany, marzenia. Jednak są takie kwestie które nas dzielą. Są u nas takie tematy, które poruszane zawsze kończą się kłótnią. Ja jestem optymistką która w wielu sytuacjach widzi pozytywne aspekty. Potrafię żyć marzeniami cały czas, jednocześnie dążąc do nich każdego dnia coraz bardziej. Dani natomiast jest strasznym realistą, który zahacza o taki pesymizm czasem. On nie rozumie jak w rok można osiągnąć tyle, ile sobie zaplanujemy. Tym bardziej, że moje (nasze, jednak Dani daje im więcej czasu niż ja) są dużymi marzeniami. Których realizacja będzie nas słono kosztowała. 

Jedną z tych spornych kwestii jest temat auta.

Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że w tym temacie on jest naszym mózgiem. On patrzy na wnętrze, ja patrze na wygląd. Jest mechanikiem, każdego dnia ratuje kogoś samochód. Nawet w weekend, gdy mógłby odpocząć stara się pomóc komuś bliskiemu. Mama, brat, moi rodzice.. celowo nie wymieniłam naszego – bo na ten nigdy nie ma czasu. Szewc w dziurawych butach chodzi. Mamy dwa auta, każde ma wady ale oba są potrzebne. Jeden by dojechać do pracy, drugi stoi większość czasu – ale jest zbawieniem podczas deszczu, czy kolejnego wyjazdu do pulmonologa 40 km od domu. Jedno lepsze drugie gorsze, chociaż oba w tym samym wieku. W jednego nie trzeba inwestować, bo (odpukać!) poza standardowymi wymianami jakie trzeba zrobić nie daje naszym portfelom odczuć swojej obecności. Natomiast to drugie.. nie oszukujmy się, ale ja się boje nim jeździć. Ciągle coś wskakuje. Jak nie sprzęgło, to szyba. Jak nie szyba, to klimatyzacja. Raz nawet pojechałam na kawę do koleżanki z dziećmi i nie mogłam wrócić bo powietrze mi z koła zeszło. Okazało się że to czujnik który pokazuje mi czy koła mają odpowiednią ilość powietrza się zepsuł i spowodował jego wyciek. Paradoks prawda?

Dlatego czekają nas zmiany.

Czekamy na październik. Odliczamy już dni do naszego ślubu i wymieniamy auto. Chcemy by nas nie zawodziło na każdym kroku, by było bezpieczne, ładne i.. duże. Bo na pewno któregoś dnia podejmiemy decyzję o kolejnym dziecku. Daniel może by mógł zmienić je wtedy, jednak ja się bardzo przywiązuje do samochodów którym ufam i nie umiałabym po roku, dwóch sprzedać. Być może za dwa lata, gdy uda się otworzyć działalność gospodarczą, po prostu całkowicie zrezygnujemy z drugiego auta – dlatego bardzo nam zależy na tym, by teraz mieć coś co spełni nasze wszystkie oczekiwania.

Na czym na zależy najbardziej?

  1. Na bezpieczeństwie – nie ma co tu kryć, statystyki są okropne. Poruszanie się autem po drodze nie należy do najbezpieczniejszych rzeczy na świecie. Zależy mi na tym, by samochód którym się poruszamy był wyposażony we wszystko co najlepsze.

  2. Na niezawodności – kiedyś miałam takie auto, które potrafiło mnie zaskoczyć. Tydzień nie odpalało, a później tydzień jeździło. Jak ja wsiadałam – nie jechał. Jak wsiadał mój tata – odpalał ZAWSZE! Chcemy samochód który nie będzie taka ruletką i pozwoli nam spokojnie funkcjonować. Bez wieczornych rozmów „Sprawdź mi rano cz odpali, bo muszę jechać do lekarza”. Staramy się dużo wyjeżdżać ostatnio, gdzieś blisko nas.. a do domu chcemy wrócić na kołach naszego auta – nie na lawecie. Na szczęście Dani pracuje w takim miejscu i wie, co najczęściej i z jakich powodów tam się pojawia. Wiemy czego unikać.

  3. Na wygodzie – małe auta mnie przerażają. Mam wrażenie że po pierwsze są strasznie niebezpieczne, bo zgniotą się jak puszka w starciu z tym co jeździ po naszych drogach. Teraz mamy dwa duże auta i nie wyobrażam sobie tego zmieniać. Podróż to ma być przyjemność, a nie upychanie toreb pod nogi, bo niestety w bagażniku zabrakło miejsca.

  4. Na wyglądzie – ten podpunkt tyczy się głównie mnie. Daniel by wymienił wszystkie sportowe, stare auta. Jednak mi podobają się duże, nowoczesne, minimalistyczne wykończone w środku.

  5. Dostępność i cena części – Z tym bywa różnie, są marki aut do których części są słabo dostępne a jak już jakaś się znajdzie to cena zwala z nóg. Przykład z wczoraj, wraca Daniel z pracy i opowiada mi o hamulcach w jednym aucie. Pan skarżył się że bardzo piszczą, zepsuła się jedna część której nigdzie nie było, tylko w ASO – koszt 5 tysięcy! Na szczęście po rozkręceniu, udało się to zregenerować, ale gdyby nie? No własnie, ten aspekt też jest ważny.

  6. Tani w eksploatacji – bardzo dużo jeździmy autem. Miesięcznie Dani na paliwo wydaje ok 800 zł, plus wyjazdy poza pracę. Chcemy coś, co mimo swojej wielkości będzie mało paliło i emitowało małą ilość spalin.

Nasz wybór..

Teraz stawiamy na coś nowego, co posłuży nam długi czas. Mamy masę planów o których jeszcze nie mogę tu napisać, bo czytają nas nasi znajomi i rodzina. Jednak teraz niezwykle ważny będzie dla nas odpowiedni samochód. I szczerze zastanawiamy się nad Volvo XC90 TUTAJ macie link do tego samochodu. Tym bardziej teraz, gdy można oszczędzić na zakupie naprawdę sporą kwotę.

Naszym zdaniem i kierując się tym na czym NAM zależy, ten model spełnia wszystkie oczekiwania. Jest piękny! Podoba się nam obu, co jest już sporym wyczynem. Jest bezpieczny, bardzo wygodny. Według opinii Daniela – pięknie się prowadzi. Z dodatków które ułatwią każdej kobiecie życie zainteresowała mnie kamera 360 stopni. Teraz mam tylko czujniki, które ratują mnie nie raz. Myślę że mniej otarć by było na pewno. Tył auta jest naprawdę spory, bagażnik pomieści dosłownie wszystko. Tylne siedzenia są odpowiednie dla osób wyższych – takich jak ja. Mając 175 cm wzrostu, w mikro autach po prostu się nie mieszczę. Volvo jest marką samą w sobie i ich auta nie są na szczycie listy pt „awaryjność”. Części są łatwo dostępne i z opisu Daniela – fajnie się je naprawia. Wszystko jest bardzo przemyślane i spójne. Dla mnie dużym plusem jest też to, że auto można kupić w opcji 7-osobowej. Ostatni rząd siedzeń jest komfortowy dla osób poniżej 170 cm wzrostu – czyli dla dzieci. Gdy nie będą używane można je łatwo złożyć.

Co myślisz o naszym wyborze? My jesteśmy zakochani!

Blog - archiwum

Najlepszy sposób na kolekcjonowanie wspomnień

30 maja 2018

Wiesz co jest dla mnie najgorsze? Takie sytuacje na które nie mam najmniejszego wpływu. Coś co dzieje się nagle, bez mojej wiedzy, zgody i aprobaty. Są to okoliczności które na moment wywracają mój już dość fajnie poukładany schemat życia i nie pozwalają wrócić na dobre tory przez nawet dłuższy okres czasu. Jako osoba która w swoim kalendarzu ma zapisane wszystko, dosłownie wszystko – nawet, to że w planie dnia musi uwzględnić wyjście z psem- jestem wtedy załamana. Coś co planowałam nie uda się i trzeba szukać nowych sposobów.

Tak jak teraz..

Ten post piszę do Ciebie z komputera mojego przeszłego męża. Nie ma on nawet Worda! Gdy patrzę na klawiaturę to chce mi się płakać, ale pisze. Bo wiem że czekasz i wiem, że przez ten czas jak mnie nie było nazbierało się sporo zaległości. Ale wracam, nawet na tym komputerze niezdolnym do pracy. Jednak nie to jest najgorsze. Łzy wylewam każdego dnia, gdy przypominam sobie o tym, że nie odzyskam już mojego starego laptopa. Nie dlatego że się w jakiś sposób z nim związałam. Nie, raczej nie przywiązuję się do rzeczy martwych i nie pałam do nich miłością większą niż ta która występuje u normalnego człowieka. Sprzęt jak sprzęt – to coś, co może się zepsuć mechanicznie. Mój jednak postanowił się zbuntować i windows dostępny na nim padł, Fakt, był u mnie blisko 5 lat. Kawał czasu prawda? Jednak przez ten okres udało mi się na nim zebrać pokaźną ilość swoich danych.

Wszystko skasowane..

Prze pięć lat zbierałam na nim wszystko co było dla mnie ważne. Zaczynając od wszystkiego, co jest mi niezbędne do prowadzenia bloga, przez projekty zaproszeń na nasz ślub i wszystkie notatki na studia, kończąc na zdjęciach. Mój błąd pierwszy był taki, że nie zgrywałam tego na zewnętrzne dyski. Jednak wiesz jak to jest.. Dobra dziś już mi się nie chce, jak zrobię to jutro nic się nie stanie. Każdego dnia zwlekałam, do czasu aż system padł i zostałam z niczym. Każde zdjęcie moich dzieci zrobione na przełomie 5 lat zostało usunięte. Zostało to czego nie zdążyłam zgrać jeszcze z telefonu i aparatu.

Dlatego od dziś to zmieniam..

Komputer można kupić już za fajną kwotę. Nie płaczę nad sprzętem, chociaż nie ukrywam że każdego dnia brakuje mi go do pracy. Mimo wszystko, najbardziej jest mi żal tych zdjęć. Każde nasze uwiecznione wspomnienie przepadło. Cała masa zdjęć bezpowrotnie została skasowana i jedyne co nam zostało – to wspomnienia w naszych głowach. Jednak wiesz jak z nimi jest. Pamięć bywa ulotna, za jakiś czas zapomnimy o niektórych małych epizodach z życia naszych dzieci – a oglądając stare fotki sobie o nich przypominamy. Wracają emocje które wtedy czuliśmy i mimowolnie pojawia się uśmiech na twarzy.

Zdjęcia mają w sobie magię..

Uwielbiam chodzić do mojej babci i oglądać te wszystkie zdjęcia z jej lat młodości, później z mojego dzieciństwa i czasów nastoletnich. Pamiętam jak na komunię dostałam aparat, taki na klisze. Gdy do obiegu weszły cyfrówki, mój stary aparat podarowałam babci, która namiętnie wszędzie go ze sobą zabierała. Uroki tych aparatów były takie, że chcąc zobaczyć te zdjęcia musiałaś je wywołać. To był zdecydowany plus, bo teraz nam się nie chce tego robić. Zdjęcia podglądamy już na aparacie, później wrzucamy na komputer i wybieramy najlepsze. Ja to robiłam tak długo i co? Zostałam z niczym.

Nowy komputer nowe postanowienia..

Postanowiliśmy ostatnio wspólnie, że wraz z nowym komputerem będziemy wywoływać WSZYSTKIE zdjęcia. Będzie ich cała masa, nie ma to znaczenia. Śmieszne miny, złe pozycje, nie retuszowane zdjęcia. Chcemy by to wszystko zostało z nami na zawsze dlatego taka decyzja. W niedalekiej przyszłości chcemy mieć dom, a w nim biuro. W nim może stać wieli regał który pomieści te wszystkie albumy. Jednak pojawił się kolejny znak zapytania. Gdzie wywoływać? Skoro ma to być aż tak duża ilość zdjęć, nie ukrywam że zależy nam na cenie tej usługi. Im taniej (a przy okazji dobrze) – tym lepiej. Znalazłam stronę która ma chyba najbardziej konkurencyjne ceny – 15 groszy za sztukę zdjęcia kodak! Mało tego przeglądając stronkę trafiłam na masę innych produktów zaczynając od fotoobrazów, kończąc na kubkach czy misiach – fajnych jako prezent dla bliskich nam osób. Ta stronka to FOTO 4 U na którą serdecznie Cię zapraszam, bo naprawdę warto. Wszystko odbywa się online – odbitki cyfrowe zamawiamy przez Internet. Nie trzeba nigdzie wychodzić a zdjęcia przyjadą prosto pod nasze drzwi. Kolejny plus dla osób zapracowanych czy mało mobilnych.

W jednym miejscu znajdujemy odbitki cyfrowe, zamawiane przez Internet, tanie i świetnej jakości.

 

 

*Sponsorem wpisu jest firma Foto4u
Blog - archiwum Dom - archiwum

Nasze sposoby na drobne oszczędności.

17 maja 2018

Mamy z Danielem wielkie marzenia. Nie będę tutaj o nich pisała bo nie o tym będzie ten post. Ważne jest to, że biegniemy razem w jednym kierunku już blisko trzy lata, każdego dnia razem. Jednak od niedawna zaczynamy sukcesywnie powoli realizować to, co planowaliśmy zrobić w ciągu najbliższych kilkunastu lat.

Czy nam się udaje?

Nasz ślub odbędzie się 20 października 2018 roku. Te osoby, które organizowały imprezę dla blisko 100 osób wiedzą, o jakich kwotach mówimy. Koszt tego przyjęcia to jedno bardzo fajne auto, działka budowlana w naszej okolicy o powierzchni ok 800m2, kompleksowy remont całej naszej kuchni czy łazienki.. mam nadzieję że wiesz o co mi chodzi. Wesele organizujemy sami. Bez pomocy finansowej rodziców. Poza tym musimy jeszcze każdego dnia funkcjonować. Opłacić wszystkie rachunki, kupić jedzenie czy najzwyczajniej w świecie zabrać dzieci na wycieczkę. Dlatego każdego dnia szukamy możliwości do tego, by zaoszczędzić kilka złotych.

Jak działamy?

Każdego miesiąca w pierwszej kolejności opłacam rachunki, następnie odkładam pieniądze które będą na paliwo by Dani miał jak dojechać do pracy. Uwzględniam wszystkie zaplanowane większe wydatki, tak jak w tym miesiącu komunia bliźniaczek z Daniela strony. Całą pozostałą gotówkę odkładam na bok i wiem, że choćby się waliło i paliło nic więcej nie mamy i trzeba dać sobie radę. Natomiast wszystkie pieniążki które zarobię ja, odkładane są na konto oszczędnościowe i dla nas nie istnieją. Te pieniądze są właśnie na nasze marzenia.

Zakupy zawsze robimy raz w tygodniu. Przeglądam gazetki reklamowe i kupuje to, co aktualnie jest w korzystnej cenie i będzie na 100% wykorzystane w tygodniu. Na bieżąco kupuje tylko pieczywo, owoce i warzywa. Dlatego średnio w tygodniu teraz wydajemy około 200zł na jedzenie i chemię do domu. Każdego dnia staram się rozsądnie podchodzić do otaczających mnie z każdej strony pokus. Chodzimy z dziećmi na lody, na soczek po przedszkolu jednak staramy się to wyważyć.

Nauczyłam się docierać do celu pociągiem, pieszo bądź na rowerze. Przemieszczanie się autem ograniczyłam do zupełnego minimum jak wyjazdy raz w miesiącu do Leszna, do pulmonologa z Antkiem czy odbieraniu z przedszkola gdy mocno pada deszcz. Mam to szczęście że legitymacja studencka uwzględnia mi jeszcze zniżkę na przejazdy PKP czy komunikacją miejską w Poznaniu, dlatego wyjazdy co dwa tygodnie do szkoły są tańsze.

Wyprzedaje na naszym Facebooku na bieżąco to, co nam już nie jest potrzebne i tym sposobem mam pieniądze na nowości. Za każdą złotówkę jaką uda mi się „zarobić”  kupuje dzieciom nową bluzkę czy spodnie. Nie czuje większych strat i mam przy okazji miejsce w szafie, a kiedyś obiecałam sobie że NIGDY nie będę taką zbieraczką niepotrzebnych rzeczy.

Co jeszcze robimy?

Zakupy online u nas sprawdzają się zawsze. Jest znacznie taniej niż w sklepach stacjonarnych i zdecydowanie wygodniej i szybciej. Produkty dla naszego psa, ubrania czy sprzęt RTV kupujemy już tylko przez Internet. Mało tego! Od pewnego czasu korzystamy z klubu zakupowego Tipli która działa na zasadzie cashbacku. Wchodząc na tą stronę mam wrażenie że jestem w wielkim centrum handlowym. Jest tam taka ilość sklepów, której powstydziły by się inne miejsca w sieci. Mamy tam całą masę kodów zniżkowych czy kodów rabatowych.

W ofercie Tipli mamy całą masę sklepów z których na co dzień korzystamy. W ofercie jest ponad 1500 sklepów! Aliexpress od którego masa ludzi jest uzależniona – pomyśl tylko że za każdym razem, gdy robisz zakupy na Ali dostajesz zwrot do 10%. Kolejnym przez nas uwielbianym sklepem jest zooplus, z którego co miesiąc zamawiamy paczkę dla naszego psiaka. Teraz co miesiąc wpływa na nasze konto do 2% z tych zakupów. Mało? Pomyśl że mogłabyś nie mieć NIC, tym bardziej że korzystanie z Tipli jest darmowe, wystarczy się zarejestrować i zrobić zakupy. Lista dostępnych sklepów jest TUTAJ. Wystarczy przejść na stronę sklepu przez stronę Tipli a zwrot zostanie przelany na nasze konto w serwisie. W każdej chwili możecie przelać pieniądze z cashbacku na swoje konto.

Opowiem Ci tu szybko jak to działa..

Chcąc zamówić sobie nową torebkę na Aliexpress za 100zł, wchodzę na stronę Tipli i szukam sklepu. Klub zakupowy Tipli przekierowuje mnie na odpowiednią stronkę a ja robię zakupy tak jak zawsze. Dodaję produkt do koszyka i za niego płacę. Po pewnym czasie dostaję wiadomość że 10zł jest na moim koncie Tipli. W każdej chwili mogę przelać je na jakiekolwiek konto! Prawda że nie ma w tym nic trudnego?

 

Blog - archiwum Główna - archiwum Testujemy

Idealne rozwiązanie dla nas, by móc komunikować się z dzieckiem

30 kwietnia 2018

Osoby które mają ze mną jakikolwiek kontakt realny doskonale wiedzą że jakaś specjalnie za nowoczesną technologią nie jestem. Młodzi oglądają bajki, gdy potrzebują chwili wytchnienia. Bardzo często lecą one u nas w tle, jednak oni siedzą przy wykreślaniach bądź w zupełnie innym pokoju. Wygląda to zupełnie tak, jak dzieci pójdą spać a Ty nadal siedzisz przed kanałem z kreskówkami. To jest ich praktycznie jedyny kontakt ze sprzętem.

Więcej

Blog - archiwum

Kiedy jest dobry czas na dziecko?

23 kwietnia 2018
  1. Niedawno skończyliśmy kursy przygotowujące nas do bycia małżeństwem, kilka spotkań z których w sumie za dużo nie wynieśliśmy. Raczej oboje wróciliśmy do domu z lekkim niesmakiem, który trzyma się nas do dziś. W drugiej kolejności musieliśmy odbyć zajęcia w poradni małżeńskiej i to właśnie dziś będzie punkt zaczepienia. Trzy spotkania, dwa pierwsze trwały około 60 minut, ostatnie było podsumowaniem spotkań już sam na sam z prowadzącą. 

Dlaczego post o tym?

Napiszę Ci najpierw co robiliśmy na tych zajęciach, tak będzie Ci łatwiej zrozumieć o co mi chodzi. Nie każda z osób która wchodzi na nasz blog w nich uczestniczyła dlatego w skrócie postaram się napisać. Podczas zajęć w poradni małżeńskiej rozmawialiśmy głównie o naturalnych metodach planowania rodziny. To akurat nie jest nic nadzwyczajnego, zdanie kościoła katolickiego w tej kwestii jest jednoznaczne i liczyliśmy się z czymś takim. Mimo wszystko jednak ruszyły mnie trochę te spotkania, być może dlatego że trafiliśmy naprawdę na bardzo fajną i profesjonalną osobę która je prowadziła. Nie krytykowała, wysłuchała, wyjaśniła – takiej dużej ilości miłych słów od obcej osoby nie usłyszeliśmy dawno, w sumie nawet nigdy. Swój temat musiała poruszyć, a my musieliśmy na nim być by otrzymać stosowny dokument nawet jeśli z tymi metodami nie do końca się zgadzamy. Chociaż nie mam zamiaru korzystać z tej metody, szanuję osoby które dzielnie notują każdego dnia swoje objawy i bez aptecznych zabezpieczeń naturalnie planują poczęcie dziecka.

Nie o tym jednak jest post…

Te dwa pierwsze spotkania odbywały się w większych grupach, nie mam pojęcia ile było na nich par. Siedem, osiem czy dziesięć? Oglądaliśmy pokaz slajdów i sami uczyliśmy się wypełniać kalendarz planowania rodziny. Nie powiem by wychodziło mi to dobrze, po co mam kłamać. Nie skupiałam się na tym wystarczająco dobrze, bo wiedziałam że ta metoda po prostu nie zda u nas egzaminu. Nie ufam sobie, nie znam na tyle własnego ciała by odpowiednio interpretować wyniki. Mimo wszystko zadanie domowe dostaliśmy, trzeba było sprawdzać każdego dnia temperaturę ciała i upławy. Odpowiedź na pytanie „odrobiłaś zadanie?” doskonale znasz. Rano w dzień spotkania szybko uzupełniłam kartkę według wzoru w internecie. Na indywidualne spotkanie poszliśmy..

Tam było intymniej. Mogliśmy więcej się dowiedzieć, ale to działało w dwie strony. Pani dowiedziała się też więcej o nas. Przede wszystkim dowiedziała się że są dzieci. Chociaż u nas nic nie było robione „po kolei” w jej wzroku nie było ani grama krytyki. Było zrozumienie i być może nawet trochę radości. Pytała o imiona, wiek.. czy są szczęśliwe, czy my tworząc taką rodzinę jesteśmy szczęśliwi. Jednak padło jeszcze to pytanie które zatkało i mnie i Daniela. Naprawdę to była jedyna chwila podczas naszego spotkania, gdy czułam się tak niezręcznie. Takiej ciszy, a później jąkania i próbowania odpowiedzieć na pytanie nie słyszałam jeszcze chyba nigdy…

A chcecie jeszcze mieć dziecko?

To pytanie było dla nas tak trudne. Niby każdy się spodziewał że ono padnie, jednak nie do końca przemyśleliśmy odpowiedź. Ja jestem osobą, która na 99% pytań ma gotową odpowiedź. Najczęściej zawierającą dużą dawkę ironii – ale jednak ona jest. Tu mnie zatkało. Bo u nas sprawa wygląda tak, że ja nie chce – a Daniel chce, bardzo. Oczywiście nie teraz, bo oboje mamy jeszcze kilka spraw do uporządkowania. Mamy plany które musimy zrealizować zanim by się to mogło wydarzyć – jednak.. sprawa nadal wygląda tak że ja nie chce, a on chce. Czasem nachodzi mi taka myśl, a może? Mówię wtedy Danielowi „Dobra kochanie, zróbmy sobie tego dzidziusia”. Ale po tygodniu gdy chce zadzwonić do lekarza by wyjął mi spiralę, nie robię tego. Panikuję i nie umawiam się na wizytę.

Mam wyrzuty sumienia. Że tak pochopnie rzucam słowa na wiatr. Jednego dnia mówię tak, daję nadzieję – a kolejnego zaprzeczam sama wszystkiemu. Bo z jednej strony zdanie moje znasz, a z drugiej strony wiem że on też by chciał przeżyć to wszystko, że zasługuje na to. Będzie (i jest!) dobrym tatą, ale czy ja w tym wszystkim będę potrafiła się odnaleźć i nie zwariować? Już teraz jest ciężko. Dwójka dzieci, pies syfiara, dom na głowie, praca do późna, szkoła i blog (który traktuję już jak pracę).

Teraz podchodzę do wszystkiego z większym rozsądkiem niż wcześniej..

Zastanawiam się, czy finansowo nie będzie problemu by zapewnić całej trójce takich warunków na jakie zasługują? Bo teraz może być dobrze, nawet bardzo – ale nie wiem czy za rok nie stracimy wszystkiego. Samą miłością dzieci nie nakarmimy, nie ubierzemy i nie wykształcimy. Czy nasze mieszkanie nie będzie za małe? Chociaż to 80 m, jednak tak nieustawne, że za nic w świecie nie uda się stworzyć 4 sypialni, kuchni, salonu i łazienki. Dlaczego 4? Bo moim zdaniem dzieci powinny mieć swoje pokoje (zwłaszcza nastolatek). Jestem egoistką i też chce mieć swój kąt, a nie grzać łózko w salonie na kanapie – lepszy sen ma się w miejscu do tego przystosowanym. Dlatego w najlepszym razie 4.. bo o większej ilości dzieci nawet nie chcę myśleć.
A co jak dziecko będzie chore? Broń Boże nie usunę maleństwa, nawet jakbym takie prawo miała. Mimo wszystko, takiego malucha trzeba wychować, trzeba się nim zajmować cały czas aż do końca swoich dni. Trzeba płacić za drogie leki, operacje czasem jedzenie, opatrunki.. po prostu za to, by to dziecko mogło godnie żyć. Czy my jesteśmy na to gotowi?

Ja wiem że wiercę dziurę w całym..

…szukam takich powodów na „nie” które dla Ciebie może są błahe. Każdemu może zdarzyć się kryzys finansowy, nawet bez dziecka. Inni mają 50 m2 i żyją tam w 5. Jeszcze inni mają chore dzieci i czerpią z życia tyle ile ono daje i chociaż mają chwilę zwątpienia – idą do przodu. Za dużo myślę, za dużo analizuje.. a właśnie jak człowiek chciałby wszystko zrobić najlepiej i tak, by każdemu było dość dobrze – to wychodzi właśnie zupełnie odwrotnie.
Bo Daniel dużo pracuje, musiałabym z dziećmi i tym szalonym psem być sama od 6 rano do nawet 21/22.
Bo musiałabym nosić wózek, pilnować 2 dzieci i być ciągniętą przez psa z 2 piętra bloku bez windy.
Bo mam studia, które chce skończyć w mega fajnej grupie która sobie pomaga i naprawdę się z nią zżyłam.
Bo bierzemy ślub za pół roku, a później zmieniamy auto.. chcemy może kupić działkę i nie będzie pieniędzy.
Bo boję się tego, że dziecko może urodzić się chore – a ja nie jestem gotowa na to.
Bo jest mi teraz strasznie wygodnie, dzieci są już samodzielnie i możemy cieszyć się sobą.

Ale z drugiej strony, wiem że Dani kiedyś by chciał. Mówi że po ślubie, że może jak dom byśmy mieli to bym była bardziej na TAK nastawiona. Mimo wszystko nie chce mnie zmuszać, ale chyba bez tego się nie obejdzie bo jak widzisz szukam ciągle dziury w całym. Dlatego..

 

Odpowiedz mi proszę na pytania:

Kiedy jest ten dobry czas? Kiedy Ty zdecydowałabyś się na to świadomie? 
Założyłaś sobie kiedyś takie cele które chcesz osiągnąć a dopiero później zaczęłaś myśleć o dziecku?
A może decyzja była spontaniczna i od reakcji do akcji minęła chwila?

 

 

Blog - archiwum

Czym zaskoczyć gości weselnych?

19 kwietnia 2018

Nie wiem jakie jest Twoje zdanie w tym temacie, jednak moje jest jasno i dość mocno ukorzenione. Jestem osobą która albo coś lubi, albo nie. Z kimś chce rozmawiać, bądź nie. Moje poglądy są dość mocno zarysowane w jedną stronę i nie uznaję półśrodków. Jeśli chodzi o wesele, każdy ma swoje wizje, swoje pomysły – i ich nie neguję. Tyle ile ludzi na świecie, tyle pomysłów. Natomiast jest jedna kwestia która może być sporna..

Dla kogo jest wesele?

Moim zdaniem sama ceremonia zaślubin jest piękna. Jest kilka sytuacji w życiu ludzi które budzą dużo emocji, jedną z nich jest właśnie zmiana stanu cywilnego. Robi się to (teoretycznie) na całe życie i powinno być mocno przemyślane. Ślub czy to cywilny czy kościelny jest dla małżeństwa najważniejszą częścią tego dnia. To właśnie przed urzędnikiem, bądź księdzem przysięgamy sobie miłość do końca życia. Zapraszamy też gości, z którymi chcemy ten ważny dzień uczcić. Jest rodzina, bliscy znajomi, koledzy z pracy… kogo tylko sobie wymarzymy. Wspierają nas, zachwycają się nami i są świadkami wkraczania na nową drogę życia.

Dlatego moim zdaniem sama ceremonia jest dla pary młodej, ale wesele jest dla gości. Wesela nie robimy dla siebie, tylko dla nich. Mamy wpływ na przebieg całej imprezy, jednak nie powinniśmy rezygnować z czegoś co nam nie pasuje – a im by bardzo odpowiadało. Jestem częścią wielu forum ślubnych. Wiecie że masa dziewczyn pisze tam posty typu:

„Hej dziewczyny, razem z narzeczonym nie pijemy alkoholu, dlatego nie chcemy go na naszym weselu. Byłyście kiedyś na takim? Wszystko było ok? Czy goście fajnie się bawili?”

Podejrzewam że cała masa gości wychodziła do sklepu obok by coś sobie kupić a cała impreza przeniosła się w okolice ławeczki pod salą. Tak jak rozumiem myślenie narzeczonych, tak nie rozumiem jak można komuś narzucać coś z góry. Inny przypadek jaki udało mi się odnaleźć na tych cudownych stronach:

„Nie chcemy zabaw na weselu, są dla nas tandetne, mało śmieszne i sami jesteśmy skrępowani gdy ktoś każe nam je wykonywać. Czy ktoś z nich zrezygnował?”

Kolejny przykład tego, że robimy wesela pod siebie, a nie pod gości jakich zaprosimy. Dlaczego mamy rezygnować z rzeczy które od zawsze są na naszych weselach tylko dlatego że nas krępują. Tak, to Twoje wesele – jednak jest ono dla gości. Konkursy mogą być, jednak to czy ktoś weźmie w nich udział jest już kwestią indywidualną. Zapewniam, że na siłę nikogo nie wyciągną. A na takich przyjęciach zawsze znajdzie się kochany „wujek” który za wszystkich weźmie w nich udział. Tak samo alkohol – ten kto nie chce, nie wypije. Ten kto chce – znajdzie sposób.

Jest masa takich przykładów których MY nie chcemy jednak dla gwarancji fajnej zabawy godzimy się na nie, a właśnie na tym nam zależy prawda? Nasze będzie lekko ograniczone, przez wydatki jakie na nas spadły w tym roku. Mimo wszystko mamy nadzieję że goście będą bawili się świetnie. Poniżej chce pokazać Ci takie „dodatki” do imprezy ślubnej. Niektóre wypada mieć, z innych można zrezygnować. Po cichu Ci powiem że marzyłam o pokazie sztucznych ogni ale odkąd mamy pieska zaczęłam dostrzegać ile stresu kosztuje to zwierzęta – dlatego zrezygnowaliśmy. Dobra, do rzeczy:

  1. Pokaz sztucznych ogni

    Ceny są dość wysokie. Można wykupić pokaz za 1200 zł, jednak jest on mega ubogi, często bez podkładu muzycznego, a nawet jeśli go ma – nie jest zsynchronizowany. My jak oglądaliśmy oferty, najfajniejsze zaczynały się od 3000 zł. Muzyka idealnie pasowała do wystrzałów poszczególnych partii sztucznych ogni. Byliśmy też na weselu które taki pokaz miało i powiem szczerze że wrażenia są – jest moc. Ale po wszystkim, gdy rozmawiałam ze świeżo upieczoną mężatką usłyszałam „wiesz co, szaleństwo było.. ale 3500 zł drugi raz bym nie wydała, zdecydowanie lepiej byśmy na tym wyszli wykupując podróż poślubną do Grecji. Popatrz Tu 3 minuty, tam tydzień” Coś w tym jest. Jednak mimo wszystko, gdy ktoś nie ma ograniczeń finansowych i ma na to ochotę to mogę Cię zapewnić że goście będą zachwyceni. Dodam jeszcze na sam koniec, profesjonalna firma zajmująca się takimi pokazami załatwia też wszystkie formalności z tym związane – chodzi mi np. o zgłoszenie tego odpowiednim organom.

  2. Fotobudka

    Ta opcja jest bardzo fajna by stworzyć niepowtarzalną księgę gości. Zazwyczaj fotobudki mają w swojej ofercie taką fajną funkcję, mianowicie.. każdy pasek składający się z trzech zdjęć ustawionych w pionie, drukowany jest dwa razy! Jedną część gość zabiera sobie na pamiątkę, jednak ta druga trafia do księgo gości – wraz z życzeniami. Jest to, moim zdaniem, o wiele ciekawsza forma tworzenia na weselu księgi gości. A oglądanie jej po 10-15-20 latach od dnia ślubu może być fajną zabawą, bo te zdjęcia są czasem niesamowicie śmieszne!

  3. Lampiony szczęścia

    Tutaj sprawa może być nieco bardziej skomplikowana, ponieważ nie zawsze sala weselna zgadza się na taki pokaz. Być może jest drewniana, bądź w niedalekiej okolicy jest las. Stwórz to niepotrzebnie jakieś zagrożenie. Nikt za tak powstałe niebezpieczeństwo nie chce odpowiadać, dlatego zanim się na to zdecydujecie koniecznie zapytajcie managera sali o możliwość. Gdy nie ma przeciwwskazań, jest to bardzo farny pomysł by puścić lampiony w świat. Gdy trafimy na super zdolnego fotografa, możemy liczyć a naprawdę fajne ujęcia z tej chwili.

  4. Zabawy organizowane przez DJ/orkiestrę

    Doszliśmy do tematu tych wszystkich zabaw organizowanych przez zespół czy DJ/wodzireja. Ja nie umiem sobie wyobrazić wesela bez tej części rozrywkowej. Nie chodzi tu o wstrętne, zboczone zabawy. Jest masa innych m.in. „pociąg”- kto nie zna piosenki : „Jedzie pociąg z daleka, na nikogo nie czeka, konduktorze łaskawy…” proszę Cię, musi to być! Innym przykładem jest zabawa „on, ona, ja” – para młoda siedzi na krzesełkach, prowadzący zadaje im pytania a oni podnoszą odpowiednie plakietki – takie pytania jak „kto jutro wstanie do dzieci?”, „kto najczęściej myje okna w domu” wiesz o co chodzi.. nic zboczonego a można się uśmiać, gdy wodzirej fajnie poprowadzi zabawę.

  5. Zimne ognie

    Bardzo fajne zdjęcia powstają w momencie gdy Ty ze swoim partnerem/partnerką tańczycie pierwszy taniec a goście zebrani dookoła trzymają zimne ognie. Nie musi być to pierwszy taniec, może to być zorganizowane w połowie wesela, czy w zupełnie innej sytuacji – podrzuciłam teraz na szybko pomysł. Każdy ma inne zdanie, ja uważam że zimne ognie w oku mega dobrego fotografa wyglądają po prostu magicznie. Nam zależy ma wartościowych zdjęciach i nagraniu dlatego zatrudniliśmy osoby które spełniają nasze oczekiwania. Intensywnie zastanawiamy się nad zimnymi ogniami bo jest to tani i efektowny sposób by urozmaicić zabawę weselną.

  6. Bańki mydlane

    Z taką formą atrakcji weselnej spotkałam się już nie raz. Najczęściej w dwóch formach – pierwsza to bańki mydlane podczas wychodzenia z kościoła/urzędu, druga – jako podziękowanie dla gości. Przy talerzyku każdej osoby znajduje się mały flakonik wypełniony płynem. Goście podczas zabawy mogą puszczać bańki, zabrać je do domu, bądź dać dzieciom bawiącym się razem z Wami – co daje gwarancję tego, że znikną na jakiś czas z oczu rodzicom. Jest jednak jeden minus – moim zdaniem dość istotny. Jako mama odkryłam go stosunkowo niedawno – płyn którym uzupełniasz te flakoniki w kontakcie z odzieżą zostawi na niej niemożliwe do usunięcia plamy. Co w przypadku gdy uszkodzona zostanie suknie? Może pranie chemiczne usunie zabrudzenia (jednak nie daję sobie ręki uciąć). Gdy planujesz po weselu sprzedać szybko suknie, jak ja, warto przemyśleć ten dodatek.

  7. Animatorka

    Jeśli ktoś ma na weselu sporą ilość dzieci i boi się o to, czy nie będą się tam nudziły.. bądź po prostu też chce dla nich zrobić coś wyjątkowego – animatorka będzie strzałem w 10! Najczęściej zamawia się ją na 2-3 godziny, dobra osoba na odpowiednim miejscu zainteresuje młodych tak, że rodzice w tym czasie będą mogli o nich zapomnieć. Wielkie bańki mydlane, chusta, zawody – cokolwiek. Są też pary które decydują się na wesele bez dzieci, co jest też dla mnie zrozumiałe. Sama bym takie zorganizowała, gdybym sama już nie posiadała dwójki. Nie tylko dzieciaki będą zachwycone, podejrzewam że rodzice będą w siódmym niebie. Kilka chwil spędzonych na zabawie a nie na bieganiu za dzieckiem.

  8. Pierwszy taniec

    Tutaj młodzi mają pole do popisu. Pod warunkiem że jednak coś tam na tym parkiecie potrafią stworzyć. Można wykonać mega dużo figur tanecznych, można po prostu zatańczyć przytulańca albo.. połączyć to wszystko.  Ograniczenia są w naszych głowach i umiejętnościach jakie posiadamy. Chociaż od kilku osób usłyszeliśmy już że pewnie jakiś fajny układ zrobimy, bo tańczymy razem dość dobrze, nie zdecydowaliśmy się na układ taneczny. Nie chcemy narażać się na dodatkowy stres, zapamiętywanie kroków czy możliwość totalnej wpadki. Wiesz że mój fotograf powiedział że najlepiej wychodzą na filmie układy nie wyuczone? Takie spontaniczne… bo w układach jak wypadniesz z rytmu, już do niego nie wrócisz – i serio, źle to później wygląda. U nas jedynym WOW podczas pierwszego tańca będzie (może, bo jeszcze nie na 100%) ciężki dym.. ale tylko dlatego że chcemy by zakrył nasze stopy.. będzie wyglądało to bardziej płynnie.

  9. Pokaz slajdów/filmik nagrany wcześniej

    Ta propozycja najczęściej pojawia się podczas podziękowania dla rodziców. Młodzi tworzą filmik, na którym dziękują swoim rodzicom za wszystko.. za miłość, wsparcie, uczucia, wyrozumiałość. W odpowiednim momencie zapraszają rodziców przed ekran i przy wszystkich puszczają filmik. Innym fajnym pomysłem jest stworzenie takiego filmiku przez rodzeństwo czy znajomych.. i wtedy traktujemy ten filmik jako prezent dla młodych. Warto jednak najpierw upewnić się czy na sali będzie taka możliwość, jeśli nie.. czy jest szansa na wniesienie sprzętu, bądź pożyczenie go od DJ (może akurat jest jego posiadaczem?)

  10. Ciekawe upominki dla gości

    Nie jest to coś, co musi być na każdym weselu. Gdy ktoś chce zorganizować wesele, a ma ograniczone możliwości finansowe może po prostu tego nie robić. My już chcieliśmy z tego zrezygnować, jedna znalazłam sposób by zrobić podziękowania dla wszystkich za 10 zł! Pisze Ci to szczerze, podziękowania dla blisko 100 osób wykonam za 10 zł. Jednak pokaże Ci je dopiero później, w osobnym wpisie. Można dać wszystko o czym pisałam w TYM wpisie, masz tam naprawdę fajną listę różnych pomysłów.

  11. Koszyki ratunkowe

    Znajdujące się najczęściej w toaletach. Z czymś takim spotkałam się stosunkowo niedawno pierwszy raz. W koszyczku damskim można znaleźć miedzy innymi : rajstopy, igłę z nitką, spinacze, tabletkę na ból głowy, tampony, podpaski, chusteczki nawilżane, guma do żucia, klej, lakier do włosów, nożyczki, plastry.. co tylko uważasz za stosowne. Natomiast męski nie różni się niczym szczególnym, poza typowo damskimi rzeczami można znaleźć w nim m.in. gumę do włosów, rolkę do czyszczenia ubrań czy dla rozweselenia gości prezerwatywy – chociaż, nic już nie mówię… 😀

  12. Nietypowa księga gości

    Wspominałam już wcześniej przy opisywaniu fotobudki, że zamiast tradycyjnej księgi kości można stworzyć właśnie taką ze zdjęciami. My zdecydowaliśmy się na obraz z serduszkami. Każdy gość wpisuje się na serduszko i wrzuca je do specjalnie przygotowanej ramki, która po weselu będzie wisiała na ścianie u nas w salonie. Poza tym będziemy mieli słoik, do którego goście będą mogli wrzucić karteczkę z życzeniami – bądź jakimiś miłymi słowami dla nas. Planujemy te życzenia przeczytać dopiero podczas pierwszej rocznicy naszego ślubu. Znam tez inny fajny sposób, gdy młodzi decydują się na ankiety. Znajdują się tam pytania odnoście wrażeń z dnia imprezy, czy rubryczka „Twoja rada dla nas od Ciebie”. Co by nie było, odczytywanie takich życzeń po pewnym czasie musi być naprawdę wyjątkowe!

  13. Fontanna czekoladowa

    Myślę że to akurat byłaby największa frajda dla dzieci na weselu i.. dla mnie. Uwielbiam czekoladę, słodycze i owoce. U nas by to nie przeszło, bo nie odeszłabym od tego stolika a jednak na swoim weselu wypada z każdym zatańczyć. Pomysł odpadł w przedbiegach. Mimo wszystko, myślę że zamiast tradycyjnego słodkiego stołu taka fontanna może okazać się strzałem w 10! półmiski pełne owoców przygotowanych w odpowiednich wielkościach, i ciepła, płynna gorzka czekolada. Do mnie to bardziej przemawia niż tradycyjny candy bar. Chociaż dla niektórych może okazać się to mało higieniczne.. wspominam o tym tylko dlatego, że znam osoby które mają takie właśnie zdanie.

  14. Pokaz barmański

    Nawet nie pokaz, ale udział takiego barmana w naszym weselu. Ważne by dostosować ilość barmanów do ilości osób na weselu, by nie robiły się kolejki jak do sklepu z kartkami. Goście zamiast bawić się na parkiecie staliby w kolejce po alkohol. Mnie bardzo kusiła jego obecność na weselu, jednak zgapiłam się i wszędzie gdzie dzwoniliśmy terminy są już zarezerwowane.. może jeszcze się uda. Dobra opcja dla wszystkich kobiet, które wolą wypić sobie dobrego drinka niż wódkę z kieliszka czy drink wódka-cola/sok. Dla mężczyzn kuszące może okazać się whisky.. czy stały dostęp do lodu! Warto dopytać się barmana czy w jego ofercie są pokazy.. może to też zaciekawi gości, kto wie?

Blog - archiwum Zdrowie - archiwum

Mamo swędzi mnie główka! – Wszy na pokładzie. Jak skutecznie pozbyć się wszy z domu

18 kwietnia 2018

Blisko dwa tygodnie temu odprowadziłam dzieci do przedszkola i spokojnie wróciłam do domu. Zjadłam pyszne śniadanie, wyszłam z psem, napisałam post na blog.. wiesz, robiłam dokładnie to, co robi każda niepracująca zawodowo mama (chociaż jakby się uprzeć – pracuje. Mam bloga, podpisuje umowy jak mam do czynienia z firmami). To jednak nie jest ważne, zajmowałam się domem. Nic, kompletnie NIC nie zapowiadało tego że za chwilkę zadzwoni telefon z taką informacją.

Około godziny 11, zadzwoniła do mnie Pani z przedszkola

„Dzień dobry, czy rozmawiam z mamą Blanki?”
„Tak, z kim mam przyjemność?”
„Nazywam się (…), dzwonię z przedszkola”
„……………”
„Ale proszę się nie martwić, nic się Pani córeczce nie stało. Dzwonie by przekazać Pani informację, ponieważ jedna z mam dziś zgłosiła nam że jej córeczka ma wszy. Sprawdziliśmy głowy wszystkim dzieciom, niestety kilka osób już ma na główce gnidy, w tym Pani córka”
„Dobrze, rozumiem że mam ją odebrać.. będę za 30 minut”
„Dziękuję za tak wyrozumiałą reakcję, pozdrawiam”

Powiedzieć Ci jaka była moje reakcja? Nie było jej. Po odłożeniu telefonu, spokojnie dokończyłam obiad, ubrałam się, po drodze weszłam do apteki po środek do usuwania tego paskudztwa i poszłam po Blankę do przedszkola. Oczywiście od razu zgarnęłam Antka.. a tam dowiedziałam się, że jako jedna z nielicznych mam, zareagowałam ze spokojem – „bo jak można w przedszkolu pozwolić na rozwój wszy?!?!”

Ano można. Złapanie wszy od osoby która je ma jest bardzo łatwe. Jakieś dziecko mogło bawić się z kimś na placu zabaw, w  sklepie kogoś zaczepić.. a później przyszło do przedszkola. Pewnie doskonale wiesz, że to właśnie tam nasze dzieci uczą się prawidłowych relacji z innymi osobami. Kontakt fizyczny mają z nimi praktycznie non stop. Jedzą blisko siebie, razem rysują, bawią się w kółku.. nawet podczas swobodnej zabawy może dojść do przejścia „niechcianego kolegi” na Twoje dziecko.

Dla mnie to nie wstyd.

Jak byłam dzieckiem miałam raz wszy. Moja mama każdego dnia, specjalnym szamponem, grzebykiem i innymi specyfikami starała się usunąć z naszej głowy te małe robaczki. Wiedziałam że walka z nimi może być dość uciążliwa, bo pamiętam dokładnie te obrazki sprzed kilkunastu lat. Byłam przygotowana na walkę, którą wygrałam – i to dość szybko. Pięć dni, tyle zajęło mi usunięcie wszystkich gnid z głowy Blanki. A dziś opowiem Ci co robiłam każdego dnia, by się ich pozbyć.

Po pierwsze – idź po środek do apteki.

Pani na pewno poleci Ci jakiś fajny i skuteczny. My używaliśmy NitOlic w skład którego wchodził płyn do nałożenia na głowę, szampon który sprawił że gnidy już tak mocno nie są przytwierdzone do włosa i łatwiej je usunąć, czepek, grzebyk i środek do prania. Dodatkowo dokupiłam 3 czepki, by kuracje przeprowadzić całej rodzinie. niestety nie ma innego wyjścia, wszy bardzo łatwo przechodzą na inne osoby i wszyscy którzy mieli kontakt z osobą u której wykryli je muszą zrobić sobie profilaktycznie ten godzinny rytuał. By pozbyć się wszy, trzeba przeprowadzić zmasowany atak i każdy musi być w niego zaangażowany.
Tego samego dnia, gdy Daniel wrócił z pracy wszyscy zrobiliśmy sobie maseczki na głowę zgodnie z instrukcją. Nazwaliśmy to roboczo „WESZ-party”. Specjalnie dużo żartowaliśmy z tej sytuacji, by Blanka nie odczuła zażenowania, wstydu i dyskomfortu że ją to spotkało. Myślę że właśnie dzięki temu, tak pięknie z nami współpracowała.

Nastaw pralkę na ciężką pracę.

Od dnia gdy zadzwonił telefon, każdego dnia zmieniałam nam pościele – wszystkim. Codziennie też zmieniałam ręczniki i prałam wszystko co się dało wyprać – z czym Blanka miała kontakt (Na szczęście nikt inny wszy nie miał, tylko najmłodszą dopadło). Pralka chodziła w temperaturze 60 stopni a po wszystkim jeszcze pracowało żelazko. Wszystkie zabawki które były na podłodze, którymi się bawiła spakowałam do szczelnego worka i schowałam głęboko w szafie – w ten piątek je wyciągnę i dokładnie każdą zabawkę umyje. Cykl rozrodczy wszy trwa dwa tygodnie, dlatego gdy zamknęłam je w tym worku, mam pewność że nie będą miały możliwości przetrwania. Po pięciu dniach już nie było gnid na jej głowie, jednak do przedszkola wróciła po 9 dniach. Sprawdzili jej główkę – a gdy okazało się że jest czysta, przestałam prać pościele i ręczniki.

Wybieranie wszystkiego ręcznie.

Ten punkt był dla nas najgorszy. Bo Antkowi mogłam wytłumaczyć że musi siedzieć grzecznie, nie ruszać się i pozwolić mamie spokojnie wykonać to zadanie.. ale z Blanką nie poszło tak łatwo. Trzylatka z masą energii nie wysiedzi odpowiednio długo bym mogła zajrzeć w każdy zakamarek jej głowy. Dlatego w ruch poszły bajki – trudno, raz nie zawsze. Siedziała przed telewizorem/telefonem dwie godziny. Przez ten czas przeszukiwałam włos po włosie jej głowę. Każdą najmniejszą rzecz która wydawała mi się podejrzana wybierałam i zduszałam paznokciem – jak strzelała była żywa co oznacza że nie pozbyliśmy się problemu. Grzebyk dołączony do zestawu, choć miał mega małe prześwity między ząbkami nie zbierał gnid jak należy. Blaneczka ma zbyt cienkie włosy i musiałam to robić ręcznie. Dani się śmiał, że dziecko już nawet łupieżu nie ma, bo został przeze mnie wybrany. Po zabiegu poszła spać, kolejnego dnia rano znów przeglądałam główkę – było kilka których jakimś cudem nie dostrzegłam poprzedniego dnia. W południe kolejna tura, wieczorem ostatnia. Każdego dnia, trzy razy dziennie siadałyśmy i wybierałyśmy – trzy dni coś wyciągałam, czwartego nie było już nic. W niedzielę przed powrotem do przedszkola zrobiłam jej jeszcze raz maseczkę na głowę w formie takiej „ochrony”. Po godzinie przejrzałam jej główkę i nie znalazłam nic. W przedszkolu potwierdzili moje zdanie.

Nie ma potrzeby wizyty u lekarza.

Preparaty z apteki i odpowiednia szybka reakcja pozwoli Ci pozbyć się problemu samodzielnie. Wizyta będzie jednak konieczna gdy dziecko ma mniej niż dwa lata, wszy zaczęły składać gnidy na rzęsach bądź brwiach, w przypadku gdy dziecko ma alergię bądź astmę (nasza alergia nie przeszkodziła Antkowi w możliwości stosowania tego preparatu) oraz kobiety w ciąży bądź karmiące piersią.

Walka z tymi małymi potworkami jest ciężka. Wymaga sporej dawki cierpliwości dla rodziców jak i dziecko. Ważna jest konsekwencja, łączenie tych wszystkich punktów które wypisałam – bo po co wybierasz gnidy, gdy pościel nie została zmieniona i w niej mogła jakaś zostać? Albo w drugą stronę, jest sens zmieniać pościel jak nie wybrałaś gnid z głowy?

A na sam koniec informacja którą znalazłam na prawie każdym forum i w co drugim artykule:

„Brud nie jest żadnym czynnikiem przyciągającym wszy. Według niektórych to właśnie nadmierna higiena predysponuje do złapania tyc małych pasożytów”

To nie powód do wstydu. Powinniśmy o nim mówić, bo wbrew pozorom jest to bardzo często spotykany problem w XXI wieku. A szybka reakcja i zmasowany atak osób które walczą z tym problemem przyniesie lepszy skutek niż próba wypierania. 

Blog - archiwum

Czym zajęłam moje dzieci podczas choroby. + KONKURS

17 kwietnia 2018

Pewnie pamiętasz jak dwa tygodnie temu pisałam Ci że Daniś przytargał do domu jakiś wstrętny wirus który spowodował u niego gorączkę, bóle gardła i mięśni. Chłop jak to chłop, przy temperaturze 37,7 już umiera, dlatego starałam się być wyrozumiała robiłam herbatki, obiadki i unikałam tego pana tak bardzo jak się dało. Ja musiałam być zdrowa, bo ktoś dziećmi musiał się zajmować – taka rola matki, nic nie można z tym zrobić.

Wszystko było dobrze, dzieci pojechały do babci na cały weekend a ja siedziałam w szkole. Czułam że chyba jednak coś a mnie przeszło, bo kompletnie nie mogłam się skupić na tym co wykładowcy mówili. Zostałam tylko na najważniejszych wykładach i wróciłam do domu. Przekroczyłam próg mieszkania i co? Telefon od babci dzieci „Basia, nie chce Cię martwić ale wiem że Ty chcesz wiedzieć o takich sytuacjach. Antek a gorączkę ale poradzimy sobie z nią, będę przekazywała Ci informacje o jego stanie”. Bajka! Ja chora, dzieci chore – ale zanim mogłam skupić się na czymś innym, musiałam napisać „sprawdzian”.

Kolejnego dnia dzieci już były w domu. Normalnie bym wysłała ich podczas mojej choroby do przedszkola, o 15 by wrócili to do 18:30 (pora ich kąpieli i godzina spania) dałabym jakoś radę, jednak okazało się że gorączka u Antka to niestety angina, a to akurat uroki genów jego taty bo co najmniej 3 razy w roku taki psikus mój syn musi mi zrobić. Trudno, młody na antybiotyku. Blanka troszkę w nocy kaszlała więc zostali w domu.

Ja zawalone zatoki, ból mięśni. Brak sił.
Antek angina, antybiotyk. Pełnia sił.
Blanka kaszel. Motorek w pupie.

I co w tym przypadku chora matka ma robić? Serio często podczas choroby nie patrze na swoje samopoczucie. Nie ważne czy mam dużo sił, czy mało – dziećmi zająć się trzeba, tylko dom może popaść w ruinę. Dzieci, zwłaszcza takie jak Blanka mają problem z „byciem grzecznymi” bo siedmioletnie już wiedzą że mama czasem nie może zrobić wszystkiego. Tak było tym razem, padałam na twarz i szukałam sposobów by pomóc sobie jakoś przetrwać te trzy/cztery pierwsze a zarazem najgorsze dni. Bajki zajmowały ich tylko na chwilę, kolorowanki tak samo. Na dwór nie mogli wyjść, cała rodzina w pracy – zero pomocy.

Wtedy przypomniałam sobie że mamy masę gier w domu. Szukałam takich, do których kompletnie nie będę im potrzeba, bo nie widziałam szansy na to, że usiedzę przy stole dłużej niż 10 minut. Nie mogłam wpaść na nic bardziej genialnego, bo to dało mi dosłownie pół dnia wolnego! Możesz wierzyć lub nie, ale każda paczuszka zajęła im godzinę. Zanim udało im się otworzyć każdą z folijek, pooglądać każdą kartę po kolei.. mijało już 20 minut. W dalszej kolejności sami sobie wymyślali zasady gry i grali jedną, dwie rundy (spokojnie, teraz już używamy kart tak jak należy). My mamy akurat 6 różnych kieszonkowców. Każda talia opisuje inny dział, przez co naprawdę moje dzieci uczą się nowości w zastraszająco szybkim tempie. Wystarczy że raz coś przeczytam, a te dwa małe potworki już doskonale wiedzą co i jak.

Każda talia kart kieszonkowców jest inna.

Pokaże Ci zawartość pudełka i sama ocenisz która akurat będzie idealna dla Was. Zdjęcia poniżej podzielę tytułem byś wiedziała które zasady są dopasowane do konkretnej gry. Dla trzylatka są troszkę za trudne, mówię to bez owijania w bawełnę. Dlatego gdy Blanka z nami gra, może liczyć na „koło ratunkowe” bądź kompletnie zmieniamy zasady gry dostosowując się do jej poziomu. Najłatwiej nam zmienić zasady w kieszonkowcu przyrodniczym „zoo liga” bo nie ma w nim pytań, są same obrazki z różnymi ikonkami opisującymi cechy zwierząt. Natomiast Antko, pomimo problemów z odpowiedzą na niektóre pytania radzi sobie zdecydowanie lepiej. W 80% przypadków wymyśla odpowiedz, bo kompletnie nie ma o tym pojęcia, jednak gdy usłyszy poprawną odpowiedz zapamiętuje ją. Skąd wiem? Ostatnio graliśmy w sobotę, a dziś rano wspomniał mi o tym w jakich barwach nie zagrał Robert Lewandowski! A uwierz ja sama nie miałam pojęcia jaka jest odpowiedz na to pytanie. Teraz już wiemy wszyscy i jednogłośnie odpowiadamy – Legia! A wypatrzył go nasz Lech Poznań!

Powiem Ci szczerze że niektóre pytania są na tyle trudne że ja mam z nimi problem. Chociaż nie, źle to ujęłam – po prostu się tym wcześniej nie interesowałam, więc nie miałam o tym pojęcia. Ale właściwie po kilku runach wspólnej zabawy kieszonkowcami dużo więcej wiem między innymi o czasach PRL-u, czy historii kina. Myślę, że te karty fajnie pomogą Antkowi w tej jego przygodzie szkolnej o której Ci pisałam wcześniej. Szybka nauka przez zabawę – a to, że taka forma nauczania jest najlepsza będę wspominała na każdym kroku.

Nasze zestawy kieszonkowców, które z czystym sumieniem możemy Ci polecić to:

Kieszonkowiec futbolowy (Hattrick)

Kieszonkowiec przyrodniczy (Zoo liga)

Kieszonkowiec filmowy (Kamera-akcja)

Kieszonkowiec Kultowy (PLR)

Kieszonkowiec rozrywkowy (Popkultura)

Kieszonkowiec geograficzny (Obieżyświat)

Wszystkie kieszonkowce znajdziesz TU

Mam coś dla Ciebie!
Mam do rozdania 3 kieszonkowce. Nagrodzone zostaną trzy osoby i każda z nim może wybrać sobie taki kieszonkowiec jaki ma ochotę. 

Co trzeba zrobić? W komentarzu napisz mi że chcesz się bawić z nami! Fajnie, jakbyś napisała mi też, jakie Ty masz sposoby na zajęcie czymś dzieci podczas choroby – może je wykorzystam następnym razem – jednak nie jest to wymóg konieczny!

  1. Rozdanie trwa od dziś do 23 kwietnia do godziny 23:59. Kolejnego dnia, tj. 24 kwietnia napiszę do naszym facebooku do kogo trafią kieszonkowce.
  2. Wygrana osoba będzie miała 24 godziny by napisać nam adres oraz nazwę kieszonkowca jaki sobie wybrała
  3. Będzie nam miło, jak polubisz nas i Edgard – języki obce na FB!

 

WYNIKI:

Książeczki trafia do:

EDYTAD9

IWONA S

DAGMARA KOWALEWSKA

Proszę Was dziewczyny o kontakt email : [email protected]

Dziękuję wszystkim za super zabawe 😘

 

Blog - archiwum

Pamiętam jak blisko siedem lat temu ten mały człowiek zmienił mój świat…

16 kwietnia 2018

Dokładnie 3 grudnia 2011 roku pojechałam do szpitala. Akcja porodowa sama się nie rozpoczęła, dlatego w 42 tygodniu ciąży musiałam pojawić się na oddziale by lekarze mi troszkę w tym pomogli. Jak już doskonale wiecie, miałam założony cewnik foleya oraz podaną kroplówkę z oksytocyną. Antosia urodziłam w godzinę. Mały 4-kilogramowy cud. Był pięknym bobasem, nigdy nie poczuł mleka matki w swoich ustach ale kompletnie nie wierzę w te wszystkie bzdury o zdrowiu, inteligencji i tym podobne. Pięknie przesypiał całe noce, gdy miał miesiąc potrafił spać już od 23 do 6 rano! Dziecko aniołek!

Chociaż mega tego nie doceniałam. Miałam ledwo co skończone osiemnaście lat gdy się urodził. Nie ogarniałam prawie nic, a jeszcze czekała mnie po drodze matura i prawo jazdy. Mały człowiek który był cały czas ze mną skradł mi serce – choć nie od razu. Nie czułam tej fali uczuć od razu po porodzie. Nie było wielkiego pokazywania radości poprzez morze wylanych łez. Musieliśmy się poznać, dotrzeć. Nie powiem, że byłam idealną matką. Nie, nadal nią nie jestem ale ciągle się uczę. Zdarza mi się podnieść na nich głos, zdarza mi się ich „szantażować” popularnym „liczę do trzech!”.

Za chwilkę ten mały człowiek skoczy siedem lat.

Ta nasza współna historia trwa już spory kawał czasu, a jeszcze przecież tyle przed nami. Wywrócił moje życie do góry nogami tak mocno, jak tylko jest to możliwe. Ze zwykłej nastolatki stałam się mamą niezwykłego chłopca. Ma wady jednak nie znam osoby która ich nie ma. W swej niedoskonałości jest absolutnie wyjątkowy.

Nie znam drugiego tak kochającego małego mężczyzny. Jest bardzo troskliwy, martwi się o wszystkich gdy są chorzy czy coś kogoś boli. Tańczy za każdym razem gdy słyszy muzykę. Śmieje się przez większość dnia i zaraża tym cudownym uśmiechem wszystkich. Jednak jest też druga strona medali – nikt tak jak on, nie potrafi wyprowadzić mnie z równowagi. To jednak oznacza jedno, jesteśmy do siebie bardzo podobni. Chociaż nie odkrył jeszcze w sobie pasji, to od ponad roku na pytanie „kim chcesz być w przyszłości?” odpowiada stanowczo „znajdę lekarstwo na raka”. A ja z całego serca będę go w tym wspierała, bo wiem że zrobi w swoim życiu coś wyjątkowego. Jestem z niego cholernie dumna – a dopiero co wkroczył w siódmy rok życia!

Od września będzie mógł zacząć spełniać swoje marzenia…

Od września rozpoczyna przygodę ze szkołą.

To jaką drogę będzie chciał (a przede wszystkim, którą będzie mógł) wybrać zależy tylko od niego – ja tylko będę obok i za każdym razem gdy będzie wątpił, będzie potrzebował pomocy to będę. Już nie może się doczekać pierwszego dnia w nowym miejscu. Widać że bardzo się cieszy z tego etapu, bo z dumą głosi wszystkim wiadomość „idę do szkoły”. Życzę Ci synku by ten zapał Cię nigdy nie opuścił i byś spełnił wszystkie swoje marzenia, dosłownie wszystkie. Wiem, że osiągniesz w życiu wiele, bo tacy jak Ty właśnie wdrapują się na szczyty.

Nasz Instagram