Śledź nas na:
All Posts By

pierwsze-kroki

Blog - archiwum

Pierwsze pół roku studiów prawniczych za mną – jak jest?

9 kwietnia 2018

Doskonale wiesz, że w miejscu siedzieć nie umiem. Lubię jak coś się dzieje. W zeszłym roku coś mi „odbiło” i zupełnie sama zorganizowałam spotkanie dla dużej ilości blogerów z kategorii rodzina/dzieci.. tzw parenting. Jak wyszło? Nie było perfekcyjnie, do ideału brakowało temu wydarzeniu wiele, ale jestem z niego dumna. Tylko ja i Daniel wiemy ile pracy mnie ono kosztowało. Całymi dniami siedziałam przed komputerem, wisiałam na telefonie.. A gdy już było po wszystkim, usiadłam w salonie i brakowało mi czegoś. Było za spokojnie, za cicho i czułam że nie robię nic pożytecznego.

Podjęłam decyzję o tym, że zapiszę się na jakieś studia. Chciałam znów nauczyć się czegoś nowego, wyjść do ludzi a nie skupiać się tylko na domu i rodzinie. Decyzja o studiach została podjęta, jeszcze tylko kierunek.. pamiętam jak kilka lat temu zaczynając studia składałam swoje dokumenty na różne uczelnie i był jeden który bardzo, bardzo chciałam podjąć. Niestety nie udało się i poszłam na coś zupełnie innego. Mogłam poczekać, poszukać w innym miejscu.. ale chciałam tego roku je zacząć i wybrałam coś co nie do końca pasowało do mnie.

Teraz jestem tu gdzie chciałam być. Jestem na kierunku który kiedyś był moim marzeniem, a teraz staje się czymś z czego jestem bardzo dumna. Dlaczego dumna?

Bo mam na swojej głowie dom, a którego nikt inny poza mną, Danielem i dziećmi nie zadba – nie mieszkam z rodzicami, teściami czy innymi członkami rodziny. Bo mam rodzinę o której wspomniałam, dwójkę małych dzieci które potrzebują mojej uwagi i narzeczonego który wieczorem wolałby bym usiadła z nim na kanapie z kubkiem kakao a nie siedziała w książkach do tego jest jeszcze pies który potrzebuje więcej uwagi niż niejeden czworonóg. Mam też na głowie organizację ślubu i wesela dla blisko 100 osób – dużo czy mało, nie mnie oceniać ale przy ograniczonych środkach finansowych (po drodze kilka nieprzewidzianych wydatków wyskoczyło) musimy wiele rzeczy zrobić sami, które wcześniej chcieliśmy zlecić komuś innemu – np zaproszenia, dekoracja sali czy kościoła.

Przy tym wszystkim co wymieniłam muszę odszukać trochę czasu w ciągu dnia by się poczuć, coś przeczytać, coś napisać. Odezwać się do znajomych, pojechać do szkoły.. a nie ukrywam tej nauki trochę jest. W porównaniu do poprzednich studiów, na te poświęcam znacznie więcej czasu i energii. Wiadomo że nie ma co porównywać dwóch zupełnie różnych kierunków, ale wielkie BOOM i zaskoczenie było już po pierwszym zjeździe w październiku.

Jak jest?

Przedmiotów nie ma dużo. Np teraz w drugim semestrze mam 3 egzaminy i dwa zaliczenia. Zaliczenie mam technologii informacyjnych i angielskiego na ocenę a egzaminy z historii prawa, doktryn polityczno-prawnych i socjologii. Wiele czy niewiele, poziom jednak jest i trzeba go utrzymać. Podobno pierwszy rok jest najgorszy jednak na to pytanie odpowiem dopiero gdy uda mi się skończyć całość – bo teraz nie mam porównania.

W pierwszym semestrze miałam 4 egzaminy. Prawo rzymskie, prawoznawstwo, logika i ekonomia. Pozostałe to zaliczenia. Jestem tu gdzie jestem więc pewnie domyśliłaś się że wszystko mam pozytywnie zaliczone. Ale niekiedy egzamin sprawiał mi dość duże problemy. Weźmy na przykład logikę. Słyszałam że nie tylko na naszej, ale też na innych uczelniach z tą logiką masa studentów ma ogromne problemy. Ja chodziłam na zajęcia i czułam się jak ostatnia kretynka. Słuchałam ale nic, kompletnie NIC nie rozumiałam. Czasem się odezwałam, ale tylko dlatego że pewnie uczeń gimnazjum dałby sobie radę z postawieniem znaku równości czy nierówności przy tych zadaniach. Byłam na każdych zajęciach, nie olewałam tego przedmiotu – chociaż po co to robiłam, jak nic nie wiedziałam? Nadszedł weekend w którym miał odbyć się egzamin. Jeden wieczór wcześniej Daniel zaprosił do siebie braci, by napić się i pograć w PS4. Ja siedziałam w pokoju dwie godziny i sama próbowałam rozwiązać zadania. Gdy już coś mi wyszło, kolejne zadanie pokazało że jednak nic nie wiem. Byłam załamana, to była matematyka a z nią nigdy nie miałam większych problemów – dlaczego tu mi nie wychodzi?

Wiedziałam że muszę znaleźć sposób by to zrozumieć. Rozwiązywałam nadal zadania i w końcu coś chwyciło. Przed salą egzaminacyjną ludzie mówili o takich rzeczach o których nic nie wiedziałam ale dzielnie trwałam do egzaminu. Gdy otrzymaliśmy arkusze rozwiązałam i oddałam – ale nie wierzyłam w siebie. Gdy przyszły wyniki, przy moim nazwisku była ocena 5! Stwierdziłam, że jak już to przetrwałam, to dam radę zdać wszystko – tak też było. Uwierzyłam w siebie i teraz jest mi łatwiej.

Strasznie dużo trzeba przeczytać i szukać informacji. Podręczniki też nie należą do najtańszych – przykładowo na pedagogice najdroższa książka kosztowała ok 30 zł. Tutaj ten przedział jest nieco inny.. ostatnio musiałam kupić jedną za 65 zł.. na szczęście masa skryptów, podręczników jest w internecie. Można też na allegro czy olx odszukać takie używane, jednak one mimo wszystko też potrafią trzymać cenę i nie tracić na wartości. Ja mam zamiar na koniec roku sprzedać wszystkie moje podręczniki i notatki – może część się zwróci, a komuś sprawi to wiele radości.

Wiesz co jeszcze jest ważne?

Współpraca, pomoc, wzajemne uzupełnianie wiadomości między sobą. Warto założyć jakiegoś e-maile, grupę na facebooku czy coś podobnego by móc się wszystkim wymieniać. Oszczędność czasu i nerwów. Jest masa nauki, a każde zrobienie notatki ten czas Ci skraca. My się dzieliśmy wszystkim co mamy. Każdy zrobi coś, co później podaje innym. A to, jak kto zda później zależy już tylko od danej osoby i nie ukrywajmy od wykładowcy. Są takie pupilki które napiszą to samo co Ty a oceny są różne. Niestety, na to już nic nie poradzisz.

Raz miałam z koleżanką taka sytuację – miałyśmy takie same notatki a wykładowca stwierdził że od siebie ściągałyśmy. Tłumaczenia że nie, że te same notatki miałyśmy nic nie dał. Musiałyśmy raz jeszcze podejść do egzaminu i wtedy już mu wszystko pasowało.

Czy drugi raz zrobiłabym to samo?

Pewnie że tak. Jestem pewna że jestem w dobrym miejscu. Czuję że robię to, co zawsze chciałam robić. Nauka tego wszystkiego nie jest karą, sprawia mi naprawdę wiele radości i szczerze mnie interesuje. Na wykłady chodzę nie z przymusu, zawsze jestem tam z czystej ciekawości. Wiadomo że nie zawsze, jednak jak mnie nie ma muszę mieć bardzo dobry powód. Są przedmioty miej ciekawe i te bardziej ale wszystko zależy od wykładowcy – bo to on może w nas obudzić taką ciekawość i chęć poznania większej ilości szczegółów. Nie są to łatwe studia, zdecydowanie nie. Jednak jestem typem człowieka który lubi wyzwania, a za tym wyzwaniem kryje się piękna przyszłość.. taka o jakiej marzę.

Blog - archiwum

Sernik na zimno – łatwy, szybki i pyszny.

6 kwietnia 2018

Zrobiłam ten sernik w święta – każdy zjadł kawałek. Ale szczerze? Wiem, że zrobili to tylko dlatego żeby mi nie było smutno. Wiesz jak to jest, zjeść to jakoś szło ale do fajnego smaku bo trochę brakowało. Był jakiś taki kwaśny i chyba tyle z tego smaku zapamiętałam. Możesz się domyślić że nie urywał żadnej części mojego ciała (i innych pewnie też!).  Mimo wszystko robiło się go tak szybko, że chciałam dać mu jeszcze jedną szansę.

Postanowiłam ten podstawowy przepis troszkę przerobić. Coś tam dodałam, coś zamieniłam.. i teraz TO JEST SERNIK. Chce się z Tobą podzielić tym przepisem bo warto, dopiero teraz warto.

Składniki na tortownicę u mnie o średnicy 22cm.

Spód:
2 łyżki masła
1 szklanka wiórków kokosowych (myślę że herbatniki też będą fajne!)

Masa serowa:
60 g sera z wiaderka
2 galaretki truskawkowe (w oryginale była cytryna!)
1 szklanka śmietanki 30-36%
2 szklanki wrzątku do rozpuszczenia galaretek

Co ja dodałam do masy?
pół szklanki cukru pudru
cukier wanilinowy

Wg oryginalnego przepisu całość należy posypać wiórkami kokosowymi, ja polałam czekoladą mleczną rozpuszczoną z łyżką oleju kokosowego. Chociaż następnym razem zrobię z mascarpone i mango – ale tego serka nie mogę dostać u nas już od ponad dwóch tygodni. Daniel mówi że fajna by też była z galaretką i truskawkami na górze – może ma rację, jak spróbujesz u siebie koniecznie daj mi znać jak smakowało.

Wykonanie:

W małym rondelku rozpuszczamy masło i dodajemy wiórki, mieszamy przez około 2 minuty do połączenia się składników, a następnie wsypujemy do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia i wygładzamy. Galaretki rozpuszczamy we wrzątku i odstawiamy do wystudzenia, gdy zaczynają tężeć dodajemy do sera i miksujemy. Śmietankę ubijamy na sztywno pod koniec ubijania dodajemy cukier wanilinowy i cukier puder. Dodajemy śmietanę do masy serowej i delikatnie mieszamy łyżką. Całą masę wylewamy na wcześniej przygotowany spód. Odstawiamy do całkowitego stężenia na co najmniej 3-4 godziny.

 

Blog - archiwum

Chwalimy się… podjęliśmy ważną decyzję!

5 kwietnia 2018

Życie pisze różne scenariusze. Jeszcze 4 lata temu nie pomyślałabym że moja historia potoczy się dokładnie tak. Miałam wtedy tylko Antka, nie do końca byłam świadoma tego, że byłam jakoś w 6 tygodniu ciąży. A już na pewno nie spodziewałam się że z tą drugą ciąża i tym dwulatkiem zostanę sama. Mieszkałam u rodziców, ale sytuacja zmusiła mnie do tego, bym przeprowadziła się do Poznania. W ciąży, z maluchem, bez wsparcia nikogo komu mogłabym się wypłakać wieczorem. Było mega ciężko! Trzeba było opłacić wynajmowane mieszkanie, zająć się maluchem który do przedszkola przecież jeszcze nie chodził, ogarnąć dom, studiować a przy tym wszystkim nie zwariować. Ale ja żyje, dzieci żyją i chyba nawet jesteśmy szczęśliwi teraz..

Historii Daniela nie znam.

Nie chce chyba wiedzieć co on robił w tym czasie. Boję się poznać prawdę, chociaż może nie być ona wcale aż tak straszna jak mi się wydaje. W każdym razie.. żyliśmy osobno, niby wiedząc o swoim istnieniu ale jednak nikogo nawet nie kusiło napisać do tego drugiego. Wiesz, ja już miałam dwójkę dzieci, miałam w nosie facetów. Po co mi taki, co mnie zostawi – tak myślałam. Nagle, któregoś dnia dostałam zaproszenie na ślub kuzynki. Nie chciałam iść.. nie miałam kasy, w co się ubrać, co zrobić z dziećmi. Sytuacja potoczyła się zupełnie nie tak, jak zakładałam. Mama kupiła mi sukienkę, za resztę kasy kupiłam jakiś prezent a z dziećmi została druga babcia. Poszłam sama, bez partnera. On też przyszedł sam, bez partnerki.

Dużą część wesela bawiliśmy się razem. Zostaliśmy do samego końca, wychodziliśmy jako jedni z ostatnich. Po tygodniu się spotkaliśmy i od tego czasu jesteśmy nierozłączni. Bywało gorzej, lepiej. Były łzy, krzyki (na szczęście udało się bez rzucania talerzami) ale była też radość. Tych pięknych chwil przez cały okres naszego związku było jednak tak dużo, były tak cudowne że nie mogło być inaczej – postanowiliśmy się pobrać. Od końca zeszłego roku powoli planujemy, jeździmy, kombinujemy. Dużo rozmawiamy o naszych marzeniach planach.. o naszej wspólnej przyszłości.

Ja całe życie mieszkałam w bloku.

Miałam pokój z siostrą, co mnie tak negatywnie nastawiło do kwestii wspólnego pokoju rodzeństwa że za żadne skarby świata moje dzieci nie będą go miały. Robię wszystko by to zmienić. zamiast teraz siedzieć i pić kawę, pisze ten post. Zamiast liczyć na cud, na pomoc czy jeszcze coś innego zrobiłam wyprzedaż tego, co jest nam niepotrzebne. Każda nasza decyzja, każdy krok zbliża nas do tego o czym marzymy. A marzenia mamy wielkie. Jestem osobą która bardzo często dostaje to, co sobie wymyśli. Nie przychodzi mi to łatwo, może niektórym wydawać się że tak jest – ale trzeba pamiętać że wiele nie widzimy, wiele nie mówię i dużo ukrywam. Życie dało mi po dupie, Daniela dzieciństwo też nie było usłane różami (chociaż jego mama stanęła na głowie i robiła wszystko najlepiej jak mogła, wychowując go na mega wartościowego człowieka). Doceniamy to co mamy, bardzo.

Jednak w życiu każdego przychodzi taki moment, że chce więcej.

My chcemy więcej. Nie chcemy stać w miejscu. Nie lubimy gdy nuda wkrada się w nasze życie. Mamy ambitne plany do których dążymy, czy to się komuś podoba czy nie. Nie oglądamy się za siebie i nie czekamy na przytakiwanie innych ludzi. Robimy swoje i dzięki temu zaraz po ślubie chcemy zrobić krok do przodu. Krok ku naszej przyszłości która jest marzeniem nas obu.

KUPUJEMY DZIAŁKĘ BUDOWLANĄ!

Już teraz szukamy, czytamy, rozglądamy się, dzwonimy.. nie podejmujemy szybko decyzji bo wiemy, że to co wybierzemy będzie już na całe nasze życie. Musi być idealnie i musimy czuć że to „to”. Lokalizacja, metraż, sąsiedztwo, okolica, odległości od różnych dla nas ważnych instytucji. Chcemy by była duża, co najmniej 1200m2 bo w planach jest jej podzielenie i wyznaczenie małej części na warsztat samochodowy. Daniel o nim marzy, jeszcze nie teraz bo zdobywa doświadczenie w innej firmie, ale w niedalekiej przyszłości. Będzie obok domu, blisko rodziny – bo teraz 3 godziny jedzie do pracy.. 1,5h w jedną stronę – strata czasu. Posiadanie działki nie spowoduje że w przyszłym roku zaczniemy budowę – zdecydowanie nie. Będzie ona naszą odskocznią, początkowo z małą altanką by móc tam siedzieć cały dzień – a może w weekend, latem nawet przenocować? Kto wie. Mając dwójkę dzieci i psa taki kawałek ziemi się przydaje. A kiedy tam coś się pojawi? Tego nie wie nikt, małymi krokami dojdziemy do celu.

Mamy marzenia i nie wstydzimy się ich realizować.
Jestem tak dużą optymistką że w nas wierzę!
Nie tylko ja, bo nasi przyjaciele i sam Daniel – te osoby które doskonale mnie znają wiedzą że prędzej czy później ten dom stanie!

Nasz dom!

 

Blog - archiwum

Wypad z dziećmi i psem do Karpacza – jak było, ile nas to kosztowało i odpowiedź na pytanie.. Czy warto? Czy tam wrócimy?

21 marca 2018

W pewien piątkowy poranek zadzwonił do mnie Daniel z pytaniem „co z sobotą”. Pytał o to, czy brać sobotę pracującą czy mamy coś fajnego w planach. Planów nie było jasno określonych ale w sercach naszych zrodziła się malutka iskierka nadziei na jakiś wyjazd. Początkowo chcieliśmy pojechać gdzieś maksymalnie 100 km od naszego mieszkania. Wiesz, wyjechać zupełnie rano i wrócić późnym wieczorem. Chcieliśmy pobyć sami z dziećmi z psem.. bez telefonów czy internetu. 

Gdy wrócił do domu, torby już miałam spakowane, miejsce w którym mieliśmy spać wstępnie wybrane.. wystarczyło namówić Daniela na wyjazd. Szczerze? On chyba chciał dokładnie tego samego bo nawet nie musiałam go namawiać. Rano podjechaliśmy tylko po jakiś prowiant na drogę i ruszyliśmy. Z naszego miejsca zamieszkania do Karpacza jest ok 260 km w jedną stronę – na miejscu byliśmy ok 12. Znaleźliśmy szybko jakiś pokój który akceptuje zwierzęta i ruszyliśmy w poszukiwaniu restauracji.

Baliśmy się że z psem będzie ciężko coś poszukać. Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że w lokalach gastronomicznych nie patrzą przychylnie na psiaki. Tak zawsze było u nas, jednak nie chcieliśmy poddawać Hondy pod opiekę kogoś innego lub całkowicie rezygnować z wyjazdu. Zaryzykowaliśmy i to był strzał w 10! Bardzo duża ilość restauracji miała naklejkę na drzwiach pt „zabierz swojego przyjaciela ze sobą!” ” zapraszamy z pieskiem”. Dla nas to był szok, serio. Pierwszego dnia zjedliśmy w środku, kolejnego już w ogrodzie bo pogoda była przepiękna.

Oczywiście że koszty mogą być różne, bo wszystko od warunków, możliwości, pogody czy nawet samego planu jaki sobie zakładamy przed każdym wyjazdem. My wyjeżdżając na weekend sprawdzamy prognozy pogody. Gdy jedziemy w miejsce w którym pogoda schodzi na drugi plan – może lać całymi dniami. Jednak jadąc w góry musi być pięknie, zwłaszcza jeśli jedziemy z dziećmi. Sami w deszczu byśmy zwiedzali – z młodymi już niekoniecznie. Jadąc tam nie chcieliśmy wchodzić do różnych muzeów, kościołów i innych miejsc które turyści odwiedzają. My jadąc w góry – po prostu chodzimy po górach. Ma to swoje plusy.. piękne widoki w dodatku zupełnie za darmo! Dlatego też u nas nie było dodatkowych wydatków.

Wynajęcie pokoju dla rodziny 2+2+pies = 180zł
Obiad – tu ceny wahały się od 25 do 50 zł, byliśmy w szoku bo ceny były dość duże. Wyjeżdżamy często i zawsze udaje nam się odszukać fajną restaurację z tanimi obiadami. Tu tego nie było, wszystkie były dość drogie. Obiad jedliśmy dwa dni, każdego dnia zostawiliśmy tam 100 zł. Uzbierało się 200 zł za dwa dni.
Atrakcje – nie korzystaliśmy z żadnych. Chodziliśmy po górach a ta atrakcja jest darmowa.
Śniadania i kolacje – Daniel pojechał do dużego marketu i kupił nam prowiant więc wydaliśmy jakieś 50zł na kolacje, śniadanie plus prowiant na drogę powrotną. 
Gofry, kawa na mieście, pamiątki (magnesy) – 30zł
Paliwo – około 150zł

Razem wyszło 610 zł. Wyjazd w sobotę rano, powrót w niedzielę wieczorem. Czy drogo, czy tanio – oceń sama. Dla nas dużo, ale wspomnień i resetu już nam nikt nie odbierze. Na weekendowe wycieczki nadal będziemy wyjeżdżać, może już nie do Karpacza, bo lubimy odkrywać nowe miejsca – ale mimo wszystko polecamy to miejsce każdemu.

Blog - archiwum Kuchnia - archiwum

Domowe soki z sokowirówki – pięć naszych ulubionych smaków

20 marca 2018

Od jakiegoś czasu jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami sokowirówki. Marzyłam o tym, by kiedyś to cudo stanęło w naszym mieszkaniu, w naszej kuchni. Doskonale o tym wiesz, bo jakiś czas temu zapytałam Cię na moim facebooku jaki model nam polecasz. Doczekałam się i szczerze zastanawiam się czy nie podnosić w mieszkaniu sufitu wyżej – tak skaczę z radości. Kocham ten sprzęt miłością ogromną, bezgraniczną i wątpię by ta miłość skończyła się szybko. Dosłownie każdego dnia wyciskamy coś nowego, eksperymentujemy jak tylko można. Wyciskamy sok ze wszystkich owoców i możliwie dużej ilości warzyw.

Najczęściej w naszej kuchni jest sok pomarańczowy, gruszkowy i jabłkowy – proste i bardzo smaczne. Czy jest tu ktoś, kto nie lubi tych smaków? Takie proste są każdego dnia, jednak czasem przyjdzie nam ochota na jakiś eksperyment. Na coś warzywnego, wymieszanego, egzotycznego? Pomysłów jest wiele. Ograniczeń nie ma tutaj absolutnie żadnych bo znaleźliśmy sprzęt który poradzi sobie ze wszystkimi rodzajami warzyw i owoców wiec działamy.

Mamy pięć ulubionych do tej pory. Chociaż jakbyś zapytała mnie za miesiąc czy te smaki nadal są ulubionymi z pewnością bym się musiała zastanowić. Może za miesiąc będę musiała dodać nowy wpis i polecić Ci kolejne smaki? Mimo wszystko staramy się korzystać z darów natury. Sezonowe owoce i warzywa są na pierwszym miejscu bo są najzdrowsze – myślę że latem dopiero zacznie się u nas szał. Nie dość że targ świeci kolorami tęczy, to pragnienie jest dużo większe od tego w porze zimowo-wiosennej.

Składniki na zielony sok:
1 mango
6 kiwi
2 banany
1 cytryna

 

Sok pomidorowy:
3 pomidory
2 jabłka
1 marchew

Z dodatkiem ogórka:
1 ogórek zielony
2 marchewki
1 jabłko
1 cytryna

Pomarańczowo-jabłkowy:

3 marchewki
3 jabłka
pół cytryny

Z dodatkiem grejfruta:
1 mango
1 grejfrut
2 banany

My mamy dokładnie TAKI model. Jest to sokowirówka szybkoobrotowa Avance Collection HR1919/70. Podałam Ci link byś mogła sobie o niej poczytać i sama ocenić czy warto. Naszym zdaniem – zdecydowanie tak! Po pierwsze, błyskawicznie wyciska sok z każdego wrzuconego warzywa czy owocu. Twarda marchew, burak czy miękki banan nie są dla niej problemem. Kilka sekund potrzebujemy by zrobić sok. Nie musimy kroić produktów na małe kawałki, ponieważ otwór jest na tyle duży, że przechodzi przez niego cały pomidor czy średniej wielkości jabłko. 

Dla mnie na plus jest także fakt, że sok mogę śmiało zrobić wieczorem gdy dzieci śpią i schować do lodówki bo urządzenie jest bardzo ciche. Rano na każdego czeka pyszny sok na śniadanie. Dla dzieci klarowny, natomiast dla nas z większą ilością miąższu a przy okazji aż 50% więcej błonnika.

Każdy element (oczywiście poza czarnym, najniższym elementem w którym jest silnik) można umyć w zmywarce. A nawet jeśli jej nie posiadasz, jak ja – czyszczenie jej nie jest uciążliwe i robi się to błyskawicznie.

Blog - archiwum

DIY tablica motywacyjna – jak zachęcić dziecko do wykonywania prac domowych

15 marca 2018

Moje dzieci to małe lenie. Serio, jak ich nie zagonie sama do prac domowych palcem nie kiwną. Powiedz mi, że nie tylko u nas tak jest, proszę.. W każdym razie szukałam wielu sposobów by ich jakoś zachęcić do tego. Najpierw były tłumaczenia, rozmowy. Wbijałam do głowy, że jak coś robimy regularnie to wtedy nie potrzeba wielkiego wysiłku. Natomiast odkładanie czegoś na później skutkuje tym, że uzbiera nam się masa pracy – a wtedy jak wiadomo, nam już się wcale nie chce.

Bąble może jeszcze nie kumate na tyle, dla nich słowo „później”, „jutro”, „nie teraz” królowały częściej niż „dobrze”, „daj mi 5 sekund i to zrobię”, „nie ma sprawy”. Chyba marzeniem każdej mamy, każdego rodzica jest to by dzieci wykonywały swoje obowiązki domowe. Nie chodzi mi tu broń Boże o jakąś tanią siłę roboczą, gdzie dzieci pracują a mamy oglądają serial (chociaż u nas czasem to tak wygląda, bo po prostu Antek i Blanka polubili sprzątanie. Nie robią tego dokładnie, ale się nie wtrącam. Poprawie jak pójdą spać, by nie widzieli). Chodzi mi o prace domowe, które ma każdy człowiek. Wynoszenie śmieci, zmywanie naczyń, sprzątanie, zrobienie śniadania, ubranie się, wyjście z psem.. normalne czynności jakie wykonujemy każdego dnia w domu.

Chcę nauczyć moje dzieci, że nie mama jest od tego by usługiwać. By wszystko było podane na tacy, wystarczy pstryknąć palcem. Dom jest nasz, nie mamy – dlatego dbamy o niego wszyscy. To jest coś naturalnego i bardzo zdrowego. Możesz być pewna że zaprocentuje to w przyszłości. Już teraz zazdroszczę mojej przyszłej synowej męża. Antko pięknie sobie daje radę w kuchni, bez problemu zrobi sałatkę grecką i kanapki na kolację – ma sześć lat. Posprząta po psie, gdy zdarzy mu się wpadka w domu. Odkurzy, umyje podłogi, wytrze kurze. Nie ma z tym (już teraz!) najmniejszego problemu. Blanka natomiast zbiera dzielnie zabawki swoje i Antka przed kąpielą, kąpie się już sama (nawet z umyciem głowy), dobiera rano strój do przedszkola, ścieli sobie łóżko, myje podłogi. To są oczywiście przykłady bo w ciągu dnia zbierze się tego znacznie więcej.

Jedynym problemem, nieodkrytym, niewyjaśnionym.. nawet najwięksi uczeni tego świata nie potrafią odpowiedzieć na to pytanie jest – pokój dziecięcy. Jak mają tam wejść i go ogarnąć, momentalnie bolą ich ręce, nogi, głowa, brzuch.. wszystko. Nie ma większego syfu tam. Nawet gdy ja dzień wcześniej wejdę i zrobię mega błysk oni na drugi dzień nie wejdą tam z odkurzaczem, by tylko dosłownie do odświeżyć. Parzy ich podłoga w tamtym pokoju gdy trzeba coś zrobić, poza zabawą i pójściem spać. Nie nalegam, nie wyzywam – po prostu też tam nie wchodzę. Jak zadbają tam będą spali. Zabawki rozrzucone? Nie mój problem. Chociaż od czasu odkrycia tej alergii na kurz, Antek sam z siebie stara się już trochę bardziej dbać o czystość tam.

Było ich ciężko nauczyć tego, że każdy w domu ma swoje obowiązki. Kazałam sprzątać, ale robiliśmy to w formie zabawy. Włączyliśmy sobie muzykę i tańcząc ścieraliśmy kurze, Antek odkurzał a Blanka biegała za nim mopem. Były smugi, ale co z tego? Teraz już się nauczyli robić to troszkę dokładniej i z większą powagą. Nie ważne jaką metodą obierzesz, ważne by była skuteczna.

Ok, zaczeli sprzątać. Ale co z tym ich „nie teraz”, „jutro”.. a właśnie! I tu pomógł nam cudowny wynalazek jakim jest tablica motywacyjna. I szczerze? Olej te kupne za miliony monet. Ja sama stworzyłam sobie tabelkę i zwykłym długopisem/pisakiem/kredką uzupełniamy poszczególne pola. Smutna buźka – nie wykonał danego dnia, neutralna – zrobił, ale byle jak, byle było, wesoła – zadanie wykonane. Czasem mamy jeszcze naklejki, ale nie spinam się gdy ich nie ma bo jest to dodatkowy wydatek.

Dzieci zbierają punkty każdego dnia. U nas jest 7 punktów dziennie do zdobycia. Ubieranie się rano i wieczorem, mycie zębów rano i wieczorem, ścielenie łóżka, pomoc przy sprzątaniu, pomoc przy kolacji, nie krzyczę i nie płaczę, ładnie zjadam posiłki. Dlatego dziennie można zdobyć 7 punktów! Tygodniowo zatem jest aż 49 punktów! Ustaliliśmy że za 40 punktów jest „nagroda”. A jest nią, to co na początku każdego tygodnia sobie ustalimy. Wyjazd na kulki, na basen, na lody, do zoo.. albo jakiś batonik, cukierek. To może być wszystko ale ustalone wcześniej, by dzieci wiedziały o co w danym tygodniu walczymy.

Problem był gdy jedno dziecko zdobyło te punkty a drugie nie. Nie ulegliśmy, dzielnie trzymaliśmy się reguły tablicy i wtedy jedno dziecko jechało np. na ten basen, a drugie siedziało w domu. Były łzy, ale uwierz że tylko jeden tydzień, w kolejnym już wiedzieli że nie ma żartów i faktycznie może być tak że ja zostanę w domu, a mój brat/moja siostra pojadą na wycieczkę. Nie są tak trudne rzeczy, tak naprawdę mega łatwo jest zdobyć punkt, bo są to czynności które wykonujemy codziennie. Prawda?

Zobacz sobie jaką my mamy tabelkę i ona w zupełności wystarczy.
Wydrukuj sobie taką, bądź inną którą znajdziesz w Internecie i zacznij już dziś. Może ta metoda u Ciebie też zda tak pozytywnie egzamin jak u nas.

Blog - archiwum

Jak zrobić samodzielnie zaproszenia ślubne

14 marca 2018

Przeglądając internet możesz natknąć się na całą masę różnych wzorów, kolorów, zdobień i innych cudów na zaproszeniach. Ich rozpiętość cenowa też jest duża od złotówki do nawet 10 zł za drewniane cuda. Tak naprawdę wszystko zależy od Twojego portfela, wizji, motywu przewodniego. Doskonale wiesz (jak jesteś tu z nami cały czas) że niedawno wyskoczył nam niespodziewany wydatek kilku tysięcy złotych. I dokładnie o tą kwotę pomniejszył się nasz budżet ślubny, dlatego szukam oszczędności.

Znalazłam je już między innymi w dekoracji sali. Florystka chciała 3 tysiące, postanowiłam że zrobię to sama – za 500 zł! Da się, serio. Efektem pochwalę się już po weselu, gdy fotograf da nam zdjęcia. Mamy fajną sumę już na plusie. Mimo wszystko wolę zaprosić kilka osób więcej niż przejmować się kwiatami. Taka już jestem, lubię ładne rzeczy – ale jednocześnie jestem straszną sknerą i bardzo nie lubię wydawać niepotrzebnie pieniędzy.

Tak było z zaproszeniami. Podobne do tych które ja zrobiłam były za około 7 zł/sztuka. Teraz sobie policz – 7×50 = 350 zł! Gruba przeginka. Nie, nie, nie.. nie umiałam przełknąć takiej sumy. Tym bardziej, że zaproszenie robi wrażenie tylko w momencie gdy je dostajesz, później trafia do szafy. Na końcu już jest w śmietniku – przynajmniej u mnie. Dlatego postanowiłam zrobić je od początku sama.

Kupiłam na Aliexpress serduszka drewniane za ok 5zł
Kartki białe (blok techniczny) 2,4 zł/sztuka
Kartki brązowe – ja kupiłam też w takim bloczku 5,5 zł/sztuka
sznurek jutowy 3zł

Drukarka, gilotyna, klej, nożyczki.
Jeśli chodzi o drukarkę – ja mam atramentowe urządzenie wielofunkcyjne Epson i dał radę drukować na papierze 250mg – jeśli nie masz w domu drukarki, w drukarni wyliczyli mi ok 15 zł za te kilka stron. Kwota też do zaakceptowania.

Licząc że musiałam kupić dwa bloki białe i jeden brązowy uzbierała się piękna suma około 20 zł! Zobacz sobie, mam jakieś 330 zł w kieszeni. Ale jeden dzień „w plecy” bo tyle czasu zajęło mi zrobienie tego wszystkiego. Mimo wszystko uważam że warto, bo takie zaproszenia można robić powoli, każdego dnia troszkę a nie wszystkie od razu.

Gotowe projekty masz na tej stronie – TUTAJ. Ja musiałam tworzyć sama, bo mój komputer miał problem z zainstalowaniem aplikacji potrzebnej. Ty już masz łatwiejsze zadanie. Gdy już masz projekt nie zostaje Ci nic innego jak drukowanie, wycinanie gilotyną, klejenie, ozdabianie. Nawet dla osoby która nie ma kompletnie talentu plastycznego, wyobraźni i serca do prac plastycznych da sobie rade.

Blog - archiwum

Miesiąc w którym odkryliśmy jak bardzo nasze organizmy potrzebowały zmian

13 marca 2018

Od nowego roku zaczęłam ćwiczyć, trochę lepiej się odżywiać. Jestem bardziej świadoma tego, jak nasze postępowanie na co dzień wpływa na zdrowie i samopoczucie. Każdego dnia jestem bogatsza o dodatkową wiedzę którą wykorzystuję w praktyce tak często jak mogę. Wiadomo że są odstępstwa jakieś, wyjątki, specyficzne sytuacje w których danej rzeczy nie możemy zrobić bądź nasz zdrowy do tej pory plan posiłków ulega zmianie. To wszystko jest normalne i jak najbardziej nie przekreśla wszystkiego co do tej pory wypracowałaś.

Nawet słynne instruktorki w tłusty czwartek zjadły pączka, a inne chodzą na soczyste hamburgery do knajpy – raz na jakiś czas. Ważne byś nauczyła się obserwować swoje ciało. Jak każdy produkt na Ciebie działa. U nas zmiana diety i wprowadzenie lekkich ćwiczeń dały bardzo fajny efekt. Jesteśmy w stanie wieczorem, gdy dzieci zasną usiąść na kanapie i rozmawiać, wspólnie obejrzeć jakiś film.. nie padamy jak muchy zaraz po nich. Mamy więcej energii po całym dniu.

Mimo wszystko nadal był problem z odpornością u Daniela i metabolizmem czy wypadaniem włosów u mnie. Możesz wierzyć lub nie, ale od czasu porodów nie udało mi się uporać z tym problemem tak definitywnie. Po kąpieli widać było jak dużo ich wypada, dlatego sumując te wszystkie nasze problemy postanowiliśmy szukać, czytać, sprawdzać co by nam mogło pomóc.

Nie chcieliśmy miliona różnych tabletek do połykania rano. Byłoby to dla nas bardzo uciążliwe, bo pewnie jak w każdym domu poranki są w wiecznym niedoczasie. Chodziło nam o coś skoncentrowanego, uniwersalnego pod względem płci (byśmy mogli oboje korzystać, a półka z lekami i suplementami by nie wzbogaciła się o 10 kolejnych opakowań), coś co jest naturalne i o coś co pomoże nam na nasze problemy. Jedna rzecz od wszystkiego.

cof

Znaleźliśmy producenta suplementów CHEERS. Są to witaminy i minerały z klasy premium. Kapsułki VCAPS PLUS nie zawierającej żelatyny zwierzęcej czy chemicznych dodatków. Są w 100% wegańskie, nie zawierają żadnych barwników ani chemicznych dodatków. Mało tego, w każdej kapsułce znajduje się tylko substancja aktywna – standaryzowana. I jest to dawka która uzupełnia 100% naszego zapotrzebowania na witaminy i minerały każdego dnia. Dla mnie dodatkowym plusem jest to, że są produkowane w Polsce a wszystkie nasze, krajowe produkty używamy, polecamy i przekazujemy dalej. 

Oferta firmy jest naprawdę mega ciekawa. Zaczynając od wit. C, B, D3+K2, przez potas, hair formuła czy kwasy tłuszczowe omega-3 kończąc na tym co my wybraliśmy dla siebie czyli multiwitamina.

cof

Zestaw witamin Cheers Vitamins DAY to wyjątkowy, kompletny zestaw starannie wybranych 12 witamin, które pozwolą przez cały dzień cieszyć się pełnią witalności i sił. Optymalnie skomponowany skład pokrywa aż 100% dziennego zapotrzebowania na każdą z witamin składowych produktu. Cheers Vitamins Day to suplement stworzony zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn. Witamina C odpowiada za wzmocnienie działania systemu odpornościowego. Witamina B1 wspiera metabolizm składników odżywczych. Witamina B9 czyli kwas foliowy i niacyna pomagają minimalizować uczucie zmęczenia. Żeń-szeń obecny w suplemencie poprawia odporność na stres, a biotyna działa korzystnie na skórę i włosy. Zestaw witamin i ich właściwości ma zapewnić Twojemu organizmowi jak najlepsze funkcjonowanie każdego dnia!

 Cheers Minerals Night to starannie wyselekcjonowany zestaw minerałów, które są niezbędne dla odpowiedniego funkcjonowania organizmu i jego regeneracji po całodniowej aktywności i wysiłku. Kompletna formuła Minerals Night dostarcza organizmowi kompletnych dawek minerałów i gwarantuje najszersze spektrum działania. Jest idealnym uzupełnieniem dla suplementu Cheers Vitamins Day.Warto dodać, że Cheers Minerals Night zawiera w swoim składzie bardzo cenny dodatek w postaci GABA (kwas gamma-aminomasłowy).

cof

TUTAJ na stronie producenta macie wszystko dokładnie opisane, co zawierają i jaki mają wpływ na nasz organizm poszczególne składniki każdej kapsułki – co jest dla mnie ogromnym plusem, bo nie wszystko wiedziałam i zdecydowanie pomogła mi ta wiedza podjąć decyzje o zakupie odpowiedniego zestawu dla nas.

A teraz tak szczerze, pomogły?

Pomogły. Odpukać! Odkąd trafiły do naszego domu każdego dnia połykaliśmy dwie tabletki. Ja nie będę kłamała, opuściłam 3 dawki poranne, jednak Daniel dzielnie każdego dnia połykał co trzeba. Powiem Ci teraz na naszym przykładzie co zmieniły te suplementy u nas. Po pierwsze odporność Daniela się podniosła, zdecydowanie jest lepiej. Bywały miesiące, w których chodził non stop z chusteczkami. Teraz tego nie ma, kolejna partia koniecznie musi zostać zamówiona, chociażby dlatego że na lekach zaoszczędziliśmy tyle ile wydamy na multiwitaminę, więc wyszliśmy na zero jednak nie opuścił z powodu choroby ani jednego dnia w pracy. Kolejna sprawa to moje włosy. W wannie była ich cała masa, na szczotce jeszcze więcej. Teraz z ręką na sercu w wannie zostają 3 sztuki – to jest max! Serio przestałam zapychać nasze rury włosami. Metabolizm wystartował, nie u mnie a U Daniela. Każda osoba która ma z tym problem koniecznie musi po nie sięgnąć – nie będę wchodziła w szczegóły, ale nie wiem po co Dani je – jak zaraz idzie do WC 🙂 Ostatnia sprawa zmęczenie. Specjalnie przestałam ćwiczyć w lutym by to sprawdzić. Tyłek ruszyłam może 3-4 razy, jednak chciałam sprawdzić czy te suplementy pozwolą funkcjonować mi na tym samym, bądź podobnym poziomie wieczorem. Ćwicząc chodziłam spać o 23 i to była optymalna godzina, nie byłam mega zmęczona ale czułam że to już pora by odpocząć. Budzę się codziennie o 7:00. Biorąc same suplementy nie jest źle, cały dzień funkcjonuję w miarę aktywnie. Odkąd nie pracuje na etacie wszędzie staram się chodzić pieszo, dlatego mam o wiele więcej ruchu niż przedtem. Nie jestem zmęczona, nie ziewam co 10 minut, nie piję 5 kubków kawy dziennie. Myślę że spełnia swoje zadanie.

cof

A co producent mówi o sobie?

Marka Cheers została stworzona przez grupę pasjonatów zdrowego stylu życia i zdrowego odżywiania. Twórcy poszukując na rynku odpowiednich suplementów dla siebie, z zaskoczeniem odkryli fakt, że zdecydowana większość produktów dostępnych na rynku nafaszerowana jest różnymi dodatkami, wypełniaczami i barwnikami, a jakość stosowanych składników często odbiega od optymalnego poziomu. Twórcy marki postanowili stworzyć produkty przeznaczone dla klientów świadomych, którzy oczekują niepodważalnie najwyższej, bezkompromisowej jakości.

Linia produktów Cheers to w 100% „clean label” – produkty nie zawierają sztucznych dodatków, barwników czy substancji dodatkowych. Produkcja odbywa się zgodnie z najlepszym standardem produkcyjnym GMP oraz HAACP. Cheers chce dostarczyć klientom produkty najwyższej klasy, dlatego każdy z suplementów Cheers przechodzi szczegółowe badania mikrobiologiczne, a ścisła kontrola jakości odbywa się na każdym etapie procesu produkcji suplementów.

Klient decydując się na zakup produktów Cheers może być pewien, że dostarcza organizmowi tego co najlepsze, ponieważ składy suplementów są niedostępnym w żadnym innym produkcie połączeniem sił natury z najnowszymi osiągnięciami nauki.

Kochani a teraz niespodzianka!
Mam dla każdej z Was prezent od firmy cheers, rabat 15% na hasło: pierwszekroki15
Kod jest bezterminowy i obowiązuje przy pierwszym zakupie.

Blog - archiwum

Rozwijamy wyobraźnię dziecka i pomagamy mu łagodniej wejść w świat nauki.

9 marca 2018

Chociaż mam za sobą studia pedagogiczne, kompletnie nie czuję tego klimatu. Nie wyobrażam sobie siebie w tym zawodzie. Kocham dzieci, wszystkie są słodkie. Byłam nianią takiej ilości dzieci i dosłownie KAŻDE traktowałam jak moje własne. Jednak czuję że nie realizowałabym się w tym zawodzie na tyle, by czerpać z niego maksimum przyjemności. Wypaliłabym się szybciej niż inni. Po samym okresie praktyk byłam wykończona. Pół dnia z dziećmi w ilości 24 stuki, a po powrocie jeszcze zabawa z moimi – przerosło mnie to.

Za to po okresie nauki zostały mi pewne zboczenia „zawodowe”. Moje dzieci chodzą na co dzień do przedszkola. Mają tam swoje zajęcia edukacyjne, czas na zabawę czy na ćwiczenia. Po powrocie do domu naszym obowiązkowym punktem dnia jest obiad – pamiętając, że bez zaspokojenia potrzeb podstawowych jak jedzenie, picie czy czynności fizjologiczne nie będziemy w stanie w 100% skupić się na innych czynnościach. Następnie chwila czasu na luźną zabawę, by mama mogła ogarnąć kuchnie po posiłku. W kolejnym kroku siadamy do zeszycików.

No, nie do końca zeszycików bo codziennie jest to coś innego. Czasem malujemy farbkami, innego dnia lepimy coś plasteliną. Przed różnymi świętami dobieramy atrakcje tematycznie – Boże Narodzenie to stroiki, Wielkanoc – pisanki, dzień kobiet – laurki. Atrakcje dopieramy dzień wcześniej i nieźle nam to wychodzi. Gdy nie ma w okolicy nic do prac plastycznych sięgamy po książeczki które bawią i uczą. Literki, cyferki, zmazywanki, kolorowanki wszystko co aktualnie wpadnie nam w ręce. 

Byłam ostatnio na poczcie, u nas w miejscowości poczta naprawdę jest bogato wyposażona: od lizaków i batoników po ręczniki, portfele.. jest tam wszystko – u Ciebie też? Wracając.. Była tam też półka na której była masa książeczek. Większość to te ze zmazywalnymi pisakami. My je uwielbiamy bo służą nam naprawdę na długo, oczywiście jak się o nie odpowiednio dba. Tak mnie zaciekawiły że postanowiłam zobaczyć ofertę tej firmy. Były to pozycje z wydawnictwa OLIMP, a ich oferta przedstawiona na stronie internetowej mnie powaliła! Serio, to nie były już tylko zmazywalne książeczki ale cała masa innych cudów, których nie widziałam wcześniej.

Skupiłam się tylko na dwóch ofertach, czyli dla pierwszoklasisty oraz dla przedszkolaka 3-4 lata. Ten temat jest u nas aktualny, więc to logiczne że na nic innego nie patrzyłam. Ważne jest to, by dopierać zakres wieku dobrze, nie obniżać jego umiejętności i nie robić na siłę tych dla starszych dzieci- to nie wniesie w rozwoju dziecka nic nowego, ani nic dobrego. Wręcz możemy zaszkodzić np poprzez zniechęcenie dziecka do wykonywania takich zadań. Tobie też by się nie chciało, gdyby nauka była wiecznie poziom wyżej niż jesteś prawda? Jak uzyskać motywację, gdy ciągle coś nam nie wychodzi. Wniosek jest prosty – ambicję schowaj do kieszeni, dziecko rozwija się w swoim tempie i nic na siłę nie przyśpieszysz. 

Dla ucznia pierwszej klasy wydawnictwo ma TAKIE propozycje. Mnie szczególnie zachwyciły zadania matematyczne. Mam dość fajne wspomnienia z tym przedmiotem i nigdy jakiegoś większego problemu z nim nie miałam. Fajnie, jak moje dziecko polubi to tak samo jak ja, jeśli nie – trudno, ma do tego prawo. Dlaczego fajnie? Bo znam ludzi którym matematyka struła nieźle nerwy podczas całej edukacji, wolę by wyniósł miłe wspomnienia jak ja. Ćwiczymy dość często, dokładnie ale nie nachalnie. Matematykę albo się lubi, albo nie – nie ma półśrodków. Aktualnie mamy TAKĄ pozycje u siebie. Na pierwszej stronie mamy już zadania składające się z trzech liczb po lewej stronie i jednej po prawej. Antek ma 6 lat i rozwiązuje je dość sprawnie – wiem, że takich równań nie ma w przedszkolu, dlatego tym bardziej jestem dumna. Zaczęliśmy w tym tygodniu także mnożenie – bajka. Mnożyć x2 i x3 już umie w pamięci – ćwiczymy dalej. Wszystko wskazuje na to, że pójdzie w ślady mamusi.

Natomiast dla dzieciaczków, które są jeszcze w przedszkolu mamy TAKIE cuda. U nas w domu jest masa książeczek do zmazywania, ponieważ moim zdaniem przy trzy-cztero latku to się bardziej kalkuluje. Tym bardziej, że Blanka jest typem dziecka, które bardzo mocno denerwuje się gdy wyjedzie za linię. Tu w każdej chwili może poprawić to, co jej nie wyszło. Dobraliśmy wspólnie dla Blanki jeszcze TAKĄ pozycję jednak na starcie ją wymieniła na coś innego, za to Antek przepadł! Serio 6-letnie dziecko oszalało na punkcie tej książki. Dzięki pędzelkowi, który napełniasz wodą odkrywasz kolejno obrazki. Po wysuszeniu, można korzystać z książeczki kolejny raz – mega plus.

My jesteśmy na TAK. 
Uwielbiamy bawić się i uczyć jednocześnie. Odkrywamy co rusz to nowe pozycje, jednak jestem pewna że do tych wrócimy. To nie było nasze ostatnie zamówienie, tym bardziej że wysyłka ze strony wydawnictwa jest darmowa przy zakupach za minimum 49zł na terenie całej Polski!

 

Blog - archiwum

Przepis na najlepszą roladę bezową – nie jadłaś lepszej.

7 marca 2018

Kucharka ze mnie marna, ale lubię szukać w internecie nowości. Coś co wygląda fajnie, robi się super szybko na pewno zwróci mają uwagę. Mój telefon ma masę pamięci w sobie i bardzo dobrze, bo dziennie robię zrzuty ekranu przynajmniej pięciu różnych przepisów. To czym się dziś pochwalę robiłam już 3 razy, za każdym razem wyszło pysznie więc mogę się pochwalić. 

Przepis ten znalazłam na instagramie lalare_fit. Cudowna kobieta. Piękna, mega miła i cierpliwie odpowiadająca na moje wiadomości dotyczące zamówień produktów w Eko sklepie. Ma niesamowitą wiedzę i podobne kubki smakowe do moich, więc tym bardziej ufam temu co mówi. Potrzebujesz naprawdę mało czasu by przygotować ją, a do środka tak naprawdę można wrzucić wszystko. U mnie są to truskawki bądź maliny. Natalia poleca mandarynki z puszki. Podejrzewam że brzoskwinie z puszki, jagody, jakieś owoce leśne też by fajnie się komponowały.

Co potrzebujemy?
6 białek
1 szklanka cukru
2 łyżki mąki ziemniaczanej (tak od serca!)
1 łyżka octu
płatki migdałowe
30ml śmietany kremówki
owoce

Ubijamy 6 białek „na sztywno” pod koniec dodajemy cukier i mąkę a gdy już masa będzie gotowa, łyżeczkę octu i jeszcze chwilkę mieszamy. Całą masę wykładamy na blachę, najlepiej na folię aluminiową (bo lepiej się później odrywa) i wkładamy do piekarnika ustawionego na 160stC na drugą wysokość od dołu. Po 5 minutach, gdy masa będzie jeszcze mokra, posypujemy migdałami (też tak szczerze od serca) i pieczemy dalej ok 30 minut. Ja czekam do takiego lekkiego zbrązowienia.

Po wyjęciu z piekarnika, wyrzucamy roladę na czystą ściereczkę do góry dnem (migdały na dole) i odrywamy folie. Taką ciepłą roladę zawijamy w ściereczkę i czekamy aż ostygnie. W tym czasie ubijamy sobie śmietanę i szykujemy owoce. Gdy ostygnie, smarujemy placek bezowy śmietaną, układamy owoce i znów zawijamy. Roladę pakujemy w folię aluminiową/spożywczą i chowamy do lodówki np na całą noc. Ja robię rano, to po 16 śmiało ją jemy (a warto poczekać, bo jak leży jest lepsza)

Znałaś wcześniej ten przepis? 

Blog - archiwum

Uwaga! Alergik na pokładzie! Jak skutecznie sprzątać by jemu było lepiej.

6 marca 2018

Diagnoza Antka była dla nas szokiem, kompletnie nie spodziewałam się że to właśnie moje dziecko ma aż tak silne alergie. Był szok, było niedowierzanie, był też moment wyparcia ” ale jak to? przecież on nie dawał większych sygnałów..”. Po przemyśleniu wszystkiego już wiedziałam że sygnały były, tym bardziej widzę to teraz. Dwa tygodnie podajemy leki na alergię, od tygodnia moje dziecko oddycha przez nos, nie ma kaszlu w nocy i (odpukać!) od momentu diagnozy – nie byliśmy u pediatry! A uwierz byliśmy tam bardzo często.

Aktualnie mamy stwierdzone alergię na : żyto, brzozę, trawy, kurz, pleśń i penicylinę. Niedługo jedziemy na kolejną wizytę do pulmonologa by stwierdzić czy przez tak silną alergię nie mamy astmy alergicznej (nasza Pani pulmonolog ma 4 punktowy zapis wielkości alergii, przy czym 1 to mała reakcja, 4 to max.. Antko na brzozę, żyto i trawy ma 4, na kurz i pleśń ma 3 a na penicylinę 2). Na tej wizycie też zrobimy testy na alergeny pokarmowe. Gdy coś wyjdzie – z jednej strony będzie płacz, bo być może sporo produktów będzie musiał odstawić.. a z drugiej strony radość – bo zawsze lepiej wiedzieć o najgorszym niż męczyć się z alergią nie wiedząc od czego ma się takie objawy.

Poza lekami dbamy bardzo mocno o dietę Antka. Możecie nie wierzyć, możecie nie wiedzieć.. ale naprawdę nawet przy alergiach wziewnych warto ją stosować, bo można sobie tym poprawić swój stan. Poza jedzeniem, postanowiłam zadbać o dom najlepiej jak potrafię. Nigdy nie byłam perfekcyjną Panią domu, nienawidzę sprzątać. Szukam najlepszych, najszybszych i najskuteczniejszych środków pozbycia się brudu. Wrodzone lenistwo nie pozwala mi spędzać połowy dnia na odkurzaczu a drugiej połowy na szmacie z młynem do czyszczenia mebli. Nie lubię i wiem że nie pokocham tego miłością bezgraniczną.

Ba! Mało tego.. zanim odkryliśmy że powodem Antka dolegliwości jest alergia adoptowaliśmy psa. Największą małą syfiarę na świecie. Bije wszystkich na głowę i nie ma w tym grama przesady. Jest po prostu nie do pobicia. Podsumowując, mając w domu psa-bałaganiarza i dziecko-alergika trzeba podwójnej siły, a wręcz nadludzkiej siły by zadbać o dom jak należy. Zależy mi na czyszczeniu tak, by dziecku było lepiej – nie mniej i nie więcej.. oraz na tym, by móc zaprosić niespodziewanych gości do domu. I tu pojawiają się schody – u nas trzeba najpierw odgruzować mieszkanie, by ktoś mógł postawić stopę.

Nie no żartuję, można przejść. Z trudem ale można. W każdym razie, odkąd wyszła alergia – dbam. Nie perfekcyjnie, bo nie mam tyle czasu i siły w ciągu dnia. Jednak jest zdecydowanie lepiej. Znalazłam kilka rzeczy które ułatwiają mi codzienność, pomagają walczyć z brudem i naprawdę nie nadwyrężają moich zapasowych sił.

Po pierwsze – odkurzacz.

Stary był – stary. Głośny, wciągał co dziesiąty paproszek, na kablu, filtry zajechane i wcale nie takie super. Kupiliśmy odkurzacz na miarę naszych potrzeb. Filtr HEPA idealny dla alergików, wyłapuje wszystkie brudy które normalnie w naszym starym odkurzaczu gdzieś tam uciekały poza jego wnętrze. Poza tym, przy naszych 80m2 odkurzenie starą krową zajmowało mi jakieś 20 minut. Męczyłam się z kablem, przenosiłam go bo ciągle o coś mi się zaczepiał. Po odkurzeniu, posługiwałam się mopem, który powinien być wyłączony ze sprzedaży przez swoją nieporęczność. Nie chcę szkodzić nikomu, więc o złych rzeczach nie piszę, jednak NIGDY ten mop nie będzie polecony u mnie na blogu. Wracając.. mycie nim podłogi zajmowało mi kolejne 20-25 min bo non stop trzeba było iść go namoczyć. Teraz kupiliśmy odkurzacz który ma funkcje 3w1. Odkurza, myje i ma specjalny mini odkurzacz ręczny który wyczyści kanapę – np. z sierści psa. Zrobienie podłogi w całym domu zajmuje mi 10 minut! Jednak pamiętaj że po odkurzaniu (możesz też w trakcie) powinnaś otworzyć okno, by to wszystko co jednak się wydostanie i lata w powietrzu „uciekało” na dwór. Mało tego, odkurzam zawsze gdy nie ma Antka w domu, gdy nie jest w przedszkolu – proszę kogoś by poszedł z nim na dwór. W szczególnych przypadkach idzie do swojego pokoju a w tym czasie ja sprzątam cały dom – gdy skończę a mieszkanie zostanie wywietrzone on idzie do salonu a ja wkraczam do jego oazy. Oszczędność czasu, pieniędzy i.. zdrowia, dzięki filtrom. Poczytaj sobie o odkurzaczach pionowych z takimi funkcjami, na pewno znajdziesz jakiś dla siebie:) Aktualnie używamy dokładnie TAKI płyn do mycia podłóg.

Po drugie – brak tekstyliów.

Alergia na kurz i pleśń jest okropna. Przecież kurz jest wszędzie – nie jesteś w stanie nad tym problemem zapanować, bo kończąc sprzątać w jednym pokoju za chwilę w drugim widzisz znów coś. Lekarz pulmonolog poleciła mi usunąć z domu firany, dywany, poduszki dekoracyjne i inne rzeczy które są w domu niepotrzebne a mogą szkodzić. Poza funkcją dekoracyjną nie miały u nas najmniejszego znaczenia więc się ich pozbyłam. Podobno gdy codziennie je odkurzasz i dbasz o ich czystość nie powinny szkodzić, u mnie nie odgrywały aż tak ważnej roli by narażać zdrowie dziecka. Jak jemu ma być lepiej, wolałam wyrzucić. Zabawki też należy trzymać w zamkniętych pojemnikach, bo jak wiadomo te które są na komodzie, bardzo lubią się zabrudzić. Nie doczytałam jeszcze czy powstały jakieś „zamienniki” tradycyjnych firan czy dywanów dla alergików, ale obiecuje zagłębić się w ten temat. Jakby nie było, niby nic – zwykła firanka a jednak jakoś tak cieplej w mieszkaniu dzięki nim było, prawda?

Po trzecie – regularność.

By osiągnąć najlepsze efekty powinniśmy sprzątać codziennie. Każdego dnia ścierając kurze, najlepiej ściereczką z mikrofibry (teoretycznie beż użycia środków chemicznych) jednak ja używam nasączoną odpowiednim środkiem dokładnie TAKIM, by wspomóc usuwanie niechcianych lokatorów. Powinnaś pamiętać też by co tydzień zmienić pościel, wyprać wszystko w  wysokiej temperaturze. Wyrzuć kołdrę z pierza, kup syntetyczną – najlepiej dla alergika i pierz ją raz w miesiącu. Mało tego, gdy temperatura spada poniżej zera powinnaś wyrzucić kołdry na balkon i je wywietrzyć. Mróz skutecznie zabija roztocza. Teraz, chociaż jest minus 15 stopni, ja codziennie powieszam pranie na balkonie i ono tam schnie. Myjemy częściej okna niż inni, bo na nich oraz na kaloryferach które są często pod nimi zalegają spore ich ilości. Jeśli mówimy o łazience, która jest idealnym miejscem do rozwoju bakterii, wirusów i grzybów.. powinniśmy użyć silniejszych środków niż w innych pomieszczeniach najlepiej użyć środków czystości zawierających podchloryn sodu – który walczy z nimi bardzo skutecznie. JA używam TAKIEGO.

Wcześniej chemia dla domu starczała nam na bardzo długo, teraz schodzi litrami. Sprzątamy często i dokładnie, aktualnie przy użyciu środków z firmy Gold Drop. Mają w swojej ofercie naprawdę bogatą ilość produktów, zaczynając od tych które nas najbardziej interesują czyli ekologicznych po środki do sprzątania samochodu czy akcesoria takie jak gąbki, rękawiczki. Są bardzo wydajne i cenowo naj najbardziej korzystne. Używaliśmy bardzo wielu produktów, łącznie z płynem do prania który nie miał problemu z zabrudzeniami jakie przynosiły dzieci z przedszkola – więc jestem jak najbardziej na TAK (mowa dokładnie o TAKIM)! A gdy jesteś taką maniaczką prania jak ja.. będziesz zachwycona Aroma Orchid – tym czarnym koncentratem do płukania za całe 6,55zł! Każdy produkt do sprzątania, który zawiera poręczny dozownik jest u mnie już na wygranej pozycji. Wygoda, skuteczność, cena.. to wszystko ma wpływ na moją opinię o danym produkcie – tu jestem jak najbardziej na tak. A Ty?

 

 

Nasz Instagram