Śledź nas na:
All Posts By

pierwsze-kroki

Blog - archiwum

Nauki przedmałżeńskie, poradnia przedmałżeńska – jak to wygląda?

27 lipca 2018

Pewnego dnia podjęliśmy decyzję o tym, by stać się pełnoprawną rodziną. U nas to była dość spontaniczna decyzja. Chociaż pojawiały się wcześniej jakieś myśli „może byśmy pomyśleli o ślubie?”, „chcesz kiedyś zalegalizować nasz związek?” wiecie, takie normalne ludzkie rozmowy o swoich wzajemnych oczekiwaniach. Mimo wszystko, to Daniel podjął ostateczną, męską decyzje i oznajmił „Basia, weźmy ślub” – to było w weekend. W kolejnym tygodniu powiadomiliśmy o tym naszych rodziców i poszliśmy do księdza „zaklepać termin”. W dalszej kolejności sala, DJ, foto+video.. myślałam że wystarczy takich ogólnych rzeczy, nie spodziewałam się tego że ślub kościelny niesie ze sobą jeszcze tyle rzeczy do zrobienia.

Początkowo miał być tylko cywilny, chcieliśmy zaprosić rodzinę do urzędu a następnie pojechać na salę. Jednak Daniel stwierdził że chyba jednak kościelny by chciał. Powiedziałam tylko jedno ” zastanów się bo to będzie jednorazowa akcja. Bierzemy ślub raz, albo cywilny albo konkordatowy” wybrał drugą opcję. Jednak teraz, za każdym razem jak musi gdzieś pojechać, wrócić wcześniej z pracy, czy słuchać tego co mają do powiedzenia powtarza że chyba wszystko odwoła i weźmiemy tylko szybki cywilny. Kochanie, wybacz ale już tyle za nami – damy rade!

Zaczniemy od katechezy przedmałżeńskiej..

Było to sześć spotkań, pierwsze i ostatnie prowadził ksiądz proboszcz z naszej parafii, pozostałe cztery zaproszone osoby. I powiem Ci szczerze, te dwa których się najbardziej obawiałam były najlepsze. Szybka, zwięzłe i na temat. Tematy to podstawy wiary, sentymentalność małżeństwa oraz msza święta, rodzina kościołem domowym i powołanie chrześcijańskie. Poruszyliśmy tematy podobne do tych z lekcji religii. Skąd wziął się człowiek, dlaczego małżeństwo i msza święta jest tak ważna. Takie zupełne podstawy, ale prowadzone w fajny sposób i naprawdę słuchaliśmy całości w pełnym skupieniu. Czego nie można powiedzieć o pozostałych.

Drugi temat to Istota i Rozwój miłości, Miłość małżeńska 

O tym nic Ci nie napisze, bo dosłownie przespaliśmy to spotkanie. Dzieci były u babci, do spotkania była godzina wiec postanowiliśmy iść na drzemkę. Budzik nie zadzwonił, albo dzwonił jednak byliśmy tak zmęczeni że po prostu go nie słyszeliśmy. Zerwaliśmy się na równe nogi, gdy spotkanie trwało już 30 minut. Szybkie ogarnięcie, podjechaliśmy pod kościół ale głupio nam było wejść w trakcie trwania zajęć więc poszliśmy na lody – i szczerze, wcale tego nie żałujemy. Spotkanie co prawda musimy nadrobić w innym miejscu ale trudno.

Kolejny temat to Różnice w przeżywaniu miłości (kobieta i mężczyzna), Trudności w małżeństwie.

To spotkanie było najbardziej hardcorowym ze spotkań. Bo tak jak liczyłam się z tym, że kościół to totalny przeciwnik aborcji, antykoncepcji i wiedziałam że temat zostanie poruszony prędzej czy później – tak ten temat zwalił mnie z nóg. Bardzo ciekawa Pani, która przygotowała sobie piękną notatkę, przetrzymała nas w sali 1,5 godziny i naprawdę sama na nim przysypiała. Momentami miałam wrażenie że czyta coś z czym sama się nie zgadza. Jakby ktoś ją do tego zmuszał, przystawiając jej jednocześnie broń do tyłu głowy. Poruszanym tematem w większej części była pornografia. Zło wcielone, które jest powodem rozwodów i szukania pocieszenia męża w ramionach innej kobiety. Mężczyźni patrząc na taką kobietę na ekranie, dostrzegają że ich żona jest nie idealna i od niej odchodzą. Wolą sztuczne biusty, płaskie brzuchy i długie nogi. Tak skoczyła na tych biednych mężczyzn robiąc z kobiety niewiniątka. Kobiety nie oglądają takich filmów? Nie uciekają do innych, by pocieszyć się seksualnie? Mimo że jestem kobietą, czułam to co czuł Daniel. Prowadząca strasznie dyskryminowała mężczyzn robiąc z nich bez-mózgów myślących tym co mają w majtkach. Po godzinie przestała czytać i gdy już wszyscy zaczęli wstawać, myśląc że to koniec usłyszeliśmy magiczne „dobrze, przejdźmy do drugiego tematu” Ok. Zaczęła o miesiączce. O tym, że kobiety są takie biedne podczas „tych dni”, mężczyźni powinni im usługiwać, pomagać, wspierać.. najlepiej zwolnić się na tydzień z pracy i siedzieć z nimi by się nie męczyły. Chociaż słyszałam, że jak trafi się na fajnych prowadzących to z tego tematu można naprawdę fajne lekcje na przyszłość wynieść.

Czwarty temat to : Odpowiedzialne rodzicielstwo, Wychowanie do miłości.

Te zajęcia skrócił mi Daniel, bo chyba jako jedyny na sali siedział i słuchał całego wykładu w całości. Naprawdę, z takim skupieniem na twarzy go jeszcze nie widziałam. Chociaż kobieta która o tym mówiła była dość specyficzna i sugerowała że prawdziwa rodzina to taka, która ma trójkę i więcej dzieci. No cóż, nauczeni doświadczeniem wcześniejszych spotkań wiedzieliśmy że do niektórych spraw trzeba podejść z dystansem i po prostu robić swoje. Dwójkę dzieci już mamy, trzecie jest w planach więc po Bożemu będziemy „prawdziwą rodziną” jednak straszny niesmak pozostał po tym spotkaniu. Mam wrażenie że niektórzy wykładowcy byli tam zbyt ambitni i wyrwani lekko z rzeczywistości. Ksiądz zdecydowanie powinien zrobić tam konkretne czystki bo mowa tych osób może urazić ludzi którym zależy, a z powodów zdrowotnych nie mogą. Gdy zaczęła mówić o równouprawnieniu w rodzinie, że dzieci to „mali dorośli” trochę punktów na plus zdobyła, jednak nie wystarczająco dużo by uznać ten temat za wyczerpany.

Piąty temat : Wykroczenia przeciwko życiu; w obronie życia.

Ten temat kompletnie zwalił mnie z nóg. Wiesz o co chodzi? O to że mimo wszystko moja macica jest moja i mam prawo robić z nią co mi się podoba. Mam prawo decydować o tym czy nowe życie powinno we mnie się tworzyć czy nie. Nie mówię tu otwarcie że jestem zwolenniczką bądź przeciwniczką aborcji ale chodzi mi o zwykłe zabezpieczenie. Mając spirale czułam się tam tak niezręcznie jak słoń w składzie porcelany. Bałam się ruszyć bo osoba prowadząca tak krytykowała każdą antykoncepcję, że bałam się wytknięcia palcem – serio, miałam wrażenie że ma jakiś radar w głowie. Zero antykoncepcji, rodzić wszystkie dzieci które zostały poczęte i dać im dużo miłości. Możecie jeść piasek na śniadanie, obiad i kolacje ale dziecko musi być. Tak opisany temat zdecydowanie nie był moim ulubionym. Najwięcej do powiedzenia mają zawsze Ci, którzy na temacie znają się najmniej – a przynajmniej powinni.

Temat szósty już znasz, opowiedziałam Ci o nim na samym początku i nadal podtrzymuję swoje zdanie że był jednym z najciekawszych podczas całego kursu. Bez wciskania osobistego zdania na siłę, bez spięć i niechęci do czegokolwiek. 

I nie odbierzcie mnie źle. Wiem, że są zajęcia prowadzone naprawdę rozsądnie. Wszystko zależy od ludzi którzy tworzą dane miejsce. Nam się nie poszczęściło, jednak byliśmy tam razem i przetrwaliśmy. Nie mam też nic do naszego domu Bożego. Nasz kościół oraz ksiądz proboszcz jest chyba jedną z najwspanialszych osób na które trafiłam w swoim życiu. Bardzo konkretny, wyrozumiały i znający realia życia. Nie biega po chmurach w poszukiwaniu różowych słoni. Jest bardzo rozsądny i zdecydowanie można z nim porozmawiać o wszystkim. Może warto poczytać opinie w internecie odnośnie kursów, odszukać taki który wnosi coś do naszego przyszłego życia małżeńskiego jakieś wartości. Na naszych chyba za wszelką cenę chcieli nam pokazać w jakie bagno się pakujemy i jak zepsuci jesteśmy. Daniel tak bardzo chciał ślub kościelny, ale po tych spotkaniach zadał mi pytanie : „Basia, po co my to robimy? Nie czujesz że oni robią to na siłę.” Może taki był ich zamiar, dać do myślenia. 

 

Blog - archiwum

Winietki ślubne DIY – jak my rozwiązaliśmy ten problem i dlaczego one się u nas pojawią

26 lipca 2018

To że na naszym weselu będą winietki było tak oczywiste jak to, że każdego dnia wyjdzie słońce. Nie wyobrażałam sobie swojego wesela bez tego małego szczegółu. Nie każdy decyduje się na taką formę organizacji przyjęcia, chociaż naprawdę nie rozumiem dlaczego. Nie dość że jest to łatwe do wykonania, lepiej wygląda a na domiar wszytskiego – zdecydowanie usprawnia wszystko podczas tego wyjątkowego dnia. 

Nie tworzą się okna między osobami. Jak doskonale wiemy goście lubią zajmować miejsce zostawiając bezpiecznie jedno krzesło odstępu od innych osób. Nie mam pojęcia dlaczego tak jest – było tak od zawsze i raczej to się nie zmieni. Kto pierwszy złoży życzenia parze młodej na sali, biegnie zająć miejsce i tym sposobem te ostatnie niedobitki później chodzą i szukają dwa wolne obok siebie. Najczęściej jeszcze wychodzi na to, że młoda dwudziestoletnia dziewczyna znajduje je obok wujka który ma problemy zdrowotne i jeszcze nie ma bladego pojęcia o czym z nim rozmawiać bo nie jest „z jej strony rodziny”.

Rozumiesz o co mi chodzi prawda?

U nas dodatkowo przychodzi jeszcze jeden problem. Mianowicie niektórzy goście nie chcą siedziec obok siebie. Nam nikt tego bezpośrednio nie powiedział, jednak mamy oczy i uszy. Naszymi uszami są nasi rodzice do których gość Y dzwoni i delikatnie prosi by nie usadzać go obok gościa X. Mieliśmy taka sytuację i jak najbardziej szanujemy takie drobne życzenia – na nas osobiście to nie wpływa, a jak oni mają czuć się na imprezie dobrze, to spełnimy ten punkt. Mamy też oczy.. i widzimy kto za kim nie przepada, kto z kim rozmawia i musi sztucznie się uśmiechać dla dobra innych. Wimy też kto z kim jest pokłócony i niekoniecznie fajnie by było ich razem usadzić.

Chcemy też, by młodsi goście siedzieli razem a po drugiej stronie starsi. Chociaż mamy tak wspaniałych znajomych i jesteśmy pewni że dogadaliby się z naszymi rodzinami to jednak przy stole lepiej siedzieć z ludźmi o podobnych zainteresowaniach. Tańczyć będą razem, to wiem. Pić razem też mogą, przecież na weselu goście migrują miedzy stolikami by wypić z każdym. Jednak do obiadu, kolacji i tortu usiądziemy z osobami z którymi coś nas połączy – nawet jakiś szczegół. Wszystko będzie dokładnie przemyślane.

Nie chcemy też zamieszania..

Dlatego po przyjeździe na sale, każdy gość zobaczy przy jakim stoliku znajduje się jego nazwisko. Stoliki będą ponumerowane i dokładnie rozrysowane na planszy. Będzie bardzo czytelnie i schludnie. Dodatkowo na każdym stoliku będzie mała plakietka, dokładnie taka jaką widzisz na zdjęciach. Bardzo zależało mi na tym, by były wypisywane ręcznie i robione od początku do końca samodzielnie – od serca. Nie chcemy tego gwaru, rozmów wołania „Hej, Halina chodź tu mam dwa wolne miejsca, dalej!” Chcemy by nasze dzieci siedziały obok nas później świadkowie, nie nasi rodzice. Chcemy by nasi rodzice nie musieli siedzieć obok nas cały czas, sztywno i bez tematów do rozmów – a rozmowy o kotlecie to żadne rozmowy. Z nimi rozmawiamy podczas niedzielnego obiadu, bądź szybkiej kawy tygodniu.

Wiemy też, że kilka osób przyjedzie z dziećmi po czym te dzieci zostaną odebrane przez babcie, ciocie, wujków – to też mamy uwzględnione w planie rozsadzenia gości. By po ich wyjeździe nie pojawiały się luki które źle wyglądają podczas późniejszego oglądania zdjęć czy filmów.

Przy okazji izachęcamy całą rodzinę i znajomych do pomocy – bo chyba każdy kto pije w naszej rodzinie wino zbiera korki dla nas

Mam wrażenie że jesteśmy w tym jednogłośni.
Musi być dobrze.

Blog - archiwum

Nasze wrażenia po kilku miesiącach używania zegarka GPS z funkcją telefonu

25 lipca 2018

Jestem pewna że pamiętasz nasz wpis opisujący jeden z najlepszych zakupów jakie dokonaliśmy. Pamiętam że wejścia wtedy na blog skoczyły, dużo osób brało udział w konkursie i ogólnie jakoś tak było wtedy tu głośno. Nie każdy wpis robi taki szum, nie wszystkie do Ciebie tak docierają – co jest zupełnie zrozumiałe. Każdy z nas ma w życiu różne zainteresowania, priorytety czy potrzeby. Naszą potrzebą w tamtym czasie była duża chęć komunikacji z dziećmi gdy jadą do babci na weekend, gdy Antek wychodzi sam przed blok bądź gdy wyjeżdżają na wakacje bez nas.

Lubimy mieć wszystko pod kontrolą dlatego taka opcja wydała nam się najciekawszą z możliwych. Dzieci mają 7 i 4 lata, dla mnie zdecydowanie są za mali by korzystać z telefonów które są po prostu nieporęczne dla nich. Ograniczają zabawę, powodują niepotrzebne stresy w przypadku zgubienia, mają masę niepotrzebnych funkcji których w tym wieku dzieci nie potrzebują. Antek i Blanka mają telefon i tablet w ręce tylko jeśli jakaś babcia im go da. W domu nie używają wcale, jedyną rozrywką jaką mają zapewnioną są bajki – i to w ograniczonej ilości ostatnio.

Dlatego więc zdecydowaliśmy się wtedy na zegarek..

Początkowo miał go tylko Antek, jednak postanowiliśmy sprawić taki sam Blance. Młoda ma 4 lata i nie jest jej on tak potrzebny jak starszakowi, jednak postanowiliśmy sprawdzić czy zda u nas egzamin. Ekscytacja na początku była ogromna, przez kilka dni dzwoniła do wszystkich na swojej liści by opowiedzieć o tym że właśnie zjadła śniadanie, poszła na spacer czy wyszła z toalety. W kolejnych dniach o nim zapomniała, by aktualnie nosić go tylko wtedy, gdy wyjeżdża z domu bez mamy i Daniela. Komunikuje się z nami za jego pomocą dość zręcznie, chociaż potrzebuje pomocy w jego obsłudze. A konkretniej w wyborze kontaktu – nie umie czytać. Mimo wszystko, my jesteśmy jakoś bardziej spokojni o nią gdy ma zegarek cały czas na ręce, nawet jak do nas nie dzwoni. Drugi raz także zdecydowanie dobralibyśmy też dla niej ten gadżet.

Jakie funkcje nas zaskoczyły?

Zegarek nie pokazuje nam dokładnego adresu co do numeru domu w którym się znajdują. Przykładowo numer naszego domu to Kolejowa 15c/20 – wtedy zegarek pokazuje nam adres Kolejowa 15. Czy uważam to za dużą wadę? Na chwilę obecną nie. Nie mieliśmy sytuacji w której potrzebna byłaby nasza interwencja w momencie wduszenia przycisku SOS, więc nie musiałam biec i szukać syna na osiedlu. Nie wiem czy w momencie jakiegokolwiek problemu to nie stworzyłoby problemu – nie chcę zapeszać. Chociaż są adresy które pokazuje bardzo dokładnie co do numeru – jak np dom dziadków, tak na osiedlu naszym gubi orientację. Może sygnał jest tam troszkę gorszy.

Tak jak pisałam w tamtym wpisie, koszt miesięczny za używanie zegarka to u nas 8 zł na miesiąc (sieć Orange). Pisałam Ci wtedy też moją pierwszą myśl : że będą w tej opcji jakieś minuty darmowe do wygadania..  Nie mam pojęcia co by było gdyby pojechał któryś z nich na jakąś kolonie i wtedy by to się stało – zero kontaktu ze strony dziecka by spowodowało u mnie ostrą panikę. Karta w zegarku działa jak normalna karta SIM na doładowania. Można ze swojego konta bankowego zasilić go na określoną kwotę. U nas było to 50 zł, a od momentu gdy został doładowany 4 miesiące temu do dziś dzwoni – więc mimo wszystko jest to dość opłacalne. Dla nas to nie jest minus, bo mimo wszystko koszty nie są wysokie.

Jest wodoodporny. Był głęboko w jeziorze, bo zapomnieliśmy ściągnąć go Antkowi nad wodą. Był też mocno eksploatowany nad morzem – wrócił w zupełnie nie naruszonym stanie. Jednak jest coś jeszcze – kontakt z firmą. Spotkała nas przykra sytuacja. Zegarek dla Blanki przyszedł lekko uszkodzony na brzegu tarczy. Napisałam email i już następnego dnia przyszedł kurier z nowym a stary zabrał na ich koszt! Podejście do klienta mają na najwyższym poziomie.

I to chyba na tyle..

Z tych rzeczy które dostrzegłam po kolejnych 3 miesiącach użytkowania sprzętu. Bardzo zależało mi na tym, by pokazać Ci czy naprawdę warto, bo wiem że w kwietniu był BOOM na te zegarki i pewnie podchodziłaś do tego sprzętu sceptycznie. Dziś, po 4 miesiącach użytkowania mogę Ci go szczerze polecić bo u nas zdaje egzamin. Chociaż uważam że 4-latek który nie wyjeżdża do taty/babci czy na wakacje bez rodziców jest na taki sprzęt za mały chociażby przez to że nie wychodzi sam przed dom z kolegami. Nie będzie spełniał swojej podstawowej funkcji bo jej po prostu nie będziesz potrzebowała. Natomiast starszak który zaczyna swoje podwórkowe podboje bądź już któryś rok rządzi na osiedlu odnajdzie w tym sprzęcie to co w nim najlepsze.

Mam nadzieje że pomogłam Ci podjęć decyzje.

Kuchnia - archiwum

Najlepsza zupa gulaszowa. Wspomnienie naszego wyjazdu do Mikołajek.

24 lipca 2018

Rok temu byliśmy na wakacjach pod Mikołajkami. Mocno zaplanowany wyjazd przeze mnie, który był totalną tajemnicą dla członków mojej rodziny. Nie mieli o nim najmniejszego pojęcia i to było w tym wszystkim najbardziej ekscytujące. Nie trwało to długo, bodajże pięć dni. Każdy wyjątkowy i do dziś z ogromnym sentymentem wspominamy tamte wakacje. Tamtych gospodarzy, łabędzie i cisze. W tamtym czasie właśnie takich wakacji oczekiwaliśmy. 

Byłam już kiedyś w rejonach warmii i mazur na jakimś spotkaniu dla blogerów. Jednak nocleg i wyżywienie było tam jakoś wliczone w cenę składki więc nie martwiłam się o nic. Tu mieliśmy trudniej bo domek w którym się zatrzymaliśmy nie miał w swojej ofercie posiłków. Chociaż wspaniali właściciele poczęstowali nas plackami ziemniaczanymi. Życzliwości im zdecydowanie nie brakowało i do dziś polecamy pokoje w tym miejscu każdemu kto zapyta. Mimo to, jedzenie „na mieście” miało też swój urok. Chcieliśmy poznać tamtych ludzi, ich smaki i upodobania. Pierwszego dnia trafiliśmy na knajpę – porażkę. Jednak już drugiego trafiliśmy w dziesiątkę i jedliśmy tam aż do końca naszego pobytu w Mikołajkach. Szczególnie Danielowi utkwił w pamięci smak „chłopskiego garnka” – taka bardzo bogata zupa gulaszowa która postanowiłam odtworzyć. Chcieliśmy chociaż na chwilę i takim sposobem wrócić w tamto miejsce..

Chociaż ja fanką ostrych potraw nie jestem, ta zupa też skradła moje serce. 

Składniki na bogatą zupę gulaszową:

  • 500g mięsa na gulasz (u mnie wołowina)

  • 3 papryki ( u mnie dwie czerwone i jedna zielona)

  • 2 cebule ( u mnie czerwone)

  • 3 średnie pieczarki

  • 4 ząbki czosnku

  • 4 łyżeczki papryki słodkiej

  • 2 łyżeczki papryki ostrej

  • 2 łyżki smalcu/oliwy

  • 750 ml pasaty pomidorowej

  • 2 liście laurowe

  • 2 ziela angielskie

  • 700 ml wody

  • sól

Sposób przygotowania:

Cebulkę pokroić na drobną kostkę i podsmażyć na smalcu/oliwie. Po chwili dodać mięsko pokrojone w drobną kostkę i podsmażać 10 minut. Po tym czasie dodać paprykę słodką i ostrą oraz czosnek pokrojony w cienkie plasterki i znów chwilę podsmażam. Następnie dodaję pasate pomidorową i wodę, wrzucam liście laurowe i ziele. Gotuję to do momentu aż mięso nie będzie miękkie, w zależności od mięsa – mi wczoraj zajęło to blisko 2 i pół godziny. Na koniec gotowania dodaję sól, wrzucam też paprykę pokrojoną w większe kawałki i pieczarki pokrojone w plasterki. Taki wywar gotuję około 20 minut. U nas wcale nie fit, bo z kajzerką ale dobrze wiesz że takie połączenie jest najlepsze!

Smacznego!

 

Blog - archiwum

Pomoc w rodzinnym planowaniu czasu. Jak pomagamy sobie każdego dnia.

23 lipca 2018

Nie wiem czy jesteś ze mną dłużej czy może dopiero dołączyłaś na naszej społeczności. Jeśli czytasz na bieżąco wpisy wiesz, że mam swój magiczny kalendarz w którym zapisuje wszystko. Nie ma sytuacji o której bym mogła zapomnieć, dosłownie każda najmniejsza rzecz odnotowana jest właśnie w moim podręcznym mózgu. Rodzina, która jest ze mną blisko troszkę się nabija gdy jakimś sposobem uda się komuś dojrzeć co mam tam zapisane.. jednak z drugiej strony, bardzo często to oni potrafią spalić sytuację nie znając okoliczności danego dnia. 

Urodziny, imieniny, lekarz, wymiana części w autach. 

To tylko pikuś. Każdego dnia w moim planie masz zapisane takie zadania jak 

-obiad
-FB/IG
-Blog
-poczta
-Odkurzanie
-zakupy
-okna
-pranie
-pościele/ręczniki
-telefon do..
-sms do..
-plac zabaw
-spacer
-czesanie psa
-ćwiczenia

To tylko pikuś, tego jest w ciągu dnia masa. Codziennie tworzę sobie w moim kalendarzu taką listę, która pozwala mi optymalizować dzień tak by zrobić jak najwięcej. Wiadomo, że są różne sytuacje życiowe i momentami nie ma opcji wykonania planu w 100%. Jednak wiem, że nie zrobienie czegoś jednego dnia, wrzuca to automatycznie na dzień kolejny. Mało tego! Te wszystkie czynności podzielone są na kilka części. Takie totalne MUST HAVE to odkurzanie i ogólne sprzątanie ze względu na Antka, obiad dla mojej rodziny (unikamy zamawiania jedzenia, wole sama zrobić posiłek od A do Z, co za tym idzie nie kupujemy raczej gotowych posiłków do odgrzania w domu. Unikamy też surówek, kostek i innych cudów). Nic innego mnie nie interesuje. Pozostałe czynności są ruchome, jeśli nie wykonam ich jednego dnia – trudno, tydzień ma 7 dni.

Jak widzisz muszę mieć wszystko pod kontrolą.

Jestem chodzącym kalendarzem. Ten przedmiot mam przy sobie częściej niż portfel czy telefon. Uwielbiam planować, zaznaczać, wycinać, kolorować każdy dzień. Nic co zapisałam w moim kalendarzu mi nie umknie. Jeśli obiecałam Ci coś, a tego nie zrobiłam oznacza to że od razu po rozmowie z Tobą nie zapisałam tego w moim centrum dowodzenia – i tak się zdarza. Jednak 99% spraw mam tam zawsze. Uwielbiam wiedzieć wszystko. Kocham być dobrze zorganizowana i wyciskać tyle ile się da z niewiarygodnie krótkiej doby. Jestem jaka jestem, nic z tym nie zrobię – moja rodzina się cieszy bo mają kogoś od ustalania planu działania a ja? Szczerze troszkę wysiadam. Bieganie za kimś i przypominanie mu o tym że jutro są urodziny tej osoby i koniecznie trzeba zadzwonić. Wydzwanianie do drugiej osoby że jutro lekarz, więc potrzebne będzie auto. Planowanie urlopu, chociaż nie do końca wiesz kiedy ten urlop ma być. Masa niewiadomych, niedomówień i takich dziwnych sytuacji często psuła mi plany które miałam rozpisane. Ba! Nie raz było tak, że ja umówiłam nas do znajomych, a Dani kilka dni później na ten sam dzień umówił nas z kimś innym – nie muszę wspominać że wiedział o wizycie friends nr 1?

Znalazłam kompromis.

Kalendarz książkowy od lat był moją miłością i tak już zostanie na wieki wieków. Jednak od miesiąca jest taki jakby – chudszy? Nie mam już tam zapisanych dosłownie wszystkich podpunktów z naszego życia bo przekładam je na coś co ratuje nas przed sytuacjami opisanymi wcześniej. Nie wiem czy znasz Planer Familiowo, jeśli nie koniecznie się z nim zapoznaj. Gdy chociaż jeden podpunkt który wymieniłam wcześniej spowodował że pomyślałaś „tak, mam to samo!” – uwierz to jest coś dla Twojej rodziny. My mamy dokładnie TEN model plannera, który poza tradycyjnym miesięcznym planem działania ma tygodniowy, rozpiskę posiłków na każdy dzień, rozpiskę z podziałem obowiązków, miejsce na ważne daty i absolutny HIT – tablicę motywacyjną dla dzieci. Już kiedyś pisałam CI o tym, że my działamy każdego dnia z motywacjami dla dzieci a przyklejanie każdego dnia gwiazdki bądź kokardki daje im niesamowitą radość.

Zapisujemy na nim wszystkie nasze wycieczki które wiemy że odbędą się na pewno. Nie ma opcji przypominania już nikomu o zbliżających się urodzinach, bo wszystko zapisane jest czarno na białym. Ba! Antek nie dopytuje już „Kiedy znów pojedziemy do lekarza dmuchać?” – zielony krzyżyk na planszy oznacza „ten dzień” i gdy tylko ma wątpliwość podchodzi i liczy czas do wyjazdu. Nie ma niedomówień odnośnie wyjść, spotkań czy wyjazdu dzieci na weekend do babci by spotkały się z tatą. A największym plusem zdecydowanie jest to, że tablica jest suchościeralna. Wystarczy kawałek szmatki i płyn do tablic by używać jej nie jeden raz. Zdecydowanie nie jest to zakup na chwilkę, bo jakość wykonania pozwoli nam się nim cieszyć długo.

A dla dzieci które nie piszą i nie potrafią czytać..

Firma znalazła bardzo fajne rozwiązanie. Małe magnesiki z grafikę która obrazuje im wszystko. Przykładem jest u nas zielony krzyżyk – kojarzy się tylko z pulmonologiem. Gdy zbliżamy się do tego dnia – dzieci wiedzą że czeka nas wyprawa do Leszna. Na samym dole mamy rozpiskę dla młodych. Ich obowiązki które musza wykonać każdego dnia by zebrać gwiazdki bądź kokardki. Nie potrafią czytać i grafika znacznie im to ułatwia. Ich praca to między innymi: ścielenie łóżka, mycie zębów, dbanie o psa, podlewanie kwiatów, wynoszenie śmieci, samodzielne ubieranie.. Takie podstawy, jednak każdy z nas lubi być nagradzany – ich nagrodą są własne magnesiki. U nas sprawdza się to rewelacyjnie. I tak naprawdę zamawiając taki planner nie musimy nic więcej dobierać bo magnesy, pisak i taśmy są w zestawie. Chociaż korzystając z jednej wysyłki – lepiej od razu zabrać płyn do mycia, zdecydowanie się przyda bo zaschnięty pisak ciężko usunąć samą gąbką.

 

I jak Ci się podoba nasz rodzinny organizer?

 

 

Blog - archiwum

Alergia wziewna u dziecka. Jak się zaczęło, gdzie trafiliśmy i jak teraz z tym walczymy.

20 lipca 2018

Otwarcie u nas w domu mówi się o alergii dopiero od tego roku. Niestety problem zaczął się już dużo wcześniej, jednak nie był dobrze zdiagnozowany. W czasach gdy alergia dotyka coraz więcej osób my nie braliśmy jej pod uwagę w przypadku naszego dziecka. Bo jak to? Ja jej nie mam, tata dzieci (chyba) nie ma, dziadkowie, rodzeństwo.. nikt nie ma tego problemu. Szukaliśmy powodów naszych zmagań z nawracającymi objawami Antka aż w końcu pediatra wypisał dobre skierowanie. 

Ale od początku..

Antek odkąd skończył 3 lata był non stop na wziewach od marca do końca czerwca. Wcześniej w sumie nie zwracałam uwagi na miesiące w jakich to się działo, później dopiero skojarzyłam że rok w rok dzieje się to w tym samym czasie. Wyglądało to jak zwykłe przeziębienie. Kaszel, katar, boląca głowa. Jednak był jeden haczyk. Jeśli w ciągu 2 dni od wystąpienia objawów nie podałam nebbudu i ventolinu wszystko schodziło mu na oskrzela i ZAWSZE dostawał antybiotyk. Który też nie pomagał i szło to dalej. Jedyną opcją były właśnie w odpowiednim momencie podane dobre leki. Dostawałam duży zapas recept od lekarza i lek zawsze miałam i mam w domu – chociaż odpukać, od marca tego roku nie użyłam go ani razu. Doszło do tego, że Antek nauczył się oddychać przez usta i teraz trwa walka o to, by oddychał nosem. Każdego miesiąca wydawaliśmy krocie na leki, które tylko łagodziły objawy. Dlatego pewnego dnia, podczas cotygodniowej wizyty u lekarza się złamałam. Poprosiłam o jakieś skierowanie bo sam widzi że sobie nie radzi a dziecko już nie wytrzymuje. Zgodził się i..

Dostaliśmy skierowanie do pulmonologa..

Nie masz pojęcia jak długo szukałam dobrego specjalisty. Przywiązałam do tego dużą wagę, bo czułam że to będzie ten specjalista który pomoże mojemu dziecku. I chociaż udało nam się umówić na wizytę w ramach NFZ, nie czekaliśmy długo – miesiąc. Pamiętam że tego dnia były duże opóźnienia, myślałam że to jednorazowa akcja ale się pomyliłam. Tam jest tak zawsze, ale z drugiej strony – jeśli przychodzi Twoja kolej wiesz że będziesz z wizyty zadowolona bo nie trwa 10 minut i wychodząc z gabinetu wiesz bardzo dużo. Tego dnia czekaliśmy już 30 minut, gdy podeszła do nasz pielęgniarka i poprosiła nas do innego pokoju. Pani doktor mając opóźnienia wybiera sobie losowo dziecko które będzie miało zrobione testy na alergie wziewne już przed pierwszą wizyta ( reszta, dostaje skierowanie dopiero na wizycie i przed kolejną ma je robione). Z wynikami weszliśmy do gabinetu i usłyszeliśmy słowa:

„Miałam jakieś wyczucie co do Ciebie Antek, takiej alergii u nas w przychodni dawno nie było! Jak Ty chłopie jeszcze dychasz?”

No i sprawa tak naprawdę wyjaśniła się na jednej wizycie. Wiedzieliśmy że to z czym walczyliśmy blisko 4 lata to alergia. Byłam załamana ale jednocześnie wdzięczna że udało nam się poznać powody takiego samopoczucia dziecka. Nie bez powodu mówi się że wrogów trzeba trzymać blisko, by naszego mamy najbliżej jak się da. Każdego dnia dowiadując się o nim czegoś nowego. Dostaliśmy skierowanie na kolejne testy, tym razem pokarmowe. Na szczęście tu nic nie wyszło, jednak dieta przy wziewnej jest bardzo ważna. Nie miałam wcześniej pojęcia jak takie schorzenie może utrudnić całej rodzinie funkcjonowanie. Teraz jest już dobrze, ale zmiana nawyków była bardzo trudna. W domu było dobrze, pojawiły się problemy ale wyrzuciłam wszystkie produkty których nie mógł jeść i kombinowałam z nowymi. Te same dania z różnymi zamiennikami. Problem miało przedszkole, chociaż oferowałam swoją pomoc i donoszenie posiłków – nie skorzystali. Wiem, że nie raz dostał suchego wafla (nota bene, na mące pszennej która była zakazana!) jednak 7-letnie dziecko powie więcej niż trzylatek zaczynający swoją przygodę. Mimo wszystko, w czerwcu zakończyliśmy przygodę z przedszkolem a w szkole mam kontrolę nad jego menu całodniowym.

Jak teraz funkcjonujemy?

Możesz wierzyć bądź nie, ale przestaliśmy się martwić. Młody ma tak fantastycznie dobrane leki, z których swoją drogą schodzimy by zmniejszyć ilość do koniecznego minimum. I tak z 6 lekarstw dziennie aktualnie mamy jeden syrop. Jesteśmy non stop w kontakcie telefonicznym z naszą Panią doktor, więc mamy spokojną głowę. Myślę że dieta zrobiła też takie czystki w organizmie. Przez miesiąc przeszedł naprawdę dużo, mógł jeść produkty które zliczyliśmy na palcach obu dłoni. Brawa dla mnie że dałam radę ugotować posiłek dla rodziny z niczego. Trwaliśmy w tym wszyscy. Antek nie mógł – my też nie jedliśmy by było mu łatwiej. Wiedzieliśmy, że to potrwa tylko miesiąc a później zostaną nam dobre nawyki ale też wróci masa produktów za którymi tęsknimy. Jeśli chodzi o chorowanie. Odpukać! Nie pamiętam kiedy Antek był poważnie chory. Poza lekkim katarem, który jest alergiczny nic mu nie jest. Zrezygnowałam z pracy na etacie przez ciągłe choroby, a okazało się że odkąd zostałam w domu on ani razu nie został w domu z powodu choroby.

Pojechaliśmy do pulmonologa z podejrzeniem astmy…

Wyszliśmy z alergią najwyższej klasy na brzozę, żyto i trawy. Średnią na kurz, pleśń i niską na penicylinę. Chociaż raz w miesiącu musimy pokazać się naszej Pani doktor na spirometrii nic więcej naszemu dziecku nie dolega. Dobry specjalista który wyjaśnia a nie spławia, dobrane leki i przede wszystkim wiedza o problemie a nie wymazywanie go z głowy to klucz do sukcesu. Chociaż jesteśmy świadomi tego, że nasze dziecko może mieć astmę oskrzelową spowodowaną właśnie tak dużą alergią to nadal podchodzimy do tematu spokojnie. Wolimy wiedzieć że ona jest, niż tak jak wcześniej przez blisko 4 lata żyć w niewiedzy i szkodzić dziecku zamiast mu pomagać. Raz w miesiącu sprawdzamy i odpukać w co się da.. astmy nie ma.

Blog - archiwum Kuchnia - archiwum

Domowe donuty – wcale nie FIT.

19 lipca 2018

W przyrodzie trzeba znaleźć równowagę. Można na co dzień jeść zdrowo, ale jeden grzech raz po raz nikomu krzywdy nie zrobi. A donuty chyba lubi każdy, są niesamowicie pyszne – jeszcze ciepłe, mięciutkie, posypane cukrem pudrem. Później się wszyscy dziwili że w tłusty czwartek zjadłam 18!! pączków. Ale pamiętaj „domowe nie tuczy” więc leć dziś do sklepu po składniki i działaj. Naprawdę warto. 

Moja babcia jest mistrzynią. Potwierdzi to każdy kto jadł jej „oponka” czy „chruścika drożdżowego”. Nadszedł dzień gdy i ja stałam się dumną posiadaczką tego przepisu i podzielę się nim tu z Wami!

Składniki:

1kg mąki
100g drożdży
6 żółtek
500ml mleka
100g cukru
50ml spirytusu (bądź rumu!)
1 cytryna (można pominąć)
100g masła (lub oleju)
wanilia
sól
smalec bądź oliwa do smażenia

Drożdże rozetrzeć z jedną łyżką cukru, 100 g mąki i 150 ml mleka. Odstawić w ciepłe miejsce na jedną godzinę. Po wyrośnięciu dodać żółtka utarte z cukrem, resztę mąki i mleka, sok oraz skórkę z cytryny (opcjonalnie, my nie dodajemy), alkohol, startą wanilię i szczyptę soli. Wyrobić ciasto aż będzie lśniące i będzie odstawać od ręki. Dodać roztopione i przestudzone masło, ponownie wyrobić i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Wyrośnięte ciasto rozwałkować na grubość ok 2 cm i szklanką wykroić krążki. W każdym krążku wyciąć kieliszkiem mały otwór. Smażyć donuty na głębokim oleju aż się nie zarumienią. Małe kuleczki, o wielkości orzecha włoskiego także smażymy (to jest największy przysmak dzieci!)

Z ciasta które zostało po wycinaniu donatów, formujemy kulę, rozwałkujemy ją także na grubość ok 2 cm. wycinamy paski, każdy pasek dzielimy na mniejsze i wycinamy na środku otwór. Przekładamy jeden koniec ciasta przez otwór tworząc kształt chruścika. Smażymy na głębokim oleju.

Nie spodziewałam się że dwa dni pod rząd dodam na blog takie pyszności, wczoraj racuchy a dziś pączki – a uwierzy mi ktoś że mimo wszystko od ostatniej przymiarki sukni schudłam tyle, że krawcowa musiała wycinać 5 cm materiału? Sama bym nie uwierzyła, jakbym tego nie doświadczyła 🙂 Smacznego!

Kuchnia - archiwum

Racuszki mojej babci – smak dzieciństwa.

18 lipca 2018

Dodałam dziś na instagram zdjęcie naszego drugiego śniadania, które finalnie stało się obiadem. Z takich proporcji jakie użyłam wyszła cała masa racuchów. Najadłam się ja, dzieci, ciocia-która jest jednocześnie moją sąsiadką, jej dzieci i jeszcze zostało dużo dla Daniela. Jak macie mały apetyt, bądź nie spodziewacie się gości możecie śmiało podzielić te składniki na pół. Nie spodziewałam się takiej ilości, dlatego następnym razem zdecydowanie zrobię z połowy porcji.

Przepis dostałam z tajnych zbiorów mojej babci. Pamiętam jak tworzyła dla nas takie cuda mieszkając z nami.  Naleśniki z serem, ser smażony, babka, kluski z jajkiem i racuchy. To zdecydowanie TOP 5 smaków które są kwintesencją mojego dzieciństwa. U-wiel-biam! Do dziś gdy jesteśmy u niej na kawie częstuje nas którymś z tych specjałów. Tam zawsze jakoś tak inaczej wszystko pachnie. 

Przepis jest tak prosty, że nie ma opcji by komuś nie wyszedł. Chociaż będą dwa, bo ja wole te z jabłkami – a moje dzieci chociaż są jabłkoŻERCAMI, tym owocem w cieście pogardzą.

Tradycyjne racuchy:

  • 80g świeżych drożdży

  • 5 szklanek mąki

  • 3 szklanki mleka

  • 1 łyżeczka soli

  • 2 łyżeczki cukru

  • cukier puder

Przygotować rozczyn z drożdżami, 4 łyżeczkami mąki, połową szklanki (ciepłego!) mleka i cukrem. Wymieszać na gładką masę i poczekać 10 minut by zaczęło tam wszystko pracować. Przesiać mąkę , dodać sól, rozczyn i resztę mleka. Wszystko wymieszać i nie bać się tego że ciasto nie odchodzi od łyżki – można wspomóc się wodą. Ja smażyłam na masełku – Twoja decyzja na czym ty usmażysz. Na koniec posypujemy cukrem pudrem.

Racuchy z jabłkami:

  • 2 szklanki mąki

  • 1,5 szklanki mleka

  • 2 łyżeczki cukru wanilinowego

  • 2 łyżki cukru

  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia

  • 2 jajka

  • 4 jabłka (ja użyłam malutkich)

  • cukier puder

Wszystkie składniki poza jabłkami i cukrem pudrem wrzucamy do miski i mieszkamy intensywnie na gładką masę. Na koniec dodajemy jabłka pokrojone w plastry i smażymy. Ja znów zrobiłam to na masełku. Na koniec posypujemy cukrem pudrem.

 

Wychodzą obłędne! Idealne na śniadanie, obiad, kolacje, podwieczorek czy kawę z koleżanką. Pasują do wszystkiego. 

Blog - archiwum Zdrowie - archiwum

Problem z którym walczyliśmy długo i wygraliśmy – nasze sposoby na bolące afty.

10 lipca 2018

Odkąd byłam dzieckiem mama zawsze mi powtarzała „nie jedz tego póki nie umyjesz, to jest brudne i wyjdzie Ci w buzi ból”. Od zawsze byłam przekonana że każda zmiana w mojej buzi spowodowana jest tym, że mam słabość do owoców prosto z drzewa bądź krzaczka. Nie wiem czy zdawała sobie sprawę z tego że moje problemy nie są spowodowane właśnie wkładaniem takiego jedzenia do buzi. Może nie wiedziała, a z drugiej strony – doskonale znała sytuację, a to był jej sposób by mnie nauczyć że jedzenie trzeba umyć przed zjedzeniem. Co jakiś czas regularnie wracał do mnie bardzo bolący problem i chociaż może wydawać się błahy to zdecydowanie potrafi spędzić sen z powiek. 

Nie jest to wielki ból. Urodziłam dwójkę dzieci i wiem, że jest dużo poważniejszych zmian w ciele człowieka niż problem z którym ja się zmagałam. Mimo wszystko każdy najmniejszy dyskomfort jaki odczuwam w swoim cele bardzo mi przeszkadza. Lubię co najmniej dwa razy dziennie umyć dokładnie zęby. Uwielbiam wszystko co kwaśne, słone i lekko pikantne. Doskonale wiesz o co mi chodzi, każdy człowiek lubi obudzić się rano w pełni sił i bez najmniejszych powodów do zdenerwowania. Nikt z nas nie może godzić się nawet na najmniejszy dyskomfort związany ze swoim ciałem.

Mój problem to afty.

Małe bolące punkciki wewnątrz jamy ustnej. Pojawiające się na skutek urazu na przykład przygryzienia policzka czy zbyt intensywnego mycia zębów. Powodów tych zmian jest dużo między innymi stres, spadek odporności, zaburzenia hormonalne czy niedobory witaminy B12 i kwasu foliowego. Poza tym nawet alergia jest powodem ich powstawania a skłonności do aft są dziedziczne – ryzyko że moje dzieci odziedziczą ten problem to aż 90%.. Pojawiają się nagle i znikają samoistnie w ciągu 1-4 tygodni. Zdarza się, że nie jest to jedno ognisko zapalne, może ich być kilka jednocześnie. Pojawiają się na wewnętrznej stronie policzka, języku, dziąsłach czy podniebieniu.

Jednak nie rozumiem jak można aż tyle czasu funkcjonować z takim dyskomfortem. Dlatego zaczęłam szukać sposobu by pozbyć się wroga szybciej. Dużo czytałam i testowałam, pytałam też osoby bardziej doświadczone ode mnie czy znają jakieś sposoby na mój problem.

Pewnego dnia, będąc u kosmetyczki zmagałam się właśnie z tym problemem. Każda kobieta wie, że osoba odpowiedzialna za piękny wygląd to niespożyta energia, osoba która mówi więcej niż inny człowiek i można dowiedzieć się od niej wielu ciekawych rzeczy. Od słowa do słowa poleciła mi produkt który zdał egzamin u niej i kilku jej klientek. Poczta pantoflowa to najlepsze źródło informacji, dlatego postanowiłam zaryzykować. Nie miałam nic do stracenia – a raczej miałam, chciałam pozbyć się wroga.

Produkt który pomaga.

Po wielu latach zmagania się z tym problemem odkryłam z pomocą innej osoby coś co mi pomaga. Po pierwsze zadbałam o to, by afty już tak często nie pojawiały się w mojej jamie ustnej. Staram się nie podgryzać policzków, biorę codziennie kwas foliowy a spirala wyregulowała mi hormony w organizmie. Mimo wszystko, zdarza się że gość wraca. Wtedy mam już rozpisaną linię obrony. Zawsze, codziennie, każdego dnia noszę w torebce obok innych najpotrzebniejszych rzeczy Sachol Aftigel. Gdy tylko poczuję w swojej buzi jakikolwiek dyskomfort, niekoniecznie afty, smaruję od razu. Produkt tworzy warstwę ochronną która chroni zmianę przed czynnikami zewnętrznymi a przy okazji sprzyja regeneracji nabłonka. A co równie ważne mniejsza ból i pieczenie w obrębie zmiany. Nie pozwalam na długi dyskomfort, działam od razu gdy czuję że zaczyna się coś dziać. Ma on też bardzo przyjemny skład (Tutaj możesz się z nim zapoznać).

Jeśli występują częściej musisz udać się do lekarza, może być to bardziej złożony powód. Każdy przypadek jest inny, leczenie należy dobrać pod swój organizm. Mimo wszystko, warto już od samego początku uczucia dyskomfortu stosować środek na afty i drobne urazy w jamie ustnej. Nie zaszkodzi, a poczujesz ulgę.

W okresie leczenia..

należy zrezygnować z gorących napojów, zbyt ciepłych pokarmów i alkoholu. Unikać trzeba również czekolady, owoców cytrusowych, kwaśnych potraw, słonych lub mocno przyprawionych dań i innych potraw, które mogą doprowadzić do podrażnienia jamy ustnej.

Należy wzbogacić dietę w produktu bogate w witaminy z grupy B, zwłaszcza B12, cynk, witaminy A, C, E, echinaceę (znajdziesz ją w jeżówce). W jadłospisie osoby zmagającej się z aftami nie powinno zabraknąć:

  • jogurtów

  • drożdży

  • owoców i warzyw wzmacniających odporność

 

Blog - archiwum

Nazwisko po ślubie – jaką opcje ja wybrałam. Czy mój przyszły mąż się z nią zgadza?

6 lipca 2018

Jakby nie było kilka opcji do wyboru masz.Najczęściej wybieraną opcją jest ta, w której żona przyjmuje nazwisko męża. Tak było kiedyś i tak jest w większości przypadków dziś. W mniejszości spotykamy sytuację gdy mąż staje się posiadaczem w dowodzie nazwiska żony bądź oboje wybierają nowe. Ostatnia opcja to podwójne nazwisko i dokładnie ta najbardziej mnie do siebie przekonuje.

Podobno podwójne nazwisko to problem. Zbyt długo trwa podpisywanie się, brakuje miejsca by się w całości podpisać na różnego rodzaju pismach.. takie argumenty czytałam na forum. Inne kobiety za to pisały, że póki nie masz dorobku naukowego, artystycznego bądź innych ważnych osiągnięć z którymi duża część ludzi Cię kojarzy powinnaś zmienić. Tak jakby tylko tym „wyjątkowym” należał się przywilej zostanie przy swoim nazwisku bądź połączenia go z nazwiskiem męża. Reszta ludzi to szaraki, niech biorą po prostu jedno, jak było kiedyś i przestaną krzyczeć głośno!

A gdzie wolny wybór, własne zdanie?

To oczywiście jest możliwe, ale w większości przypadków jest krytykowana przez ludzi którzy mają kontakt z osobą która ma takie dylematy. Dam Ci mój przykład. Nie znam chyba osoby z mojego otoczenia która by popierała moje zdanie. Ktokolwiek słyszy że przyjmuję nazwisko Daniela obok mojego robi wielkie oczy. Za każdym razem! Nie spotkałam jeszcze osoby która by powiedziała : Basia, super! Bardzo podoba mi się taka opcja. Raczej wszystko działa w drugą stronę : ” robisz sobie problem tam gdzie go nie potrzebujesz”, „nie podoba Ci się nasze nazwisko?” i wiele wiele innych. Zdecydowanie nazwisko jakie nosi Daniel mnie do siebie przekonuje. Bardzo mi się podoba, dlatego zdecydowałam się na dodanie go do mojego. Gdyby było inaczej, nie wpisywałabym go w ogóle.

Jestem bardzo związana z moim nazwiskiem.

Wiem, że po ślubie byłoby dziwnie i niezręcznie na początku posługiwać się innym nazwiskiem. Z czasem wszystko się naturalnie zaciera. Nie byłabym pierwsza i nie ostatnia. Wiele kobiet już ma to za sobą i żyją po ślubie z zupełnie nowym nazwiskiem – to był ich świadomy i wolny wybór. Mam nadzieję że nikt nie wpływał znacząco na taki wybór. Dwadzieścia pięć lat używam mojego nazwiska i nie mam zamiaru pozbywać się go całkowicie. Przywiązuje się do takich rzeczy i wiem, że brakowałoby mi z czasem tego. Kurcze, tyle wspomnień. Chociaż nie mam znaczących osiągnięć na swoim koncie, nie jestem osobą medialną i sławną to czuje że utrata mojego nazwiska nie będzie dla mnie dobra.

Znam kobiety które żałują..

Nie są zadowolone ze swojej decyzji. Żałują że zmieniły nazwisko na męża. Mówią że, pojawiały się delikatne problemy z tym związane i tęsknią – po prostu tęsknią że je straciły. Były przywiązane tak jak ja jestem i teraz każdego dnia są nieszczęśliwe. Ja wchodząc na nową drogę życia mam zamiar być najszczęśliwszą kobietą na świecie i nie pozwolę by ktokolwiek wpłynął na moją decyzję o posiadanym nazwisku. Start małżeństwa od sprzeczek o nazwisko z połową rodziny bądź samym narzeczonym nie jest fajne. Doskonale wiem w czym problem, bo sama się z tym zmagam. Jednak nie ulegnę, nie chodzi o to by się podporządkować bądź zrobić coś by mieć święty spokój. To moje życie, moje nazwisko – ja ponoszę konsekwencje swoich wyborów. Jeśli za 10 lat będę narzekała na to, że muszę podpisywać się dwoma nazwiskami – zastrzel mnie. Chociaż jestem pewna, że będę z dumą te dwa nazwiska pisała obok siebie.

Blog - archiwum Zdrowie - archiwum

Jak poprawiłam wygląd mojej cery, mojego ciała i moich roślin. Jeden przedmiot do zadań specjalnych.

5 lipca 2018

Tytuł tego wpisu nie jest przypadkowy i zdecydowanie nie jest przesadzony. Jak doskonale wiesz, ostatnio trochę bardziej zaczęłam dbać o nasze zdrowie. Bardzo dużo czytam, pytam ludzi bardziej doświadczonych, obserwuje i wprowadzam wszystko powoli do naszego życia. Zaczęło się od drobnych, ale z drugiej strony wielkich zmian.

Wyeliminowaliśmy słodkie napoje, na co dzień pijemy tylko czystą wodę bez dodatków. Wiadomo że od święta pozwolimy sobie na coś słodkiego bądź coś co jest przeznaczone tylko dla ludzi 18+. Jesteśmy ludźmi, młodymi ludźmi którzy mają jeszcze jakieś ciągi do złego i zakazanego. Wiesz o co mi chodzi, prawda? Poza wodą, wprowadziłam jeszcze zasadę 5 x dziennie owoce bądź warzywa. Nie zawsze dla każdego jest to takie oczywiste, wbrew pozorom zjedzenie do każdego posiłku odpowiedniej porcji warzyw czy owoców jest trudne. Na śniadanie jajecznica z dodatkiem pomidorów świeżych. Na drugie śniadanie koktajl owocowy na mleku. Na obiad mięsko, ryż/kasza/ziemniaki z wielką porcją sałatki/surówki/kalafiora/fasolki czy innego cuda. Podwieczorek to bardzo często słodycz, ale staram się by była zdrowa – domowe ciasto z owocem, sałatka owocowa. Kolacja to najczęściej kanapka bądź jakiś tost – koniecznie z porcją warzyw.

Brzmi banalnie, jednak dla dużej części społeczeństwa takie zasady bardzo ciężko wprowadzić w życie. Zwłaszcza, gdy z domu w którym się wychowywali wynieśli złe nawyki. Od nie do końca dobrych rzeczy łatwo się uzależnić. Na szczęście my w porę się opamiętaliśmy i zaczęliśmy wprowadzać zmiany. Dla niektórych może późno, mimo wszystko wbrew staremu powiedzeniu „lepiej późno niż wcale” jesteśmy z siebie dumni.

Wracając do tej wody.

Pamiętasz jak kiedyś napisałam Ci na facebooku, że początkiem naszego lepszego żywienia było odstawienie słodkich napojów i koniec słodzenia kawy i herbaty. Miesiąc trwałam tylko w tym, nie robiłam nic innego. Nie ćwiczyłam, nie liczyłam posiłków, nie dbałam o to co jem w  dalszym ciągu. Zrobiłam tylko, a może aż te dwie rzeczy. Odstawiłam cukier taki trochę „ukryty” i co? Trzy kilogramy w miesiąc. Fajny wynik? Pewnie że tak, mnie ucieszył niesamowicie. Kolejną opcją było przeliczenie ile tej wody w ciągu doby potrzebujemy. Latem, gdy organizm sam dopomina się o wodę zużywamy jej więcej. U nas jest to średnio zgrzewka dziennie – 6 butelek 1,5 litrowych każdego dnia.  Czyli około 10zł/dziennie – 300zł/miesiąc. Dużo? Mało? Nie mnie oceniać.

Postanowiłam jednak szukać dalej.

Czytałam dużo o wodzie. Bo butelka – butelce nierówna. Mineralna czy źródlana? A może taka prosto z kranu? No właśnie. Tu już nawet nie chodzi ko koszt jaki każdy z nas miesięcznie wydaje na wodę w sklepie. Chodzi o zdrowie. Powiem Ci szczerze, że na początku gdy dowiedziałam się o czymś takim jak Harmony H20 nie wierzyłam w te cuda. Bo jak taki kubeczek bądź podstawka mogą zmienić strukturę wody, poprawić jej smak i właściwości? A do tego ta cena kubeczek – 290 zł a podstawka 350 zł. Zaryzykowałam, chociaż szczerze nie liczyłam na cuda. Każdego dnia piłam wodę z kubka prosto z kuchennego kranu. Co wieczór zmywałam twarz używając wacików nasączonych też tylko wodą prosto z kubka. A do tego, zgodnie z prośbą właściciela podlewałam wodą kwiaty w domu w zależności od potrzeby.

Czy zauważyłam jakieś zmiany?

Przede wszystkim zmieniła się moja cera. Początkowo myślałam że zaczynają mi się problemy hormonalne, jednak później skojarzyłam fakty. Mój organizm zaczął się oczyszczać i aktualnie moja cera wygląda źle. Jednak każdego dnia widzę że jest lepiej. Wszystko dosłownie ze mnie wychodzi. Pozbywam się z organizmu toksyn. Nie umiem też Ci opisać tego co dzieje się wewnątrz mojego organizmu. Czuję się lżejsza. Tak po prostu, jakbym miała co najmniej 5 kg mniej. Tak jak woda działa w moim organizmie sobie powoli, wprowadza zmiany etapami tak zgodnie z zapewnieniem właściciela kwiaty dostały drugie życie. Nigdy, nikt mi nie powie że mam świetną rękę do kwiatów. Jestem beznadziejnym ogrodnikiem (?), wszystko usycha, wszystko opada i nie ma nadziei na ratunek. A teraz podam Ci przykład.. kupiłam na święta wielkanocne bazylie w markecie. Ona nadal z nami jest! Non stop wypuszcza nowe liście i żyje. Po prostu kwitnie. Bazylia – taka zwykła za 2 zł z marketu. Nie tylko ona, każdy inny kwiat w naszym domu jest podlewany wodą z podstawki wtedy gdy mi się o tym przypomni. A są piękne!

Siedem unikalnych informacji o wodzie wzorcowej! 

  •  To jedyna woda na naszej planecie, która jest niezniszczalna.

  •  To woda, która ma zdolność naprawiania wody słodkiej i słonej.

  •  To woda, która zapobiega tworzeniu błędów replikacji DNA.

  •  To woda, która reaguje na każdego człowieka indywidualnie.

  •  To woda o niespotykanie silnej energii życia.

  •  To woda, która ratuje życie.

  •  To woda, która przywraca życie martwej wodzie.

Sama widzisz, na moim przykładzie że warto. Nie byłam przekonana do tego wynalazku, nie wierzyłam w coś takiego. Postanowiłam zaryzykować, zamówiłam i dokładnie przetestowałam – u nas zdał egzamin z wynikiem bardzo dobrym. Posiadamy dokładnie TAKI kubeczek i TAKĄ podstawkę.

Nasz Instagram