All Posts By
pierwsze-kroki
Dokładnie ten przepis na babkę jest ulubionym moich dzieci. Osobiście wcale się nie dziwie, bo jest mocno czekoladowa – a do tego, bardzo wilgotna. Takie ciasta zdecydowanie u nas w domu mają wzięcie i znikają tego samego dnia. Możesz wierzyć lub nie, ale zdjęcia robiłam gdy babka była jeszcze ciepła, wyjęta prosto z piekarnika – inaczej nie miałabym ich wcale. Nie dotrwała nigdy do dnia kolejnego. Domowe nie tuczy wiec jeszcze dziś biegniesz do sklepu bo to żaden grzech.
Dzięki zawartości dżemu w składzie uzyskujemy idealną wilgotność i odpowiednią słodycz. Wiem, że w oryginalnym przepisie który dostaliśmy od babci babka nie jest polana czekoladą. Ja to zawsze dodaje, wtedy wszystko mi jakoś tak bardziej smakuje. Sama oceń smak i zdecyduj czy dodatkowa ilość kcal jest CI tam potrzebna. Ja nie zdążyłam polać.. na zdjęciu widzisz stan jaki został – dokładnie 30 minut po upieczeniu. To mówi samo za siebie – ona dosłownie rozpływa się w ustach!
Składniki:
2 całe jaja
1 szklanka cukru (można zamiennik erytrytol np)
1 szklanka oleju
1 szklanka mleka
1 łyżeczka sody
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 szklanki mąki pszennej
2 łyżeczki kakao
pół słoika dżemu (ja używam tego z kawałkami wiśni, bo lubię)
Stopniowo łączymy wszystkie składniki i pieczemy około godziny w 175 stopniach.
Smacznego!


Smacznego!
Tegoroczny wyjazd pod namiot był pierwszym naszych dzieci i psa. Mieliśmy całą masę obaw i każdego dnia zadawaliśmy sobie pytanie „jak będzie?”. Na szczęście oboje mieliśmy w tym temacie podobne zdanie i nie planowaliśmy robić nic na siłę. Jeśli okazałoby się że u kogoś pojawił się jakiś lęk byliśmy gotowi wrócić do domu w każdym momencie. Nie chcieliśmy ich zrazić do tej formy wypoczynku. I szczerze się teraz przyznam – bardziej bałam się o psa, niż o dzieci. Tym bardziej, że nasz maluch nie przepada za niektórymi psami a podróż autem znosi dość spektakularnie – zapas szmat mamy ciągle pod ręką.
Mimo obaw, było nieźle. Pierwszego dnia pies dał nam nieźle popalić – awanturował się z kim tylko mógł. Skakał na ludzi – biegał – szalał – szczekał. Nowe miejsce, nowe bodźce i gdyby nie to, że podeszliśmy do wszystkiego na luzie.. pewnie nasz wyjazd skończyłby się pierwszego dnia. Dzieci za to – bajka. Cały dzień na świeżym powietrzu działał na nich jak najlepsza kołysanka już od 19:30. Wieczory mieliśmy tylko dla siebie. A że całymi dniami nie robiliśmy zupełnie NIC, odpoczywaliśmy ile tylko się dało – te wieczory mogły trwać i trwać.

Co zabraliśmy?
Namiot
materac dmuchany z pompką
Ubrania – na każdy dzień inne, plus uwzględniłam gwałtowną zmianę pogody i zabrałam ciepłe spodnie, kurtki przeciwdeszczowe, kalosze i inne. Pidżamy – ciepłe i letnie, bałam się o zimne noce. stroje kąpielowe, jak w okolicy jest zbiornik wodny.
Ręczniki
Kołdry i poduszki z domu (nie chciałam śpiwora)
Talerze i sztućce – miski, kubki.
dwa garnki
kuchenkę gazową
koc
zabawki i książki w razie niepogody
zabawki do wody
apteczkę
sznurek
klamerki
sól/pieprz/kawa/herbata/cukier
deska do krojenia
stolik
leżaki
latarkę
ładowarkę samochodową
kosmetyki pod prysznic/balsam na słońce/pasta i szczoteczka do zębów
klapki pod prysznic
papier toaletowy
chusteczki nawilżane
worki na śmieci
nożyczki/ostry nóż
multitool
duża miska do zmywania
baniaki na wodę
płyn i gąbki do zmywania
chusteczki/papierowe ręczniki
parasol
zapalniczka
książeczki zdrowia dzieci
Zwierzak:
Legowisko
smycz
kaganiec jak wymagają (u nas nie trzeba było)
długi sznur
karma
miski do wody
ulubione zabawki
kostka do gryzienia (naszego zajmowała bardzo dobrze)
pęseta na kleszcze
Czego nam brakowało?
Lepszego i większego stolika plus krzeseł do niego – by móc zjeść posiłek. Teraz mieliśmy tylko leżaki, bez pozycji siedzącej i było to trudne do wykonania. Podobno fajnie zabrać też folię malarską by w razie ulewy zabezpieczyć namiot – na szczęście u nas nie było to potrzebne bo nie mieliśmy. Nie zabraliśmy też przedłużacza – więc nie mogliśmy podłączyć się do źródła prądu – mimo wszystko wyszło nam to na lepsze – bo nie było gdzie podładować telefonu i skupiliśmy się na sobie (dopiero w drodze powrotnej podłączyliśmy je w aucie). Bałam się też, że coś się stanie z namiotem a nie miałam zestawy naprawczego – ba, nawet igły z nitką nie zabrałam – następnym razem wezmę, by czuć się spokojnie.

A teraz czas na pytania od Was. Poprosiłam na instagramie o zadawanie pytań odnośnie naszego wyjazdu – większość się powtarzała, wiec wyjdzie chyba na to że odpowiem na wszystkie zadane.
Gdzie byliśmy i jaki jest koszt rozbicia namiotu?
My pojechaliśmy do Bornego Sulinowa na slot militarny. Spaliśmy na polu namiotowym gdzie całkowity koszt (bez prądu – bo był płatny dodatkowo 10 zł) wyniósł 30 zł. Dzieci w wieku przedszkolnym były za darmo, dorośli 7 zł/osoba, auto na polu 5 zł, plus namiot 11 zł. Prysznice były dwa plus dwie toalety – dostęp do wody by napełnić swoje butle plus kilka toalet typu Toi Toi.
Jak dzieci chodziły spać? Nie było problemu?
Absolutnie żadnego problemu nie było z usypianiem dzieci. Padały na twarze o 19:30, poleżałam sobie z nimi jeszcze wtedy 30 minut w namiocie czytając książkę i wychodziłam siedzieć pod gołym niebem. Bałam się, że z nadmiaru wrażeń, bądź ze strachu przed owadami nie zasną – ale bardzo się myliłam.
Czy dzieci chcą jeszcze pojechać?
Tak. Zwłaszcza Antoni, który już mówi o tym że za rok pojedziemy na więcej dni – był totalnie zafascynowany tym, że biegał pół dnia po lesie i nikt o nic mu uwagi nie zwracał. Że niebezpiecznie, że auto jedzie, że brudny… po prostu cały dzień łapał żaby.
Pojedziecie drugi raz tam z psem?
Hmm.. wiecie co, to trudne pytanie. Bo jest to członek naszej rodziny, nie mamy z kim jej zostawić – w grę wchodzi tylko hotel dla psów. Jest jednak jedno „ale”.. nie bardzo lubi inne psy. Z niektórymi dogaduje się bardzo dobrze, mimo wszystko jak jakiś zajdzie jej za skórę to nie odpuszcza. Boimy się że bardzo by cierpiała w takim miejscu. Teraz mówimy – nie. Ale znając życie znów pojedzie z nami. Po prostu przez jej porywczość – nie mogliśmy iść razem nawet na plaże, bo cały czas ujadała jak tylko widziała innego zwierzaka.
Gotowaliście obiady na tej kuchence czy jedliście na mieście?
I to i to. Pierwszego dnia padaliśmy z głodu i poszliśmy na pizze. W kolejne dni już w ruch szły jakieś słoiki z gołąbkami, pulpetami i innymi świństwami. Miałam w aucie zapas pomidorów w puszce z myślą zrobienia spaghetti – ale tak bardzo mi się nie chciało. Tak się człowiekowi nic nie chce 🙂







Nasza historia zaczęła się już dawno, dawno temu. Jakieś osiem lat wiemy o swoim istnieniu i tak szczerze już wtedy były pierwsze sygnały świadczące o tym, że coś może z tego być. Na osiemnastce mojej kuzynki a jednocześnie (jeszcze wtedy) dziewczyny brata Daniela było nasze pierwsze spotkanie. Ja ubrana w mega tandetne różowe rajstopy, on w za dużą koszulę – wyglądaliśmy jak para nieszczęśliwych i nie do końca ogarniających życie ludzi. Dodatkowo, ja byłam tam z chłopakiem! Poprosiłam siostrę by zabawiała mojego kolegę a sama przetańczyłam pół nocy z Danielem, takie ziółko ze mnie było. Na drugi dzień z chłopakiem zerwałam, o Danielu zapomniałam i tak mijały kolejne lata.
Trzy lata temu…
Spotkaliśmy się kolejny raz na ślubie tej samej kuzynki, na której osiemnastce się poznaliśmy. Trzy lata temu wyszłam pierwszy raz z domu bez dzieci, ubrana i wymalowana. Bez partnera obok siebie bo nie chciałam tego robić na siłę. On za to, miał już lepiej dobraną koszule, mięśni jakby więcej, twarz już nie taka chłopięca – no i też był sam. Tańczyliśmy tego dnia dużo. Wróciliśmy do domu ostatnim busem (oczywiście do swoich domów! 🙂 ) by po tygodniu od tego dnia wyjść na randkę. Później na kolejną, kolejną.. i ta nasza bajka trwa do teraz. Za dwa miesiące odbędzie się nasz ślub – niewiarygodne. Nasze marzenia spełniają się po kolei, jedno po drugim. Chociaż te trzy lata temu nikt by nie pomyślał że nasze drogi mogą się jeszcze kiedyś zejść. Dwie zupełnie inne osoby stworzą coś razem – bo wiesz, ja byłam tą dziewczyną która w LO prowadziła apele w szkole, udzielała się w samorządzie, reprezentowała szkołę w zawodach sportowych.. a Dani był tym, który stał z tyłu i z takich osób się śmiał. Do dziś nabija się z faktu, że w gimnazjum układałam na przerwach puzzle z koleżanką z klasy. Dwa światy, zupełnie inne a jednak..



Kłócimy się jak stare małżeństwo. Teraz już mniej, ale okres docierania się był straszny, Kilka razy „wyprowadzał” się z domu. Jechał do mamy, nie wracał przez pół nocy gdy tylko coś było nie tak. Później po prostu szedł do salonu, były ciche dni trwające tydzień. Aktualnie wygląda to tak, że miesiąc jest pięknie – później szukamy sami powodów by się wkurzyć na siebie bo jest zbyt pięknie i nakręcamy się z byle powodu na drugą osobę. By jeszcze tego samego dnia z uśmiechem na twarzy iść spać. Taki typ związku. Jest mimo wszystko pięknie..
Dlatego zapadają u nas ostatnio poważne decyzje..
Zaczęło się rok temu, od podjęcia decyzji o ślubie. To było jeszcze takie dość spontaniczne, nie do końca przemyślane chyba ale dobrze że tak się stało. Przez rok narzeczeństwa nasz związek dojrzał, wkroczył na zupełnie inny poziom. Tak samo nasze życie nabiera rozpędu i wygląda na to że nie zatrzyma się za szybko. Dlaczego?
Bo własnie podpisaliśmy akt notarialny.
Jesteśmy właścicielami takiej pięknej działki pod Poznaniem! Blisko 1650 m2, na których w niedalekiej przyszłości stanie dom. Nasz dom. Nasze marzenie odkąd zamieszkaliśmy razem. Każdy z nas doświadczył życia w domu z kawałkiem ogrodu – teraz uwięzieni w bloku trochę się męczymy, chcemy więcej – stąd takie decyzje. Antek jest alergikiem, chcemy stworzyć coś co ułatwi mu życie. Dzieci będą miały osobne pokoje i zostanie jeszcze tego miejsca dla kolejnych dzidziutków – bo i takie są plany w przyszłości. Na tej ogromnej działce będzie budowana nasza przyszłość. Wśród cudownych sąsiadów, których już mieliśmy okazję poznać!
Marzenia są do spełnienia!



Lubię takie posty, mam wrażenie że przez nie poznajemy się bardziej. Wy wiecie coś nowego o mnie, a w komentarzach padają zazwyczaj jakieś Wasze historie – które bawią czasem do łez. Ile razy już czytałam.. Basia! Miałam dokładnie tak samo jak Ty. Z niektórymi osobami jesteśmy bardzo podobni. Chociaż mam wrażenie że wiecie o mnie już wszystko, poszperałam w mojej pamięci i znalazłam kilka nowych faktów.
W naszym życiu przychodzi tez taka faza, w której z perspektywy patrzymy na to co się wydarzyło. Coś co kiedyś było dla nas „najgorszym dniem życia” dziś bardzo często jest śmiesznym wspomnieniem
1. Nienawidzę myć okien.
Od momentu wprowadzenia się do tego mieszkania szukam osoby która będzie to robiła za mnie. Idzie bardzo opornie, rezultatem czego są ciągle brudne okna. W domu mogę zrobić wszystko, nie brzydzi mnie szorowanie WC, kocham robić pranie i je składać, dwa razy dziennie odkurzam.. wiesz o co mi chodzi. Nie widzę problemu w pracach domowych – tylko to okropne mycie okien. Może jakby mi to lepiej szło miałabym więcej motywacji.. ale okna i lustra w naszym domu wyglądają gorzej po umyciu niż przed.
2. Jak byłam mała wylała się na mnie gorąca kawa i herbata.
Miałam poparzony brzuch i lewę ramie. Była jakaś uroczystość rodzinna, dużo ludzi, zamieszanie.. kobiety zaczęły roznosić ciepłe napoje do pokoju a ja akurat przebiegałam. Panika, krzyk.. gdyby nie mój tata który szybko wrzucił mnie do wanny i polewał lodowatą wodą dziś miałabym pewnie wielkie blizny w tych miejscach. Skończyło się na tym, że mam jedną bliznę na środku brzucha wielkości 2x6cm – aktualnie już prawie niewidoczną. A jest tak dlatego, bo..
3. Mam cały brzuch w rozstępach.
Nie malutkich, nie płytkich, nie delikatnych. Są ogromne. Wszystkie pojawiły się w ciąży z Antkiem, chociaż smarowałam się non stop jakimiś specyfikami. W drugiej ciąży nie wyszedł ani jeden nowy, pewnie ze względu na to że już nie miał miejsca. Jeden przy drugim – chociaż już troszkę mniej widoczne, bo straciły tak intensywny czerwony kolor – to od 7 lat nie wyszłam na plażę w stroju dwuczęściowym. Nikt poza moimi rodzicami, siostrą, dziećmi i Danielem nie widział mnie bez koszulki. Może zdarzyły się jeszcze pojedyncze osoby jak jeszcze po ciąży wmawiałam sobie że to normalne i nosiłam bikini na działce u rodziców. Jednak miejsca publiczne to wielkie ukrywanie kompleksu. W tym roku zaczęłam go więcej pokazywać, bo pogodziłam się z myślą że nie pozbędę się ich nigdy – laser u mnie nie wchodzi w grę, ze względu na inną chorobę.
4. Blog prowadzę już 7 lat.
Zaczęłam pisać gdy urodził się Antoś, albo chwilkę wcześniej – może jak byłam w ciąży? Kto to pamięta? W grudniu stuknie mu właśnie 7 lat, więc to kawał czasu. Prawda jest taka że wcześniej podchodziłam do tego hobbistycznie. Nie zarabiałam na nim nic – teraz jest to moja praca. Od maja powoli, powoli działałam.. jakieś przerwy mniejsze i większe było. Teraz od dwóch miesięcy mam mega motywacje do pisania bo zaczęłam naprawdę fajnie na tym wychodzić. Kocham to miejsce, a jak robi się to, co sprawia radość to zarabianie na tym to czysta przyjemność.
5. Jak byłam dzieckiem tekstów do szkoły uczyłam się na pamięć.
Pewnie przypominasz sobie zadania domowe w szkole podstawowej, polegające na „na następny dzień, proszę przeczytajcie ten tekst – macie się z nim tylko zapoznać”. No własnie.. ja zapoznawałam się bardzo dogłębnie, bo znałam je na pamięć – często całe zdania recytowałam sobie w głowie. Moja mama mnie wyzywała, że mam wreszcie przeczytać i odpuścić – ale ja inaczej nie umiałam. Albo w 100% albo wcale. Później mi przeszło i to „wcale” było na porządku dziennym.

6. Paraliżowały mnie wystąpienia publiczne.
Każde wystąpienie przed klasą powodowało mini atak serca. Jąkałam się, denerwowałam i na końcu coś wydukałam – ale z wielkim trudem. Podziwiałam osoby które mogły bez problemu tak wyjść i cokolwiek powiedzieć. Mi to nigdy nie wychodziło. Przełamałam się dopiero w liceum, gdy dołączyłam do samorządu szkolnego i mogłam wtedy prowadzić apele – bez stresu. Wyjścia na środek sali też jakoś mniej stresowały. A swój strach tak w 100% przełamałam podczas spotkania dla blogerów które zorganizowałam. Park rodzinka uznał że fajnie jak ja osobiście je poprowadzę – dałam radę, a w połowie tego wydarzenia nawet przestałam się stresować.
7. Miałam operację stóp.
W czwartek klasie podstawowej rodzice opłacili mi operację haluksów. Miałam je od dziecka – bardzo duże. Po wszystkim nie chodziłam do szkoły przez rok (miałam nauczanie indywidualne, nauczyciele przychodzili do mnie), uczyłam się wtedy bardzo dobrze – chyba najlepsze świadectwo w moim życiu. Do dziś mam w dużym paluchu kotwiczkę metalową, po dwie blizny na każdej stopie i mimo to – wada zaczyna mi wracać. Planuję po ślubie kolejny raz umówić się do lekarza i przejść operację korekcyjną.
8. Boję się że coś wybuchnie.
Jedziemy autem, coś zaczyna syczeć, piszczeć czy wydawać inne dziwne dźwięki – boje się że wybuchniemy. Pralka dziwnie chodzi – a może wybuchnie? Pomóc potrzymać Danielowi kabelek jak lutuje przewody? – co ty, przecież to wybuchnie! Wizja wybuchu paraliżuje mnie i każda pozornie niebezpieczna sytuacja kojarzy mi się w wielkim wybuchem. Pamiętam jak kiedyś gniazdko w naszym mieszkaniu wydawało dziwny dźwięk, a byłam sama z dziećmi. Zadzwoniłam do Daniela, a on przez telefon mówił mi co mam robić. Czułam się jak w filmie akcji – bez koloryzowania. Spocona byłam co najmniej jakbym bombę rozbroiła która może wysadzić pół miasta.
I jeden taki GRATIS 🙂
Bo masę pytań o to dostaje – a to żadna tajemnica 🙂
9. Mam 173 cm wzrostu.
Wiecie ile osób pisze mi, że widząc mnie gdzieś w mieście, bądź na jakimś spotkaniu blogowym – czy już w zupełnie innym miejscu zdanie : „Myślałam że jesteś niższa”. No nie jestem. Wydaje mi się ze mój wzrost jest dość przeciętny, są niższe i wyższe – a lekko ponad 170 cm to taki wynik dość powszechny. Mimo wszystko – tak, mam 173 cm wzrostu a nie 160, jak większość myśli. Wagę też podam, a co.. aktualnie 68 kg – chciałabym max 60, ale za bardzo kocham słodycze i ogólnie jedzenie. Za to w drugą stronę – bardzo nie lubię ćwiczyć 😀
To na tyle, ale teraz chce wiedzieć coś o Tobie!
Napisz mi w komentarzu swoje historie, dziwactwa i inne cuda.
Tak sobie ostatnio myślałam, co dla każdego z nas jest ważne podczas ślubu i wesela. Może uściślając bardziej – co jest ważne dla panny młodej, która najczęściej w większym stopniu skupia się na tym wyjątkowym dniu. Nie chcę obrażać tu w żaden sposób panów, po prostu obserwuję świat internetowy i doskonale widzę kto troszkę częściej się udziela w tym temacie. Oglądam te wszystkie cudowne zdjęcia z uroczystości zaślubin. Widzę uśmiechnięte twarze pary młodej i jeszcze bardziej zastanawiam się nad tym wszystkim. Bo wiesz, na piękne efekty składa się cała masa czynników. Przede wszystkim sama para młoda, dobry fotograf, piękny kościół, cudownie ozdobiona sala weselna, cudowni goście czy wyjątkowo podane dania. Wszystko składa się w jedną piękną całość. Chociaż jeden element w tym dniu skupia na sobie większą uwagę obserwujących. Moim zdaniem jest to suknia panny młodej.
To ona, gdy wchodzi do kościoła bądź urzędu skupia na sobie uwagę wszystkich. To własnie ten element jest później najbardziej komentowanym szczegółem tego dnia. Moim zdaniem każda panna młoda wygląda pięknie. Widać że czuje się cudownie tego dnia, twarz promienieje a suknia jest zawsze idealnie dobrana do sylwetki podkreślając naturalne atuty. Jednocześnie zakrywając to, z czego nie do końca jesteśmy dumne. Znam bardzo dużo młodych dziewczyn które wizje swojej sukni mają już w wieku nastoletnim. Miałam zaszczyt poznać też dziewczyn, które zapierały się że suknia tego dnia będzie najtańsza i taka jaką znajdą bo „to strata pieniędzy – na jeden raz”. Ja byłam w tej drugiej grupie i tak szybko jak to powiedziałam, tak szybko ugryzłam się w język. A zrobiłam to wtedy, gdy znalazłam idealną sukienkę, bez względu na cenę musiała być moja. Jej cena w salonie zwaliła mnie z nóg, dlatego postanowiłam stworzyć podobną z pomocą krawcowej.

Poszukiwania zaczęłam w internecie..
Chciałam zobaczyć kilkanaście różnych modeli, by stwierdzić co tak naprawdę mi się podoba. Sama nie wiedziałam na początku czego chcę – księżniczka, syrenka, boho, rustykalna, klasyczna, z długim trenem, lekko za kolano, z koronką.. masa różnych opcji do wyboru, a Ty musisz wybrać tą jedną jedyną. Taką, która będzie na Tobie wyglądała pięknie, w której będziesz czuła się jak milion dolarów. Raz w życiu taka suknia będzie Twoją ozdobą, dlatego warto jednak poświęcić trochę czasu na to, by było idealnie. W dzień ślubu będzie już trochę za późno na zmiany, a raczej nie chcemy po latach żałować swoich wyborów.
Bardzo duża część dziewczyn umawia się po prostu do salonów na przymiarki. Chcą zobaczyć jak dany model sukni wygląda na ich sylwetce. To jest najlepszy sposób i do tego sprawdzony przez panny młode na całym świecie. Tej sukni nie musimy wcale kupić, nie jest to w żaden sposób zobowiązujące spotkanie. Dlatego dużo kobiet decyduje się na przymiarki, a te bardziej oszczędne wracają do domu i na własną rękę szukają osoby która taką suknie dla nich uszyje.
Niestety ale ceny w salonach są bardzo wysokie, zwłaszcza nowych kolekcji bądź prosto od znanych projektantów. Tańsze są zeszłoroczne modele, jednak i tak szycie samodzielnie sukni u krawcowej cenowo wyjdzie taniej. Przykładem jestem ja, bo suknia którą wybrałam sobie w salonie kosztuje 4800 zł – bardzo dużo prawda? Podsumowując nasz budżet ślubny, nawet jakbym zrezygnowała z wieku rzeczy i tak nie dałabym rady jej kupić. Pozostawała w mojej sferze marzeń. Na szczęście dowiedziałam się o kobiecie mieszkającej w mojej okolicy która tworzy piękne suknie. Po pierwszej wizycie padła cena 1750 zł. Umowę podpisywałam od ręki, wpłaciłam zaliczkę i aktualnie jestem najszczęśliwszą przyszłą panną młodą bo suknia która była dla mnie niedawno nieosiągalna będzie moją ozdobą tego dnia. Wiadomo że nie będzie identyczna, tym bardziej że podczas przymiarek wybrałam trochę inny materiał na dole. Koronka tez lekko się będzie różniła od oryginału – ale moim zdaniem na plus. A ja mam w kieszeni troszkę ponad 3 tysiące.
To nie będzie jedno spotkanie..
Chociaż możesz być jedna z nielicznych kobiet które idealnie pasują do danej sukni, większość z nas musi jeszcze mieć naniesione poprawki. Dlatego z jednej wizyty robią się trzy. Na pierwszej wybierasz suknie, na drugiej pobierane masz wymiary a na trzeciej ją odbierasz. Sprawa z krawcową wygląda nieco inaczej. Na pierwszym spotkaniu musisz powiedzieć czego oczekujesz, najlepiej pokazać zdjęcie i od razu wyjaśnić o co Ci dokładnie chodzi. Tylko dobra komunikacja pozwoli stworzyć coś pięknego z czego będziesz zadowolona. Każdą najmniejszą wątpliwość musisz od razu naprawiać. Tego samego dnia pobrane zostaną twoje wymiary. Na kolejnej wizycie będziesz miała tylko siateczkę do góry i halkę na dole. Krawcowa wytnie dokładnie z materiału tyle ile potrzebuje. Kolejne wizyty to już cała suknia i nanoszenie stosownych poprawek. Całość odbieram 4 dni przed ślubem.
Warto też zabrać do salonu sukni ślubnych zaufaną osobę ze sobą, by pomogła Ci wybrać tą jedną jedyną, by spojrzała krytycznym wzrokiem i szczerze powiedziała jak w niej wyglądasz. Natomiast szyjąc suknie u krawcowej nie zobaczysz jej na sobie na początku, natomiast miesiąc przed ślubem gdy już będą nanoszone tylko poprawki śmiało zaproś mamę, siostrę, przyjaciółkę czy przyjaciela na wspólne poprawki. Niech szczerze, bez zbędnych uprzejmości powiedzą Ci co myślą.

Ale są jeszcze inne opcje..
Takie jak wypożyczenie sukni ślubnej, odkupienie jej od kogoś innego czy chociażby zamówienie jej z popularnych ostatnio chińskich sklepów. Ta opcja też jest tańsza, jednak trzeba liczyć się z tym że konieczne być może będą drobne poprawki. Cena za wypożyczenie sukni waha się między 30-60% wartości zakupu sukni, ale masz ją wypraną i dostosowaną do swojej sylwetki już na miejscu – najczęściej w cenie. Odkupienie sukni od innej osoby to koszt rzędu 500-5000 zł zależy jaki model chcemy. Jeśli suknia nie pasuje do nas idealnie, koszt przeróbek u krawcowej też może się okazać sporym, dodatkowym wydatkiem.
A na co ja się zdecydowałam?
Nie wrzucę CI tu zdjęcia, bo wzorowałam się na jednej jednak jej końcowy wygląd troszkę odbiegnie od oryginału. Miałam jasno zakodowaną wizję tego, jak ma wyglądać moja suknia tego dnia. Plany planami, jednak życie zweryfikowało je strasznie. Od początku z krawcową wiedziałyśmy że materiał na tamtej to tiul, dlatego zaczęła szyć dla mnie identyczną. Jednak już na pierwszej przymiarce okazało się że ten materiał nie jest mój. Czułam się w nim strasznie źle, miałam wrażenie że moje biodra się ogromne i w żaden sposób nie podkreślała moich atutów. Po pierwsze miałam być „malutka”, ale w tym czułam się jak beza – chociaż były tylko 3 cienkie warstwy tiulu. Na szczęście krawcowa miała u siebie inne doły sukni już wcześniej przygotowane, jakby doskonale wiedziała że to nie to. Przyłożyła do mnie wszystkie i padło na coś, czego kompletnie nie chciałam – muślin. Coś co przylega do Ciebie tak bardzo jak to możliwe, biegnie za Twoją nogą w tańcu cały czas. Ale ma jedną zaletę – jest własnie taki „malutki”. Wiesz o co mi chodzi? Że nie robię się w nim księżniczką, nic nie odstaje i nic mi nie przeszkadza – przylega cały czas do ciała bo jest ciężki.
Góra miała być podszyta cielistym materiałem plus delikatna koronka. Postaramy się by taka była – chociaż bardzo trudno trafić w hurtowni na taką która pasuje. Krawcowa pociesza mnie, że we wrześniu gdy sezon ślubny będzie się kończył wejdą nowe wzory a wtedy ona będzie po nie pierwsza. Uszycie sukni zajmie jej dwa dni więc da radę. Opisując dalej jej wygląd – postawiłam na 3/4 rękaw. Plecy będą praktycznie całe odkryte, delikatnie połączone przy karku guziczkiem. Dlaczego taki rękaw? Ponieważ mam szerokie ramiona, nie podobam się sobie w sukniach na ramiączkach, a krótkie rękawy za to do mnie pasują – ale w sukni ślubnej mi się nie podobają. Taka długość będzie optymalna – mam nadzieję.
Najlepsze jest to, że nie ważne jaką suknie wybierzesz. Z ogromną ilością tiulu, z muślinu, z dużym dekoltem czy małym, długi rękaw czy bez rękawów. To wszystko jest ważne, jednak całokształt tego dnia jest ważniejszy. Emocje które towarzyszą CI tego dnia sprawiają że będziesz najpiękniejszą osobą tego dnia, bo radość powoduje że każdy z nas wygląda wyjątkowo. To jeden z najważniejszych dni w życiu każdej kanny młodej, nie ma opcji by wyglądała źle. Wszystkie wyglądamy pięknie!
Odkąd zaszłam w ciąże milion razy mocniej wpływają na mnie informacje o tym że jakieś dziecko jest w potrzebie. Jacyś rodzice gdzieś niedaleko, bądź na drugim końcu Polski czy tez na odległym kontynencie proszą obcych ludzi o pomoc. Nie dostali od Boga w darze zdrowego dziecka, a jednak robią wszystko każdego dnia by mu pomóc. Wiemy gdzie żyjemy, jak funkcjonuje u nas polityka – nie wszyscy otrzymują szansę by leczyć się w naszym kraju. Często mamy do czynienia z kosmicznymi kwotami za leczenie. A wiecie co jest najgorsze?
Że tego nie doceniamy.
Codziennie mamy chwile zwątpienia. Zmęczenie wygrywa z nami po całym ciężkim dniu z dziećmi w domu. Wracając z pracy nie masz opcji odpoczynku, zanim to nastąpi odbywa się szereg różnych czynności przygotowujących chociażby dzieci do spania. To męczy, Jestem matką i doskonale to rozumiem. Ba! Jeszcze trzy lata temu byłam z tym całkowicie sama i było jeszcze gorzej – i uwaga.. też nie doceniałam. Nie doceniam każdego dnia tego co mam tak jak powinnam. Nie jestem idealną mamą bo podnoszę głos gdy cierpliwość moja jest na granicy wyczerpania. Wrzeszczę gdy zwykłe słowa nie docierają. Słyszy mnie całe osiedle, podczas usypiania Blanki – chociaż z tym ostatnim jest już lepiej, to kryzys który się u nas pojawił działał źle na wszystkich mieszkańców naszego bloku – bo oni też nie mogli spać! Wiesz ile rodzice chorych dzieci zrobiliby dla takich problemów?
Ale jest jedna rzecz której nie zrobiłam nigdy i nie zrobię – bo jednak mimo wszystkich zwątpień doceniam to co mam – doceniam że mam zdrowe dzieci.
Nigdy nie uderzę moich dzieci.
Jest mi czasem ciężko. Bo podobno wychowujemy dzieci na wzór tego jak sami byliśmy wychowywani. Ja nie raz dostałam na dupę. Jednak u mnie działa to w zupełnie inną stronę, przez to co miałam ja wiem, czego nie chcę dla moich dzieci. Nie wyobrażam sobie bym miała dać im klapsa. Wypracowaliśmy już swoje inne sposoby na to, by okiełznać dzieci. Jest nawet taka jedna moja charakterystyczna mina, mówiąca im „dzieciaki, jeszcze chwila i będzie eksplozja – lepiej się wycofać”. Momentami wystarczy powiedzieć podniesionym głosem pełne imię dziecka, a gdy to nie pomaga – ja się wydzieram. Teraz już mniej, ale ten mój krzyk słyszało całe miasto. A krzyczeć umiem. Ostre „CISZAAAAAA” i od razu wszystko się kończy.
O tym dlaczego nie uderzę moich dzieci napisałam już w TYM wpisie. Dokładnie opisałam tutaj o co mi chodzi i nie chcę się powtarzać. Jeśli nie pamiętasz, bądź nie dotarłaś do tego wpisu – szczerze go polecam. Jestem z niego bardzo dumna, co przekłada się na jego popularność – od początku jak tylko powstał jest w pierwszej 10 najchętniej czytanych wpisów. Bardzo zależało mi na tym by moje wizje wychowywania dzieci podzielała osoba z którą te dzieci mam zamiar wychowywać.

Niestety tak nie było..
Pamiętam ile razu usłyszałam od niego „jakby dostał na pupę od razu by się uspokoił”. Jak? No jakby się uspokoił? Jakbym zadała mu ból, przecież płakał by jeszcze bardziej. Taka jest naturalna kolej rzeczy. Ból = smutek/płacz/cierpienie a to prowadzi do straty zaufania osoby którą się kocha. Wiedział jakie mam metody wychowania dzieci i albo je akceptował, albo czekało nas rozstanie. W życiu nie pozwoliłabym uderzyć moich dzieci komuś kto jest z nami blisko a co dopiero komuś kto dopiero co do nas dołączył. To był dla mnie priorytet – wspólny front. Początkowo było ciężko, bo ciągle jak nagranie powtarzał mi to okropne zdanie. Jednak nigdy tego nie zrobił. Jakby zrobił, pewnie teraz nie planowalibyśmy ślubu. Gdy się na nich złościł, po prostu wychodził. Nie brał udziału w dalszej rozmowie i wracał po wszystkim.
Teraz jest inaczej. Widzi, że dzieciaki nie są aniołkami – ale żadne dziecko nim nie jest. Śmiem nawet twierdzić, że to które jest bite – jest gorsze. Widzę na naszym osiedlu pewną zależność, nie chcę generalizować bo wiem że są różne przypadki – ale doskonale widać u nas pod blokiem, kto używa klapsa jako „metody wychowawczej”. Te dzieciaki każdą swoją porażkę przechodzą bardzo emocjonalnie, a te emocje rozładowują bijąc inne dzieci. Wracając do tego na czym skończyłam… nasze dwa diabły nie są święte i nigdy nie będą, nie tego od nich oczekuje. Jednak Daniel zaczął dostrzegać że klaps nic nie daje. Nauczył się z nimi rozmawiać, jak potrzeba podniesie głos i pod żadnym pozorem nie podniósł nigdy na nich ręki. Widzi na przykładach wielu osób, że klaps jest bez efektywny. Nie wnosi nic dobrego do zachowania dzieci – a wręcz je pogarsza.
Doszliśmy do takiej sytuacji, gdzie mi kończy się do dzieci cierpliwość częściej i to on zabiera ich do pokoju, tłumaczy co zrobili źle, podnosi czasem głos, zabiera gwiazdki z tablicy motywacyjnej. Nie pamiętam bym w przeciągu ostatniego roku choć raz usłyszała słowa „jakbyś dała im na pupę to by się ogarnęli”Teraz już zna różnicę miedzy klapsem a wychowywaniem w miłości. Pod żadnym pozorem nie mylić tego z wychowywaniem bezstresowym – bo nasze dzieci wychowywane są bardzo stresowo, ale bez bicia. Przestał łączyć te dwa zagadnienia w jedno.
I wiecie z czego się najbardziej cieszę?
Że osoba taka bardzo „za” klapsami u dzieci zmieniła zdanie. Nie zmienił jej dlatego że ja na niego wpłynęłam, zrobił to bo widzi efekty. On jest bardzo dobrym obserwatorem i zobaczył że rozmowa, lekko podniesiony ton głosu zrobią lepsza robotę niż ten okropny klaps. Siłą nic nie zdziałasz, u nas pomogło działanie – obserwowanie – konsekwencja – tłumaczenie a na końcu efekty całej pracy.
Pamiętam dzień, w którym Dani tak jakby poprosił mnie o rękę. Piszę tak jakby, bo nie było u nas typowych zaręczyn – nie mam też pierścionka. Po prostu wrócił z zakupów i oznajmił mi że bierzemy ślub. Dla mnie bajka i już kolejnego dnia zaczynaliśmy przygotowania. Po drodze powiedzieliśmy tylko o tym naszym rodzicom, resztę utrzymując w tajemnicy. Od początku wiedzieliśmy czego chcemy, na jakich zasadach i z jakim skutkiem. Nie bierzemy żadnej pomocy finansowej od rodziców, był to nasz świadomy wybór. Skoro to nasza impreza, to płacimy za nią sami. Nikt nam nie mówi co mamy robić, jaki garnitur kupić, jakie buty wybrać, zero zdania o sali, kwiatach czy innych ważnych i mniej ważnych kwestiach. Od początku do końca jest to nasz dzień, zorganizowany przez nas – dla nas.
Pierwsze kłody pod nogi zaczęły nam spadać na początku..
Pamiętam że wybór sali był dla nas trudny. Jeden właściciel miał problem z tym że chcemy mieć na weselu dzieci, inni wołali za dużo – za nic. Jeszcze inna sala była tak brzydka że nie mogłam na nią patrzeć a co dopiero spędzić w niej ten piękny wieczór, chociaż na zdjęciach wyglądała fajnie. Do miejsca z którym podpisaliśmy umowę trafiliśmy trochę przez przypadek. Jechała tam z nami moja mama, która po prostu była jej ciekawa. Nie była do niej totalnie przekonana, bo na zdjęciach faktycznie nie zapowiadało się fajnie. Jednak gdy tylko weszła powiedziała nam.. „to jest to, ta jest piękna”. Poczułam dokładnie to samo. Także przyszłe panny młode – to się czuje. Sala weselna musi mieć to coś, coś co Ciebie do niej przyciąga.
Gdy już mieliśmy sale, poszliśmy do księdza. Baliśmy się o termin, ale byliśmy zdecydowani na sale i w grę wchodziła inna parafia która tego dnia byłaby w stanie udzielić nam ślubu. Tu na szczęście nie było problemów.. grafik tego dnia w kalendarzu świecił pustkami, nie dość że mieliśmy termin to jeszcze pełną dowolność w wyborze godziny naszego wielkiego dnia. Ba! nadal nie ma tego dnia zapisanej żadnej pary a zostały lekko ponad dwa miesiące. Padło na 16:00!
Gdy już był termin w kościele szukałam fotografa i kamerzysty – nikt mi się nie podobał. Serio. W każdym coś mi nie pasowało – a jak już było fajnie, cena była jeszcze fajniejsza. Chciałam by foto i kamera były oddzielnie, by było profesjonalnie. Zdjęcia, film, wspominania i maż to jedyne co nam z tego dnia pozostanie. Pamięć bywa ulotna, dlatego chce mieć piękne ujęcia zapamiętane na papierze i dysku. Był moment że chciałam już podpisać umowę z pierwszym lepszym człowiekiem mającym wolny termin, ale w porę zadziałała poczta pantoflowa. Coś co dla mnie na początku było nie do przyjęcia będzie na naszym ślubie. Duet – foto+ kamera. Obejrzałam ich prace, widziałam że razem świetnie współpracują. Wiedzą kiedy nie można wejść w kadr i komunikacja w tym zespole jest na najwyższym poziomie.
Teraz zespół bądź DJ. Początkowo upieraliśmy się na zespół. Bo jak wesele bez zespołu? Podpisaliśmy umowę zachęceni opiniami pozytywnymi, jednak im bliżej wesela tym miałam więcej wątpliwości. Nie chcę mieć takich myśli co do żadnej osoby będącej częścią naszego dnia więc wysłałam im pocztą wypowiedzenie – przepadła nam zaliczka, jednak został święty spokój. Problem pojawił się wtedy,gdy 8 miesięcy przed naszą datą nie mogłam poszukać zastępstwa. Postanowiłam zaryzykować, napisałam na forum ślubnym „Kogo polecacie?” I dosłownie 3/4 odpowiedzi padło na pewnego DJ. Napisałam – tak, ma wolny termin! Jedyny w tym roku już, akurat na nasze wesele! Daniel pojechał podpisać umowę, tak trochę w ciemno – ale i tak jestem bardziej spokojna niż w przypadku tamtego zespołu.
Fajnie też możliwie wcześnie poszukać kurs przedmałżeński i nauki przedmałżeńskie. Mają one stosunkowo długą ważność i ograniczymy sobie stres w późniejszym czasie.
To wszystko załatwiliśmy rok wcześniej i jest to optymalny czas by te 4 główne rzeczy załatwić.
Oczywiście że są sale, zespoły czy kamerzyści bardziej i mniej oblegani. Nam się udało, może po prostu mieliśmy szczęście – na plus zadziałał też fakt że pobieramy się w październiku, w czasie gdy sezon ślubny powoli usypia. Aaa.. zapomniałam! Ja jeszcze rok wcześniej musiałam zapisać się do krawcowej. Jeśli kupujesz suknie w salonie, nie zaprzątaj sobie tym głowy tak wcześnie, będziesz mogła to zrobić na spokojnie później. Zapisałam się w grudniu, pierwsza przymiarka była w lipcu, teraz kolejna, we wrześniu jeszcze jedna i prawdopodobnie dwie w październiku – no cóż. Ostatnio wycinała 5 cm z talii więc poprawki musi nanosić na bieżąco.

W dalszej kolejności około pół roku przed ślubem umówiłam się do kosmetyczki i fryzjera. Fryzura ślubna u mnie była 3 miesiące przed ślubem, makijaż będzie dwa. Umawiając się tego dnia na zabiegi najlepiej najpierw wybrać się do fryzjera a później odwiedzić kosmetyczkę. Ślub mam na godzinę 16, fryzjer będzie o 10, spędzę tam 1,5 godziny – 30 minut na dojazd do domu – na godzinę 13 mam kosmetyczkę, więc wolna będę od godziny 14:30. Zostaje mi 1,5 godziny na ubranie się i przyjazd do kościoła. Dodam, że u nas nie będzie błogosławieństwa w domu – będzie ono dwa dni wcześniej. Inaczej, fryzjer byłby na 9 a kosmetyczna pewnie na 11-12.
Jeśli masz w planach powierzyć dekorację sali komuś, warto zadzwonić do florystek już teraz. Te najlepsze są mocno oblegane w sezonie. My robimy wszystko sami, dlatego miesiąc przed ślubem będę kompletnie nieosiągalna. Hand made w moim wydaniu może nie wygląda najpiękniej, ale jest w nim masa serca. Świadomość że oszczędzamy też blisko 3 tysiące złotych działa motywująco.
Trzy miesiące przed ślubem..
Idziemy do księdza z parafii z której pochodzimy, ale nie bierzemy w niej ślubu po akt chrztu i adnotacje o przebytym bierzmowaniu. My bierzemy slub u mnie, dlatego ja nie musiałam tego robić, za to Daniel odwiedził proboszcza, W przypadku gdy bierzecie ślub w zupełnie innej parafii każde z Was musi udać się po taki dokument. Jednak działa to tez w drugą stronę – jeśli oboje jesteście z jednej i w niej bierzecie ślub to wszystkie dokumenty są już na miejscu i nie musicie zaprzątać sobie tym głowy.
Niedawno odwiedziliśmy też Urząd Stanu Cywilnego. Wpłaciliśmy stosowną opłatę i spędziliśmy tam godzinę, podpisując różne dokumenty.Między innymi deklaracje o przyszłym nazwisku żony, męża i dzieci z tego małżeństwa. Czekał nas tam też wywiad, o przeciwwskazaniach do zawarcia ślubu. Pod groźbą kary odpowiadaliśmy na zadane pytania „tak” lub „nie”. Standardowe pytania typu „czy jesteśmy spokrewnieni?” Dostaliśmy dokument, który trzeba przekazać księdzu z parafii w której będziemy brać ślub. Dodam, że taki dokument ważny jest 6 miesięcy, dlatego możecie zrobić to już wcześniej, my zdecydowaliśmy się poświęcić na takie sprawy dwa dni i działamy kompleksowo.
Trzy miesiące przed ślubem należy umówić się do księdza na spisanie protokołu. Udajemy się tam ze wszystkimi dokumentami wcześniej uzyskanymi tzn dowodem osobistym, dokumentami z USC, świadectwem ukończenia religii w szkole (czasem nie jest wymagane), dokumentem ukończenia nauk i kursu małżeńskiego oraz aktem chrztu jeśli go nie ma w parafii. Dostaniemy od księdza zaświadczenie które trzeba dostarczyć do parafii partnera. Dotyczy ono zapowiedzi, oczywiście za które mogą zażyczyć sobie opłaty. EDIT – Daniel mieszka już z nami 2 lata, prawo kościelne mówi że jak mieszkasz więcej niż 3 miesiące w parafii w której bierzesz ślub zapowiedzi w „parafii rodzinnej” nie są obowiązkiem.
My teraz w tym okresie dodatkowo rozdajemy naszej rodzinie zaproszenia. Przy okazji spotkań, imprez okolicznościowych czy wyjazdów. Bardzo zależy nam na tym, by każdy z zaproszonych przyszedł dlatego wolimy dać je troszkę wcześniej niż później słuchać tłumaczeń „że ja już sobie coś na ten dzień zaplanowałam”. Chociaż prawda jest taka, że dla chcącego nic trudnego i gdy komuś na nas zależy będzie na ślubie i weselu mimo przeciwności.
Kolejna rozpiska w innym poście.
Nigdy nie byłam jedną z tych osób które są zwolennikami miłości na odległość, częstych wyjazdów partnera a nie daj Boże pracy jednej połówki w innym kraju. Dla mnie takie coś nie ma racji bytu – delegacja kilka razy w roku jeszcze by mi serca nie złamała, ale coś co dzieje się znacznie częściej już tak. Nie umiem normalnie zasnąć w łóżku wieczorem gdy nie ma obok mnie Daniela. Dla głównie jego zdrowia psychicznego chodzimy na kompromisy i raz po raz wyskoczy gdzieś z kolegami. Integracja firmowa, opijanie nowo-narodzonego dziecka kolegi czy jakaś inna mniej lub bardziej ważna okazja. Dla mnie to jest ok, chociaż wiadomo że wolałabym by spędzał ten czas z nami.
Problem pojawia się nie w przypadku pracy..
To jeszcze mogę zrozumieć. Często by utrzymać rodzinę jesteśmy zmuszeni do radykalnych zmian. Zdarza się że ktoś musi pojechać za granice by się trochę odkuć – rożne scenariusze pisze życie. Chociaż jestem osobą która zepnie tyłek i sama zarobi pieniądze byle moja połowa nie wyjechała na miesiąc, dwa czy rok – wiem, że są rodziny gdzie jest to niemożliwe. Rozumiem wyjazd na miesiąc, dwa – kompletnie za to nie rozumiem rodzin żyjących oddzielnie całe lata. Nie umiem pojąć dlaczego te kobiety nie wyjadą z tymi mężczyznami, bądź Ci mężczyźni z kobietami. Tłumaczenia w stylu, mam dzieci one mają tu znajomych bądź inne w tym stylu są po prostu płytkie. Dla dziecka ważniejsze jest posiadanie blisko i mamy i taty. Nie jednego rodzica na co dzień, a drugiego okazjonalnie. Znajomych znajdzie wszędzie, dzieci to mistrzowie komunikacji i nie potrzebują powodów by z kimś się bawić – oni po prostu to robią. U mnie w domu taty nie było od poniedziałku do piątku – był tylko w weekendy. I już bardzo odczuwałam jego brak – nie chcę myśleć co czują dzieci, których jeden rodzic znika na dłuższy czas. Wraca na weekend, tydzień czy miesiąc. Jednak nie poświęca odpowiedniej ilości czasu dla bliskich bo ma masę spraw do załatwienia. Takie są przykre realia. Praca zarobkowa to jedno, wiem że istnieją też rodziny mieszkające razem ale..
Nie funkcjonujące normalnie.
Są takie rodziny, które żyją razem ale osobno. Mają wspólny dom, wspólne dzieci i na tym ta ich wspólnota się kończy. Każdego dnia robią swoje, podzielone obowiązki zakodowane w głowie. On idzie do pracy, ona zostaje z dziećmi. Wraca idzie do garażu, a ona wychodzi do mamy/koleżanki czy na jakiś trening. W międzyczasie odezwą się do siebie, by na bieżąco ustalić kiedy kto przejmuje opiekę nad dzieckiem i tyle. Temat się kończy i nadal żyją niby razem a jednak osobno. Mają wspólnych znajomych, odwiedzają rodzinę i wtedy stwarzają pozory szczęśliwych – a do takich im daleko. Nie od dziś każdy z nas wie, że podstawą udanych relacji z drugim człowiekiem jest rozmowa. Partnerstwo, jedna linia ataku i wspólne plany łączą dwójkę ludzi bardzo mocno. Dwie osoby biegnące w jedną stronę trzymając się za ręce, nie po dwóch stronach bieżni. Niby razem a jednak osobno, bez wsparcia.

Żyłam w takim związku..
Pamiętam doskonale jaka byłam nieszczęśliwa. Każdego dnia to samo, dzień w dzień schemat wyglądał podobnie. Każdy żył dla siebie, byle było wygodnie. Po co ze sobą rozmawiać, skoro można to zrobić bez współpracy. Dlaczego marnować energię by budować wspólną przyszłość razem, jak można tworzyć coś w tym stylu osobno? I ostatnie najważniejsze pytanie – po co być z kimś, kto nie wykazuje najmniejszej inicjatywy by spędzić z Tobą czas, by porozmawiać czy poszukać wspólnej pasji która połączy. Miłość to nie wszystko, dzieci to nie wszystko – udane partnerstwo, szacunek i spędzanie czasu razem – ale tak naprawdę razem. Nie przebywanie w tym samym mieszkaniu, ba! tym samym pokoju.. jednak osobno.
I możesz napisać mi teraz, że nie mam racji – przesadzam i koloryzuje.
Jednak jestem osobą która doświadczyła tego. Byłam z kimś żyjąc obok siebie ale nie razem. Teraz jestem z kimś, kto faktycznie potrzebuje więcej czasu dla siebie, jednak są to wyjścia na piwo raz w miesiącu z kolegami a nie uciekanie ode mnie każdego dnia. Nie ma go często – fakt. Jednak póki nie zmieni pracy, bądź nie otworzy czegoś swojego tak będzie. Trwa to już rok, w momencie gdy nikt inny nie zwala na niego dodatkowej pracy – zaakceptowałam to. Mimo wszystko będąc w domu kąpie dzieci, gra z nimi w PS4 a gdy zasną siada ze mną w salonie i rozmawiamy. Jemy kolacje i spędzamy chociaż te krótkie wieczory razem. Ale RAZEM.. nie razem ale każdy dla siebie.
Zastanawia mnie jedno, dlaczego zgadzamy się na coś takiego?
Z wygody, ze strachu? A może są inne powody?
Tego dnia miałam być w zupełnie innym miejscu. Umówiłam się z moją mamą i jej siostrą na małe zakupy. Jednak dzień wcześniej zadzwoniła do mnie mama Daniela by ustalić ostatnie szczegóły ich wyjazdu do rodzinnego miasta mojej przyszłej teściowej. Padło wtedy z jej ust pytanie „A Ty właściwie nie jedziesz z nami? Nie chcesz jechać?” Prawda była taka, że nawet o tym nie pomyślałam, myślałam że chcą ten czas spędzić sami. Jednak po głębszym zastanowieniu się, stwierdziłam że zakupy nie uciekną a skoro taki wyjazd zdarza się raz na jakiś czas to skorzystam. Tym bardziej, że Daniel planował właśnie wtedy rozdać część zaproszeń na nasz ślub swojej rodzinie – moim zdaniem, wypadało tym bardziej bym pojechała.
Pojechali tam w jednym głównym celu, który nikogo z Was nie zaciekawi. A po „interesach” chcieli pokazać mi miasto. Nie było dużo czasu dlatego poszliśmy w jedno miejsce które pokazuje od razu uroki całego regionu. Z jednego miejsca widać wszystko – cały teren. Pewnie nie raz już słyszałaś na lekcji historii o mysiej wieży w Kruszwicy, te legendy jak Popiel został zjedzony przez myszy właśnie tam – legenda legendą – można gdybać. Jednak fakt jest taki że wchodząc na samą górę zobaczymy widok który powoduje że serce na chwile się zatrzymuje.
I pomyśleć, że nie chciałam tam wejść. Było mi słabo, nie czułam się dobrze i wizja wchodzenia na bodajże 10 piętro nie napawała mnie optymizmem. Uległam i do dziś cieszę się że tak się stało, bo nie wiedziałabym co straciłam. Taka niepozorna miejscowość jest tak piękna. Te widoki które widzisz na zdjęciach, dosłownie kilka metrów dalej piękna, duża plaża. Dla mnie takie miejscowości są szczególnie piękne – na tyle, że oboje z Danielem pomyśleliśmy o tym samym – a może tu kupimy działkę? Bardzo nierealny pomysł 🙂
A najlepsze jest to, że byłam tylko na tej wieży i nad jeziorem a już polubiłam to miejsce tak bardzo, że planuję jeszcze w tym roku je odwiedzić. Chce poznać więcej miejsc w tym mieście bo podejrzewam że skrywa więcej takich perełek.
Nasza Polska jest piękna. Cudze chwalimy, swojego nie znamy. Jestem pewna że w najbliższym czasie weźmiemy tam dzieci. Bo warto.





Za każdym razem gdy w mojej rodzinie temat podczas spotkań schodzi na osoby starsze, w tym przypadku naszych dziadków dosłownie każdorazowo usłyszę jedno zdanie. Nie ma dnia, nie ma sytuacji by mi odpuścili. Sama nie wiem czy to są uszczypliwe komentarze, ciężko to wyczuć bo są mówione z uśmiechem na twarzy a jednocześnie tonem głosu przypominającym drwinę. Pamiętam że wcześniej bardzo się zawstydzałam za każdym razem, spuszczałam głowę i delikatnie się uśmiechałam a temat sam zawsze ucichł. Nie odzywałam się, nie ciągnęłam tematu – a jak wiadomo, bunt jest najlepszym zapalnikiem do tego by drwić dalej z tej osoby. Teraz podchodzę do tego zupełnie inaczej, nie ma u mnie już miejsca na wstyd, na spuszczanie głowy i olewanie tematu. Wiem po prostu co jest dla mnie ważne i wstyd jest ostatnią rzeczą jaką chce wtedy czuć.
„Basia to ukochana wnusia babci, jeździ tam non stop”
Zawsze, słyszę to zdanie. Rozumiesz, że jako nastolatka różnie odbierałam takie słowa. Teraz sytuacja się diametralnie zmieniła. Już nie chowam głowy między kolana tylko patrzę na moich rozmówców z pełną świadomością tego, że moje zachowanie jest fajnie. Bo pomimo masy obowiązków jakie na siebie nałożyłam takich jak zajmowanie się dziećmi i domem, praca, szkoła i organizacja naszego ślubu znajduje czas w ciągu tygodnia by odwiedzić moją babcie. Nie miałam takiego szczęścia by poznać dziadków, jedna babcia odeszła od nas blisko dwa lata temu i została ze mną ostatnia ważna osoba. Pielęgnuje te chwile bo wiem jak są one ważne dla mnie, dla niej i też dla moich dzieci. Dbam o nie tym bardziej, że nie wiem jak długo one jeszcze mogą trwać. Nie chcę za jakiś czas pluć sobie w twarz zadając pytanie „dlaczego cholera jasna, nie dowiedziałam mojej babci częściej – jak była taka możliwość?” Nie jadę tam na niedzielny obiad, nie jadę tylko przy ważniejszej okazji jaką dla niektórych jest dzień babci czy urodziny. Jadę w środku tygodnia na szybką kawę, którą sama dla niej robię w jej kuchni i po prostu rozmawiamy. O tym, że nie jadła jeszcze truskawek w tym roku, o tym że rachunek za prąd w tym miesiącu był wysoki czy o tym że zablokowali jej konto bo ważność karty się skończyła. Koduję to wszystko i tego samego dnia ma już doładowane konto a w następnym tygodniu przyjeżdżam z wielką siatką truskawek.
To są drobiazgi które ją cieszą. Odrobina uwagi, pamięci i chęci spędzenia z nią chwili. Widzę, jak cieszy się gdy podczas naszych wypraw rowerowych wjedziemy do niej po to by odpocząć i napić się wody. Już bez kawy, szybkie 20 minut by rozprostować nogi, nawodnić organizm i uciekamy dalej. Jednak radość gdy wjeżdżamy na jej podwórko jest nie do opisania.
Pamiętam moje dzieciństwo..
Mój tata jak pewnie większość innych ojców był mało obecny w domu. Broń Boże nie mam mu tego za złe, od zawsze był kierowcą ciężarówki i chcąc nie chcą takie są uroki tego zawodu. Moja mama natomiast szybko wróciła do pracy po porodzie – takie były czasy i w sumie są nadal, że jednej osobie jest ciężko utrzymać całą rodzinę. Mieszkaliśmy z babcią, która pomagała rodzicom jak tylko mogła. Zajmowała się mną i moją siostrą, zabierała też innych wnuków do siebie na wakacje. Przy każdej większej okazji spotykaliśmy się wszyscy u nas i wspólnie świętowaliśmy wyjątkowe dni. Teraz to się skończyło. Każdy pędzi w swoim kierunku i zapomina o tym co ważne.. Ja też przez moment zapomniałam. Bo niby dzwoniłam minimum raz w tygodniu, jednak to nie było to. Sama czułam że źle robię, nie odwiedzając rodziny częściej. Mając dwójkę dzieci i wychowując ich samodzielnie ponad 40 km od całej rodziny było mi trudno być tam częściej. To były wymówki, takich jak szukają wszyscy. Bo mam dom, bo praca wzywa, bo muszę pojechać na zakupy, do fryzjera, do kosmetyczki.. A to znajomi wpadają w piątek wieczorem, dziecko mi zachorowało.. Jakie jeszcze wymówki można dać by nie odwiedzić dziadków?
I mogą się wszyscy ze mnie śmiać… Mogą mi wypominać, jak to Basia „liże dupę wszystkim”
Jednak prawda jest zupełnie inna. Doceniam każdego dnia że babcia jest jeszcze z nami. Nie krytykuje nigdy tego co robi, czasem się droczę i rzucę szybkie „Babcia, co Ty opowiadasz za bzdury” ale ona i tak ciągnie temat dalej. Opowiadam jej zawsze jak postępy w organizacji wesela a ona oblewa mnie wielkim kubłem zimnej wody, krytykując prawie wszystkie moje wybory. I chociaż krytykuje i wie że zrobię po swojemu nadal chce słuchać tych moich udziwnień, jakie podczas tego wielkiego dnia będą się odbywały. A może po prostu chce być gotowa psychicznie na to?
Nie jest już młoda, bo w tym roku kończy 79 lat. Za rok ma już zarezerwowaną salę by hucznie obchodzić swoje osiemdziesiąte urodziny w gronie najbliższych. Ba, ta impreza ma być spotkaniem na którym będą tańce i inne cuda. Babcia nie próżnuje i nie zwalnia tempa nawet w takim wieku. Życzę sobie by mając tyle lat wciąż tak tryskać energią jak ona. By być ciepłą osobą która zawsze pomoże, ale też taką która nie przebiera w słowach i ostro mówi jak jest. Nawet jak tu i ówdzie pojawi się kilogram za dużo – dowiesz się tego od mojej babci. Kobiety która ma 4 dzieci,7 wnuków i 9 prawnuków. Nie ma rzeczy która by ją aktualnie złamała.
I można gadać na mnie ciągle..
Tylko że ja tym gadaniem się nie przejmuje i zawsze znajdę czas by przyjechać na szybką kawę. Mam też nadzieję że tych kaw przed nami jeszcze cała masa -dobre kilkanaście lat. Przestałam dążyć do rzeczy nieważnych, a skupiłam się na najważniejszych – na mojej rodzinie. I dla osób które są mi bliskie, nie obgadują i nie podkładają kłód pod nogi jestem zawsze gotowa zrobić wszystko. Dlatego jestem u babci często. A Ty?


Jak już pewnie się domyśliłaś, nasze wesele nie będzie do końca takie jak inne. Jestem dość specyficzną osobą, która nie lubi podążać wyznaczonymi ścieżkami i zawsze staram się wydeptać sobie swoje. Bycie tacy jak inni jest nudne, nie chce krążyć wokół wyznaczonych schematów i podporządkować się do reguł bo tak wypada, czy „wszyscy tak robią to Wy też”. Usłyszałam już też nie raz tekst w style „Wymyślasz, robisz problem tam gdzie go nie ma i na siłę chcesz pokazać jak bardzo jesteś inna od wszystkich”.
Problem jest taki, że niestety ale jestem inna.
Nigdy nie dogadywałam się z większością ludzi z którymi miałam kontakt. Byłam inna. Chociaż w pierwszej klasie liceum starałam się dostosować do ludzi i dość fajnie mi szło bo nadal utrzymuje kontakt z kilkoma osobami – tak wcześniej i później już nie było tak kolorowo. Nudzą mnie schematy. Denerwuje rutyna. Zabija mnie od środka powtarzalność wydarzeń i okoliczności. Nie chcę być na siłę inna, tak jak dużo ludzi myśli. Ja po prostu jestem sobą a większość ludzi ma z tym problem. Robię wszystko tak jak chce, bez najmniejszego zainteresowania opinią innych.
Nie podobają mi się sztuczne podziękowania dla rodziców na sali..
Zwłaszcza tańczenie w kółeczku przy akompaniamencie „cudownych rodziców mam”. Dno dna i jeden wielki muł. Przepraszam jeśli kogoś uraziłam ale widząc coś takiego mnie mdli. Odstawiona szopka w której nikt nie czuje się komfortowo. Robienie cyrku z czegoś co jest intymną częścią każdej rodziny. Nie wyobrażam sobie siebie i Daniela w takiej sytuacji i w życiu nie naraziłabym moich rodziców i rodziców Daniela na takie show. Nie, nie, nie.
Jedyna szopka na naszym weselu będzie dla chrześniaka mojej mamy który tego samego dnia ma urodziny. Od razu po naszym torcie (który swoją drogą wjedzie w trakcie tak niecodziennej muzyki że papcie wszystkim spadną) wyjedzie tort dla niego i zaśpiewamy my STO LAT. Dziecko nie jest niczemu winne że dwa stare osły zachciały brać ślub w jego święto. A niech ma! Lubię sprawiać radość innym.
Wracając do tematu podziękowań..
..które będą powiązane troszeczkę z błogosławieństwem bo z tym wiąże się kolejne moje „WI-DZI-MI-SIE”. Bardzo zależy mi na tym, by Daniel nie zobaczył mnie w sukni wcześniej – pierwsze wrażenie jest najważniejsze i chce, by odbyło się to przy ołtarzu. Gdyby błogosławieństwo było w domu przed ceremonią cały plan by się nie udał dlatego to była kolejna kwestia do ustalenia. Nasz fotograf i kamerzysta zaproponowali bym wyszła w innej sukience i później szybko się przebrała. Jakby nie było innej opcji – ta by była fajna, jednak makijaż i fryzurę już by zobaczył. Tego też nie chciałam.
Nasze błogosławieństwo będzie połączone z podziękowaniami.
Spotkamy się z naszymi rodzicami dwa dni przed weselem w pięknym miejscu. Zamówiliśmy miejsca w cudownej restauracji i tam poprosimy ich na spokojnie o błogosławieństwo, bez gapiów, bez kamery i aparatu. To będzie nasza chwila i na czymś takim na zależało. Korzystając z okazji, gdy będziemy wszyscy razem wręczymy im drobne upominki które przygotowuje już od 6 miesięcy – krok po kroku, powoli bez udziwnień ale mimo wszystko zajmujących trochę czasu. Wiesz dobrze, że to co się da chce zrobić sama. Po cichu liczę że taka prostota im się spodoba. Mam nadzieję też, że kolacja będzie strzałem w 10!
Mimo wszystko postaramy się, by na weselu poczuli się wyjątkowo. Nie wnikając w naszą przeszłość jesteśmy im wdzięczni za życie i za to że się poznaliśmy. Bez nich nie byłoby nas i naszej wspólnej przyszłości. A ona zapowiada się cudownie.
