Śledź nas na:
All Posts By

pierwsze-kroki

Blog - archiwum

Czy wróżka zębuszka istnieje?

17 września 2018

Za moment obchodzić będziemy rocznicę dnia, w którym Antoni stracił swój pierwszy mleczny ząbek. Chwilkę po skończeniu szóstego roku życia dołączył do grona dzieci, które swoją pierwszą lukę w uzębieniu mają już za sobą. Gdy ten pierwszy, wyjątkowy zaczął mu się ruszać – chodził z kąta w kąt, dopytując kiedy wypadnie. Nie było osoby, której by nie męczył pytaniami o to, czy można go wyrwać bądź ile pieniążków przynosi wróżka zębuszka? Non stop go wykręcał na wszystkie strony, dotykał i pokazywał swoją dumę całemu światu.

Bo pierwszy wypadający ząb to wielkie wydarzenie dla dziecka.

My staramy się celebrować każdą chwilę. Z „małych” rzeczy robimy wielkie i nawet ta sytuacja została postawiona do rangi wielkiego święta. Chcieliśmy by poczuł, że w jego życiu zaczyna się coś nowego, coś wyjątkowego i coś, co dzieje się tylko raz w życiu! Nigdy więcej to wszystko się nie wydarzy. Cieszyliśmy się razem z nim, pytaliśmy o postępy w „wyrywaniu” i opowiadaliśmy dużo o magicznej wróżce która w nocy przychodzi do dzieci i zbiera ząbki które wypadną. Wtedy był już strasznie nakręcony, marzył już tylko o tym by ząb znalazł się pod poduszką.

Ale tak się nie stało..

Ekscytacja pierwszym zębem który mógł trzymać w ręce była tak duża, że cudo nie trafiło pod poduszkę. Tak chodził, oglądał, pokazywał – aż ząbek się nie zawieruszył. Zgubił swój pierwszy skarb, do dziś nie został znaleziony. Rozpacz, łzy, smutek.. wróżka zębuszka nie przyszła. Kolejny cieszy równie mocno jak pierwszy – bo traktował go równie wyjątkowo. Tamten nie trafił do magicznej istotki więc o dwóję musiał dbać jeszcze mocniej. Gdy nadszedł dzień w którym był gotowy by wypaść – Antek równie mocno spał. Ząbek połknął – a my nie planowaliśmy go później szukać w wiadomym miejscu. Kolejny raz wróżka zębuszka nie przyszła.

Trzeci był wręcz traktowany jak największy skarb. Na szczęście tym razem się udało i istotka mogła zostawić dziesięć złotych pod poduszką! Trzeci ząbek, potraktowała jak pierwszy – był należycie odebrany od właściciela. Każdy kolejny kosztował już mniej, zawsze zostawiała pięć złotych do czasu…

..aż wróżka zębuszka nie podołała.

Nadszedł taki dzień, gdy zapomniała zostawić pieniążek za ząbek. Szok, zdziwienie i może nawet lekkie rozczarowanie miały miejsce o poranku. Bo jak to? Jak ona mogła o nim zapomnieć. Tego dnia miała dużo pracy i pamiętała o nim, jednak jest sama na tym świecie i najzwyczajniej w świecie nie zdążyła! Jej małe skrzydełka nie dały rady dolecieć. Obiecała za to, że jutro da podwójną kwotę – za swój błąd. Antek wybaczył bo kolejnego dnia wydarzyło się coś jeszcze bardziej wyjątkowego..

Pod poduszką nie dość że było dziesięć złotych, to jeszcze POŁOWA ZĘBA. Wieczorem magiczna istotka musiała przez przypadek chwycić tylko połowę, myśląc że to cały. Antek wybiegł z sypialni szczęśliwy, że dostał 10 zł a do tego ma połowę zęba za którego jutro dostanie znów pieniądze. No cóż.. kolejna wtopa wróżki słono kosztuje wszystkich – za błędy trzeba płacić.

Teraz mamy już dwu-miesięczną przerwę.

Od tego czasu nie wypadł nam ani jeden, żaden też się nie rusza więc w najbliższym czasie nie przewidujemy nowych przygód zębowych. Dobija mnie jednak fakt że gdy u jednego proces wymiany zębów na stałe dobiegnie końca – to wszystko zacznie się od nowa. Wróżka zębuszka nie będzie miała chwili przerwy, będzie naszym gościem jeszcze długo. A my traktujemy to jako fajną przygodę i z „niczego” robimy „coś”.

Każda sytuacja w naszym domu sprowadzana jest do wielkiego wydarzenia. Bo dla nas to może być tylko ząb, ale dla dziecka to jest AŻ wypadający ząb. To początek fajnej przygody, to start wkraczania w kolejny etap życia. Coś nowego, coś fajnego i wyjątkowego. My tego nie dostrzegamy na co dzień, a dla dzieci to coś dużego. Dlatego u nas w domu skaczemy z radości nad ruszającym się zębem. Przychodzi do nas wróżka zębuszka i zostawia pieniążki. Wyolbrzymiamy każda sytuację – by dzieciństwo naszych dzieci było wyjątkowe.

Blog - archiwum

Blogowanie to praca. W domu, przy biurku – ale jest tak samo wartościowa jak każda inna.

13 września 2018

Ostatnio jedna czytelniczka bloga napisała pod postem na Facebooku komentarz który kończył się słowami „blogowanie to nie praca”. O ile się nie mylę, pojawił się on pod wątkiem o szybkim kończeniu lekcji przez dzieci z pierwszych klas, co dla niektórych rodziców wiąże się z koniecznością korzystania ze świetlicy. Chodziło w tym komentarzu o to, że świetlica może prosić o zaświadczenie z pracy, bądź jakiekolwiek pismo o tym że rodzice pracują i dziecko musi tam przebywać. Kończyło się właśnie na zdaniu że pisanie bloga nijak ma się do pracy więc ja nie miałabym szans na świetlice – tak ja zrozumiałam komentarz.

Postanowiłam się do tego odnieść. Bo nie ukrywam ale trochę zabolał mnie ten komentarz. Ten kto nie doświadczył pracy w domu nie zdaje sobie sprawy z tego ile kosztuje to człowieka. Masa samodyscypliny – to jest chyba najgorsze. Bo wychodząc do biura, zostawiasz dom pusty – nie interesuje Cię pranie, sprzątanie, gotowanie.. robisz swoje i całą resztę zostawiasz na kilka godzin za sobą. Fakt że musisz zrobić to później jest oczywisty, jednak chodzi mi o to, że twojej uwagi nie zabierają brudne garnki, lepiąca podłoga i pranie wysypujące się z kosza. Słyszałam że istnieją ludzie którym to nie przeszkadza – mi nie przeszkadzało do czasu, aż nie zaczęłam zarabiać pracując w domu.

Wszystko jest ważniejsze od nauki i pracy.

Zawsze przed zjazdem w szkole obiecuje sobie systematyczną naukę. Wtedy własnie pojawia się chęć na mycie okien, zmianę pościeli i wszystkie inne czynności domowe. Tak samo wygląda u mnie motywacja do pracy. Aktualnie mam ogromne zaległości i powinnam skupić się na nadrobieniu ich wszystkich – dosłownie każde zlecenie mam „na wczoraj”. Mimo to, przypomniałam sobie że kilka spraw związanych z weselem jest do zrobienia. Sprawa jest oczywista co wybrałam. Kolejny raz będę musiała zarwać noc i pracować. Tak, bo blokowanie to praca.

Każda sytuacja w której zarabiasz legalnie pieniądze – to praca.

Wszyscy mamy inne formy zarobku. Jedna osoba jest lekarze, jeszcze inna murarzem – wszyscy zarabiamy pieniądze by żyć. Każda z tych osób robi coś na czym się zna, coś co lubi i sprawia jej radość. A przynajmniej powinna, bo taka ścieżkę wybrali dla siebie. Ja wybrałam blogowanie – które w nowym roku poszerzę o coś jeszcze, chociaż mnie kusi za nic nie zdradzę co to jest.  Dosłownie każde moje zlecenie jest legalne, odprowadzam podatki jak każda inna osoba. Podpisuje stosowne umowy i rozliczam się z Państwem. Moje zarobki pomniejszone są o podatki jak pieniądze każdego innego pracownika.

Tylko że ja pracuje w domu…

A praca w domu to dla niektórych osób nie jest praca. Pomyśl, że na tą prace mam w ciągu dnia niecałe 3 godziny. Na napisanie tekstu, na odpisanie na dziesiątki e-maili, na zdjęcia, na FB czy Instagram, na spotkania, wydarzenia i inne. Najwięcej czasu zajmuje to, co jest gołym okiem dla innych niewidoczne. Aktualnie zarabiam dwa razy tyle, co na etacie pół roku temu. Podjęłam ryzykowną decyzję odejścia z tamtego miejsca, chociaż nie było nam lekko – i wyszłam na tym bardzo dobrze. Moje dzieci mają mamę w domu cały czas, nie martwię się chorobami czy wyjściem do lekarza. Nie płacze w poduszkę wieczorem gdy okazuje się że przychodzi jakiś wirus a ja nie mam co z nimi zrobić. Jestem wykończona, bo wstaje wcześnie rano, gdy ich nie ma ogarniam prace, później z nimi obowiązki domowe. A gdy zasną – znów pracuję.

Boli mnie bardzo stwierdzenie że blogowanie to nie praca.

Być może nie, bo trudno nazwać pracą coś co sprawia ludziom przyjemność. Wy sprawiacie mi będąc tu, ja sprawiam Wam będąc dla Was. Uwielbiam to co robię każdego dnia. W naszym kraju, a pewnie gdzieś dalej też, przyjęła się myśl że praca to ciężki obowiązek który trzeba spełnić by mieć pieniądze na życie. Ja znalazłam coś, co sprawia mi ogrom radości przy jednoczesnym legalnym źródle zarobku. I nigdy nie pojmę osób które krytykują innych za wykonywany zawód. I zawsze wtedy mam ochotę powiedzieć „jak to takie łatwe – też to rób”. Nie każdy zawód jest dla każdego – a każda praca jest równie ważna.

Blog - archiwum

Ubezpieczenie dla dziecka w żłobku, przedszkolu i szkole. Dlaczego warto dowiedzieć się o nim więcej?

12 września 2018

Za moment zaczniemy swoje przygody z placówkami edukacyjnymi. Dla niektórych dzieci będzie to zupełny początek, a dla innych któryś rok nauki z rzędu. Dla rodziców którzy dopiero zaczynają zmagania z systemem oświaty niektóre rzeczy i sytuacje mogą wydawać się zupełnie dziwne, zaskakujące a jeszcze inne tajemnicze. Dla mnie od zawsze taką tajemnicą oblane było to słynne ubezpieczenie NNW dziecka. Nie ważne czy chodziło o żłobek państwowy do którego uczęszczała Blanka, czy przedszkole od którego zaczynał Antoni. Za każdym razem był obowiązek jego posiadania, a ja na początkach naszej drogi podpisywałam i płaciłam co tylko chcieli. Do czasu.

W pewnym momencie zastanowiłam się, za co jak tak właściwie płacę. Dlaczego mam wybierać taką a nie inną opcję ochrony NNW dziecka. Coś  z góry narzucone wcale nie musi być złe, jednak w tym przypadku może być. Ubezpieczenie NNW dziecka jest dla mnie bardzo ważną kwestią, dlatego chciałam więcej. Szukałam lepszego rozwiązania od proponowanych przez placówki państwowe. Odkąd Antoni skończył 4 lata, a Blanka zaczęła przygodę ze żłobkiem nie zapłaciłam składki proponowanej przez żłobek i przedszkole.

Dlaczego to robię?

Bo moje dzieci są bardzo aktywne, bo wyjeżdżamy dużo i chcemy by to ubezpieczenie obejmowało ich tez poza murami przedszkola, miasta a nawet kraju. Zależy nam na tym, by wypoczywać spokojnie wszędzie. Lubię mieć świadomość tego, że zadbałam o swoją rodziną najlepiej jak mogłam. Nie chciałabym sama siebie przeklinać za to, że czegoś nie zrobiłam lepiej chociaż wybór należał do mnie a czas poświęcony na to nie przekraczał 30 minut.

Wybierając ubezpieczenie dla dziecka warto wczytać się chociaż raz w ogólne warunki umowy którą otrzymujesz od przedstawiciela. Przeczytaj dokładnie co Ci proponują. Sprawdź, czy wszystko na czym Ci zależy jest tam zapisane. Bardzo często w takich grupowych ubezpieczeniach masz najtańszą opcję ewentualnego świadczenia. Jeszcze częściej brakuje w nich zapisu, że polisa zrefunduje większość uszczerbków na zdrowiu – zwłaszcza tych trwałych uszkodzeń ciała. Dopytaj o wszystko co powoduje wątpliwości. Może być tak, że nie oczekujesz zbyt wiele, bądź mają takie naprawdę dobre – wtedy możesz się zgodzić. Natomiast jeśli oczekujesz więcej.

Sprawdź inne miejsca.

Dam sobie rękę uciąć że szukając znajdziesz bardziej korzystną ofertę. Nie ograniczaj się do spaceru po placówkach, sprawdź jakie oferty ubezpieczenia NNW online proponują firmy. Przeczytaj dokładnie co zawiera dana polisa i wtedy podejmij decyzje. Sprawdź wszystkie warianty cenowe NNW szkolnego, NNW przedszkolnego czy NNW do żłobka. Zdecyduj się na coś co spełni twoje oczekiwania, będzie wygodne i intuicyjne w przypadku zgłaszania ewentualnej szkody. Gdy twoje dziecko uprawia sport wyczynowo, warto patrzeć też na ubezpieczenie pod tym kątem.

My szukaliśmy dobrej opcji dla nas długo. Kilka lat temu przechodziliśmy przez to, przez co Ty przechodzisz teraz. Dla nas najważniejsze jest by w umowie NNW dziecka zawarte były takie punkty jak : kwestie uszczerbku lub uszkodzenia ciała, zwrot kosztów leczenia, pobyt w szpitalu, śmierć opiekuna prawnego, wystąpienie poważnego zachorowania, zwrot kosztów nabycia sprzętu medycznego jak np kule, gorsety. Poza tym w tym roku pierwszy raz moja uwagę przykuła opcja assistance na wypadek ukąszenia kleszcza (wizyta lekarska, badanie kleszcza i antybiotykoterapia).

My od lat korzystamy z NNW online.

Oszczędzając w ten sposób swój czas i jak się okazuje pieniądze. Bo każda nasza lokalna ubezpieczalnia nie przedstawia nam lepszych warunków niż te które aktualnie posiadamy. Możesz sobie je sprawdzić na stronie Edupolisa.pl. Każdy wariant wiekowy, ma swój podział cenowy który jest super opisany. Możesz wybrać coś dla siebie, bo jest tyle opcji do wyboru że każdy znajdzie coś odpowiedniego.

 

A specjalnie dla Was mam kod rabatowy 10% na zakup ubezpieczenia NNW dla dziecka na stronie edupolisa.pl
Kod to ; PIEKRO10 – ważny do końca września!

Blog - archiwum

Minusy mieszkania w bloku. Moje wnioski po dwóch latach świadomego życia w mieszkaniu.

10 września 2018

Nie mamy aktualnie większego wyboru i mieszkamy w bloku. Pewnie każde miejsce zamieszkania ma tyle samo plusów co minusów, mimo wszystko ostatnio bardzo mocno wszystko działa mi na nerwy. Może nie do końca jest to moja wina, to znaczy moich humorów… tylko dziwnych zachowań jakie mają miejsce tu gdzie żyjemy. Na światło dzienne wychodzą dziwne rzeczy, jeszcze bardziej podejrzane jest zachowanie chorych ludzi.. 

Opiszę CI minusy życia w bloku na naszym przykładzie. Pewnie jest ich znacznie więcej, jednak te bardzo mi przeszkadzają. Początkowo znosiłam je cierpliwie, z uśmiechem na twarzy ale po dwóch latach mam ochotę krzyczeć do księżyca z bezsilności i tylko marzę o czymś innym. Kupno działki dało nam mobilizację i jakieś małe marzenia spełniło, przed nami masa czasu by tam zamieszkać .. a do tego czasu muszę znosić to wszystko.

Zaczynamy?

  1. Sąsiedzi. 

    My chyba trafiliśmy na jakieś specyficzne modele bo inaczej tego ująć nie można. Oczami wyobraźni widzę już dom na działce, a obok normalnych ludzi. U nas z o takich ciężko. Ostatnio miałam sprzeczkę z jednym uprzejmym panem który krzyczał na dzieci „wypierdalać z klatki”. Oczywiście nie myśląc wiele sprzeciwiłam mu się więc zaczął wyzywać mnie od „dzi**k”,”ku**w”. Sprawa skończyła się na policji, bo co jak co ale ani pierwszą ani drugą nie jestem. Obiecałam mu, że jeden najmniejszy wybryk z jego strony i zniesławienie mnie kończy się w sądzie. Ale nie on jeden.. mamy jeszcze takiego cwaniaczka, któremu bardzo przeszkadzają dzieci biegające pod blokiem. Ba, nawet nie pasuje mu to jak ja parkuje auto na parkingu. Do dziś nosi ksywkę „masło” po tym jak kiedyś powiedział mi dość dosadnie że „zdałam prawo jazdy na masło chyba”. Jak widzisz, mam fajnie.

  2. Obite auta.

    To jest jakaś plaga. Za każdym razem gdy idziemy do auta mamy coraz więcej zarysowań, wgnieceń i innych niefajnych oznaczeń na aucie. Ludzi idą jak święte krowy i nie patrzą na to czy torebka nie jedzie po aucie. A wsiadając do swojego samochodu w nosie mają to, czy auto sąsiada jest na bezpiecznej odległości i swoje drzwi otwierają mocno i konkretnie. Boki naszych aut nie wyglądały tak źle jeszcze nigdy. W sumie nie tylko nasze, bo każdy takie auto u nas pod blokiem ma. Nie wiem, może nie zarobili na nie sami i nie jest im szkoda. Nam jest. Podejrzewam że to słynny „masło” ze swoją tuszą tak wszystkich urządza. Mnie przecież zwyzywał za to że podjechałam za blisko niego i nie mógł wyjść ze swojego auta (dodam że idealnie zmieściłam się w liniach”. No cóż.. jakieś 130 kg żywej wagi robi swoje.

  3. Mieszkanie „nad kimś”.

    Kolejny hit. Może my mamy takiego pecha, a może nie tylko. Mam nadzieję że nikt nie ma takich sąsiadów na dole jakich mamy my. Wszystko ciągle jest nie tak. Dzieci o 18 biegają po mieszkaniu – źle, trzeba pukać w ścianę. Wodę za mocno puszczę z wanny – źle, zalewamy im chociaż nie z naszej winy bo u nas instalacja jest sprawna. Winne są stare rury, blok prosi się o wymianę pionów ale nikt się na nią zgodzić nie chce. Błędne koło. A największym hit był ostatnio. Montowali nam coś przy kominach na dachu ostatnio, hałas był dość duży mimo to ja nie odczuwałam żadnych innych skutków tych robót. Oczywiście za chwile słyszę pukanie do drzwi „jak chcecie robić remont to nas uprzedzajcie bo hałas to jedno ale z kratki wentylacyjnej sypie nam się do domu jakiś syf”. Grzecznie odpowiedziałam że remontu nie robimy, tylko spółdzielnia wymienia wentylatory – nie usłyszałam nawet zwykłego przepraszam.

  4. Opłaty z kosmosu.

    Mamy mieszkanie prawie 80-cio metrowe. Nie należy do małych, ale też nie grzeszy wielkością. Mimo to, jak dostajemy kwotę jaką mamy zapłacić do spółdzielni – przewracamy się. Nie robią w tym bloku NIC, a opłaty ciągle rosną. Ba, ostatnio nawet bez uprzedzenia podnieśli sobie opłatę za „administrację budynku”. Nie dużo bo nie dużo, zwykły Kowalski może by się nie dopatrzył. Mimo wszystko ja, wieczny „żyd” pieniężny widziałam że spółdzielnia kolejny raz zabiera nam 3 zł. Uwielbiam ich. Czynsz w granicy 600 zł, to połowa raty kredytu na dom. Myślimy tymi kategoriami – w domu nie ma czegoś takiego i aż tyle jesteś do przodu. Fakt, remonty budynku są ze wspólnych pieniędzy i być może nie kosztują AŻ tyle i są rozkładane na raty ale jest za to..

  5. Wieczne proszenie się.

    Non stop trzeba się o coś wykłócać. Przykładem jesteśmy my i nasze problemy z dachem. Wyszła nam w mieszkaniu pleśń. Zdarliśmy tynki, użyliśmy specyfików, osuszyliśmy, daliśmy nowe tynki i pomalowaliśmy. Kolejna zima i kolejne wykwity. Antoni jest uczulony między innymi na pleśń dlatego szczególnie mocno zależy mi na tym by się jej pozbyć. Mamy przewiew w oknach, zimą w mieszkaniu 22/23 stopnie w dzień i 19/20 w nocy. Okna otwieram codziennie. Specjaliści mówią że wina nie jest po naszej stronie – powodem jest dach. Spółdzielnia mówi że na pleśń skarżę się tylko ja i nie będą robić remontu. A po całym zebraniu schodzi się 5 osób które nagle mają problem z pleśnią – ale na zebraniu siedzą cicho. Wstyd za nich przemawia? Sorry ale ja mówię głośno że w moim mieszkaniu jest pleśń bo chcę z nią walczyć ale ta chora spółdzielnia nie daje mi szansy. W domu byśmy mogli zrobić to sami – tu nas ciągle ktoś ogranicza.

 

Jak coś jeszcze mi się przypomni, obiecuję na bieżąco aktualizować ten wpis. Broń Boże nie planuję nikogo zniechęcać do kupna mieszkania. Ma ono tez masę plusów – o których opowiem w innych wpisach. Postanowiłam zacząć od minusów bo się we mnie kumulowały. Po prostu. 

Blog - archiwum

Mamo, wiem że jesteś zmęczona. Pamiętaj jednak, że kiedyś Ci tego będzie brakowało.

6 września 2018

Za każdym razem gdy dopada mnie większe zmęczenie, zadaję sobie w myślach jedno bardzo ważne pytanie : „A co gdy oni dorosną i tego wszystkiego będzie mi brakowało?”. Niby banalne pytanie, ale bardzo trudno jest na nie odpowiedzieć, przynajmniej mi.

Każdego dnia dokładam sobie obowiązków. W mojej głowie rodzi się w ostatnim czasie więcej pomysłów niż wcześniej. Każdy chciałabym zrealizować najszybciej jak się da ale.. nie zmienia to faktu że jestem zmęczona. Chciałabym niby ciągiem pracować osiem godzin, jak inni. Zamykać później biuro i nie martwić się o nic. Tak byłby łatwiej. Pech chciał że moja wrodzona chęć ciągłego samorozwoju jest silniejsza. Później „cierpię” przez wieczne zmęczenie.

Pracując w domu, mając dziecko tylko trzy godziny w szkole, a przy tym cały dom na głowie nie da się ogarnąć wszystkiego tak jak by się chciało. Są niedociągnięcia, które doprowadzają mnie momentami do szaleństwa. Frustrujące są też te ciągłe wyładowania baterii. 

Zdarza się też gniew na dzieci. Bo zawsze przychodzą do mnie gdy moja wena jest większa. Gdy chciałabym zapisać nowe myśli i pomysły na papierze. Podnoszę głos, błagam o chwilę spokoju i ciszy by zebrać myśli. Oni zawiedzeni odchodzą. Moja wena ucieka.

Zaczęłam zastanawiać się nad tym, co jest dla mnie w życiu naprawdę ważne.

Dom? Praca? Kariera? Pieniądze? Rodzina?

Każde na pewno po trochu, jednak zawsze i niezmiennie na pierwszym miejscu będą dzieci i Daniel. To moja rodzina, jedyna stała i bezpieczna część mojego życia. Każda inna sprawa jest zmienna, mobilna, zależna od wielu innych czynników. Rodzina jest zawsze i na zawsze. Dlatego od pewnego czasu podczas tych wszystkich sytuacji zadaję sobie jedno bardzo ważne pytanie „A co gdy oni dorosną i tego wszystkiego będzie mi brakowało?”

Tych przytulasów.
Tych buziaków.
Tych rozmów.
Tych wieczorów filmowych.
Tych wypadów do zoo.
Tych kłótni.
Tych nerwów.
Tych nocnych pobudek.
Tych przepłakanych chwil.
Tych szczęśliwych momentów.

Czasem denerwuję się na nich, chociaż sprawa jest błaha. Oni potrzebują sekundy mojej uwagi, podczas mojej pracy – na co ja bardzo często reagowałam niezadowoleniem. Potrzebowałam chwili by to wszystko przemyśleć, poukładać sobie priorytety w głowie. Teraz już wiem, że zmęczenie czy praca nie mogą być wymówką do tego by nie spędzić czasu z rodzina. Te chwile nie wrócą. To co dzieje się teraz jest jednym z kluczowych elementów w ich życiu. Potrzebują mnie a ja potrzebuję ich.

Doskonale wiem, że za kilka bądź kilkanaście lat nie będę im już potrzebna. Być może nasze kontakty ograniczą się do niedzielnych obiadów. Byłabym szczęśliwa gdyby dzwonili często i częściej mnie odwiedzali, jednak nigdy nie chciałabym ich ograniczać i czegokolwiek narzucać. Teraz mogę mieć dość, ale wiem że będzie mi tego brakowało. Te chwile są już bliżej niż dalej. Budując zdrową relację teraz, dając im dużo ciepła i miłości nie robię tego tylko dla nich.

Robię to też dla siebie.
Te chwile już nie wrócą.
A mi będzie ich brakowało. 

Blog - archiwum

Planujemy, oszczędzamy, zdrowo jemy – nasz plan na posiłki. Wydajemy mniej – jemy więcej.

5 września 2018

Uwielbiam planować wszystko. Chociaż ostatnio moje idealnie zorganizowane dni lekko tracą na jakości bo na głowie spraw za dużo to nadal są dość fajnie poukładane. Jednym z takich działań w planie tygodniowym są zakupy. U nas ta sprawa jest dość mocno kontrolowana. Pewnie że zdarzają się sytuacje że nagle ktoś ma ochotę na batona, loda czy inne napoje alkoholowe 🙂 i nie bronimy sobie tego – chociaż staramy się takie pojedyncze wypady w tygodniu do sklepu ograniczać do minimum.

Takie wejścia do sklepu nigdy nie kończą się inaczej, niż siatką wypełniona po brzegi. Bo akurat gruszki były na promocji czy przypomniałaś sobie że jednak nie masz ochoty na jajka sadzone tylko na kotlety schabowe. Takie sytuacje się zdarzają często… wiem to doskonale bo miałam tak samo. Nie planowałam, przez co miałam w lodówce masę niepotrzebnych rzeczy, zamrażalkę zawaloną, a na koniec tygodnia kosz na śmieci wypełniony bo wszystko traciło ważność i nie nadawało się do zjedzenia.

Planując wesele, chociaż nie.. wcześniej tez już to mieliśmy jednak ten ślub dość mocno postawił nas na nogi i wspólnie stwierdziliśmy „za dużo wydajemy, ograniczamy to!” Nie będzie dla ciebie zaskoczeniem pewnie stwierdzenie że planując zakupy wydasz na jedzenie znacznie mniej niż chodząc do marketów każdego dnia, prawda? Ja się tego nauczyłam. Doszłam do momentu w którym pod koniec tygodnia nie ma w lodówce nic – bo zjedliśmy wszystko i czas uzupełnić zapasy. Nie wyrzucamy jedzenia – a na tym mi najbardziej zależało.

Co tydzień w piątek siadam i notuję.

Przeglądam wszystkie gazetki naszych lokalnych sklepów i zakreślam produkty promocyjne. Następnie wypisuje menu na każdy dzień tygodnia, uwzględniając śniadanie, II śniadanie, obiad, podwieczorek i kolację. Tworzę listę potrzebnych produktów a w dalszej kolejności skreślam z listy te, które mamy w domu. Gdy lista jest już zredukowana, zaglądam do lodówki by spojrzeć na zapasy produktów które kupujemy raz w tygodniu bez względu na to czy są w naszym menu (jest nim np mleko).

Drugim etapem są produkty takie jak kasze, ryże, mąki, makarony – ich mamy zawsze pod dostatkiem. Mają dłuższą datę ważności, dlatego te produkty często kupujemy raz w miesiącu ale w większych ilościach bez względu na górujące w danym tygodniu menu. Teraz nadchodzi czas na chemię. Wszystkie takie rzeczy mamy pod zlewem w kuchni – jedno spojrzenie i wiem, czego mi brakuje. Jeśli nie ma tam zapasu całego opakowania proszku do prania, płynu do naczyń, płynu do płukania czy innego środka – kupuję nowy. Muszę mieć zawsze jedną całą paczkę – tak, mam. Być może ciężkie czasy, gdy wychowywałam dzieci zupełnie sama nauczyły mnie „zbierać” takie rzeczy na czarną godzinę. Kupić gdy pieniądze są, by nie martwić się gdy w jednym miesiącu czegoś zabraknie.

Produkty dla psa już dawno przestaliśmy kupować stacjonarnie – korzystamy ze sklepów internetowych które mają w swojej ofercie paczki ważące 15 kg – bardziej korzystne cenowo. Tym bardziej, że wydając określoną kwotę (79 zł) mamy darmową wysyłkę – a nasza karma kosztuje 100 zł / 15 kg przy bardzo dobrym składzie – dość opłacalne prawda?

Doszliśmy do takiej perfekcji..

Że potrafimy wydać na jedzenie 200 zł tygodniowo – czyli ok 800-900 zł na miesiąc. Gotując każdego dnia inny obiad, jedząc wszystkie posiłki w domu i przygotowując obiad dla Daniela do pracy. Czteroosobowa rodzina, pies który je bardzo często obiad z nami (jeśli jest ryż bądź makaron). W naszym menu są produkty tańsze i droższe. Nie oszczędzamy na warzywach i owocach. Pijemy tylko wodę, chociaż nie linczujemy nikogo za kilka łyków słodkich soków.

Poza zakupami tygodniowymi, każdego dnia ktoś odwiedza piekarnię i warzywniak w razie konieczności. Marzy mi się pieczenie własnego chleba, jednak bez piekarnika długo to nie będzie możliwe. Może maszynka do wypieku chleba zdałaby u nas egzamin? Mimo wszystko aktualnie nie mam innych pokus. Staramy się jeść zdrowo, różnorodnie i.. dość korzystnie cenowo. Wiem że można wydawać mniej. Sama jestem tego przykładem, nie miałam pieniędzy to wyżywiłam rodzinę za 400 zł, teraz udaje nam się znacznie zdrowiej jeść – ale też drożej.

Jestem ciekawa czy dla ciebie 800 zł miesięcznie to dużo pieniędzy za jedzenie i chemię do domu?

 

Blog - archiwum

Co nas czeka w najbliższych dniach? Co mamy w planach, gdzie pojedziemy, co zrobimy.

4 września 2018

Pewnie widziałaś że żyjemy ostatnio w lekkim zawieszeniu. Nie mamy czasu na nic. Mniej przyjemności, odpoczynku, czasu dla siebie. Chociaż teraz życie nasze toczy się na wariackich papierach – wiem, że po ślubie troszkę to zwolni. Będzie aktywnie, ale mniej stresująco. Nikt mi nie wmówi że ślub organizuje się bez nerwów i stresu. Każdy chce by ten dzień był wyjątkowy i myśli o najdrobniejszych szczegółach całymi dniami. Ten dzień zabija totalnie moja kreatywność, plany i czas bo nie myślę o niczym innym. Do ślubu zostały niecałe dwa miesiące. Dasz wiarę?

Kilka osób napisało do mnie ostatnio wiadomość, że tęsknią za nami.
Po prostu za blogiem w formie pamiętnika. Obiecałam, że na dniach pojawi się taki wpis „co u nas” i będzie on co jakiś czas publikowany na naszej stronie.
Nie pomyślałam wcześniej że ktokolwiek może tęsknić za tym i zupełnie zamknęłam temat. Nasze życie nie jest ciekawe – jest takie jak każdej rodziny. Bez wyjazdów co chwilę za granice, bez drogich ubrań, bez najdroższych mebli. Tacy zwykli – ale może jednak coś w nas wyjątkowego, skoro chcecie to czytać.

Zaczynamy?

Daniel pracuje całymi dniami. Tak było, jest i raczej będzie w najbliższej przyszłości. Oboje bardzo chcemy to zmienić, jednak nie widzimy szansy na to w najbliższym czasie. Ja nauczyłam się z tym żyć, dzięki czemu w domu mamy znacznie więcej tych miłych chwil.

Dzieci zaczęły kolejny rok edukacji w placówkach. Antek pierwsza klasa, Blanka drugi rok przedszkola. Pierwszy jest nakręcony strasznie, druga wyje gdy tylko otworzy oczy. Nie jest lekko, mimo to są bardzo dzielni i okazują wszystko na swój sposób. Mi jest źle zostawiając ją tam płaczącą, jednak wiem że po 20 minutach jest uśmiechnięta. Tak było w zeszłym roku, a w tym nic się nie zmieniło. Nawet nie jestem zaskoczona.

Co przyniesie nowy tydzień?

Głównie skupi się na sprawach weselnych. Mamy spotkania z właścicielem sali, fotografem, DJ. Planuję skończyć winietki, dorobić 3 zaproszenia, Zamówiłam też drewniane skrzynki, niestety wymagają szlifowania – kolejne uciekające minuty w ciągu dnia których tak bardzo brakuje. Marzy nam się randka – bo mamy plan by robić to minimum raz w miesiącu. Nie da się, nie teraz.

Czy coś się u nas zmieni teraz?

Poza dodatkowym obowiązkiem jakim jest działka troszkę tak. Teraz tkwimy w zawieszeniach między urzędami. Po akcie notarialnym, referacie finansowym czeka nas jeszcze bieganie za wodą. A by za nią zacząć biegać, musimy sami wykopać co trzeba. Zrobić ogrodzenie, zasadzić już jakieś rośliny – no, to tylko szczyt góry lodowej. Czytając to myślisz sobie, takie rzeczy to nie problem – pamiętaj, że mówimy o urzędach – my nie mamy czasu, oni mają.

Od października zaczynam też drugi rok prawa. Zapomniałam już jak bardzo te studia są absorbujące. Uwielbiam jak coś się dzieje, nie lubię nudy – mimo wszystko nawet mnie czasem przerażała ilość obowiązków każdego dnia. Wiem jednak jakie mamy oczekiwania od życia, plany i marzenia. By spełnić je wszystkie działam i nie narzekam – bo to nic nie zmieni. A pierwszy rok tych studiów jest podobno najgorszy – dałam radę, teraz będzie tylko lepiej.

Odbyłam też mega fajne szkolenie z zakresu blogowania. 

Powoli wprowadzam w życie wszystkie plany, marzenia, założenia. Widzę już pierwsze efekty – Ty ich jeszcze nie widzisz tak dobrze. Wiem, że do końca roku będzie tu zupełnie inaczej i to co robię teraz – zobaczysz też Ty. A rok 2019 przyniesie dużo nowego. Mam pewne plany, nie odnoszące się mocno do bloga – jednak troszkę z nim powiązane. Chcę rozwijać to miejsce, jest ze mną tak długo więc nie mam serca go zostawić – takie moje małe dziecko, wiekiem zbliżone do Antka.

Honda bierze udział w zajęciach behawioralnych.

Oddalonych od naszego domu o 40 km drogi w jedną stronę. Jeździmy, by pomóc naprawić to co kiedyś zepsuł jeden mały york. Bardzo nie lubi psów, zwłaszcza suk. Staramy się jej pomóc by jednocześnie też nam ułatwić życie na spacerach czy podczas wyjazdów pod namiot. Najgorsze jest to, że nigdy nie wiesz jak ona zareaguje na danego psa. Raz jest kochana, biega i bawi się z kolegą. Kolejnego dnia, podchodzi do niej zupełnie inny pies a nasza panienka już biegnie do niego z zębami. Tak cudowny pies do ludzi, tak bardzo nie lubi innych zwierząt.

Raz w miesiącu planuję dodawać taki wpis – dla urozmaicenia. 
By zadowolić każdego. 

Blog - archiwum

Jestem optymistką i marzycielką, mierzę wysoko – z głową zawsze nad chmurami. I wiesz co? Dobrze mi z tym.

31 sierpnia 2018

Odkąd tylko pamiętam lubiłam marzyć. O takich sprawach ważnych i mniej ważnych. O rzeczach materialnych i tych zupełnie bezcennych. Ciągle mam w swojej głowie masę życzeń którą powoli realizuję. Za każdym razem sięgam dalej, wyżej. Całej masie szarych ludzi się to nie podoba. Krytyka nie pada bezpośrednio na mnie, ale dochodzą mnie głowy kto i co powiedział. Mam to w nosie – bo będąc tym kim jestem, mam to co mam. Nie patrzę wstecz. Popełniłam kiedyś dużo błędów, ale z żadnego bym nie zrezygnowała – to mnie ukształtowało. Dało mi pewność siebie, kopnęło w tyłek i pokazało że w trakcie najgorszych chwil da się pozytywnie myśleć. A po burzy zawsze wychodzi słońce.

Mam dookoła siebie masę pesymistów i z takimi osobami staram się ograniczać mój kontakt do minimum. Nienawidzę braku wiary w siebie, nie dążenia do spełnienia marzeń z błahego powodu. Z drugiej strony są taż realiści, którzy widzą świat raczej w czarnych barwach bo każdy mój pomysł najchętniej od razu zmieszaliby z błotem. We wszystkim widzą jakieś chore przeszkody – boją się zrobić krok do przodu. Powiem Ci szczerze, że przyglądając się bardziej, nie widzę wielu osób które cieszą się z najmniejszych sukcesów. Wszystko jest na nie. Brak wiary w siebie i swoje umiejętności zwalają na system, oczywistą porażkę i słowa – a po co mi to? Znaleźli swój punkt życia który jest dla nich takim „bezpiecznym punktem”, ich strefa komfortu nie może być naruszona bo zgubią grunt pod nogami.

Nie lubię.

Bardzo nie lubię gdy ktoś stoi w miejscu, nie rozwija się, nie pogłębia swojej wiedzy. Jednak z takimi osobami nic nie zrobię, bo to tylko ich decyzja. Wkurza mnie jednak fakt, że swoje niepowodzenia, frustracje i brak wiary przekładają na moją osobę. Wszystko oblane jest falą krytyki, najmniejszy plan zmieszany z błotem. Gdybym miała miękki tyłek, przejmowała się wszystkim co do mnie takie osoby mówią nie mielibyśmy z Danielem teraz działki budowlanej, na której stanie dom – nasz dom marzeń. Nie byłabym sama sobie szefem, nadal bym tkwiła w pracy na etacie (która swoją drogą też lubiłam) – chociaż to co robię teraz lubię bardziej.

Mam ambitne plany na nadchodzący nowy rok. Będzie dużo się działo, będę wykończona. Każda nocka być może będzie nieprzespana. Jednak wiem, że mój plan jest tak fantastyczny – że warto. Po prostu warto. Miałam takie fajne plany na ten czas, na bieżący 2018 rok i powiem Ci że już lista jest w 90% skreślona. Nawet jak ostatniej rzeczy nie uda mi się zrealizować przed jego zakończeniem, będzie to tylko jeden mały wniosek do wysunięcia na przyszłość. A pomimo niepowodzenia, nie będę traktowała tego jako porażki – bo dałam z siebie ponad sto procent. Przerzucę wszytko na początek roku następnego z napisem „priorytet”.

Chcę zarazić tym dzieci..

Chcę im pokazać że posiadając silną wolę, gromadząc wokół siebie cudownych ludzi i przede wszystkim.. marząc o czymś, można to mieć. To się prędzej czy później spełni – bo marzenia się spełniają. Mniejsze, większe, kosztowne, bezcenne – wszystkie. Każdy plan jaki uda Ci się ułożyć w głowie – dasz radę zrealizować zrealizować. Myślisz że 8 lat temu, będąc w ciąży z Antkiem wiedziałam że będę dziś miała takie życie jakie mam? Przez myśl nawet by nie to nie przeszło. Nauczyłam się tak żyć kilka lat temu. Nauczyłam się marzyć – a każde marzenie od razu przekładać w czyny.

Zobaczysz co mam dla Ciebie w 2019 roku. Będzie ogień! Obiecuje.

Blog - archiwum

Wszystko co musisz wiedzieć, zanim kupisz bądź adoptujesz psa.

28 sierpnia 2018

Zdarza się sytuacja, gdy nasi bliscy zaczynają mówić o powiększeniu rodziny. Jeszcze jeden członek ekipy do kochania, dbania, troski i zmartwień. Kolejne obowiązki, wydatki ale także ogrom miłości, wdzięczności i zaufania. Psy to wierni towarzysze życia. Nie bez powodu mówimy, o psie jako najlepszym przyjacielu człowieka. On kocha szczerze, jeśli dasz mu dużo miłości – on odda Ci wszystko z nawiązką. Będzie najlepszą decyzją jaką podjęłaś w swoim życiu – bo zyskasz kompana na dobre kilkanaście lat.

Zanim jednak zdecydujesz się na ten krok musisz wiedzieć o kilku ważnych sprawach, o których niby wszyscy mówią ale nie głośno. Są to rzeczy oczywiste, jednak będziesz niektórymi sprawami mocno zaskoczona – tak jak było w naszym przypadku.

To musi być przemyślana decyzja!

Pies to nie prezent na święta i inne okazje dla dziecka. O naszym mówiono podobnie, jednak prawda jest taka, że akurat 23 grudnia ukończyła wiek w którym mogliśmy zabrać ją do domku. Kolejna szansa pojawiała się po nowym roku, a tak bardzo chcieliśmy ją już mieć u nas. Nie można działać pod wpływem impulsu, krzyku dziecka „bo ja muszę mieć psa!”, słodkimi oczkami patrzącymi na Ciebie prosto ze zdjęcia na portalu ogłoszeniowym. Musimy liczyć się z tym, że nowy członek rodziny zostanie z nami do śmierci. Przez ten czas musimy pokrywać wszystkie koszty związane z jego utrzymaniem. Pies może żyć 20 lat – a Ty przez ten czas dajesz mu schronienie w swoim domu. Nie wyrzucisz jak okaże się zbędnym balastem, nie oddasz. To zobowiązanie na kilkanaście lat – więc musi być przemyślane. I każdego dnia, mając psa domowego – musisz z nim wyjść na dwór.

A mówiąc o kosztach…

Zaczynając od tego, że kupując rasowego psa liczysz się z fajną sumą za samo szczenie. Nie znam się kompletnie na dokumentach, wystawach i tych wszystkich sprawach – bo chcieliśmy kanapowca i nigdy nie interesowały nas pokazy. Natomiast takie wyjazdy – generują kolejne koszty, z którymi musisz się liczyć. Fajnie gdy pies na start dostanie wyprawkę. Dobrą karmę, legowisko, miski, zabawkę, smycz i obrożę. Na start komplet szczepień, wizyty u weterynarzy, kolejne szczepienia, odrobaczenia. Czip, wymiana obroży na większą – bo szczeniak bardzo szybko rośnie. U nas dodatkowo doszły koszta butów – bo zjadał wszystkie na potęgę. Nie mówi się też o chorobach – psy, jak ludzie chorują. Mają katar, raka, zapalenie spojówek i inne dolegliwości. A prawda jest taka, że wizyta u weterynarza nie należy do najtańszych. Nasza Honda, zanim weszła w okres dojrzewania bardzo często miała zapalenie pęcherza. Gdy zwykła furagina nie pomagała, weterynarz za podanie antybiotyku wołał bardzo fajną – trzycyfrową kwotę. Jeśli zależy Ci na braku szczeniaków, widzisz przepełnione schroniska i chcesz pomóc – powinnaś też swojego psa wykastrować a sukę wysterylizować. Ceny są różne, nas czeka to w tym miesiącu i już wiemy że za średniego psa o masie 19 kg zapłacimy 250 zł. A biorąc psa ze schroniska – kastracja bądź sterylizacja to obowiązek. Pomyśl tylko o tym, jaki koszt będzie w przypadku poważnych operacji ratujących życie Twojego przyjaciela. Jeśli mamy psa z ciężkim charakterem, niezbędna może okazać się wizyta behawiorysty. Pies generuje koszty i należy być na nie gotowym.

Biorąc kundelka – nie wiesz co z niego wyrośnie.

Nasza psina miała być bardziej amstafem niż inną rasą. Wyszło jak wyszło i mamy taki miks o jakim świat nie słyszał. Jest kochana, w życiu byśmy jej nie zamienili na innego – mimo wszystko nie zmienia to faktu że.. nie wyrosło z niej to co miało.  Jeśli bardzo zależy Ci na danej rasie, musisz po prostu kupić psa od sprawdzonego hodowcy. Jeśli decydujesz się na adopcję chociażby ze schroniska, nigdy nie wiesz na co dokładnie trafisz. Mimo zapewnień, że mama jest malutka – nie możesz nastawiać się na konkretną wielkość psa. Okazać się to może wielką niewiadomą, która z czasem może okazać się złym wyborem. Chciałaś małego psa – a wyrósł z niego okazały osobnik.

Wakacje pod znakiem zapytania.

U nas sprawa jest dość łatwa – pies jeździ z nami. Nie mamy nikogo, kto byłby w stanie zostać nam z psem. Była już między innymi w Karpaczu czy na zlocie militarnym w Bornym Sulinowie pod namiotem. Chociaż mamy bardzo aktywnego psa który bardzo nie lubi małych piesków, dajemy radę. Podstawą jest dobra organizacja dnia, czasu i miejsca. Zanim zdecydujecie się na ten krok, może warto zapytać członków rodziny, czy byłaby możliwość podrzucania pieska podczas Waszych wyjazdów? W internecie dostępne są też psie opiekunki – ich ceny zaczynają się od około 30zł, oraz psie hotele. W naszej miejscowości dla średniego psa, jakim jest Honda jedna noc warta jest 50 zł bez wyżywienia. A na koniec dodam jeszcze taki bonus – niektóre psy mają chorobę lokomocyjną, jeśli jesteś często w rozjazdach, powinnaś mieć to na uwadze. Oboje wrócicie z tej wyprawy wykończeni.

Dobór rasy do potrzeb swojej rodziny.

Każda rasa psa ma dominujące cechy charakteru. Nie każdy wie jak dobrać dla siebie najlepsza rasę szczeniaka. Decydując się na szczeniaka, powinniśmy wcześniej się z nimi zapoznać. Zadaj sobie podstawowe pytania – w jakim celu bierzesz psa, czy masz w domu dzieci – jeśli nie, to określ wstępnie czy kiedykolwiek planujesz je mieć. Masz dom z dużym ogrodem, a może mieszkasz w małym mieszkaniu? Pracujesz w domu, czy nie ma Cię w domu 12 godzin. Oczekujesz od psa dużo czułości? Zależy Ci na psie potrzebującym dużo aktywności fizycznej, czy raczej leniwego domatora? A może jest jeszcze inna cecha fizyczności psa bądź jego charakteru która byłaby dla Ciebie ważna?

Pies to najlepszy przyjaciel człowieka, z tym stwierdzeniem każdy się zgodzi. Odpowiednio prowadzony pies, któremu okazuje się ogrom miłości, troski staje się idealnym kompanem do życia. To cudowny pierwszy kumpel Twojego dziecka, przytulanka w trudnych chwilach czy kompan do pieszych wycieczek. Psy wyczuwają smutek, lęk, radość, miłość – potrafią okazać czułość, stanąć w obronie i obdarzyć swojego pana dużym zaufaniem. Dlatego warto to zrobić, ale tylko z głową. Nie pod naciskiem, nie pod presją. 

Blog - archiwum

Mama to nie robot – ona też potrzebuje odpoczynku i chwili dla siebie.

27 sierpnia 2018

Wiecie skąd zrodził się pomysł na taki wpis? Dochodząc do siebie w niedzielę po prawie całonocnej imprezie błagałam w myślach by dzieci wstając nie przybiegły do mnie, tylko obudziły Daniela. W salonie spał jeszcze wujek którego mogli wykorzystać do zabawy – ale to im nie wystarczyło. Wiesz jak wyglądał ten poranek? Czytaj uważnie..

Wstałam o świcie, a że ta pora dnia jest aktualnie bardzo wcześnie – nie wyspałam się. Nie obudziły mnie dzieci, hałas czy piszczący pies. Obudził mnie ból kręgosłupa – a był on powodem, jak się okazało chwilę później tego, że w naszym łóżku spaliśmy we dwoje plus Blanka i nasz pies. Wstałam z ogromnym kacem i położyłam się „w nogach”. Gdy to mi nie wystarczyło, przeniosłam się do pokoju dzieci i zajęłam miejsce Blanki. Łóżko o wymiarach 90×160 cm (przypominam że sama mam 173 cm wzrostu). Dosłownie godzinę później do pokoju wparowała Blanka z psem – budząc po drodze Antka, mieli ochotę bawić się z… mamą!

Wszystko byłoby pięknie gdyby nie fakt, że budząc się widziała obok siebie kogoś dorosłego, a ona szukała nikogo innego jak mamy. 

Dzień już wtedy zapowiadał się źle, ale wpadająca niespodziewanie 5 dni wcześniej miesiączka rozwaliła mi go już całkowicie. Marzyłam tylko o drzemce, o ciepłym łóżku, o kubku herbaty i wielkiej tabletce przeciwbólowej. Dostałam w gratisie dwójkę dzieci i psa – a piękny przedpołudniowy spacer rodzinny jeszcze dobił mnie całkowicie.

Ale się zbuntowałam..

Padałam na twarz. Chociaż jestem typem człowieka który z domu na takie imprezy wychodzi spontanicznie. Chociaż „te dni” tez nie przychodzą tak często, a ból jest tylko pierwszego dnia. Nie narzekam często na swój los – bo jestem mu wdzięczna że tak poukładało się moje życie. Ale błagam, nie jestem robotem. Nie mogę cały rok chodzić jak w zegarku, na pełnych obrotach. Bez możliwości odpoczynku w trakcie kryzysu. Bez pomocy rodziny, partnera. Bez gadania dzieci, szczekania psa, cudownych rodzinnych dni. Poszłam do pokoju i nie było mnie z nimi dwie godziny. Spałam, najzwyczajniej w świecie położyłam się spać. Oni nie zginęli, głodni nie byli – bo ręce każdy ma, dom stoi, żadnych ran nie ma.

Mogę tego wszystkiego czasem mieć dość.

Jestem wdzięczna, kocham swoją rodzinę – ale potrzebuję odpoczynku nie z powodów swoich humorków. Potrzebuje tego, bo z jakiegoś powodu jest mi ciężko. Bo akurat zaczyna się okres, bo mnie coś boli, bo mam kaca jak już raz w roku wyszłam z przyjaciółką na drinka. Bo po ponad dwóch miesiącach pracy, zajmowania się dziećmi zupełnie sama – jestem zmęczona. Padam na pysk, bo pomimo tego że nie muszę robić wielu rzeczy,(jak na przykład – nie muszę pracować bo mamy z Danielem w tej sprawie swoją umowę) – robię to. Każdego dnia wyciskam z siebie resztki energii i działam by za kilka lat spełnić marzenia.

Więc mam prawo padać na twarz.

Bo nie mam pomocy każdego dnia by działać. Bo jestem większą część dnia sama z dziećmi, domem i tym całym majdanem który się dźwiga non stop. Gotowanie, pranie, sprzątanie, dbanie – to tylko mały procent tego co robi mama. Ale mama to nie robot. Mama musi odpocząć. Dlatego drogi tato, partnerze, mężu, kochanku.. jak zwał tak zwał. Daj jej odpocząć.

Weź dzieci na spacer, ugotuj obiad, posprzątaj w salonie wieczorem, wykąp dzieci.. Daj jej namiastkę odpoczynku. Bez krzyków dzieci, bez wbiegania do sypialni z radosnym „mamooo”. Daj jej stuprocentowy odpoczynek. Taki na jaki zasługuje. Bo każda mama odwala każdego dnia kawał dobrej roboty, którego wielu nie docenia.

Mamy są superbohaterami,
a nawet najlepsi muszą czasem odpocząć.

Dla zdrowia psychicznego i fizycznego.
By być jeszcze lepszą mamą, żoną, partnerką..

Blog - archiwum

Moje buty ślubne będą inne niż większości osób – sama zobacz!

23 sierpnia 2018

Praktycznie od samego początku planowania wesela miałam z tyłu głowy myśl, że największą zmorą tego dnia będą buty. Na mój wybór składało się wiele czynników, niektóre błahe, inne dość poważne – ale wszystkie składające się w jedną całość i nie dające mi dużego pola do popisu. Od początku sama nie wiedziałam czego chciałam, oglądałam tysiące stron oferujących najróżniejsze modele i większość wcale mi się nie podobała!

Chociaż nie.. podobały mi się te na niebotycznie wysokim obcasie. Którego wadą było to, że nie umiem na takim czymś chodzić.

Musiałam zrezygnować..

.. z kilku powodów. Po pierwsze tak jak Ci już napisałam. Średnio wychodzi mi chodzenie w czymś takim – a wizja tańczenia w nich całą noc przyprawiała mnie o gęsią skórkę. Nie mam zamiaru niszczyć sobie zdrowia. Moje kolana tez nie są w najlepszym stanie, pewnie przez grę w siatkówkę i brak rozgrzewki za każdym razem – z lenistwa. Bardzo śmieszy mnie widok wygiętej Pani nie umiejącej chodzić w takich butach. Kolejnym argumentem jest fakt, że jestem dość wysoka (mam 173 cm wzrostu) natomiast Daniel ma ok 180. Nie chciałabym być wyższa od niego – lubię patrzeć na niego z innej perspektywy. No i te moje stopy.. po operacji nie każde buty na mnie pasują niestety.

Wiem że teraz staje się to modne..

Trampki do stylizacji ślubnej to coraz bardziej powszechna moda. Najczęściej pojawiają się jako obuwie zastępcze, gdy pannę młodą rozbolą stopy podczas tańca. U mnie będzie nieco inaczej, bo w trampkach stanę już przed ołtarzem. Nie widzę sensu kupowania większej ilości par butów, skoro od razu na sali bym je musiała zmienić. Nie chciałam też balerinek – bo bardzo często mnie obcierają, a na małych obcasach czuję się gorzej niż na tych największych.  Uważam też, że do naszego motywu rustykalnego trampki będą strzałem w dziesiątkę i wkomponują się w ten styl idealnie.

Chciałam by chociaż trochę nawiązywały do okazji..

Dlatego szukałam długo takich które by mi odpowiadały. Początkowo chciałam oryginalne, jednak nie znalazłam takich jakie chciałam, więc zaczęłam szukać na tych wszystkich internetowych stronkach które oferują sporą kolekcje różnych butów. Miesiącami szukałam i znalazłam, bałam się jednak tego czy nie będą mnie obcierały – spora część trampek ma źle uszyte wnętrza które mnie uciskają i powodują bardzo bolesne otarcia. Dlatego jeszcze tego samego dnia gdy dojechały, zaczęłam je nosić co 2-3 dni po dwie godzinki. Tak normalnie w domu, by nie pobrudzić jakoś specjalnie.

Plan jest też taki, że od razu po ceremonii w kościele, swoje buty na trampki zmieni też Daniel.

Nasz Instagram