Śledź nas na:
All Posts By

pierwsze-kroki

Blog - archiwum

Trzy miesiące własnej firmy – jak jest? Co nas zaskoczyło pozytywnie a co rozczarowało?

3 lipca 2019

Nie jesteśmy jeszcze wielkimi ludźmi sukcesu – być może kiedyś nimi będziemy, jednak na daną chwilę raczkujemy. Początki wszystkiego są trudne, a zwłaszcza prowadzenia działalności w naszym kraju. Wiele rzeczy mnie zaskoczyło pozytywnie ale jeszcze więcej negatywnie i wcale nie mam na myśli urzędów – chociaż z nimi też były przeboje… Mówię o ludziach, o takich samych jak ja i Ty. 

Może zacznę od tych miłych spraw – by było milej, bo wbrew pozorom jest fajnie a ja drugi raz zrobiłabym to samo i weszła do tej samej rzeki. Jest ciężko, ale to było moje marzenie – które małymi kroczkami rozwijam i dobijam do brzegu – chociaż aktualnie nie mam pojęcia gdzie mnie ta rzeka poniesie.

Firma otworzyła mi nowe drogi.

Dzięki temu że jestem już przedsiębiorcą, mogę wystawiać faktury mam więcej zleceń. Przez okres mojego „macierzyńskiego” nie przyjmowałam nic nowego, a gdy ktoś zgodził się poczekać do mojego powrotu „na rynek” będzie obsługiwany właśnie teraz. Wiele zleceń traciłam własnie przez to, że firmy chciały fakturę a ja działałam tylko na podstawach umowy o dzieło. Teraz, po opłaceniu ZUSu, biura rachunkowego, urzędu skarbowego czy najzwyklejszego newslettera – wychodzę na takim samym poziomie, jak przedtem. Teraz jestem jednak „na swoim” i widzę że będzie lepiej.

Mogę też tworzyć coś swojego, nie reklamować coś „cudzego”.

Marzyłam o czymś swoim. pierwszą taką rzeczą był blog. To moje miejsce i nikt mi go nie zabierze. Jednak przyszedł taki moment że przestało mi to wystarczać. Chciałam coś fizycznego, coś co uszczęśliwi i mnie i Ciebie. Do tego potrzebna była mi firma – kolejny raz pokazuje mi, że było warto zaryzykować. Jeden produkt (a raczej cztery) już jest (a raczej są!). A w kolejce jest jeszcze chyba 50 innych, taką mam głowę i zeszyt zalany pomysłami. Aktualnie moja głowa jest pusta – ze zmęczenia i braku snu. Jednak w ciąży moja kreatywność zaskakiwała wszystkich i każdy najmniejszy pomysł zapisywałam. Tym sposobem, mam plany na kolejne dwa lata chyba! I nikt mi tego nie odbierze. Mam swoje miejsce, płacę i mogę tworzyć.

Czy coś straciłam?

Aktualnie jest tak, że firma wychodzi miesięcznie za zero. Zdarzył się jeden miesiąc w którym miałam 120 zł na plusie. Bajka! Nikt nie mówił że będzie kolorowo. Jednak ja widzę że to wszystko co dzieje się teraz wewnątrz firmy przyniesie kiedyś coś fajnego. Staram się każdą złotówke inwestować dalej. Nie zostawiam nic dla siebie – nie zarabiam, nie dostaję „wypłaty”. Obiecałam sobie, że tak będzie przez najbliższy rok. Każda złotówka którą zarobię do czasu gdy Maciej będzie miał rok – idzie w rozwój firmy. Dopiero po tym czasie zacznę wypłacać sobie stałą pensję. Być może dlatego jeszcze się nie zniechęciłam i nadal wierzę że będzie pięknie?

Spodziewałam się że będzie też coś co mnie zaskoczy.

Udało się to już w pierwszym tygodniu działania firmy pani z Urzędy Skarbowego. Non stop chciała jakieś nowe dokumenty. Biegałam, donosiła. Coś ciągle było nie tak, a to jeden kod uznała za niepotrzebny i musiałam wyjaśniać dlaczego jest. Kolejnym razem prosiła o wyjaśnienia odnośnie tego, jak mamy zamiar sprzedawać książki skoro nie mamy drukarni. Telefonicznie nic nie załatwiłam, musiałam pojechać z pismem na którym wyjaśniłam że drukiem zajmuje się drukarnia, my je tylko piszemy, ilustrujemy a później sprzedajemy. No i kontrola… oczywiście musieli przyjść do mieszkania i zobaczyć czy firma jest. Była – dlatego temat już chyba jest zamknięty. Oby.

Ale rozczarowanie moje sięgnęło nieba gdy zobaczyłam jacy są ludzie…

Kurcze! Aż przykro mi się o tym pisze, ale wiem że wiele osób prowadzących firmy ma taki problem. Teraz już wiem, jednak wcześniej nie miałam o tym pojęcia. Może obiło mi się to o uszy, ale nie skupiałam na tym swojej uwagi bo wcale mnie to nie dotyczyło. Są ludzie i „ludzie”. Przykro mi, gdy spotyka mnie sytuacja w której poświęcam swój czas na wykonanie zlecenia a druga strona mnie kompletnie ignoruje. Pięknie jest do momentu realizacji – a gdy już sprawa jest prawie zamknięta i czekamy na pieniądze za swoją pracę kontakt się urywa.

Przecież po drugiej stronie monitora jest taki sam człowiek jak ja. Nie lepszy, nie gorszy. Taki sam!

A potrafi zrobić takie świństwo. Dla mnie jest to zupełnie nie do ogarnięcia. Jestem zdumiona że takie sytuacje mają miejsce. Jak można nie szanować ludzi i ich pracy czy poświęconego czasu na wykonanie zadania. Nie spotkałam się z czymś takim gdy pracowałam na umowy o dzieło – ale być może trafiałam na dobrych i sprawiedliwych ludzi. Teraz, to jest nagminne. Płacenie na czas jest momentami dla niektórych problematycznie i rozumiem spóźnienia 1-3 dni. Bo jest weekend, bo ktoś miał urlop, bo ktoś zachorował – dużo rozumiem. Jednak gdy już mówimy o miesiącu czy dwóch to coś zaczyna być nie halo i śmierdzi na kilometr.

A jakie Ty masz doświadczenia z firmami?
Podjęłabyś się tego?

 

Blog - archiwum

Latem stawiam na naturalność… czyli mój makijaż latem. Jakie kosmetyki zdają egzamin podczas wakacji?

27 czerwca 2019

Nigdy nie byłam typem dziewczyny która nakłada na swoja twarz makijaż każdego dnia. Uważam że na co dzień skóra powinna odpoczywać – zwłaszcza podczas ciepłych dni. Nie czuję potrzeby by malować się, gdy pracuję w domu. Moje dzieci też nie zwracają uwagi na to czy ich mama ma coś na twarzy czy nie. A mąż? Pewnie że lubi, gdy żona chodzi pomalowana – jednak zaakceptował fakt, że ten makijaż jest tylko wtedy gdy gdzieś jedziemy, ktoś przyjeżdża do nas bądź mam coś do załatwienia – a to wymaga schludnego wyglądu.

Tak mam, taka jestem i raczej się to nie zmieni.

Stawiam na naturalność od zawsze. Być może też dlatego że moja cera nigdy nie była mocno problematyczna. Psuło się coś zawsze tylko w ciąży bądź podczas większych nerwów – spowodowanych np jakimiś egzaminami. Staram się każdego dnia myć twarz delikatnym peelingiem i przed wyjściem na dwór nakładać filtr 50! To mi w zupełności wystarcza. Nie wiem czy podczas większych niedoskonałości nie malowałabym się codziennie. Nie umiem teraz na to pytanie odpowiedzieć, bo nie muszę zakrywać nic.

Nie narzekam na jakość mojej cery, dlatego lekki makijaż sprawdza się u mnie idealnie.

Jestem zachwycona tym, że nie muszę nakładać tony podkładów, pudrów i innych cudów na twarz. Tym bardziej podczas takich temperatur jakie są aktualnie u nas w mieście. Kreseczki ponad 30 stopni na termometrze nie zachęcają do wyjścia z domu, a co dopiero do katowania się makijażem. Jednak czasem trzeba…

Dla takich osób jak ja, które nie bardzo potrafią to robić i w sumie nawet nie do końca to lubią to istny koszmar. Podejrzewam że jeśli do tego czasu nie polubiłam się z makijażem codziennym – to nie polubię się już wcale. O dziwo, jestem zupełnym przeciwieństwem mojej siostry. O tak, zdecydowanie dwa różne światy. Ja – naturalność. Ona – już nie koniecznie. Ten typ, który bez makijażu raczej nie wychodzi z domu. Na imprezach błyszczy makijażem który wykonała sama w swoim domowym „saloniku kosmetycznym”. Jej kosmetyczka jest wypełniona po brzegi najróżniejszymi nowościami i ciągle ich przybywa.

Dlatego pomimo tego, że ja nie mam pojęcia o kosmetykach wiem co jest dobre.

Próbowałam, kombinowałam, słuchałam i dzielnie zapamiętywałam. Znalazłam kosmetyki które pasują do mnie, do mojej cery i co najważniejsze ich nakładanie nie jest skomplikowane. Nie mam na twarzy maski, jest super naturalnie, lekko a przy okazji kobieco. Skoro ja daje sobie radę z nakładaniem tych kosmetyków, to jestem pewna że każdy to ogarnie.

Minimalizm to moje drugie imię a każdy zbędny kosmetyk od razu usuwam z kosmetyczki. Nie bawię się chociażby cieniami do powiek – nie mój klimat, tym bardziej że trzeba umieć je nakładać w przeciwnym razie wygląda się śmiesznie – nie kobieco.

Kosmetyki które użyłam to:

L´ORÉAL PARIS VOLUME MILLION LASHES

MAYBELLINE FIT ME! MATTE 

BRONZER DARK CHOCOLATE

WIBO RICE POWDER

POMADA DO BRWI REVOLUTION

Od razu zaznaczyłam te kosmetyki które użyłam, byś mogła szybciej odszukać jeśli coś Ci się spodoba.

A Ty jak podchodzisz na kwestii makijażu latem?

Lubisz szaleć i bawić się kosmetykami niezależnie od pory roku? Czy tak jak ja, ograniczasz wszystko do absolutnego minimum.

Blog - archiwum

Poród- jak to było? Czy faktycznie męczyłam się cały dzień? Czy mój mąż dał radę przeciąć pępowinę?

21 czerwca 2019

Tak długo kazał na siebie czekać. 
Jednak dzień 08.06.2019, zmienił wszystko. Nasza rodzina jest już pełna. Nie moglibyśmy być bardziej szczęśliwi niż w tej chwili! Ale obiecałam opowiedzieć Ci jak było… a o mały włos mój mąż by nie przecinał pępowiny!

Na Facebooku i innych kanałami które posiadam nie wspominałam wiele o tym, co się działo od piątku z nami. Jedyną moją formą kontaktu był instagram – pisałam tam dla zbicia czasu. Mimo to, było wiele niewiadomych o których dziś chciałabym Ci opowiedzieć! Gdy dostałam skierowanie od lekarza prowadzącego ciąże na wywołanie porodu dnia 14.06.2019 o mało się nie popłakałam w gabinecie. Dodatkowe 11 dni z brzuchem, z dolegliwościami i tym obserwowaniem ruchów, KTG… za bardzo bałam się o Maćka i o siebie by tak długo czekać. Nie byłabym sobą gdybym nie próbowała tego jakoś obejść! Skierowanie dostałam do szpitala na Polnej w Poznaniu. Bardzo chciałam tam urodzić, jednak telefonu tam nie odebrał nikt chyba od wieków. Uznałam że w każdym szpitalu panują takie same zasady – dlatego nic nie stoi na przeszkodzie bym zadzwoniła do innego szpitala i dopytała, czy faktycznie mam te 11 dni jeszcze czekać.

Czułam że muszę napisać ten tekst, bo dostałam masę wiadomości od Was i kilka telefonów od rodziny z gratulacjami ale też takim wyrazem współczucia, że musiałam męczyć się z bólami cały dzień. Bóle były jakieś 1,5 godziny – cały piątek nie działo się nic, odpoczywałam grzecznie przy sudoku w sali szpitalnej co jakiś czas spacerując po korytarzu.

A wtedy usłyszałam:

„NIECH PANI PRZYJEDZIE DZIŚ, LEKARZ SPRAWDZI WSZYSTKO I BYĆ MOŻE PRZYJMIE NA ODDZIAŁ. TYM BARDZIEJ, ŻE POPRZEDNIE PORODY TAKŻE NIE ROZPOCZYNAŁY SIĘ SAME”

Pojawiłam się tam w piątek. Bez większych nadziei na to, że ktokolwiek zechce mi pomóc urodzić dziecko. Dlatego też poprosiłam męża by nie zwalniał się z pracy tylko pozwolił mi pojechać do szpitala samodzielnie. Zaakceptował plan i czekał na wieści ze szpitala.Specjalnie wyjechałam o 6:30, by być w szpitalu o 7. Na izbie przyjęć byłam pierwsza, trafiłam na ginekologię i dosłownie o 7:15 byłam już po rozmowie z lekarzem. Nawet mnie nie zbadał… Obejrzał kartę ciąży, wyniki badań i przeprowadził wywiad. Uznał, że skoro poprzednie ciąże też przenosiłam i ani jedna nie rozpoczęła się bez podania oksytocyny nie ma sensu męczyć mnie jeszcze dłużej i on przyjmuje mnie na oddział.

Szczerze myślałam że zaczną już w piątek oksytocyną, ale zmiana lekarza spowodowała próbę wywołania Macieja bardziej „naturalnie”. Historia jak z porodu Antka – cewnik foleya. Ósma rano lekarz go założył i oznajmił mi że mam 2 cm rozwarcia – a kolejny lekarz dyżurujący ok 21:30 go wyciągnął. Przez ten czas miałam jak najwięcej chodzić…

I całe szczęście że miałam przy sobie męża!

Spacery po pustym korytarzu byłyby nie do zniesienia. Podczas rozmowy czas leciał zdecydowanie szybciej. Podczas wyciągania „balonika” powinnam mieć 6 cm rozwarcia. Tak byłoby idealnie! A mój organizm nie lubi dostosowywać się do tego co mu każą i robi swoje… miałam aż 3 cm i małe szanse na to, że poród rozpocznie się sam. Lekarz kazał przygotować się na 7 rano, na podanie oksytocyny.  Jednak podczas ostatniego podłączenia pod KTG około 22:00, położna na oddziale ginekologii wypowiedziała takie słowa:

„Wiem że lekarz Pani powiedział że o 7 rano oksytocyna. Wiem też że ma Pani 3 cm i jest Pani wieloródką. Dla mnie Pani jest tej nocy pod szczególną obserwacją i z każdym najmniejszym bólem i inną dolegliwością proszę przychodzić!”

Nie ukrywam, że to właśnie te słowa spowodowały że zaczęłam wierzyć w to że się uda!

Obudziłam się około 2 w nocy…

Brzuch lekko mnie bolał, dokładnie tak jak podczas okresu. Nie czułam wielkiego bólu jak w filmach. Napisałam do męża:

-śpisz?
-Nie, oglądam film, co jest?
-lekko boli mnie brzuch i sama nie wiem czy to to.
-to idź do położnej i zapytaj.
-nie chcę siać paniki jak to nie to.
-mam przyjechać?
-nie, poczekaj. Dam Ci znać co powie położna.

Oczywiście moje szczęście jest tak wielkie jak nikogo innego. Poszłam do położnej około 3 w nocy. I co? Spała. Próbowałam delikatnie obudzić cichym „przepraszam…” ale nie wstała… wróciłam więc do pokoju. Jednak ból robił się coraz mocniejszy i uznałam że chyba jednak pora ją obudzić bez jakiegoś wstydu.

„przepraszam… ” było już trochę głośniejsze.
Obudziła się! Opowiedziałam o tym co się dzieje. Zostałam zbadana przez nią na fotelu ginekologicznym dosłownie od razu po czym usłyszałam że….

Mam iść do pokoju, zabrać wodę i wrócić tu do niej.
Zapytałam tylko, czy dzwonić po męża – niby to nie był jeszcze na to czas. Jednak wysłałam SMS „przyjedź” bo czułam że to jednak to. Była 3:15.Położna zabrała mnie na blok porodowy. Obudziła kolejną położną która zbadała mnie jeszcze raz. Wtedy usłyszałam to co chciałam…

„noo Pani Basiu – mamy 9 cm”

Mąż dojechał około 3:35 i wtedy już nie było śmiesznie. Pojawiły się bóle które doskonale znałam. Wiedziałam że się zaczyna gdy pielęgniarki z oddziału noworodkowego zaczęły szykować łóżeczko dla naszego dziecka dosłownie obok naszego łóżka porodowego. Trafiliśmy na wspaniałą położną. Wspierała, pomagała, chłodziła czoło i zachęcała do chodzenia podczas porodu. Na znieczulenie było już za późno, trafiłam na salę porodową z rozwarciem które mnie dyskwalifikowało. Tyle pozycji ile przerobiliśmy podczas tej chwili nie zliczy nawet najlepszy matematyk. Mam wrażenie że ból trwał wieki!

Pamiętam ostatnie zdanie jakie wypowiedziałam do mojego męża
„kochanie, ja już nie mogę. Nie mam już sił. Boli”

A dosłownie wtedy, zaraz po wypowiedzeniu tych słów pojawiły się bóle parte. Położna która była aniołem powiedziała wtedy coś co mnie bardzo zmobilizowało.

„Basia, słuchaj! Od Ciebie zależy ile to potrwa. Mocno przyj, ja Ci pomogę i pójdzie szybko”

Specjalnie podczas pisania tego tekstu poprosiłam męża by wrócił pamięcią do tego dnia i powiedział mi ile to trwało.

„trzy razy mocno się zaparłaś – dosłownie 5 minut”

O 4:35 w sobotę 08.06.2019 powitaliśmy na świecie nasze szczęście. Naszego syna! Maciej ważył 3650g i mierzył 57 cm. Dostał 10 punktów i dopełnił naszą rodzinę. Jest wymarzonym młodszym bratem, wyczekanym synem.Takim małym promykiem na który każdy z domowników czekał z niecierpliwością. 

 

Blog - archiwum

Mój mąż był przy porodzie. Dlaczego taką decyzję podjęliśmy?

18 czerwca 2019

Nie jestem w stanie zliczyć ile razy podczas tej ciąży padło w naszym kierunku to pytanie. Wydawało mi się, że dość wyraźnie zaznaczaliśmy nasze, a zwłaszcza mojego męża zdanie w tej kwestii. Początkowo pytania padały głównie od czytelników bloga, później nawet rodzina zaczęła je zadawać. Co mnie dziwi jednak najbardziej? Reakcja sporej części odbiorców na naszą odpowiedź.

Niby oczywista, bo od początku już planowania dziecka mieliśmy jasno określone „wymagania” jakkolwiek to brzmi wobec siebie. Wiedzieliśmy czego oczekujemy od siebie i mogę z czystym sumieniem powiedzieć że udaje nam się to wszystko realizować. Było tam kilka rzeczy odnośnie starania o malucha, o ciąży, porodzie i na końcu o opiece nad maluchem. Stworzyliśmy sobie taki jakby kontrakt ciążowo-dzieciowy przez co oboje czujemy się bezpiecznie i pewnie. Wiemy czego od siebie oczekiwać w poszczególnych etapach.

Skupmy się jednak na tym, co było dla nas najtrudniejsze do tej pory.

Całą ciąże dość spokojnie podchodziłam do tematu porodu. Nie bałam się, nie myślałam o tym i starałam się podchodzić do tego na zasadzie „już dwa razy dałam radę, dlaczego teraz miałoby pójść coś nie tak?”. Prawda jest jednak taka, że ostatni miesiąc to były niekończące się myśli… każdą czynność sprowadzałam do tego co było przed nami. Stres był ogromny! Bałam się że coś może pójść nie tak. W najlepszym wypadku skończy się CC, a w najgorszym… tak, moje myśli wtedy były okropne i nie potrafiłam cieszyć się końcówką ciąży.

Chciałam by to wszystko było już za mną.

A jak na złość, początkowe ryzyko porodu w 35 tygodniu ciąży skończyło się porodem w 41 tygodniu i to z pomocą lekarzy. Mieliśmy z mężem bardzo dużo czasu na rozmowy o tym, jak ma wyglądać ten dzień. Stworzyliśmy razem plan porodu w którym prosiliśmy o możliwość aktywnego porodu, brak znieczulenia, prośbę o ochronę krocza czy o to, by pępowina była odcięta gdy przestanie tętnić a maluch trafił do mnie bądź męża na brzuch od razu po narodzinach. Nie jestem w stanie zliczyć ile wieczorów poświęciliśmy na te rozmowy – bo dzień przyjścia na świat naszego malucha był dla nas bardzo ważny.

Dlatego mój mąż chciał być z nami.

Nie wyobrażał sobie innego scenariusza. Im bliżej terminu, tym bardziej się denerwował. W pewnym momencie nie mogłam nawet zadzwonić, bo było to podejrzane. To co nas spotkało, czyli pojawienie się w szpitalu na wywołanie porodu było w pewnym stopniu dla niego ułatwieniem – wiedział, że ja jestem w dobrych rękach gdy on zajmuje się pracą, dziećmi, domem…

Chciał byśmy byli pod dobrą opieką. Dlatego też zdecydował się na poród rodzinny. Jako głowa rodziny był i nas wspierał. Trzymał rękę na pulsie i dbał o to, bym czuła się komfortowo. Pomagał gdy miałam chwile wątpliwości. Masował plecy, bo skurcze były o dziwo krzyżowe. Trzymał za dłoń przez cały czas. Próbował rozśmieszyć, gdy ból był nie do zniesienia. Chodził za mną gdy próbowałam z 9 zrobić 10 cm. Był moją podporą.

Pamiętam jedno zdanie które wypowiedziałam do Daniela, po godzinie skurczy. Wiem że inne kobiety męczą się znacznie dłużej, jednak ja miałam dość już wtedy…
„Kochanie, ja już nie mogę. Nie mam sił, bardzo boli”

Widziałam w jego oczach ból. Chciał jakoś pomóc, ale nie bardzo miał jak. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że sama jego obecność była dla mnie największym wsparciem. Zaraz po tym, gdy wypowiedziałam te słowa zaczęły się bóle parte i pięć minut później nasz syn był z nami.

Przecinał pępowinę i dwie godziny tulił syna na sali porodowej. 

Po wszystkim trafił ze mną na oddział położniczy. Zmienił pierwszą pieluszkę, uśpił synka, zrobił zakupy bo jedyną rzeczą o jakiej myślałam po porodzie był ogromny głód który odczuwałam. Przed powrotem do domu pomógł mi się wykąpać i ogarnąć miejsce w szpitalu. Wielokrotnie mówił mi w ciąży że obecność podczas porodu jest dla niego ważna. Nie wyobrażał sobie że mogłoby go tam nie być. Uznał, że skoro coś stworzył to musi być obecny podczas całej jego drogi a nie tylko w trakcie dobrych chwil. Poród jest sprawdzianem dla wielu mężczyzn.

Co ja mogę o tym powiedzieć?

Dwa poprzednie razy miałam „samotne”. Nie było przy mnie nikogo. To, że teraz odbył się poród rodzinny było dla mnie czymś nowym i nieznanym. Nie wiedziałam czego się spodziewać. Bałam się, że mój mąż nie będzie patrzył na mnie tak jak to robił do tej pory. Widoki były nie ukrywajmy – dość drastyczne i mało cieszące oko. Nie każdy nadaje się do ich oglądania.

Jednak teraz mogę śmiało powiedzieć, że wsparcie męża było dla mnie czymś ważnym. Czułam się bezpiecznie, bo wiedziałam że on jest obok i zareaguje w sytuacji zagrożenia. Wiedział jak ma wyglądać mój „wymarzony poród” i gdyby coś poszło w złym kierunku – zainterweniowałby.

A jego sposób patrzenia na mnie po porodzie się zmienił. Nie jest jak dawniej…

Widzę w jego oczach dumę. Wiem, że jest ze mnie cholernie dumny. Widział ile to wszystko kosztowało mnie wysiłku, bólu i łez. Urodziłam mu zdrowego syna. Patrzy na mnie inaczej – z ogromnym podziwem i szacunkiem. A pragnienia? Powiem tak… Nie wiem jakim cudem on wytrzyma do końca połogu. Prawdziwy mężczyzna będzie z kobietą tego dnia. Nie będzie tchórzem. Nie pozwoli kobiecie na to, by była sama. To cud który stworzyli razem, więc na świecie też powinni go powitać wspólnie.

A Twój mąż/partner był przy Tobie podczas tego ważnego dnia?

Blog - archiwum

Plastry dzięki którym nasz syn ma mniej widoczną bliznę na czole.

5 czerwca 2019

W połowie maja opowiedziałam na naszym instastory o tym, że Antoni ma bliznę. Powstała ona w wyniku dość dziwnego wypadku gdy był jeszcze malutki. Po prostu schylając się po łyżeczkę, uderzył się głową w kostkę chodnikową która była ułożona jedna na drugiej. Tego dnia akurat była wymieniana przed domem naszej cioci. Nieszczęśliwie rozciął sobie głowę i skończyło się na trzech szwach. Przypominała trochę bliznę harrego pottera – więc była trochę wyjątkowa. Mimo to, nie bardzo lubiana przez dziecko. 

Obiecałam opowiedzieć później o tym, co z tego wyszło. A myślę że efekt jaki uzyskaliśmy jest fajny, więc postanowiłam się pochwalić tym co udało nam się osiągnąć.

Nie mieliśmy do czynienia z wytykaniem, wyśmiewaniem czy jakąś inna formą przemocy.

Blizna nie szpeciła, nie powodowała problemów dnia codziennego. Zwykła, jedna, mała kreseczka na czole. Nasz syn po prostu jej nie lubił, dlatego od jakiegoś czasu rozmawiał z nami o tym, czy jest jakaś szansa na to by jej się pozbyć. Przeszukałam pół internetu w poszukiwaniu sensownych informacji o tym, jak można poradzić sobie z naszym problemem.

Są mocno inwazyjne metody jak laser, jakieś ostrzykiwania czy inne cuda medycyny i techniki. Uznałam jednak że blizna nie jest na daną chwilę warta takich zabiegów i postaramy się działać delikatniej ale jednak skutecznie. Nie chciałam by dziecko zniechęciło się już na starcie przez widok igły, czy ból jaki towarzyszy zabiegom laserem. Jedyną sensowną opcją wydawały mi się maści i plastry dostępne w aptekach.

Wybór takich specyfików jest ogromny.

Wpisując hasło w przeglądarce otrzymujemy pokaźna listę produktów. Obiecałam jednak podzielić się z Tobą moimi, a raczej naszymi doświadczeniami. Nie znam innych metod, nie poznałam innych kremów czy plastrów więc na ich temat się nie wypowiem – być może są równie skuteczne, jednak kompletnie się pod nimi nie podpisuje. U nas dobrą robotę zrobił produkt który teraz Ci opiszę, tak jak obiecałam.

Postawiliśmy na Blizcare.

Bardziej z  przypadku, bo wcześniej kompletnie o niej nie słyszałam. Ale prawda jest taka, że tematem się wcale nie interesowałam. W naszym domu mamy teraz plastry i żel. Dla mnie ogromnym plusem jest fakt, że żel jest hipoalergiczny co w przypadku mojego syna jest ważne. Plastry natomiast były w różnych wielkościach – nam wystarczyły najmniejsze. W zestawie jest 5 sztuk, które wystarcza na 25-35 dni. Jeden plaster przyklejamy na 5-7 dni. Nasz syn kocha przy nim majstrować dlatego ledwo dociąga do tych 5 dni, nie wspominając o siedmiu. Jednak wiem, że możliwe jest siedem – bo po cichutku swoją ranę na kolanie próbuję usunąć (a ma już 20 lat!) – nic nie tracę, a może zyskam?

Są to silikonowe plastry które mają za zadanie uelastycznić bliznę, zniwelować uczucie napięcia i świądu oraz sprawić że blizna będzie mniej widoczna. Dodatkowo przez to, że zakrywają bliznę tworząc na jej powierzchni warstwę ochronną – zabezpieczają to miejsce przed kontaktem z otoczeniem. Bałam się tego, że syn nie będzie chciał ich nosić z obawy przed wyśmiewaniem. Fakt jest taki, że plaster widać dopiero z bliska – fajnie dostosowuje się do kolorytu naszej skóry. Jest prawie niewidoczny!

Jeśli jednak jest jakieś dziecko, bądź dorosły który wstydzi się iść z takim plastrem wśród ludzi – tylko wakacje, bądź dłuższa przerwa od szkoły czy pracy wchodzi w grę. Kuracja trochę trwa.

Ważne jest prawidłowe stosowanie tych plastrów i żelu!

Należy przeczytać ulotkę, zapoznać się ze wszystkimi wytycznymi. Są też przeciwwskazania do ich stosowania – takie jak niezagojone do końca miejsce z blizną. Nie chcemy sobie przecież bardziej zaszkodzić, tylko pomóc. Nam to bardzo pomogło, jednak nasza blizna nie jest czymś świeżym. Według instrukcji na opakowaniu producenta– najfajniejsze efekty osiągniemy stosując preparaty do dwóch lat od momentu powstania niechcianej pamiątki przeszłości. U nas efekt widoczny jest na zdjęciu przed i po – ocenić można to samodzielnie.

Jednak nie skończyłam testu tylko na tym.

Blizna mojego syna jest stara. Chciałam jednak sprawdzić ich działanie na takiej bliźnie, która według producenta jest „odpowiednia”. Daleko nie musiałam szukać kogoś, kto ma coś takiego na swoim cele. Pamiętasz jak opowiadałam Ci, że moją córeczkę ugryzł pies sąsiadki? Niby nic wielkiego a jednak do dziś ma na ręce malutką bliznę. (Madzia, wiem że to czytasz – nie stresuj się, absolutnie nie mam żadnych pretensji 😉 ) . Postanowiłam przykleić jej w to miejsce plaster żelowy i działać maścią. Tak jak u Antka efekty są gorsze, co było do przewidzenia. U Blaneczki efekt jest zaskakująco dobry! Po bliźnie nie ma praktycznie śladu. Jednak fakt, że jest to coś świeżego a nie stara rana – ma ogromne znaczenie!

Koszt plastrów jest niewielki.

W porównaniu do zabiegów którym można się poddać, to co używaliśmy my – jest praktycznie „za darmo”.

Czy mam zamiar korzystać z nich podczas kolejnych wypadków?

Jak najbardziej tak.

Czy polecam Ci zakup?

Jak najbardziej tak.

Czy działa?

U nas efekt masz na zdjęciach. Jednak nie wiem jak zareaguje Twoja skóra.

 

A teraz mam coś dla Ciebie!
Wśród moich cudownych obserwujących jest jedna szczęśliwa osoba która stanie się posiadaczem takiego zestawu!

Co robimy?

  1. Wchodzimy na FB i piszemy w komentarzu – jakiej blizny chciałabyś/chciałbyś się pozbyć.

  2. Rozdanie trwa od dziś (05.06.2019) do niedzieli (09.06.2019) do godziny 23:59

  3. Za udostępnienie – gratisowe punkty, ale nie jest to warunek konieczny.

Kto się bawi z nami?

 

KONKURS WYGRYWA:

„Ewelina Witt Chciałabym sie pozbyc blizny u corki, ktora miala dwa razy szyte czoło(raz siostra ja zrzuciła z tapczanu i uderzyla o kant stolu – 3 szwy ,a drugim razem updala na schody rozwalajac glowe na 5 szwów ) za kazdym razem w tym samym miejscu, jesli plastry mialyby choc w malym stopniu zmniejszyć jej widoczność bylabym przeszczesliwa ☺️”

 

Napisz proszę do mnie email z adresem do wysyłki i numerem telefonu >3 

 

 

 

 

 

 

 

Blog - archiwum

Pamiętnik ciężarówki 41 tydzień ciąży. Czyli… kiedy to się wreszcie skończy?

3 czerwca 2019

Jesteśmy po kolejnej wizycie u ginekologa, dlatego biegnę z garścią nowych informacji dla tych mniej lub bardziej zainteresowanych. Postanowiłam mimo późnej pory podzielić się tym, czego się dowiedzieliśmy. Gdy wróciliśmy do domu, mąż pojechał na zakupy a ja ze łzami w oczach siedziałam z głową pełną myśli „dlaczego znów ja”, ” dlaczego męczą moje dziecko i mnie, skoro jesteśmy gotowi!”

Zacznijmy od początku…

Czyli od tego, że według lekarzy i wszystkich siedzących za biurkiem przenoszenie dziecka dwa tygodnie jest czymś naturalnym. Byłoby, gdybym nie musiała od dnia terminu kontrolować ruchów dziecka co dwie godziny i korzystać z KTG co dwa dni. Gdy ruchy będą „inne” mam szybko jechać na IP. Po co to wszystko? Po co tak ryzykować i przeciągać na siłę ciąże, gdy i matka i dziecko są gotowi spotkać się?

Przeszkadza tylko ujście szyjki…

Bo dziecko jest wysoko, ale szyjki już nie ma. Wszystko dlatego, że zakończenie mojej szyjki jest w takim miejscu że przeszkadza dziecku wyjść. „Jeden porządku skurcz i już byłoby po wszystkim”. Problem jest jednak taki, że ani teraz ani w 2014 czy w 20111 roku moja macica takiego skurczu nie wykonała. potrzebowałam oksytocyny, której teraz nie otrzymam przed…

15 czerwca – tego dnia nasz syn ma przyjść na świat.

Czyli dokładnie 14 dni po terminie z OM. Tak zdecydował ktoś, kto ustalał przepisy. Bo od 2019 roku się zmieniły i wywołują dopiero w momencie skończenia 42+0 tygodnia ciąży. Brawo! Ja na takie ryzyko się nie pisałam i szczerze bardzo nie podoba mi się to, że ktoś decyduje o czymś takim za mnie. Mam już czarne myśli i najgorsze scenariusze w głowie. Boje się o życie swoje i Macieja. Zamiast spokojnie szykować się do tego dnia – boje się i modlę się o to, by samo zaczęło się dużo wcześniej.

Bo on już jest gotowy…

Młody ma blisko 3700 g, a jego jelita są już wypełnione smółką! On czeka tylko na ten skurcz, tak jak ja. Mam wrażenie że mój organizm nie do końca potrafi zacząć akcje, ale jak już otrzyma „pomoc” to rusza wszystko błyskawicznie. Tym razem widzę dokładnie to samo co było 5 i 8 lat temu. Historia lubi się powtarzać, tylko wtedy nikt na siłę nie trzymał nad do końca 42 tygodnia – a kończyli wszystko wcześniej.

Rodziłam zdrowe i cudowne dzieci ze spokojną głową – a nie ze strachem o to, czy wszystko jest dobrze. 

Blog - archiwum

Pyrki z gzikiem. Hit naszego piątkowego obiadu – zjadamy prawie co piątek!

31 maja 2019

Ten kto ogląda moje instastory wie, że co piątek praktycznie ciągniemy obiad na serze. Często wspominam o tym, że jest to jeden z moich ulubionych obiadów. Pokochały go moje dzieci a mąż po prostu zaakceptował. Chociaż nie… on też musi to lubić, bo jadąc na zakupy samodzielnie – bez listy, bo tak nam się zdarzyło w zeszłym tygodniu, sam kupił składniki na gzik.

Dla nas to taka banalna, prosta i oczywista potrawa. Jednak za każdym razem gdy o niej wypominam – dostaję ogrom wiadomości o to, co to właściwie jest? Zdarzało się nawet, że chcieliście zdjęcia obiadu czy opis jak to smakuje. Niektórzy zniesmaczeni, inni zaciekawieni takim połączeniem. My kochamy!

Postanowiłam napisać tu ten banalny w swojej prostocie przepis by do niego odsyłać. Ile razy przecież można wysyłać to samo.

Potrzebujemy

2 kostki białego sera ( ja biorę półtłusty )
1 śmietana 12% ta duża
sół/pieprz
ziemniaki
opcjonalnie cebula/szczypior

Ziemniaki najlepiej młoda, ale wiadomo jak jest – nie zawsze są. Wtedy najlepiej smakują gotowane w mundurkach do tego. Ja nie miałam, a specjalnie na potrzeby wpisu nie pobiegłam po świeżą dostawę. Mam stare – więc je obrałam i ugotowałam. Ser podusiłam widelce, dodałam śmietanę i doprawiłam. Wsio! Kto lubi, może dodać do sera drobno pokrojoną cebulkę – u nas dzieci tej wersji nie akceptują więc ja i mój mąż posypujemy sobie wszystko szczypiorkiem.

Dodaję zdjęcia, które są piekielnie brzydkie – ale ta potrawa nie ma w sobie uroku. Nie prezentuje się pięknie, ale cudownie smakuje. A taką kuchnie właśnie ja kocham. Prostą, szybką i mega smaczną!

Musisz koniecznie spróbować tego połączenia – jest najlepsze!

Blog - archiwum

Nasze dzieci same zaproponowały „odwyk” od słodyczy. Jak tego dokonaliśmy?

30 maja 2019

Słodycze to zmora bardzo dużej części rodziców. Ale jak mogłoby być inaczej skoro sklepowe półki aż uginają się od ilości cukru na nich. Mało tego! Idąc z dziećmi na zakupy mistrzowie marketingu i sprzedaży specjalnie układają to wszystko na wysokości ich małych buziek. Tak, by bez problemu mogły same rączkami ściągnąć je sobie z półki a później błagalnym głosikiem i oczkami kota ze shreka podchodzą do Ciebie i pada magiczne „mamusiiuu kupis?”

To wszystko jest idealnie przemyślane, zaplanowane i ustawione. Nie ma miejsca na przypadek.

No i nie ukrywajmy, ale taki batonik to jednak dobry jest. Ja osobiście jestem tak bardzo uzależniona od cukru jak tylko można. Kawę słodzę, mleko słodzę, truskawki nawet muszę mieć posypane cukrem! Batony, czekolady i inne cuda cukrowe są dla mnie najlepszym grzeszkiem w ciągu dnia. A gdy pojawia się problem w mojej osobie – jeszcze trudniej jest mi ograniczyć to u dzieci…

Jednak od pewnego czasu zmieniam swoje zasady.

Pamiętasz pewnie mój post o tym, że jestem złą mamą ostatnio. Małymi kroczkami staram się zmienić to, co uznaje za złe. Jest już lepiej, bo pomimo ciążowych zachwiań emocjonalnych żyje nam się troszkę milej. Skoro tamten krok jest za nami – postanowiłam ciągnąć temat dalej i zmieniać inne rzeczy w naszym domu. Na pierwszy ogień poszły słodycze. Jestem okropna, bo swój proces zaczynałam od dzieci.

I o dziwo, byłam w głębokim szoku, gdy okazało się że one chcą tego samego! 

Nie chciałam zabierać im całej radości. Chciałam wprowadzić pewne ograniczenia i zaczęłam od rozmowy. Młodzi sporo wiedzieli o szkodliwości cukru, więc tu pracy nie było za wiele. Obejrzeliśmy tez kilka filmików z cyklu „jak to jest zrobione” podczas których trwał proces tworzenia batoników, żelków i chyba pianek cukrowych. Tak, to chyba były pianki… słuchajcie, widok nie był najlepszy i terapie wstrząsowa zadziałała najlepiej.

„Mamo! Chcemy dietę na cukierki!”

Takie zdanie usłyszałam jednego dnia o poranku. Podczas śniadania oboje zgodnie stwierdzili że nie chcą jeść słodyczy i czy ja im mogłabym w tym pomóc. Nie kupując ich, oraz pilnując by nie wkładali ich do buzi.

Jak tego dokonałam?

Ograniczyłam troszkę wizyty u rodziny, która kocha obdarowywać słodyczami. A nawet jeśli to robią, zwracałam dzieciom uwagę kiedy niebezpieczny limit zjedzonego cukru zostawał osiągnięty. Sama dzielnie odkładały wtedy kolejnego batonika na talerz. Tablica motywacyjna która jest u nas w domu od dawien dawna – to już nie typowo walka o słodycz. Teraz nastąpiła zmiana i raz w tygodniu w nagrodę jest basen. Staram się też nie używać zdań w stylu „kto je obiad, dostanie loda”, albo coś w tym stylu – tego nadal się uczę, ale odpuściłam sobie nagradzanie ich słodkościami.

Zamieniliśmy też soki na wodę. Zakupy spożywcze robimy raz w tygodniu, a później ewentualnie coś drobnego gdy zabranie. Kupujemy wtedy też zapas wody – plus zawsze dwa,trzy soki owocowe. Dzieci znają zasadę… jeśli sok zniknie w jeden dzień – całe dnie do kolejnych zakupów mają do dyspozycji wodę. Mają jednak wybór i mogą ten sok sobie podzielić na kilka dni. Początkowo jechały równo z piciem całości na raz, po miesiącu już wiedzą że to nie ma sensu.

Pomimo obietnicy, często się „łamię”.

Bo nie wyobrażam sobie jednak by tych słodkości w naszym życiu być nie mogło. Jednak zamieniam je na coś innego. Częściej piekę coś w domu. Tworzę słodycze które są banalnie szybkie, tanie i smakują lepiej o tych sklepowych – chociażby na zawartość czekolady a nie „masy czekoladopodobnej”. Wybieram po prostu mniejsze zło, ale nie ograniczam im tego całkowicie.

Dlaczego?

Wiem że naturalny cukier znajdziemy chociażby w owocach. Każda osoba która ma na to ochotę może tak funkcjonować. Jednak nawet najlepsi trenerzy mówią o tzw cheat mealu – czyli dniu bądź jednym daniu w tygodniu które będzie grzeszkiem. Tak dla równowagi psychicznej. U nas tym grzeszkiem w odwyku cukrowym jest najczęściej własnie domowe ciacho – już bez przejmowania się tym, że jest tam biały cukier.

Są tez dni gdy szukam zamienników w sklepie. Jest ich cała masa i wcale nie trzeba długo szukać.

A na zdjęciach nasze domowe grzeszki – warto co? 🙂

Blog - archiwum

Dlaczego chciałam mieć dzieci przed trzydziestką?

27 maja 2019

Nie skończyłam jeszcze trzydziestki, a już za moment będę mama trójki dzieci. Bez owijania, kłamstw i innych cudów napiszę szczerze że mając 18 lat kompletnie nie czułam tego co teraz. Nie chciałam dzieci, nie planowałam być młodą mamą a tym bardziej zaczynać starań o kolejne. To przyszło wszystko z czasem, a dziś wyciągam wnioski i opisuję dlaczego tak bardzo chciałam zostać mamą moich dzieci przed trzydziestką.

Logiczne jest to, że zachodząc w ciąże mając osiemnaście lat tak nie myślałam…

Wtedy liczyło się tylko to by jakoś skończyć szkołę i po prostu przetrwać. Nie myślałam o rodzinie, o tym co powinno być teoretycznie dla mnie ważne. Nie chciałam więcej dzieci bo kto normalny w tym czasie by tego chciał? Kompletnie nie było to moim priorytetem. Wszystko zmieniło się gdy po prostu dojrzałam. Poznałam mojego męża i świadomie zaczęliśmy planować swoją przyszłość. Bardzo dużo rozmawialiśmy o tym co chcemy osiągnąć. Jak dużą rodzinę chcemy mieć i jaki czas będzie na to wszystko najlepszy.

Pamiętam, że początki naszego związku były dość specyficzne. Ja, jako mama dwójki dzieci nie chciałam słyszeć o kolejnej ciąży. On, marzył o tym by kiedyś móc przechodzić okres ciąży i tego oczekiwania z bliską mu osobą. Oboje znaliśmy swoje zdanie tak kompletnie różne a jednak zdecydowaliśmy się pchać uczucia w to wszystko. Nie pamiętam co kierowało mną wtedy, mój mąż też nie…

Ciekawość, przygoda, chęć spędzenia po prostu miło czasu z drugą osobą?

Oderwanie się od problemów jakie były, chyba spowodował że oboje potrzebowaliśmy kogoś. Szczęście spowodowało że pojawiliśmy się oboje w tym samym miejscu i czasie. Tak bardzo różni, ale jednak od zawsze jakiś magnes nas do siebie przyciągał.

Gdy pojawił się on, zmieniło się trochę moje podejście.

Początkowo bardzo nie chciałam mieć więcej dzieci. Kompletnie nie moja bajka, nie moja cierpliwość i siły. Dwójka to taki max który był wtedy barierą nie do przeskoczenia. Jednak mój jeszcze wtedy nie mąż miał zupełnie inne plany. Już w pierwszym miesiącu znajomości wiedziałam że on chce dziecko. Broń Boże teraz, zaraz i szybko. Po prostu otwarcie powiedział mi, że jest to dla niego coś bardzo ważnego. Co dziwne, znał doskonale moje zdanie a jednak postanowił w to wejść – a być może już wtedy czuł że mu jakoś ulegnę?

sdr

Nadszedł czas zaręczyn, kupna działki i poważnych rozmów o przyszłości…

Wzbraniałam się jak mogłam, ale po wielu godzinach rozmowy odpuściłam. Bez nacisku, bez wymuszania i innych sposobów wpływania na drugą osobę. Dotarły do mnie argumenty męża i sama przed sobą przyznałam że nie miałam racji. Nie chciałam być oślicą która upiera się przy swoim zdaniu i za nic w świecie nie chce go zmienić. Konkretne argumenty mnie przekonały, a jakie były?

Początkowo upierałam się do kolejnej ciąży po trzydziestce. Uznałam że tak będzie najrozsądniej. Będziemy mieć wszystko, by przygotować się na przyjście na świat kolejnego członka rodziny. Wbijałam mężowi (jeszcze wtedy narzeczonemu) że jest to jedyna słuszna opcja. Każda inna jest kompletnie bez sensu.

Wtedy do mnie dotarło, to co wiem teraz.

Nie ważne czy przed czy po trzydziestce – teraz mogę mieć lepszą sytuację finansową niż za 10 lat. Nikt nie wie co przyniesie nam los, a wmawianie sobie że mając kilka, bądź kilkanaście lat więcej będzie lepiej jest błędem. Może być lepiej, ale wszystko działa w dwie strony i całe życie może Ci się posypać.

Nie mam także pojęcia, czy za kilka lat nie wydarzy się coś, co spowoduje że tych dzieci mieć nie będę mogła. Wypadek, wcześniejsza menopauza czy inna sytuacja na którą nie mam wpływu. Jeśli aktualnie w mojej głowie jest mała iskierka myśli „tak” odnośnie dziecka – co mnie powstrzymuje?

Po trzydziestce skupiam się tylko na sobie!

To nie tak, że wyprowadzam się z domu i zostawiam rodzinę za drzwiami. Mąż i dzieci niech siedzą i martwią się o siebie, a ja zaczynam żyć! O nie! Kompletnie nie o to chodzi, jednak prawda jest taka – że chciałabym też skupić się na tym co jest ważne dla mnie bez większych zmartwień.

Najwięcej czasu zabiera niemowlak. Potrzebuje mamy bardziej niż samodzielny 5-7 czy 10-cio latek. Zachodząc w ciąże po trzydziestce momentalnie „tracę” jakieś trzy-cztery lata. Od momentu urodzenia do czasu, aż się nie wychoruje. Nie widziałam i nie widzę, patrząc na moje doświadczenie, by wcześniejsze powroty na rynek pracy były możliwe bez ogromnej pomocy męża, babci, niani czy jeszcze kogoś innego. By wrócić na etat, na osiem godzin poza domem – to jest wręcz nierealne.

Ja chcę po trzydziestce nie martwić się o to wszystko. Chcę rozwijać się w takich kierunkach o których marzę już teraz. Małymi kroczkami to osiągam, ale oczami wyobraźni widzę jak łatwe to może być później. Gdy Maciuś podrośnie – a to akurat nastąpi w okolicy moich 30-stych urodzin. Czyli idealnie wbiłam się w czas z kolejnym a przy okazji ostatnim dzieckiem.

Chcę być młodą mamą, która ma siły i energię do zabawy.

Chcę jeszcze w przyszłości móc zajmować się wnukami. Pomagać już wtedy moim dorosłym dzieciom w tych obowiązkach by było im łatwiej. Pewnie że mogłabym robić to mając 60-70 lat. Ba! Moja babcia ma zaraz 80, jest zmęczona ale jakbyśmy się uparły to nadal by mogła zostać z dziećmi w domu bym ja poszła do pracy. Ale ryzyko juz jest większe. Moja mama Miała 38 lat, gdy została pierwszy raz babcią. Teraz, gdy ma urodzić się Maciek – ona kończy 46 lat. Pomaga nam z moim tatą w opiece nad młodymi jak tylko może.

Ogranicza ją praca na etacie, jednak w razie konieczności korzysta z urlopu. Zabierają dzieci na wakacje, spędzają z nimi weekendy. Po 15:30, czyli gdy tylko wraca z pracy, potrafi zadzwonić byśmy wpadli na ogród. Nie ma dość – bywa zmęczona, jak każdy – ale ma sporo sił by poświęcić je dla wnuków. I nikt, nie wmówi mi że ktoś kto ma 70 lat, jest równie sprawny co 46-latek! O nie!

Chcę być dla moich dzieci najdłużej jak tylko mogę. 
Chcę dać im to, co tylko będę mogła.
Chcę mieć siły i energię by zajmować się nimi,
ale też w przyszłości wnukami…

Udało mi się być młodą mamą i jestem szczęśliwa ze swojego wyboru!

 

 

 

Blog - archiwum

Dlaczego jest w nas tyle zazdrości? Dlaczego nie umiemy cieszyć się z sukcesów innych ludzi?

24 maja 2019

Nasze życie nabiera rozpędu i naprawdę korzystamy ze wszystkiego co daje nam teraz los. Mam wrażenie że pomimo problemów jakie są, nasza sytuacja wygląda jak z bajki. Działamy na najwyższych obrotach, często robiąc coś kosztem innych spraw – wiemy jednak że to minie i nastanie spokojny czas. Teraz jest nasza chwila z której korzystamy w pełni.

Mała zmiana a tyle jadu.

Ostatnio na instagramie pochwaliłam się nowym logo na naszej stronie. Zalała mnie fala wiadomości, których się nie spodziewałam. Wiedziałam że opinie mogą być różne, bo jesteśmy różnymi ludźmi i nie wszystkim podoba się to co zachwyca mnie. Był ogrom wiadomości pozytywnych, zdarzyły się takie które były neutralne – niby spoko, ale stare lepsze – i to bardzo dobrze rozumiem. Dokładnie o takich odbiorców walczyłam, którzy mają swoje zdanie ale w kulturalny sposób potrafią mi je przekazać, nie falą jadu i hejtu. Bo ostatnią grupą która wczoraj postanowiła wyjść z ukrycia były te jaszczurki które tylko czekają na Twój krok by go zmieszać z błotem. Nie będę cytowała tych wiadomości, bo nie ma to najmniejszego sensu, tych osób już tam nie ma  usunęłam i zablokowałam. Dla swojego dobra psychicznego.

To co robimy, osiągamy dosłownie idąc tip-topami.

Nie spadło nam to wszystko z nieba. Nie mamy dzieciątek tysięcy na rozpoczęcie działalności, do każdego etapu dochodzę powoli  dlatego trwało to już tak długo. Decydując się na swój produkt, miałam fizycznie na niego pieniądze jednak życie zweryfikowało moje plany szybciej niż myślałam. Wypadło nam tak dużo wydatków – a my, zabieraliśmy z tych firmowych – bo były, po prostu. Nie miałam NIC by zacząć, każdy krok teraz się ciągnie dniami i tygodniami bo dochodzę do wszystkiego od zera. Ale czy narzekam?

Nie, bo wiem że niedługo moje marzenie się spełni. Sklep już jest – z moimi produktami! I mam satysfakcję z tego że bardzo cieżką pracą doszłam do tego sama. Nie pożyczyłam, nie ukradłam i nie kombinowałam. Zamiast w lutym, sklep ruszył teraz – trzy miesiące później niż chciałam, jednak nie było opcji zrobić tego wcześniej.

Czy ciężko cieszyć się ze szczęścia innych?

Pomyśl o tym, że każdego dnia będąc w ciąży wstawałam skoro świt, ogarniałam dzieci i dom. Później miałam kilka godzin na pracę. Codziennie padałam na twarz ze zmęczenia by móc spełnić swoje marzenia. A teraz, gdy jestem tak blisko ich realizacji wylewa się na mnie wiadro pomyj – bo ciągle coś komuś nie pasuje. Uczę się nie przejmować takimi sytuacjami, ale jestem tylko człowiekiem – który też ma uczucia, któremu też jest przykro.

Wyobraź sobie, że mogłabyś mieć to samo co ja! 

Bo mi nie dali tego bloga. Nie otrzymałam 10 tysięcy na start. Nie ukradłam nikomu pomysłów na produkty. To wszystko co teraz się dzieje tu w tym miejscu to moja praca. Ty masz swoją, a moja wygląda dokładnie tak. Nie poszłam na urlop macierzyński – pracuję do samego końca. Lada chwila mogę urodzić, ale nie odpuszczam i piszę ten tekst bo wiem, że pomimo zmęczenia to wyjdzie na dobre miejscu które chce stworzyć.

Jestem krytykowana za pracowitość, kreatywność i brak lenistwa. Prawda jest taka, że każda z nas mogłaby być w tym miejscu w którym jestem ja. Dlaczego jednak tak nie jest? Bo zawsze łatwiej było krytykować, użalać się i narzekać na swój los niż chwycić go w swoje ręce, spiąć pośladki i po prostu ruszyć z miejsca. Nie ma ograniczeń! Ograniczenia są tylko w głowie.

Nie musisz mieć pieniędzy. Ja nie miałam i nadal nie mam ale zobacz jak pcham to wszystko do przodu. Bardzo, bardzo powoli ale jakoś ciągnę. Gdybym nagle wygrała okrągłą sumę już byś miała produkt w ręce – ale nie gram, więc nie mam. Dochodzę powoli do tego co będzie tu za chwilę.

Przez to zdecydowałam się tez na przedsprzedaż – by zamówić taką ilość produktów jaka jest potrzebna. Nie o 100-200-300 sztuka za dużo. Bo wkopałabym się finansowo w coś, co by później leżało i się kurzyło.

Tylko tego nie widać.

Widać moje postępy, osiągnięcia i efekty ciężkiej pracy. Ale własnie nie widać tej drugiej strony. Tego zmęczenia, tych problemów finansowych, tych zarwanych nocy i braku czasu na wszystko. Poświęciłam wiele, zwłaszcza czasu jaki miałam dla rodziny – jednak akurat tu mam najwięcej wsparcia i zrozumienia. Chociaż oni potrafią to zrozumieć. Widzą co robię, jak często i ile nerwów mnie to kosztuje. Nie dobijają. Widzą jak każdego dnia rano dbam o nich, zajmuje się domem – mają codziennie ciepły obiad, względny porządek i czyste ubrania. Po południu mam siłę by pograć w memory, a wieczorem by obejrzeć film z mężem. Ogarniam, ale Ci co nie chcą zrozumieć, nie zrozumieją jak ciężko jest to wszystko pogodzić. Brak empatii jest okropną cechą.

Dobijają ludzie którzy siedzą po drugiej stronie…

Czytają między wierszami i dobijają. Krytykują, wytykają i są wiecznie niezadowoleni. Nie potrafią cieszyć się szczęściem drugiej osoby na które ciężko zapracowała. Nie pomyślą po prostu „kurcze! mega! w fajnym kierunku to idzie. Fajnie że postawiła na rozwój”. Lepiej napisać wiadomość obrażającą nową stronę, produkt i na końcu jeszcze skomentować w stylu „mogłabyś się uczesać do tego story na IG”. Nie, nie mogłam – bo pracowałam, byś Ty mogła mnie obrażać. Ja za to mam to co mam, a Ty nadal zostaniesz człowiekiem bez pomysłu na siebie.

Niestety dla osób które mnie nie lubię.
Przykro mi, ale ja nadal będę robiła to, co robię.
Dla Ciebie nie wyrzucę marzeń do kosza. 

 

Blog - archiwum

Sprzęt który pomaga nam najczęściej przy dzieciach! Bez tego urządzenia nie wyobrażamy sobie już życia.

22 maja 2019

Długo walczyliśmy z nawracającymi przeziębieniami, zapaleniem oskrzeli i płuc. Przez blisko 4 lata rok w rok działo się to samo, nie było chwili wytchnienia. Moje dziecko w marcu zaczynało mieć katar, który bez podania leku zamieniał się w zapalenie oskrzeli – a jak trafiłam do lekarza za późno, już były zmiany na płucach. Kończyła się ta chora walka w okolicy czerwca – by powrócić za rok.

Absolutnie nie podejrzewałam że możemy mieć problem z alergią.

Nie mam jej ja (chyba!), nie ma jej tata Antka… moi i jego rodzie – NIKT. Dlaczego więc moje dziecko miałoby ją mieć. Takie myślenie troszkę bez sensu, ale jeśli nigdy wcześniej nie miałaś kontaktu z chorobą po prostu wypierasz z siebie myśl że może problem dotyczyć Ciebie bądź Twoich bliskich. Jednego roku jednak nasz pediatra się delikatnie mówiąc przejął.

Dotarło do niego, że jesteśmy u niego rok w rok z tym samym problemem. A moje dziecko w przypadku braku recepty i podania leku  automatycznie ma zmiany na płucach. Był to zawsze nebbud i ventolin – leki wziewne, które musiałam podawać przez nebulizator. Fakt, dziwne że zainteresował się tym po 3 latach, jednak lepiej późno niż wcale. Dostaliśmy wtedy skierowanie do pulmonologa oraz alergologa. Znalazałm cudowną Panią doktor która wzięła pod swoje skrzydła moje dzieco i już na pierwszej wizycie zrobiła mu testy.

Mamy alergię wziewną na:
brzozę
żyto
trawy
kurz
pleśń
penicylinę

W pokarmowych nie wyszło nic, jednak podczas pylenia brzozy i trawy mamy specjalną dietę by nie pogorszyć stanu zdrowia Antka. Jednak jest coś z czym od pięciu lat nie rozstajemy się nigdy. Nawet jadąc na wakacje zabieramy to ze sobą. Nigdy nie było sytuacji że zapomnieliśmy ten sprzęt spakować – jest numerem pierwszym na liście.

Nam pomaga podczas alergii.

By podawać mniejszą dawkę leku, która dociera tam gdzie ma – czyli do oskrzeli i płuc. Ponieważ poza alergią, walczymy o lepsze życie z astmą oskrzelową. Są dni, tygodnie, miesiące w ciągu roku gdy sprzęt jest używany u nas prawie non stop. Kilka razy dziennie, po kilkanaście minut. Zdarza się, że podczas zwykłego przeziębienia sprzęt musi chodzić na podwójnych obrotach, by dać radę postawić na nogi dwójkę dzieci.

Dla nas inhalator to kolejny członek rodziny, który został po prostu zaakceptowany. Początkowa niechęć, krzyk i płacz zamieniły się w zrozumienie, akceptacje i spokojne siedzenie podczas podawania leku. Stało się to czymś tak naturalnym, jak zjedzenie śniadania rano, obiadu w południe i kolacji przed spaniem. Po prostu obowiązkowy punkt dnia, nie wyrok który trzeba wykonać.

Ile kosztuje nebulizator i jak wybrać urządzenie do domu?

Są różne urządzenia i tak naprawdę wszystko zależy od pojemności naszego portfela i tego, na czym nam zależy. Nie ma jednej właściwej drogi, bo każdy z nas potrzebuje czegoś innego.  Dla niektórych ważne będą parametry wewnętrzne i to, na jaką wielkość maja wytwarzane cząsteczki. Dla innej osoby priorytetem jest głośność a jeszcze dla kolejnej firma, design czy po prostu cena.

Jeśli nie dolega naszej rodzinie nic poważniejszego, a nebulizator posłuży nam kilka dni w ciągu roku podczas przeziębienia – nie ma sensu inwestować w coś specjalnego. Prawda jest taka, że korzystając z nebulizatora w przypadku soli fizjologicznej kilka razy w roku nie musimy skupiać się na sprzęcie z wyższej pułki.

Schody zaczynają się, jeśli wykorzystywany ma być często i bardzo intensywnie – jak w naszym przypadku.

Musimy dowiedzieć się jaki tryb pracy oferuje, czy nie wyłączy nam się po 30 minutach. Sprawdzamy też na jaką wielkość cząsteczek rozbija lek, bo im mniejsze – tym dalej od doleci. A co za tym idzie lepiej spełni swoje zadanie. Głośność też jest ważna, bo nie ukrywajmy ale nebulizatory do cichych urządzeń nie należą. Jeśli hałas 40 minut rano, po południu i wieczorem Ci nie przeszkadza – dobrze. Jednak wiem że są na rynku różne modele i można poszukać odpowiedni dla siebie.

To sprzęt który warto mieć w domu. Korzystają na tym nie tylko dzieci ale też dorośli. Niezastąpiony w przypadku przeziębień czy zapalenia zatok. Ratuje życie w momentach gdy zaczynasz mieć dość większych problemów zdrowotnych swoich dzieci.

Nasz Instagram