Śledź nas na:
All Posts By

pierwsze-kroki

Blog - archiwum

Pamiętnik ciążowy – 39 tydzień ciąży – to już ostatni wpis z tej serii?

20 maja 2019

Celowo w tytule jest pytanie i mam nadzieję że odpowiedź na nie jest jedna – TAK! 

Jestem postrzegana za najgorszą mamę na świecie, bo marzę o tym, by ciąża już teraz miała swoje rozwiązanie. Cieszyłam się początkami, późniejsze problemy mnie trochę podłamały ale wróciły siły więc dawałam radę. Teraz jest tragicznie…

Każda kolejna ciąża daje nam bardziej w kość.

Już nic nie jest takie jak było. Zmienia się ciało i umysł. Inaczej przechodzimy fizycznie okres trzeciej ciąży w porównaniu do pierwszej. Pierworódki modlą się by urodzić w terminie ale ani dnia wcześniej, a te „doświadczone” porodem już w 37 tygodniu chcą by te męki się skończyły. Przecież według lekarzy dziecko jest już donoszone. Po co więc się męczyć?

Jak jest teraz?

Wpisz sobie proszę w wyszukiwarkę hasło „dolegliwości ciążowe”. Ewentualnie coś w stylu „dolegliwości w trzecim trymestrze ciąży”. Widzisz rozpiskę całą? Wyobraź sobie że dosłownie wszystko chyba spotkało mnie. Boli mnie wszystko, zawsze i wszędzie. Jestem zmęczona, nie mam czym oddychać a wieczorem zgaga wypala mi przełyk. Wyszły mi hemoroidy (tak napisałam to wszystkim!) – na szczęście leki już pomogły i nie mam bolesnych skutków. Powinnam chodzić, by im zapobiegać, ale jak chodzę za dużo w nocy nie śpimy. Mam wtedy mega silne skurcze nóg, które nie odpuszczają pomimo brania 3 razy dziennie magnezu. A teraz jeszcze dokucza rwa kulszowa. Pięknie!

Jestem wielka, ciężka i ciężko mi zaakceptować samą siebie.

Wiem że będąc w ciąży kobieta tyle, to zupełnie normalne. Dziwne by było, jakby nie przytyła. Jednak nie o wagę chodzi (bo mam 13kg na plusie, więc dość spoko)- bardziej o to, że każdy ruch sprawia mi ogromną trudność. Ciężko mi wejść po schodach na 2 piętro do domu bez ogromnej zadyszki. Łóżko skrzypi gry próbuje się przekręcić… Daniel się śmieje że robię to jak waleń, który wyskakuje na powierzchnie. Wysoko podnoszę biodra i brzuch, po czym z całą siłą opadam na drugi bok. Inaczej się nie da.

Ostatki są najgorsze…

I chociaż bardzo cieszę się z tej ciąży, to chciałabym by już miała swoje rozwiązanie. Marzę o tym, by Maciuś spał już u siebie w łóżeczku. Bo jest mi ciężko, po prostu przestałam fizycznie i psychicznie znosić te wszystkie trudy. Nie zawsze jest kolorowo, u mnie właśnie kolory gasną i jak jeszcze będę musiała na uparciucha czekać miesiąc – chyba sama przeprowadzę sobie CC.

Dziś była też wizyta u lekarza. Czy dowiedziałam się czegoś ciekawego?

Wiemy że nie jest ciekawy świata. Jest tak wysoko, jak tylko może być – moja macica nie wytwarza potrzebnych skurczy przez co zejście dziecka jest niemożliwe. Może jest w jakiś sposób upośledzona, skoro w żadnej mojej ciąży nic samo się nie zaczyna i potrzebna jest oksytocyna?W kazdym razie – 3 czerwca, czyli już po terminie porodu mamy pojawić się po skierowanie. I raczej się po nie pojawimy, według naszej Pani ginekolog.

Będziemy jeszcze zatem w dwupaku do 3 czerwca, a wywoływanie będzie prawdopodobnie w okolicy 9-10 czerwca. Bajecznie!

Nasz syn jest w 50 centylu, idealnie wpisuje się w środek skali. Chociaż wiemy o możliwym zakresie różnych wag, bo te podane przez USG są tylko orientacyjne. Aktualnie w 38+3 waży chłopak 3350g. Co moim zdaniem jest wystarczające i już mógłby się zatrzymać – ale znając moje szczęście do dość sporych dzieci plus opcji przenoszenia… będziemy znów blisko 4 kilogramów.

Miał to być ostatni wpis z tego cyklu – ale chyba jeszcze się usłyszymy!

 

Blog - archiwum

Oficjalne otwarcie sklepu – maszyna ruszyła! Nie ma odwrotu.

17 maja 2019

Czekałam na ten moment bardzo długo. Pamiętam, że do niedawna sama nie wiedziałam czego chcę. Nie miałam pomysłu na siebie, na swoje życie. Żyłam bez większych planów i marzeń – po prostu każdego dnia robiłam coś, ale bez większego celu. Robiłam wszystko co musiałam tak mechanicznie, nie czując że coś mogę osiągnąć. Później był ślub, ciąża i nagle olśnienie!

Po tym jak przespałam pierwsze tygodnie ciąży poczułam że muszę coś zmienić.

Początkowo plan był mało ambitny, chciałam zmienić tylko fryzurę. Ale jakby spojrzeć na to z innej strony – właśnie takie drobne zmiany składają się na spektakularne efekty. Fryzury nie zmieniłam, bo wszyscy nastraszyli mnie że w ciąży takich rzeczy się nie robi – więc szukałam innego sposobu by poczuć że zmieniam świat, a przynajmniej siebie.

Żyłam nadal z dnia na dzień, dzieci chodziły do szkoły i przedszkola, mąż do pracy – a ja uwięziona w tym domu pisałam blog. I wtedy mnie olśniło!

A dokładniej – olśniły mnie moje czytelniczki!

Dostałam w pewnym momencie ogrom wiadomości o organizacji dnia i ogólnie czasu. Jak ja to robię, że po prostu ogarniam. Jak studiując zorganizowałam ślub, później był remont, ciąża, praca, firma, dzieci… ogrom obowiązków. A ja ciągle działałam… chciałam więcej i więcej. W pewnym momencie odkryłam że wiele kobiet ma ten sam problem który kiedyś miałam ja. Nie potrafi zorganizować tak dnia, by wykorzystać go w 100%. Marnuje czas na zadania bez sensu, a te ważne zostawiam bo pochłaniają więcej mojej energii.

Dojście do tego co jest ważne a co może zejść na drugi plan zajęło mi bardzo dużo czasu. Uczyłam się tego każdego dnia, aż doszłam do momentu w którym nie sprawia mi to większego problemu. Umiem tak zarządzać swoim czasem, że każdego dnia jestem zadowolona z efektów jakie osiągnęłam.

Chciałam podzielić się moim sposobem na to!

Dlatego wymyśliłam że stworzę swój sklep i wprowadzę do sprzedaży planer. Prawda jest taka, że jestem bardzo staroświecka i dla mnie papier ma ogromną moc. Nie lubię zapisywać nic na telefonie czy innym sprzęcie – papier to papier. Otwierasz i widzisz wszystko idealnie rozrysowane. Gdy już byłam w trakcie tworzenia produktu, do głowy przyszła cała masa innych pomysłów zaczynając od książek dla dzieci, przez ebooki kończąc nawet na grze! Ta gra to świeży pomysł mojego męża, który tak mi się spodobał że na bank powstanie. Brakuje nam takiej gry w naszym domu i nawet jeśli nikt inny nie podzieli naszego entuzjazmu, my wreszcie będziemy mieli taką, która zadowoli nas w 100%!

Skupmy się jednak na tym co jest tu i teraz.

Na naszym planerze który możesz kupić- TU.

Jestem zakochana w nim strasznie. Jest idealny – okładka, rozkład wewnątrz… no i ten papier. Nie jest to napisane, muszę uzupełnić ale ma on aż 90g – co dla takich notatkowych szaleńców jak ja jest bardzo ważne. Postawiłam na jakość, nie na ilość i tandetę. Jakościowo ten planer jest mega dobry, dlatego cena początkowo może odstraszyć. Porównując jednak oferty innych firm – ta nasza, zwłaszcza teraz przy promocji, jest bardzo dobra!

Zbudowałam super społeczność na tej stronie.
Jestem dumna i szczęśliwa że zmierza to w takim kierunku.
Nasze kolejne dziecko, o które będziemy dbać najlepiej jak potrafimy.

Blog - archiwum

Dlaczego mam teraz takie wyrzuty sumienia?

15 maja 2019

Podchodziłam do tego tekstu chyba pięćdziesiąt razy. Nie wiedziałam jak dobrać słowa bo temat jest dla mnie zbyt trudny. Przez większość mojego macierzyństwa nie miałam z tym większego problemu – myślę, że mój instynkt był dość dobry i spektakularnych błędów nie popełniałam. Teraz to się zmieniło i sama na siebie nie mogę patrzeć wieczorem. Gdy oni już śpią, ja się gotuję. Wewnątrz – zła na siebie jestem każdego dnia. 

Dzieci są jak gąbki.

Chłoną wszystko co im dajesz. Cokolwiek zrobisz czy powiesz może być wykorzystane przez małą istotkę która jest idealnym naśladowcą. Uczy się życia od rodziców. Bardzo prawdopodobne, że będzie wychodziło z kłopotliwych sytuacji w podobny sposób do Twojego. Mali ludzie to cudowni obserwatorzy. Bycie rodzicem to trudna sztuka, wymagająca poświęceń. Możesz być pewna, że Twoje potknięcie będzie wykorzystane w najmniej oczekiwanym momencie.

U nas tak było z jazdą autem i moim: „co za kretyn!”
Dowiedziałam się że dzieci zapamiętały to doskonale, ponieważ podczas kolejnej wycieczki sprzedały ten tekst pięciu innym kierowcom.

Każdego dnia starasz się nie podnosić głosu, nie wpadać w furię, nie wyrzucać z siebie złych emocji wprost na dzieci. Starasz się jak możesz przez cały czas, bo chcesz dla nich jak najlepiej. Wiadomo, że czasem się nie da – bo kto jak kto, ale ja doskonale wiem jak ciśnienie dziecko może podnieść. Jednak jakieś podstawowe wartości chcesz dziecku przekazać. Pokazać że nie bójkami, krzykiem, szantażem jesteśmy w stanie osiągnąć swój cel. Wrzask to nie sposób na rozwiązanie sprawy, a wręcz jego przeciwieństwo – często komplikuje jeszcze bardziej.

Ty to wiesz. Ja też to wiem!

Ale przychodzi taki okres w życiu…

… u mnie tym okresem jest ciąża która wysysa ze mnie ostatnie siły. Wtedy po prostu nie masz już energii, cierpliwości i tak bardzo masz wszystkiego i wszystkich dość, że wybuchasz. Codziennie. Każdego dnia drzesz ten pysk, sama nie wiesz dlaczego. Przytłacza Cię życie, zmęczenie, obowiązki. Wnerwiają Cię krzyki dzieci, ich wieczne „mamaooooo… a ona na mnie kaszle”, ” mamooooo a on dotyka mojej ściany”. Masz totalnie wszystkiego dość. Masz prawo.

Wiem że aktualnie jestem najgorszą zołzą dla mojej rodziny. Tak dobrze zdaję sobie z tego sprawę, że co wieczór mam ochotę wyć z bezsilności. Dzień w dzień dre ten pysk jak głupia o byle pierdołę. Tyle lat starań, by dzieci miały odpowiednie wzorce niszczona jest przez to, że czuje się źle. I patrzę na te moje dzieci i męża – tak bardzo jest mi ich żal. Dzielnie znoszą to, co aktualnie się u nas dzieje.

To minie, ale w ich małych główkach wszystko zostanie.

Każdy mój krzyk, podniesiony ton, nerwowe zachowanie odbija się na nich. Widzę to, bo wcześniej zachowywali się inaczej. Nie kłócili się aż tak bardzo. Nie popychali, nie bronili swojego terenu. Inaczej ze mną rozmawiali i częściej potrzebowali tych rozmów ze mną. Nie było większych problemów w szkole i przedszkolu, a teraz dostałam pierwszą skargę – o brak skupienia w trakcie lekcji.

Być może to przypadek. Jednak nie wierzę w kumulację takich wydarzeń jednocześnie bez powodu. Wina jest po mojej stronie i doskonale wiem, co ostatnio się wydarzyło i nad czym muszę popracować.

Bo dzieci są cudowne. Uczą się od nas, ale też pokazują nam świat z innej perspektywy. My rodzice chcemy, by były posłuszne, grzeczne i idealne. A one są idealne – tylko my, dorośli jesteśmy po prostu… dorośli. Zwalamy na pracę, obowiązki i zmęczenie wszystko co jest złe. Nie widzimy błędów w sobie. Ja moje widzę i pomimo zmęczenia dzielnie walczę – bo nawet jeśli teraz nie widać efektów, one przyjdą. Zobaczysz je za 20 lat, gdy Twoje dziecko założy rodzinę – a wtedy będziesz dumna, że tak cudownie wychowałaś swoje dziecko.

Pamiętaj, że dzieci podświadomie traktują członków swojej „nowej” rodziny tak, jak były traktowane w dzieciństwie. 

Dzieci które dostały klapsa – będą prawdopodobnie je dawały swoim dzieciom, krzyk – rozwiążą krzykiem a poniżanie – będzie czymś tak naturalnym że przerzucą je na swoje potomstwo. (chociaż są takie przypadki jak my, które się wyłamują więc wiem że są wyjątki od reguły)

Pomimo to, ja nie chce ryzykować.
Chcę by byli szczęśliwi teraz i później.
Dlatego teraz tak bardzo cierpię, gdy moje zachowanie jest inne od tego oczekiwanego.

Blog - archiwum

Dzień dobry, urodziłam dziecko. Zapraszam do szpitala!

13 maja 2019

Dla niektórych osób z rodziny świeżo upieczonej mamy własnie taki napis widnieje na jej czole. Dokładnie na samym środku jej zmęczonej twarzy świeci ogromny napis „chodź, czekałam na Ciebie!”. Jest on tak bardzo wyraźny, rzucający się w oczy i zapraszający bezczelnie – że rodziny nie potrafią w żaden sposób odmówić świeżo upieczonej mamie. Pchają się więc do tej kobiety, wśród łóżek pięciu innych zmęczonych kobiet i oglądają tego dzieciaczka jakby był dziełem sztuki.

Jest tym dziełem – dla rodziców. 

Dla tej umęczonej mamy która chwilę wcześniej w ogromnych bólach wydawała go na świat i jedyne o czym marzy teraz to… sen. Odpoczynek i drzemka – to jest napisane nie na jej czole, ale w jej oczach. Nie chce nic innego, jak chwili spokoju. Musi dojść do siebie, zająć się swoim maluszkiem i uczyć się. Odkrywać co noworodkowi się podoba a co go irytuje. Musi poznać dziecko, a dziecko jedyne czego pragnie to dotyku mamy. Bo tylko ten dotyk, bicie serca i głos zna. Czuje się bezpiecznie.

Pomyśl o tym zanim zdecydujesz się kilka godzin po porodzie wparować na salę.

Miej w głowie myśl, że ta kobieta może nie mieć ochoty na Twoje odwiedziny, ale z grzeczności nie powie nic. Będzie siedziała cała obolała na tym łóżku i pięknie się uśmiechała. Cieszy się, że ma dziecko już po tej stronie brzucha. Że jest całe i zdrowe. Przyjmuje Cię w tej sali szpitalnej, chociaż wolałaby spędzić ten czas tylko z dzieckiem. Ona, dziecko i ojciec – to trio i nikt więcej ma prawo być ze sobą w tym czasie. Żadne inne osoby są tam kompletnie nie potrzebne.

Pomyśl o innych kobietach.

Przychodząc do swojego dziecka, do swojej synowej, wnuczki, bratanicy że obok jej łóżka leży jeszcze inna kobieta. Inna świeżo upieczona mama która kompletnie nie ma ochoty świecić golizną przed obcymi ludźmi. Ten, kto był już w takim miejscu wie jak to wygląda. Kobiety leżą tam bez majtek, wietrzą krocze i bieliznę zakładają tylko wtedy, gdy muszą wstać z łóżka. Wyobraź sobie teraz siebie leżącą nago od pasa w dół. W tym momencie wchodzi do sali 5 osób. Mama, tata, babcia, ciocia i siostra kobiety która leży w rogu sali… kompletnie ich nie znasz, a oni własnie patrzą na Ciebie i z wielkim uśmiechem mówią tylko „dzień dobry”. Idą do tej kobiety, która nie umiała powiedzieć im „nie, nie odwiedzajcie mnie w szpitalu, wyjdę do domu za 2-3 dni i wtedy się zobaczymy”, Była jedną z tych które nie chciały zrobić rodzinie przykrości.

Pamiętam swoje dwa porody…

Rodząc Antka byłam tą, która nie odmówiła. Odwiedzali mnie w szpitalu, a ja błagałam o to by już poszli. Bolało mnie wszystko, chciałam iść spać ale nie mogłam. Tam na szczęście nie zakłócałam innym kobietom odpoczynku. Widzenia odbywały się na ogólnodostępnej sali – nie można było wejść z rodziną do sali w której leżały inne pacjentki. Siedziałam więc na twardym krześle i dzielnie znosiłam całą wizytę. Każdą po kolei… bo nie była tylko jedna.

Z Blanką było lepiej. Wiedziałam już co chce, a czego nie – urodziłam w sobotę, a w poniedziałek wychodziłam do domu. Przez dwa dni nie odwiedził mnie nikt. Czy było mi smutno? Absolutnie nie! Odpoczęłam, nacieszyłam się dzieckiem – byłyśmy tylko we dwie. Skupiłam się na niej, a ona miała mamę dla siebie. Jednak obok mnie leżała kobieta która urodziła pierwsze dziecko – a dookoła niej stało ciągle pięć osób. Byłam zołzą, ale poza nią w tej sali byłam też ja i moje dziecko – grzecznie wypraszałam i prosiłam by wchodzili pojedynczo bądź był z nią tylko maż.

Kobieta która urodziła nie jest małpką w zoo.

Nie jest nią też dziecko. Wchodzą te osoby do szpitala i oglądają, komentują, dotykają.
A Ty dzielnie to znosisz bo nie wiesz jak odmówić.
Może nawet nie masz pojęcia że rodzina planuje taki zmasowany atak na Was.

Mój mąż już wie, jakie jest moje zdanie w tym temacie i obiecał mi, że dopilnuje bym razem z naszym synem miała te dni tylko dla siebie.
Moja rodzina także je zna i wie, że jeśli chcą zobaczyć wnuka, siostrzeńca, prawnuka… mogą to zrobić, ale jak już będziemy w domu.
Szpital to nie miejsce na schadzki rodzinne, to miejsce w którym dochodzi się do siebie.

Jeśli wszystko przebiega prawidłowo kobieta jest z dzieckiem w spitalu 2-5 dni.
To nie jest miesiąc, trzy miesiące ani pół roku. To nie jest nawet pełen tydzień.
Tyle czasu rodzina powinna wytrzymać by się z Tobą i dzieckiem zobaczyć.
Czekali 9 miesięcy, poczekają jeszcze dwa dni.

Blog - archiwum

Otwarcie sklepu internetowego dla blogera – czy niesie to za sobą duże koszty?

10 maja 2019

Ostatnio jest taki duży boom na rynku. Mam wrażenie że chyba wszyscy twórcy internetowi zbierają się do tego by wydać coś swojego. Prawda jest taka, że blogowanie to taki ciężki kawał chleba w którym bez rozwoju i lekkiego biegania za tym co robią inni – nie dasz rady. Musisz tworzyć coś nowego, szkolić się, pytać, bywać i aktywnie we wszystkim uczestniczyć. Inaczej przyćmi Cię konkurencja która jest teraz ogromna. 

Kiedyś osób które prowadziły blogi było mniej. Pamiętam swoje początki, były one bardzo dawno temu. Nie przypominam sobie by wtedy był taki wysyp. Teraz bloga może mieć każdy, ale nie każdy ma szanse na to by się przebić. Jest nas po prostu za dużo. Pomysł na siebie, ogrom czasu, konsekwencja w postępowaniu i wrażanie nowości. Musisz coś robić, by o Tobie mówili – taki zawód, szczere – ale prawdziwe.

Chyba że piszesz dla siebie i swojej rodziny. Typowy pamiętnik. Nie masz firmy, nie chcesz zarabiać, nie jest to Twoje źródło utrzymania. Ok!
Pisz wtedy i działaj jak do tej pory – takie miejsca mają swój urok!

My mamy już działalność gospodarczą więc musimy organizować działania tak, by nie musieć dokładać pieniędzy do tworzenia tego miejsca. Umówiliśmy się, że początkowo fajnie będzie wyjść na zero, później każdą złotówkę zarobioną inwestować w rozwój a dopiero później mieć z tego jakiś zysk. Blog, który jest teraz blogiem firmowym – ma swoje osobne konto w banku, na które wpływa wynagrodzenie, ale nie trafia do nas. Każda złotówka jest inwestowana w przyszłość tego miejsca. To tak jakbym pracowała teraz za darmo. Codziennie po 6-8 godzin przed komputerem klikam sobie za free, miło prawda?

Podjęliśmy taką a nie inną decyzję i musimy liczyć się z kosztami. 

Koszta są duże, ale cieszymy się że blog na chwilę obecną może sam na siebie zarobić i na wydanie tego pierwszego produktu. Mamy nadzieję że później będzie łatwiej, bo ostatecznie chcielibyśmy zatrzymać reklamę u nas na blogu i skupić się tylko na sprzedaży swoich pomysłów. Reklama tylko swoich produktów od dłuższego czasu siedziała w naszej głowie a wtedy pojawiło się światełko w tunelu.

Pojawił się pomysł na produkt. Później kolejny i kolejny. Mam już taką ilość materiałów że spokojnie po porodzie nie będę musiała myśleć o tym co dalej. Biznesplan jest rozpisany chyba do połowy 2020 roku. Mam nadzieję że do tego czasu wyjdę już z takiego niemowlęcego braku ogarniania rzeczywistości. „myśleć” będę musiała później, teraz jestem zabezpieczona pomysłami. Na brak kreatywności w ciąży zdecydowanie nie mogę narzekać.

Najgorsze są jednak te koszty.

Zaczynając od tego co obowiązkowe – ZUS-y, skarbówka (bo jesteśmy na VAT). U nas jest to koszt chyba 342,32 – VAT jeszcze nas nie dotyczy bo wszystko co zarobimy to wydajemy i wychodzimy na zero. Zacznie się później – a ja chyba zaczynam się bać.

Kasa fiskalna – z nią bywa różnie. Niektórzy nie muszą, inni wręcz przeciwnie. Ja mam zamiar sprzedawać produkty które tego wymagają. Koszt to około 1400 zł. Plus jest taki, że można starać się o zwrot 700 zł, plus będąc na VAT – możesz odliczyć sobie 23%.

Postawienie sklepu. U nas idzie dość łatwo – bo blog już stoi na swojej domenie i jakoś wygląda więc nie zaczynamy od zera. Mimo to, będzie kilka poprawek jak logo, dodanie kliku zakładek i usunięcie innych, podpięcie YT, zakładka newsletter, podpięcie programu do faktur (byś na email dostała fakturę do zamówienia – tak w ramach ekologii). Takie oczywiste rzeczy a koszt jest duży 1100-1300 zl w naszym przypadku.

Wspomniałam tez o newsletterze to koszt 61,50 na miesiąc, faktury 147,60 na pół roku, hosting 367,77 na rok w moim przypadku, domena 150 zł na rok.

Dalej sam produkt…

Jeśli postawiłaś na ubrania to musisz kupić materiał, ewentualnie nadrukować coś co stworzy grafik, musisz mieć metki i inne cuda. Plus każdy ciuch w kilku rozmiarach – niesie to za sobą spore koszty.

Możesz też wydawać książki – co nie jest wcale tańsze. Ilustrator jest bardzo drogi, dochodzi do tego korekta tekstu, skład i druk… To wszystko powoduje że niektórzy zniechęcają się na starcie.

Ja wydaję jako pierwszy planner. Musiałam zapłacić ilustratorowi za okładkę, kartki wewnątrz, skład – wyszło mnie to ponad 2 tysiące a gdzie druk? Szczerze Ci powiem że cena którą zaproponuję Ci za jedną sztukę jest niska – za jakość materiałów jakie używamy do tego wszystkiego. Zarobię na jednym produkcie uwaga – 5 zł! Szaleństwo prawda?

Łatwiej niby jest z ebookami – nie tracisz pieniędzy na produkt fizyczny, bo wysyłasz PDF na email klienta. Jednak tu musisz mieć moim zdaniem coś, co będzie miało fantastyczną treść by się udało. Bo dlaczego ktoś miałby kupić jakiś syf, którego sam fizycznie nie dotknie – chyba że sobie wydrukuje?

Na start naszego sklepu musiałam mieć…

Ponad 8600 zł! Policzyłam całość związaną ze sprzedażą też przyszłym produktów. Jednak by wydać ten pierwszy – nie mogłam podzielić wydatków na raty. Taki koszt musiałam ponieść by wydrukować to w niewielkiej ilości egzemplarzy bo na więcej mnie po prostu nie było stać. Sama nie wiem jak sprzeda się wszystko co stworzyłam, dlatego początkowe produkty będą działały na zasadach przedsprzedaży z ceną niższą o 10 zł (ja na tym stracę!) ale… przynajmniej nie zostanę z produktem. po dwóch tygodniach cena będzie wzrastała – a ja mam nadzieję, uzbieram coś na wydanie kolejnego produktu. Takie koło, które musi idealnie pracowac by to się udało.

A uda się!

Bo mam Ciebie. Mam świetną społeczność, bardzo podobną do mnie i wiem że jeśli ja coś pokochałam całym serduchem i jestem duma z tego – Ty też będziesz. Mogłam iść w produktach na ilość zapominając o jakości. By obniżyć cenę produkcji a co za tym idzie sprzedaży. Ale nie… ostatecznie podjęłam decyzję że skoro ja mam się pod tym podpisać – musi być idealnie! Będzie 10-15 zł na sztuce drożej – ale jakość będzie sztos! Jestem dumna z tego co wyszło spod moich skrzydeł – projekt pierwszej okładki już znasz. Środek to nadal lekka tajemnica!

Będzie w 4 wariantach 
1. Kołozeszyt dzienny
2. Kołozeszyt tygodniowy
3. Książkowy dzienny
4. Książkowy tygodniowy

Plus kilka pdf-ów do samodzielnego druku za grosze, jakby komuś tylko karteczki się zachciało a nie całego zeszytu!

Czekasz na więcej?

 

 

 

Blog - archiwum

Jak wygląda nasze menu w ciągu dnia? 5 przykładowych posiłków naszej rodziny.

9 maja 2019

Odkąd zaczęłam na Fcebooku wystawiać propozycje obiadów jakie są u nas – zaczęłam tez otrzymywać wiadomości o tym, co jemy na pozostałe posiłki w ciągu dnia i czy je też rozpisujemy. Odpowiedź nie jest jednoznaczna, bo gdy mam więcej czasu to planuje 4-5 posiłków dziennie dla naszej rodziny na cały tydzień. Jednak przez działalność która prowadzę teraz, doba skróciła mi się jeszcze bardziej i najczęściej po prostu są to spontaniczne posiłki.

Nie zmienia to faktu, że w obu przypadkach są do siebie bardzo podobne. Wychodząc na zakupy, poza standardową listą obiadową, mam kilka produktów które ZAWSZE są w naszej kuchni i lodówce. Są to między innymi jogurty naturalne, śmietany, sery, kukurydza konserwowa, kasze, ryże, makarony, sosy czy duża ilość warzyw – którą po prostu mrożę, gdy nie znajdują pomysłu w ciągu tygodnia.

Zawsze coś wymyślimy z tego co jest, byle tylko nie iść do sklepu.

U nas w domu chyba nikt nie lubi chodzić na zakupy do marketów. Wolimy to zrobić raz a porządnie – w jeden dzień tygodnia niż zjawiać się tam każdego dnia. Zdarzają się dni, gdy czegoś nam zabraknie bo albo nie zapisałam tego na liście, albo wpadli niezapowiedziani goście i zjedli zapasy na kolejny dzień a najczęstszą opcją jest po prostu zachcianka któregoś z domowników na coś czego akurat w domu nie ma. I tym wymyślaczem jestem najczęściej ja – ale mam Macieja w brzuchu i każdy mi wybacza. Jeszcze.

Podam Ci taki przykładowy jadłospis na cały dzień u nas w domu.
Nie będzie tu szaleństwa, nie będzie liczenia kcal, makro, mikro i czego tam jeszcze można się doliczyć. Nie umiem tego robić, więc jemy jak chcemy. Staram się zdrowo, ale z tym też bywa różnie. Ten jest nieprzesadzony, najzwyklejszy i kompletnie nie dostosowany do tego by pojawić się na blogu. Nie biegłam do sklepu po składniki – robiłam posiłki tak jak każdego dnia, z tego co znalazłam w lodówce.

Śniadanie:

Około 7:00

Najczęściej są to u nas kanapki bo robię je najszybciej. Kolorowe i wielkie. Takie lubimy najbardziej. Dla rodziców z kubkiem kawy, dla dzieci z kakao bądź herbatą – to akurat zależy od tego, czy rano mi się chce i czy mam czas. Tworzę dla każdego coś fajnego, a jednocześnie smaruje trzy więcej by chłopcy mieli do szkoły i pracy na drugie śniadanie. Nie bawię się od rana NIGDY w naleśniki, jakieś kaszki czy coś innego – wolę dłużej pospać.

II śniadanie:

Około 11:00

To jem już sama w domu. Blanka ma wykupione posiłki w przedszkolu i zjada tam śniadanie, obiad i podwieczorek. Antoni i Daniel wciągają uszykowane kanapki plus jakiś owoc – najczęściej gruszkę. Dla męża w porywach miłości zrobię czasem serek grani z cebulką w dodatkowej miseczce – jednak też nie co tydzień, raczej raz na 2-3 tygodnie. Dla mnie najlepszym drugim śniadaniem jest albo owoc z jogurtem, albo koktajl owocowy z mlekiem. Tak się nauczyłam i by nie objadać się za mocno w trakcie pracy serwuje sobie coś lekkiego.

Obiad: 

Około 15:00

Gdy odbieramy Blankę z przedszkola, jest  około 14:30. Dojście do domu i podgrzanie obiadu zajmuje chwilę. Pokazuję Ci to co mamy dziś, bo akurat wczoraj dzieci mnie o coś takiego poprosiły. Zupa jest od wczoraj – ogórkowa. A drugie danie to udo kurczaka z piekarnika w przyprawach (olej, sól, pieprz, papryka wędzona, majeranek, bazylia, oregano), surówka i kawałki ziemniaków z piekarnika. Prostota i obiad za 15 zł dla całej rodziny. Miało go nie być, ale zostało trochę z drożdżowego więc… do popicia kompocik z rabarbaru.

Podwieczorek:

około 17:30

Najczęściej jest nim coś słodkiego. Staram się do tej godziny nie podjadać słodyczy i własnie około 17 jestem już tak spragniona cukru że musimy wtedy coś zjeść. W większości przypadków tworzę szybki deser owocowy, jakąś sałatkę owocową czy piekę brownie. Dziś będzie placek drożdżowy bo dorwałam na straganiku rabarbar który kocham! Słabo wyszedł, bo za długo dałam mu wyrastać i owoce wpadły do środka a kruszonka wtopiła się w ciasto. Mimo to, jest pycha!

Kolacja:

Około 20:00

To już działka najczęściej Daniela. On lubi szaleć i nie rozumie pojęcia że na noc mamy się nie objadać! Dlatego wtedy najczęściej mamy jakieś qurrito, sałatkę z fetą i kiełbasę, tosty z ogromną ilością sera… takie męskie wymyślanie. Mi to średnio pasuje przez zgagę z którą walczę, ale dzieci są przeszczęśliwe że tatuś takie cuda tworzy jak wróci. Dziś było własnie gurrito które pokochaliśmy wszyscy od jakiegoś czasu. Jak robimy? Mięsko Dani podsmaża w sosie sweet chili, dodaje sól pieprz i słodką paprykę. Ja w tym czasie trę ser i układam na gotowych plackach tortilli (Które wcześniej zrobił mąż. Chyba z wody, mąki i masła – o ile mnie pamięć nie myli). Posypuje wszystko kukurydzą z puszki i układamy mięsko. Przykrywamy odrobiną sera i plackiem tortilli. Smażymy na patelni pod przykryciem chwilkę z obu stron. To jest takie dobre!!

Nie ma w tym nic skomplikowanego, najzwyklejsze jedzenie – prawie normalnej rodziny.

Czasem podczas wypisywania menu obiadowego na FB dostaję pytania – czy mój mąż naje się naleśnikami, bądź samą zupą. Pewnie że się nie naje, ale jak wie, że zaraz na kolacje zrobi qurrito, czy zje ogromny kawał kiełbasy to nic nie mówi. Obiad zjada około 16:30-17:00, zaraz później kawa i deser więc… ta chwila do kolacji przeleci szybko. Tym bardziej, że 19-19:30 to pora kąpieli dzieci, ogarniania mieszkania i ogólnie całego wieczornego poruszenia.

W okresie pyleń na brzozę i trawy (czyli plus minus teraz, bo brzoza przestała ale trawy nie ustępują) dostosowuje troszkę menu pod Antka i ograniczam alergeny krzyżowe. Odkryłam już na podstawie metody prób i błędów co mu szkodzi a co nie powoduje zaostrzenia kataru, kaszlu i zapalenia spojówek. Jakoś ogarniamy, chociaż do ideału nam wiele brakuje.

Jestem ciekawa jak jest u Ciebie.
Czy jecie podobnie?
Czy macie jakieś diety specjalne?
Czy staracie się jeść zdrowo?

Blog - archiwum

Mamo! Urodziłaś dziecko? Zamknij się z nim w domu!

6 maja 2019

Jakiś czas temu dostaliśmy zaproszenie na ślub znajomej. Ma się odbyć pod koniec sierpnia, co oznacza, że nasze najmłodsze dziecko w tamtym czasie będzie miało około trzech miesięcy. Pisząc o zabawie, usłyszałam słowa „wiem że będzie Wam ciężko się wyrwać z domu przy trójce dzieci, do tego z jednym tak malutkim”. Odpowiedziałam tak…

„Teraz przez 9 miesięcy odmawiałam sobie wszystkiego. Większych wyjść, alkoholu, szaleństwa. Po porodzie już nic mnie w domu nie zatrzyma”

A już na pewno nie będzie to fakt, że mamy trójkę dzieci. Wypadki losowe które zdarzają się każdemu, nawet nie rodzicowi są powodem by odwołać przyjście. Jednak jeśli zdrowie nam wszystkim dopisze – ja i mój mąż mamy zamiar dobrze bawić się na weselu. A w domu z babcią i dziadkiem zostawić trójkę dzieci. Bo możemy, bo chcemy, bo babcia sama zaproponowała opiekę już teraz.

Tak się złożyło, że wspomniane zaproszenie dostaliśmy z drugiej ręki.

Ciężko było nam się spotkać, bo praca-obowiązki-odległość i inne znaki nie pozwoliły na to. Dlatego zaproszenie przekazała nam osoba trzecia – co jako była już panna młoda akceptuję całą sobą, bo wiem jak czasochłonne było roznoszenie ich wszystkich. Wręczając nam je usłyszałam…

„W sierpniu? To chyba nie idziecie nie? Bo Maciek taki mały.”

Czy mając w domu maluszka rodzice, a zwłaszcza matka muszą zamykać się w mieszkaniu?
Nie mogą wychodzić do kina, na randkę, na wesele znajomych?
Czy ich świat zamyka się teraz w jednej osobie?

Fakt, logistycznie będzie nam troszkę trudniej. Mam zamiar karmić dziecko piersią, więc już spory okres czasu przed tym wydarzeniem będę musiała przygotować odpowiednie zapasy. Tym bardziej, że mam zamiar wypić coś dla dorosłych więc na drugi dzień też nie będę mogła nakarmić dziecka od razu. Dojazd i opiekę już mamy – babcia i dziadek staną na wysokości zadania opiekunek-szoferów. Co jest nam więcej do szczęścia potrzebne? Tylko zdrowie. Byle każdemu dopisało.

Dlaczego tak traktujemy młodych rodziców?

Jako męczenników którzy muszą zostać w domu, bo na świat przyszło ich dziecko? Dlaczego krytykujemy, wypominamy i krzywo patrzymy na osoby które nie zamknęły swojego świata i marzeń na dziecku? Nie mam wątpliwości, że dla każdego rodzica jego dziecko jest cudem i kocha je najbardziej na świecie. Ale poza byciem rodzicem, jest też człowiekiem. Po prostu. Jest kobietą która chce iść do kosmetyczki, na kawę ze znajomymi czy na zakupy. Jest mężczyzną który chce wyjść na trening czy do garażu coś pogrzebać przy swoim sprzęcie.

Każdy rodzic chce dla maluszka jak najlepiej.

Ale jeśli zamkniemy się w czterech ścianach, bez dostępu do innych ludzi i doświadczeń staniemy się nieszczęśliwi. Prędzej czy później dojdzie do tego, że tego nam zabraknie – ale po co to odwlekać? Czy coś się stanie maluszkowi jeśli zostanie na jeden wieczór, jedną noc z dziadkami? Czy coś się stanie dziecku i tatcie jeśli mama wyjdzie na pół dnia załatwiać swoje sprawy, albo odwrotnie… czy mama jest poszkodowana gdy tata po pracy jeszcze biegnie coś załatwić? NIE. To są normalne życiowe sytuacje.

Rodzice by byli szczęśliwi muszą pamiętać o tym, że są przede wszystko ludźmi. Takimi jakimi byli przed narodzinami maluszka. Teraz mają jeszcze pomnożoną swoją miłość i jedną osobę więcej do trosk. Jednak to wciąż kobieta i mężczyzna którzy potrzebują być sobą. Nie zmieniać się o 180 stopni w rodziców zamkniętych w swoim mieszkaniu. Szczęśliwi rodzice to szczęśliwe dzieci.

Wyjdźcie na randkę, na wesele znajomych, do pubu… bez dzieci. 
I im i Wam to wyjdzie na dobre!

 

Blog - archiwum

Mój strach przed cesarskim cięciem – dlaczego tak bardzo się go boję?

3 maja 2019

Pamiętam jak kiedyś na instagramie opowiadałam o tym, że mam dość spory problem z moim spojeniem łonowym w trakcie ciąży. O ile mnie pamięć nie myli, wspominałam o tym przed wizytą u ortopedy jak a później śpieszyłam się z wyjaśnieniami od razu po wszystkim. Mam masę dziewczyn które śledzą nasze losy, martwią się o nas i najzwyczajniej w świecie były ciekawe. 

Ten problem, dla niektórych może nim nie być – dla mnie był czymś, przez co miałam gęsią skórkę. Nie dlatego że przez cały dzień i całą noc boli Cie krok. Nie, nie dlatego. Jestem w stanie znieść wiele bólu każdego dnia, pomimo narzekań jak bardzo mi ciężko. Chodzi o to, że rozejście się spojenia łonowego jest powodem do tego by nie móc urodzić dziecka siłami natury. Niesie to za sobą szereg niebezpieczeństw dla kobiety.

Bałam się strasznie że tym razem spojenie będzie w gorszym stanie, bo ból był ogromny.

Pojechałam więc do ortopedy, by ustalić po prostu co dalej. Jest źle, a może jakimś cudem uda nam się? Nie chodziło wcale o moje krocze. Chodziło o strach jaki powoduje u mnie sama myśl o cesarskim cięciu. Nigdy nie umiałam wyjaśnić dlaczego tak bardzo się tego boję. Po prostu mówiłam – urodzę naturalnie, cesarka nie wchodzi w grę. A gdy otrzymywałam pytanie zwrotne : dlaczego? Nie umiałam odpowiedzieć. Było krótkie – bo nie, urodzę naturalnie.

Teraz już wiem dlaczego. 
Po prostu się boje.

Boję się tej operacji jak żadnej innej. Nie podchodziłam z takim strachem do operacji piersi w której był guz. Nie panikowałam gdy operowane miałam obie stopy i nie mogłam chodzić przez pół roku (nawet nauczyciele odwiedzali mnie w domu, sama nie mogłam zrobić zupełnie NIC). Nie denerwowałam się gdy rodziłam naturalnie dwójkę dzieci, co też w jakimś stopniu jest niebezpieczne dla matki i dziecka. Nic nie paraliżuje mnie tak, jak sama myśl przed cesarskim cięciem.

Mam już kilka powodów dla których tak jest, moim zdaniem są zupełnie uzasadnione i logiczne. Zdania prawdopodobnie nigdy nie zmienię. Chociaż nie przeżyłam na własnej skórze tej operacji wiem, że coś co w moim przypadku będzie wykonane w ostateczności. Nie zgodzę się z błahego powodu na to. Dla mnie błahym powodem jest strach przed bólem podczas porodu naturalnego czy chęć oszczędzenia pochwy przez rodzące się dziecko.

Panicznie boję się skomplikowanych operacji.

Czy oglądałaś kiedyś jakiś dokument pokazujący jak wygląda ta operacja? To nie jest usunięcie kurzajki czy inna drobnostka. Doskonale rozumiem że poród naturalny te niesie za sobą pewne ryzyko, jednak natura to natura i nic nie będzie od niej lepsze. Podczas operacji zbyt wiele lekarze muszą interweniować w moim ciele a na to już się nie godzę. Boje się oddać w kogokolwiek ręce, najbardziej ufam sobie – o ile w ogóle ufam.

Nie dam sobie wbić wenflonu.

Możesz wierzyć mi lub nie, ale w moim planie porodu mam wyraźnie napisane że wenflon mają mi wbić tylko gdy zajdzie wyraźna konieczność. Gdy miałam operowaną pierś i musiałam dać go sobie założyć – musiałam dostać „głupiego jasia”. Na trzeźwo nie byłam w stanie poddać się tej zwykłej czynności szpitalnej. Niby nic takiego, ale podczas operacji jaką jest CC – wenflon to konieczność.

Teraz odnośnie tego zaufania…

Rodząc dziecko siłami natury też jesteś pod opieką lekarzy u położnych – wiadomo. Rodząc dziecko w szpitalu, możesz liczyć na pomoc wykwalifikowanego personelu. Ja staram się ufać im, jednak nie wiem co bym zrobiła jeśli doszłoby do porodu CC. Jeśli zajdzie taka konieczność, nie odmówię – jednak gdy mam świadomy wybór, zaznaczyłam w planie porodu wyraźnie że operację mają mi wykonać tylko w razie zagrożenia życia mojego bądź mojego dziecka. Ustaliłam z mężem plan działania i tylko on (bo ja nie będę pewnie w stanie) może decydować o tym co się ze mną i bobasem będzie działo.

Boję się bólu.

Chociaż ten argument jest słabszy niż pierwszy – jednak nadal dość dobry. Widziałam siebie i inne kobiety rodzące dzieci siłami natury. Mogłyśmy zająć się swoimi dziećmi od razu, poszłyśmy do WC, pod prysznic. Te biedne Panie po operacji czekały aż położna nie przyjdzie i ich nie podniesie. Później sykanie, piszczenie, łzy, pot podczas wstawania. Bo pomimo tego że przed chwilą rozcinali Ci cały brzuch Ty musisz wstać i iść. Nie podniesiesz dziecka, bo boli. Dziecko płacze bo głodne, bo siku, bo chce się przytulić – a ty płaczesz z nim, z bólu i z bezsilności. W sali poporodowej miałam pod opieką Blankę ale też dziecko koleżanki z sali – pomagałam jej podnosić dziecko, wstawać… ona tylko czekała na przyjazd męża. Sama nie mogła nic. Dochodzenie do siebie po CC jest dłuższe i trudniejsze.

Odnośnie bólu jeszcze jedno słowo.

Cewnik – niektórych boli a innych nie. Wyciąganie mojego po operacji piersi bolało jak diabli. Podziękuję za powtórkę.

Chcę by był przy mnie mąż.

W teorii niby ma juz prawo być ze mną podczas operacji – jednak wiadomo jak wygląda praktyka. Jedna zła osoba której wszystko nie pasuje tego dnia i zostaje sama. Nie chcę rodzić kolejny raz dziecka sama, tym bardziej że mam męża który bardzo chce być podczas tego wydarzenia z nami. Nie wyobraża sobie czekać pod drzwiami sali i zobaczyć nas po wszystkim. Chcemy być świadomi i wspólnymi siłami wydać na świat Maćka – a to uda się tylko podczas porodu naturalnego.

Wiem, że jeśli zajdzie taka konieczność zgodzę się na wszystko by moje dziecko było zdrowe. Jednak dopóki mam wybór to chcę rodzić naturalnie, bo nic nie przeraża mnie bardziej niż poród przez cesarskie cięcie. 

 

Blog - archiwum

Wpis gościnny. Wasze historie – „Mamy dziecko w niebie”. Część trzecia.

2 maja 2019

Czy w świecie instagramu i facebooka widzimy ból i łzy? Otóż nie, boimy się mówić o tym co nas spotyka w codziennym życiu.Opowiem wam co wydarzyło się w moim życiu, czytajcie do końca, mimo że mogą się polać łzy..

Mam wspaniałego narzeczonego, nasza miłość jest od pierwszego wejrzenia, uśmiech na twarzy każdego dnia również tego dnia 21 maja 2018 roku kiedy dowiedzieliśmy się iż jestem w ciąży, to nasza pierwsza ciąża – będziemy rodzicami.

Piękna wiadomość, ciąże z początku znosiłam bardzo dobrze lecz do czasu kiedy wybił 9tc i zaczęły się wymioty kilka razy dziennie. Dzielnie znosiłam każdy dzień wiedząc ze we mnie rozwija się nowe życie (myśli chlopiec a może dziewczyna). Mijały tygodnie wybił 12tc kiedy ryzyko poronienia już się zmniejsza, radość że moje złe samopoczucie mija do tego stopnia że mogę sama jechać do lekarza czy wyjść do piekarni po bułki. Chwile szczęścia nie trwały długo 13tc nagły krwotok- od razu łzy smutek bol że to już koniec… Szpital… Okazało się ze z dzieckiem wszystko dobrze aczkolwiek powstał krwiak podkosmówkowy i trzeba prowadzić oszczędny tryb życia na tabletkach podtrzymujących ciąże. Od tego momentu każdego dnia walczyłam o swoje dziecko o ty by nie dźwigać, nie chodzić bo krwiak jest bardzo duży. Udało się w 16tc krwiak wchłonął się i mogę zapomnieć o krwiaku ciąży nic nie zagraża, umówieni na kolejne wizyty. Dziecko dobrze się rozwija. W 18tc umówieni na badania połówkowe które były w 22tc. Wszystko dobrze się rozwija wszystko idealnie spasowane, wszystko na miejscu będzie DZIEWCZYNKA. Radość nie z tej ziemi. Mała codziennie ruszała się jakby tańczyła, szalała wieczorami po pysznej kolacji. Imie wybrane.

Któregoś dnia w 23tc tak po prostu przestałam czuć moje dziecko…

…nie było szaleństw tylko cisza… Ta cisza zmieniła caly nasz świat… Szpital… brak tętna, serduszko nie bije… Nasza córka umarła we mnie… Szpital jak to było, sala jedno osobowa, narzeczony dzień i noc przy mnie nikt nie miał odwagi spojrzeć nam w oczy a tym bardziej nikt nie chciał z personelu go wyrzucać.

4.10.2018 zrodziłam nasza corke na świat – Nadia.

Była malutka, śliczna ważyła 500gram. To było moje najcięższe 500 gram jakie trzymałam w ramionach, tuliliśmy ją co sił i mieliśmy chwile by ja przywitać a zarazem pożegnać. Nigdy nie zapomnę tej chwili kiedy trzymałam ja na rekach ten pierwszy i ostatni raz – nie ma nic piękniejszego niż ten moment. Nigdy nie zapomnę jej zapachu, malutkich a zarazem dużych jak u tatusia usteczek, noska po mamusia i czarnych maleńkich włosków. To była jedyna chwila kiedy mogłismy przytulić nasza córeczke, teraz wiem jakie to piękne uczucie i co może czuć matka tuląc swoje dziecko. Pochowaliśmy Nadie, złożyliśmy jej miliony kwiatków na grobie, miliony zniczy i aniołków oraz MISIA bo każde dziecko ma swojego misia.

Nie ma dnia bym nie myślała, nie tęskniła i nie płakała.

Pewnie zastanawiasz się jak żyje i jak wygląda osierocona mama. A więc jej oczy błyszczą uśmiechają się do innych ale w głębi ukryte są jej ciężkie łzy, jej gniew i widać w nich jak serce pęka jak stara się uczyć żyć z ranami. Jestem taka sama mama jak Ty, tylko ja mam dziecko w niebie Ty na ziemi. Nie czuje się inna i nie bierz mnie za taka. Dopiero gdy zostałam mama aniołka zobaczyłam jak dużo moich znajomych jest właśnie taka mama jaka ja jestem tylko o tym nie mówi – nie każdy ma siłe. Nie ważne na jakim etapie stracilismy swoje dziecko czy było to w trakcie ciązy napoczatku środku czy na końcu, ale też wiele mam traci swoje dziecko kiedy ma rok 5 lat czy 30 lat. Strata dziecka jest najgłębsza rana w sercu.

Nigdy nie odsuwaj się od rodziców którzy stracili dziecko.

Jeżeli kiedykolwiek będziasz miał doczynienia z rodzicami po stracie nie mów że „będzie dobrze” „będziecie mieli jeszcze gromadke dzieci” skad możesz to wiedzieć? Tylko On tam do góry wie, okaż im trochę serca, oni właśnie stracili nadzieje na lepsze jutro, stracili radość z życia bo stracili upragnione dziecko. Nie pytaj, sami powiedzą. Daj im czas na wypłakanie się na cisze. Pamiętajcie nie oceniajcie ich a okażcie im swoje serce i pomoc. Ja dziękuję każdemu kto w tamtym momencie stanąl nam na drodze kto wspierał słowami i czynami kto płakał z nami i kto po prostu był. Każde wsparcie jest potrzebne nie bój się zaoferować pomocy. Dziś jestem dumna z tego ze to ja mam dziecko w niebie.

Ludzie marzą o aniołach my mieliśmy szczęście trzymać jednego w ramionach.

Dzieli nas tylko czas.

Blog - archiwum

Najprostszy deser w słoiku – bez pieczenia.

29 kwietnia 2019

Do perfekcyjnej Pani domu mi bardzo daleko. Nie wycieram kurzy, nie używam mokrej ściery do podłogi każdego dnia. Nasze posiłki nie są każdego dnia pełnowartościowe – chociaż się staram. Nie umiem i w sumie nie chcę być w tym wszystkim dobra. Nie czuję potrzeby, by w kazdej płaszczyźnie być bohaterem domu. 

Jednak jest coś, w czym jestem najlepsza!

Moja rodzina wie, że gdy wychodzę do sklepu – po moim powrocie do domu nie znajdą w torbach zakupowych masy słodyczy. Będzie dużo owoców, warzyw i… ewentualnie jedyną słodkością jest jogurt z owocem, jednak tez nie zawsze. Dlatego jeśli nachodzi nas ochota na coś do popołudniowej kawy czy herbaty muszę wykazać się swoją kreatywnością i stworzyć coś na szybko.

Ten deser który widzisz teraz jest banalny!

Jest tak prosty, jak żaden inny. Jest przepyszny, sycący i zaspokoi dziecięce (i nie tylko!) brzuszki na jakąś słodycz. Ja mam czyste sumienie, że nie podałam tony cukru. A rodzina jest szczęśliwa, że mama kolejny raz dała radę! Jest tak uniwersalny, że można go dowolni modyfikować. Jaki owoc masz w domu, taki podajesz – nie musisz koniecznie użyć tego co ja.

Co potrzebujemy?

Twaróg sernikowy (ok 250 g)
1/2 szklanki śmietany 18%
cukier waniliowy
2 łyżki soku z cytryny
2 łyżeczki cukru
Owoce – u mnie truskawki

Owoce blendujemy na jednolitą masę. Ubijamy śmietanę z cukrem waniliowym. Mieszamy masę serową z sokiem z cytryny a później delikatnie dodajemy śmietanę. W szklance, słoiku czy misce układamy trochę ciastek, ser, owoce. I tak na zmianę do momentu aż nie skończą się składniki. Można udekorować deser kawałkami owoców. Wszystko znika w mgnieniu oka!

SMACZNEGO!

Blog - archiwum

Pamiętnik ciężarówki – 35 tydzień ciąży.

26 kwietnia 2019

Kolejna wizyta za nami, a do rozwiązania i pierwszych chwil z Maciejem – coraz mniej czasu. Każdego dnia myślę o zbliżającym się porodzie i tym co mnie-nas czeka. Pierwszy raz nie będę sama. Będzie ze mną na sali porodowej mój mąż, jednak strach przed tym wszystkim jest ogromy. Wiem co mnie czeka, zdaję sobie sprawę z tego, że będzie bolało. O bólu zapomnę, jednak nie ma możliwości by go ominąć. Boje się nie tylko bólu, zaczynam panikować na samą myśl że coś mogłoby pójść nie tak. 

Tak jak wspominałam, tym razem będzie ze mną ktoś bliski. Bardzo dużo rozmawiamy o tym co nas czeka. Prześwietliliśmy wszystkie scenariusze – nawet te najbardziej drastyczne i podjęliśmy już decyzje odnośnie każdego możliwego powikłania. Daniel wie co ma robić – ufam mu. Pomimo wszystko poród to coś, co wiąże się z ogromnym niebezpieczeństwem dla mnie i dziecka – nie jest to wyciągnięcie drzazgi z palca.

Ta myśl krąży za mną od niedawna. Jest na tapecie aktualnie i zasługuje na temat numer jeden. Poród – i strach z nim związany.
Pierwsza ciąża była łatwiejsza – bo nie wiedziałam tyle ile wiem teraz, bo nie znałam bólu, bo czekałam na nieznane.
Teraz wiem więcej – i po prostu się boje.

Na szczęście z naszym synem jest wszystko dobrze!

Tak, nadal mamy syna! Jak zaczęłam mówić o tym, że coś się wydarzyło, co jest CUDEM – dostałam setki wiadomości o tym, czy aby na pewno w naszym życiu pojawi się mały chłopczyk. Słyszałam o przypadkach narodzin dziecka innej płci niż widać było na USG, jednak u nas od początku do końca dwóch lekarzy potwierdza syna. Będzie Maciej.

Badanie tym razem trwało prawie 40 minut. Mieliśmy sprawdzane wszystkie przepływy dziecka i moje. Dokładnie prześwietlona została jego główka, brzuszek, serduszko i moja macica z pępowiną. Każdy pomiar jest w normie a nasze dziecko jest zdrowe. To zdecydowanie najpiękniejsze słowa jakie mogą usłyszeć rodzice podczas wizyty u lekarza.

Maciek waży już 2450 gram!
A mama ma na plusie UWAGA – 12 kg! 

W tej ciąży pobijam rekordy. Z taką wagą poprzednie dzieci już rodziłam 🙂

Chłopak na poprzedniej wizycie, która była dwa tygodnie temu miał 1730 g więc… w pół miesiąca przytył ponad 700 g! Co daje nam już odetchnąć, bo nasz syn ma ponad dwa kilogramy i jeśli coś by się wydarzyło złego – jemu z każdym dniem będzie łatwiej na tym świecie. Niech rośnie – na zdrowie.

Jednak post miał być jeszcze o czymś…

Od 29 tygodnia ciąży miałam zagrożenie przedwczesnym porodem. Musiałam odpoczywać, nie nosić, nie dźwigać, nie dotykać brzucha (głaskanie), zero zbliżeń z mężem i ogólnie miałam bardzo, bardzo o siebie dbać. Brałam ogrom leków każdego dnia, co nie pomagało. Szyjki mojej prawie już nie było. Skrócona była na tyle, że brałam dwa razy dziennie luteinę 100 mg plus rano jeszcze pod język, magnez 3 razy dziennie i no spę – ZAWSZE.

A teraz? Doskonale wiesz, że starałam się oszczędzać, jednak przy dwójce małych dzieci i firmie – nie mogłam nie robić nic. Często robiłam za dużo, ale wieczorem ból brzucha przypominał mi o tym, co mówił lekarz. Nie chodziłam po Blankę do przedszkola, tylko odpalałam auto. Nie robiłam zakupów, nie odkurzałam a tym bardziej nie myłam podłóg. Pracowałam tylko z łóżka a jedyną moją czynnością w ciągu dnia było zrobienie obiadu.

I co? I szyjka nagle ma prawie 4 cm!

Nasza Pani ginekolog była „zła” o tą skracającą się szyjkę. Jednak wczoraj, gdy zobaczyła wyniki zebrało jej się na żarty i słowa „no, to jeszcze Maćka przenosimy Pani Basiu jak tak dalej będzie!”. Słyszałam o przypadkach że szyjka „rośnie”. Ale aż tak dużo w dwa tygodnie? Akurat w naszym przypadku, gdzie jeszcze było jej pęknięcie podczas poprzedniego porodu… to CUD!

Fajnie jest wstać z łóżka. 
Odkurzyć mieszkanie.
Wyjść do sklepu.

Kolejna wizyta 15 maja. Wtedy, gdy wszystko będzie ok,
to odstawiamy WSZYSTKIE leki i czekamy…
Po cichu liczę że to będzie ostatnia wizyta!

Nasz Instagram