Śledź nas na:
All Posts By

pierwsze-kroki

Blog - archiwum

Dzielimy salon na dwa mniejsze pokoje dla dzieci – efekt końcowy! Dla nas efekt WOW!

24 kwietnia 2019

Ten wpis jest czymś, na co czekałaś z niecierpliwością! Byłaś gdy rodził się pierwszy pomysł. Z ciekawością oglądałaś postępy prac, które trwały od połowy stycznia do połowy marca. Czas remontu był długi, jednak takie są uroki pracy dla siebie. Każdego dnia mój mąż z moim tatą walczyli od godziny 17 do 21 by ujrzeć światełko w tunelu. Weekendy były bardziej łaskawe, można było nadgonić wszystko, bo do dyspozycji był brat Daniela i… cała doba! 

Było ciężko.

Ucierpiało na tym zdrowie chyba wszystkich. Zmęczenie, frustracja i jeszcze raz zmęczenie dały nam wszystkim w kość. U mnie dodatkowo spowodował lekkie problemy z ciążą – zaczynając od jelit, które wdychając pył pokazały co to znaczy jelitówka. Kończąc na skracającej się szyjce spowodowanej zbyt aktywnym trybem życia.

Na szczęście remont uznajemy za zakończony i relaksujemy się w naszym starym-nowym mieszkaniu. Naprawdę, jeśli ktokolwiek widział na żywo nasze mieszkanie – wchodząc do niego teraz, nie będzie w stanie go poznać. Efekt jaki uzyskaliśmy jest naprawdę fajny.

Salon wyglądał tak:

Nasz salon miał ok 24 m2

Nie był to mały pokój, tym bardziej że mieszkanie mamy w bloku. Nie jest to dom jednorodzinny, bliźniak czy jakaś stara kamienica w której tez często pomieszczenia są większe. Pamiętam że od zawsze mówiłam że kosztem maleńkich sypialni w domu – zależy mi na dużym salonie, który przecież jest jednym z ważniejszych pomieszczeń. To tu toczy się życie rodzinne.

Człowiek zmienia swoje priorytety gdy pojawiają się dzieci i ich prywatność. Dlatego kosztem salonu, mamy teraz dwa pokoje dziecięce. A pomieszczenie które kiedyś było naszą sypialnią, stało się salonem. Sama zobacz w TYM wpisie. W dalszym etapie remontowym – Maciek dostanie naszą sypialnie a my przeniesiemy się do salonu. Chociaż po cichu liczę na to, że uda się wybudować dom, by tego uniknąć.

Teraz dzieci mają swój kąt.

Miały go wcześniej, jednak dzielili go między sobą. W niektórych domach to jest coś zupełnie normalnego. Ja tak dzieliłam pokój z siostrą, a mój mąż z bratem – gdy nie ma innych możliwości, cieszymy się z tego co mamy. U nas była jakaś nadzieja na zmiany własnie przez ten salon. Po całym remoncie uzyskaliśmy coś bardzo fajnego, ale najlepiej zobaczyć to na zdjęciach.

Przez podział go uzyskaliśmy dwa dość przestronne pokoiki. Nie są to gigantyczne przestrzenie, jednak moim zdaniem na potrzeby dzieci są wystarczające. Mniejszy, należy do Antka i ma około 10 m2. Podczas podziału stawałam na środku pokoiku i zastanawiałam się – po co my to robimy? Jak on w tej klitce da radę funkcjonować?

A okazało się że wyszedł z tego naprawdę fajny i przestronny pokoik. 

Większy natomiast, ma około 12 m2 i należy do Blanki. Uznaliśmy że dziewczyna, jak to dziewczyna – w przyszłości może potrzebować tego miejsca troszkę więcej. Chociaż patrząc teraz na stan tych pomieszczeń widzę, że Antoni lepiej zadbałby o porządek. Blanka nie ogarnia tego wcale. Teraz widzimy kto dbał o ich wspólny pokój wcześniej.

W pokoju dziewczynki planujemy jeszcze kilka zmian. Przede wszystkim tych, o których marzy sama właścicielka. Jak każda mała księżniczka chciałaby nowe łóżko – ale nie byle jakie… Szaleństwo nie ominęło naszej córki i dziecięce łóżko domek będzie musiało być też w naszym mieszkaniu. Może marzenia spełnimy w dzień jej urodzin? Nie ukrywam że aktualnie dość mocno nadszarpnęłoby to nasz budżet dlatego szukaliśmy fajnych jakościowo rozwiązań za dobre pieniądze. A szukając kolejny raz trafiliśmy do Edinos.pl bo własnie te dwa warunki są tu spełnione. Ale zdradzę Ci że na samym końcu tego wpisu – dostaniesz coś fajnego!

Mają gdzie spać i odrabiać zadania domowe. Każdy z nich w swoim pokoju ma też pojemną szafę, komodę na sześć szuflad i regał. Nie potrzebują nic więcej, a nawet pokusiłabym się o stwierdzenie że „schowków” w każdym pokoju jest za dużo. Mają kilka szuflad zupełnie pustych. Chociaż – pewnie do czasu.

Nie ukrywam, że działaliśmy od początku samodzielnie z ważnego powodu.

Ze względu na koszty, nie zdecydowaliśmy się na ekipę wykończeniową. Nie mieliśmy dużej sumy odłożonej na ten remont – chcieliśmy to zrobić w miarę tanio. Wiedzieliśmy że czeka nas jeszcze cała masa innych wydatków – dlatego w pierwszej kolejności wybierając cokolwiek kierowaliśmy się ceną. Największym „problemem” okazały się meble, o których wcześniej troszkę zapomniałam w naszym kosztorysie. Umeblować dwa pokoje dla dzieci, to spory wydatek. Szukałam długo czegoś co będzie funkcjonalne, nie znudzi nam się po roku, bo dziecku przestanie podobać się dany kolor. Szukałam, szukałam i znalazłam!

Wydaje mi się że MEBLE  które wybrałam będą z nami długi czas. Są minimalistyczne, pasują zarówno do pokoju dziecięcego, jak i pokoju nastolatka. A ich cena mnie nie powaliła na kolana. Za dwa biurka, dwie komody i dwie szafy zapłaciliśmy 1500 zł! A dodatkowo skorzystaliśmy z możliwości rat 0% i zmieściłam się w budżecie który miałam na tamten dzień!

My jesteśmy zachwyceni!

Teraz dzieci wybierają sobie dodatki, by pięknie ozdobić każdy pokoik. Moim zdaniem dywany robią tu robotę. My nie mamy prawa głosu, te decyzje należą tylko do nich. Dlatego mamy w jednym pokoju bardzo różowo, a w drugim… czarno. Komentarzy było wiele, jednak są to pomieszczenia dzieci – dlatego oni sami dobierali w nich wszystko. Może dlatego tak chętnie teraz w nich przebywają?

My jesteśmy zachwyceni. Dla nas efekt jest WOW!
A Ty co myślisz o efekcie końcowym?

 

A na sam koniec mam dla Ciebie niespodziankę!
Dla pierwszych 20 osób z kodem : 73ccaedi otrzymujesz 15 zł rabatu na zakupy!

 

 

 

 

Blog - archiwum

Profilaktyka zachorowań w naszym kraju to kpina – płać, albo cierp.

19 kwietnia 2019

To co spotkało nas ostatnio w przychodni, zasługuje na osobny wpis na blogu. Nie pisałam o tym wcześniej, chciałam ochłonąć, zebrać myśli i jakoś to podsumować. Szukałam informacji, zbierałam opinie innych ludzi a także słuchałam jakie oni mieli doświadczenia w tym temacie. Najgorzej bym na tym wyszła, gdybym napisała ten tekst na świeżo. Tak od razu, bez zastanowienia i targana emocjami. Nie dość że tymi negatywnymi prosto po wyjściu  gabinetu, ale też tymi ciążowymi. Uwierz że to byłaby mieszanka wybuchowa. Chciałam na spokojnie, dlatego opisuję wszystko dwa tygodnie później.

Zacznijmy jednak od początku…

Antoni kiedyś trenował w akademii reissa piłkę nożną. Chodziliśmy na treningi pół roku, bardzo podobała mu się gra na orliku, jednak okres zimowy i  ćwiczenia na hali sportowej już nie bardzo. Zrezygnowaliśmy, nie namawialiśmy i zaakceptowaliśmy decyzję dziecka. Od dwóch czy trzech miesięcy chęci do uprawiania sportu powróciły i młody znów jest zawodnikiem. Tym razem jako uczeń szkoły podstawowej, zapisany jest do uczniowskiego klubu sportowego – gdzie są nieco inne zasady.

Niedawno otrzymaliśmy od trenera informację o badaniach lekarskich.

Cała drużyna, jednym autokarem miała jechać do lekarza sportowego, by ocenił ich zdolność do wykonywania ćwiczeń. Bardzo rozsądne podejście – jednak jeszcze wtedy nie wiedziałam jak dużo nerwów mi to zepsuje. Okazało się bowiem, że każde dziecko ma mieć ze sobą;

-skierowanie na badanie
-kwestionariusz osobowy
-jakąś kwotę na autokar
-wyniki krwi, moczu i cukru

Szczęśliwa, pełna nadziei i chęci wybrałam się z dzieckiem do przychodni. Ba! Byłam taka mądra że zabrałam też córkę, bo wychodziłam z założenia – jak jeden ma badania krwi, to zrobię też drugiemu – a co! Raz w roku, niech mają przegląd. Płacę z mężem podatki, do lekarza nie chodzimy codziennie – należy nam się takie badanie krwi raz w roku.

A tu ściana…

Lekarz dał skierowanie na badanie u lekarza sportowego ale na krew już nie. Dlaczego? Bo to skierowanie ma dać tamten lekarz. O!

Moje tłumaczenia, że tamten lekarz chce mieć te wyniki jak dzieci przyjadą. Jak to ma się odbywać? Przyjeżdża 50 dzieci, pobierają każdemu krew i mocz. Wysyłają do analizy i co? Mają tam czekać cały dzień na wyniki, by później wejść do gabinetu? To logiczne że te wyniki mają już być razem z nimi. I co usłyszałam?

„A widzi Pani, dlaczego ja mam dawać Pani skierowanie, skoro tamten lekarz powinien? Ja mam płacić, a on sobie tylko wynik weźmie”

„Nie proszę pana! To ja płacę, nie Pan. To moje podatki, nie Pana. To moje zdrowotne, nie Pana”

A profilaktycznie raz w roku mi się nic nie należy. Jak dziecko zachoruje – mam przyjść, będą leczyć. Ale jak zdrowe, mam iść do domu.

Skierowania nie dostałam. Przez hormony ciążowe prawie rozpłakałam się w gabinecie i nie pomyślałam o tym, by poprosić o pisemną odmowę. Nie chciałam tam wracać i się kłócić, ale niesmak pozostał i do tego lekarza moje dzieci już nie pójdą. Co zrobiłam? Zapłaciłam za badanie, dałam się oszukać.

W domu na spokojnie sprawdziłam czy faktycznie nic mi się nie należy. Zwykłe badanie krwi i moczu które prywatnie zrobię za 22 zł raz do roku mi się nie należy? Właśnie nie. Płać składki – bo pracując musisz to robić. Ba! My z mężem teraz płacimy trzy razy odkąd mamy firmę. Jednak nadal nie należy się nikomu w kraju badanie krwi i moczu raz w roku.

Nie ma profilaktyki.

Mówią o niej często. Na reklamy w TV mają pieniądze wszyscy. Szkoda tylko, że w ani jednym artykule ani reklamie nikt nie wspomina o tym, że profilaktykę musisz opłacić sobie sam. Państwo nie da Ci 22 zł. Twoich 22 zł, które co miesiąc oddajesz. Na co to idzie? Nie wiem. Na pewno nie na Twoją profilaktykę. Leczyć Cię mogą, mógł się by  jeszcze trafili dobrze z czasem, bo niektórzy szczęścia nie mają i chorobę wykrywa się zbyt późno. Przez to, że Tobie się nie należy nic, co w teorii jest Twoje.

Jest jeszcze jedna opcja.

Możesz się upić i przewrócić. Karetka weźmie Cie do szpitala i wykona tomografię, badania i da Ci jeść przez trzy dni. Ale dziecka nie upiję, sama też nie mogę teraz, a mojemu mężowi byłby wstyd leżeć w rowie pod wpływem %. Jak jesteś zdrowa, ale boli Cię głowa – poczekasz na tomograf pewnie trzy lata, Ci co mają więcej szczęścia może mniej. Pan pod sklepem, tego samego dnia – niech tylko się przewróci.

Dobrze że mnie stać na to, by zapłacić 22 zł na osobę.

Jednak Kowalska po opłaceniu rachunków nie ma tyle pieniędzy. Kowalska czeka na sygnały chorobowe i dopiero wtedy idzie do lekarza, bo zrobią jej wyniki za darmo. Tylko to „wtedy” to jest za późno. I boli mnie to strasznie. Taki brak szacunku, zrozumienia i sprawiedliwości.

Też spotkałaś się z taką sytuacją u lekarza?

Blog - archiwum

Tylko z tą ściągą na pewno się uda! 7 zasad udanego makijażu permanentnego.

17 kwietnia 2019

Rosnąca popularność makijażu permanentnego w ciągu ostatnich kilku lat podyktowana jest potrzebą komfortu Klientek. Rynek branży beauty prześciga się w ofertach skierowanych do Kobiet. Bo która z nas nie marzy o symetrycznych brwiach, soczystych ustach czy eyelinerze, który nie zawiedzie nas w chwilach wzruszenia? Jak wybrać linergistkę lub linergistę, który stworzy na Twojej twarzy delikatny i naturalny makijaż?

Mam dla Ciebie siedem zasad, dzięki którym Twój makijaż permanentny będzie perfekcyjny!

Zasada 1 – NOWOCZESNA TECHNIKA PIGMENTACJI

Panująca do pewnego czasu moda na przerysowane, ciężkie makijaże nie jest już HOT. Tatuażowe brwi czy usta oznaczają słaby rozwój kwalifikacji linergisty, brak inwestowania w nowoczesny sprzęt, szkolenia oraz praca na niskiej jakości pigmentach, które mogą powodować przebarwienia np. w kolor niebieski.

Nowe technologie branży PMU pozwalają uzyskać naturalny makijaż permanentny. Nowoczesny makijaż to taki, który nie pozostawi na Twojej skórze niepożądanych plam do końca życia. Jego trwałość to maksymalnie 2 lata. Jest lekki i dyskretny. Ważne jest abyś zawsze czuła się w nim komfortowo i naturalnie.

Klientki, często za minus nowoczesnych technik określają niższą trwałość makijażu. Uważam jednak, że to obecnie jeden z największych atutów. Po określonym czasie można po prostu skorygować makijaż i wykonać go w nowej technice przy użyciu coraz doskonalszych narzędzi. Klientka ma wówczas szansę na modny makijaż, idący w zgodzie z nową technologią.

Zasada 2 – WYBÓR METODY PIGMENTACJI

Obecnie dostępnych jest kilkanaście metod pigmentacji. Bardzo ważne jest, aby każda z nich została solidnie przedstawiona na wizycie. Zarówno plusy oraz minusy.

Przykładowo metoda włoskowa (microblading). Jest ona najbardziej realistyczna i osobiście uważam najpiękniejsza. Oddaje naturalne piękno brwi. Jej wadą natomiast jest fakt, że jest określana jako semi-permanentny makijaż, co oznacza, że jego trwałość jest zdecydowanie niższa od pozostałych technik. Co więcej, wyklucza Klientki z tłustą i porowatą skórą. Włoski rozleją się lub znikną i czasem zdarza się to już w ciągu 3 tygodni. Najczęściej wybieraną techniką jest metoda ombre – prawidłowo wykonana wygląda na Twoich brwiach niczym delikatna chmurka. Podkreśla i wypełnia, ale nie przerysowuje. Nadaje się do większości typów skóry. Kolejne techniki to metoda cienia, już odchodząca do lamusa. Czy też brwi 3D, a więc połączenie włosa z delikatnym cieniem.

Oferta kresek dekoracyjnych startuje od subtelnej i dyskretnej kreski zagęszczającej linię rzęs, poprzez eyeliner klasyczny lub eyeliner cieniowany występujący nawet w kolorystyce butterfly.

Pigmentacja ust oferuje również kilka metod. Ostatnio najbardziej popularna jest metoda aquarelle, a więc sposób na delikatny, półprzezroczysty kolor bez widocznie zarysowanego konturu. Niemniej jednak polecana dla osób z jednolitą i gładką czerwienią wargową, gdyż z pewnością słabo zretuszuje niedoskonałości np. mikroblizny po opryszczkach.

Pamiętaj proszę, że Twój komfort jest najważniejszy. Wybierz z linergistką taką metodę, która odpowiada Ci pod względem gustu, ale jednocześnie jest odpowiednia dla Twojej skóry. To zagwarantuje udany makijaż, bez konieczności korygowania go w innych salonach.

Zasada 3 – TWOJE BEZPIECZEŃSTWO

Najważniejsze jest Twoje zdrowie. Pamiętaj, aby wstępna konsultacja z linergistą poprzedzona była przeprowadzeniem wywiadu i sporządzeniem formularza świadomej zgody na wykonanie zabiegu.

Makijaż permanentny jest zabiegiem inwazyjnym ponieważ wiąże się z przerwaniem ciągłości naskórka i właśnie dlatego nie jest pozbawione ryzyka. W rzadkich przypadkach, mogą wystąpić reakcje alergiczne lub podobne do alergicznych, z ciężkimi objawami (ziarniniaki, stałe zmiany w skórze etc.)
Po zabiegu może wystąpić podrażnienie, zaczerwienienie, swędzenie, uczucie napięcia lub opuchnięcia, objawy te ustępują zazwyczaj w ciągu 48h.

Zanim umówisz się na zabieg, pamiętaj o wykluczeniu przede wszystkim bezwzględnych przeciwwskazań. Jeśli jesteś w ciąży lub karmisz piersią, niestety nie możesz zdecydować się na makijaż. Twoja gospodarka hormonalna może zakłócić proces prawidłowego przyjmowania pigmentacji w Twojej skórze. Wykluczające są również choroby nowotworowe, wirusowe, epilepsja, łuszczyca, hemofilia, skłonności do bliznowców czy alergii.

Wszystkie przeciwwskazania względne, czyli takie, które należy skonsultować z linergistą bądź lekarzem, np. zaburzenia autoimmunologiczne etc. oraz przeciwwskazania czasowe jak np. wirus opryszczki, jęczmień oka, zabiegi medycyny estetycznej, świeża opalenizna etc. są równie ważne dla Twojego zdrowia i również powinny być poddane dyskusji przed wykonaniem zabiegu.

Zasada 4 – STERYLNOŚĆ

Idąc dalej w święte zasady uzyskania pięknego i bezpiecznego makijażu permanentnego, zaglądamy do hasła: sterylność. Wszelkie igły czy kadridże, którymi wykonuje makijaż muszą bezwzględnie spełniać kryteria prawidłowej sterylizacji.

Zasada 5 – CENA ADEKWATNA DO JAKOŚCI

Świat makijażu permanentnego z punktu widzenia linergisty, a więc szkolenia oraz nowoczesny sprzęt i barwniki – sporo kosztuje. Zanim dokonasz wyboru postaraj się dokładnie porównać jakość prac różnych linergistów. Jeśli znajdujesz oferty makijażu w zadziwiająco niskich cenach, proszę abyś wzięła pod uwagę takie aspekty jak jakość pigmentu, recenzje, kwalifikacje, umiejętności, estetykę wykonanych prac oraz przestrzeganie zasad higeniczno – sanitarnych. Pamiętaj proszę, że chęć oszczędności może kosztować Cię o wiele więcej, a przy tym rok poświęcony na usuwanie złego makijażu.

Zasada 6 – PRZYGOTOWANIE PRZED ZABIEGIEM

Jest kilka istotnych aspektów, które warto spełnić przed wizytą w salonie. Ich przestrzeganie ułatwi pracę linergistce, a jednocześnie ułatwi proces gojenia, co finalnie przyniesie oczekiwany sukces Twojego makijażu.

Przed wykonaniem brwi permanentnych należy unikać wykonywania henny przez okres minimum 3 tygodnie. Barwnik henny oraz jej skład może wpłynąć na podrażnienie skóry poddanej pigmentacji, a jednocześnie zmodyfikować kolor pigmentu w trakcie gojenia. Warto również zrezygnować z regulacji brwi, aby dać linergistce szansę na zarysowanie brwi jak najbardziej zbliżonych do Twoich naturalnych.

W przypadku kreski dekoracyjnej bądź eyeliner’a zalecane jest aby zrezygnowały z używania odżywek na porost rzęs. Ich skład może wpłynąć na nierównomierne przyswojenie barwnika w skórze lub odbarwianie w chłodne tony, np. kolor niebieski. W najgorszym przypadku makijaż permanentny może przyjąć się w bardzo znikomy sposób. Sztuczne rzęsy to kolejna sprawa, którą należy wykluczyć przed wybraniem się na zabieg. Polecam, aby zdjąć je minimum tydzień wcześniej. Dzięki temu wyeliminujesz ryzyko posiadania w linii rzęs nawet najmniejszych pozostałości kleju. Ponownie załóż je dopiero 3-4 tygodnie po wykonanej pigmentacji.

Pigmentacja ust również wymaga chwili Twojej uwagi przed udaniem się na zabieg. Przede wszystkim należy zabezpieczyć się przed ewentualnym powstaniem opryszczki wargowej. Po konsultacji z lekarzem zapobiegawczo można przyjmować leki przeciwwirusowe (np. Heviran) przez 72 h przed oraz po pigmentacji. Warto również przyjąć witaminę C, która obkurczy naczynia krwionośne i zmniejszy ryzyko wystąpienia dużej opuchlizny po zabiegowej.
Pamiętaj, że 24 h przed udaniem się na makijaż permanentny nie możesz spożywać alkoholu oraz napojów energetycznych.

Zasada 7 – PIELĘGNACJA

Prawidłowa pielęgnacja po zabiegowa to gwarancja udanego makijażu permanentnego. Naturalne jest, że zaraz po wyjściu z gabinetu Twój makijaż wydaje się przerysowany i zbyt intensywny. Do 14 dni od zabiegu kolor blednie nawet do 50% barwy wyjściowej, a stabilizacja koloru następuje po 28 dniach. Faza gojenia to najważniejszy proces po zabiegowy. Pamiętaj, że nie należy moczyć, drapać, trzeć, skubać, usuwać na siłę łuszczącego się naskórka. Nie stosować żadnych peelingów, fluidów oraz makijażu. W przypadku nieprzestrzegania zasad pielęgnacji mogą wystąpić przebarwienia oraz ubytki trudne do skorygowania.

Ten wpis powstał dzięki uprzejmości Pauliny Szymańskiej – właścicielki salonu kosmetyki profesjonalnej Moodita – home of beauty.Moodita – home of beauty.

Paulina Szymańska o sobie: „Prowadzę Salon kosmetyki profesjonalnej Moodita – home of beauty od niespełna 6 lat, linergistka z kilkuletnim doświadczeniem, Beauty Expert, kosmetolog, Secret Lashes Expert, Indigo Stylist. Od niedawna branża PMU kwitnąco rozwija się w Poznaniu: Makijaż permanentny Paulina Szymańska. Ukończyłam wiele szkoleń najlepszych akademii i instytucji w Polsce z zakresu Microblading, PMU, mezoterapii igłowej, m.in Akademia Alana Dąbrowskiego w Warszawie. Moją największą pasją są makijaże permanentne, które intensywnie rozwijam w przygotowaniu pod pigmentację medyczną. „

Zapraszam do Kliniki Urody w PoznaniuKliniki Urody w Poznaniu, przy ul. Marcelińskiej 218 oraz do Salonu Moodita w Słupcy na konsultację w sprawie makijażu permanentnego. Zachęcam do zadawania pytań poprzez Facebook: Makijaż permanentny Paulina Szymańska lub kontakt telefoniczny 570 870 200

Blog - archiwum

Pamiętnik ciężarówki – 33 tydzień ciąży.

15 kwietnia 2019

Wpis lekko spóźniony, ponieważ wizyta którą własnie chcę opisać była już tydzień temu. Lubię ten cykl, chcę zapamiętać jak najwięcej z tego okresu dlatego pomimo opóźnień, cieszę się że wpis powstał. Wiem też, że bardzo dużo kobiet jest w podobnej sytuacji do mojej. Oczekują narodzin swojego dziecka dlatego chętnie wskakują na naszą stronę w poszukiwaniu informacji. 

Niekiedy z czystej ciekawości, innym razem szukają odpowiedzi na różne pytania. Skąd to wiem? Ponieważ niezmiennie od początków publikacji – wpis o cewniku Foleya jest na szczycie najczęściej czytanych wpisów na blogu.

Wizyta była dokładnie w 32+4 tygodniu ciąży.

Nasze maleństwo, nadal jest maleństwem. Nie osiąga imponujących wymiarów jak jego rodzeństwo które urodziło się z wagą 4 kg i 3,88 kg! Maciek się wyłamuje, i leci po dolnej granicy. Pomimo to, nadal jego wszystkie wymiary są w normie. Być może odziedziczy wagę urodzeniową po tacie? Ja nie mam zamiaru narzekać. Lepiej urodzić 3200 g niż 4600 g, prawda?

Tydzień temu Maciuś miał  ok 1753 g.

A co z szyjką?

Na poprzedniej wizycie skracała się, co bardzo nie spodobało się naszej Pani doktor. Dostałam zapas leków i prośbę by troszkę zwolnić. Naprawdę słuchałam się zaleceń. Nie ominęłam ani jednej dawki leki, zwolniłam o jakieś 80%, jednak bywały sytuacje których przeskoczyć nie mogłam – takie uroki posiadania już w domu dwójki dzieci.

Na tej wizycie okazało się że szyjki zaraz nie będzie. Dawka luteiny z 100 mg na dobę została zwiększona do 250 mg na dobę. Magnez 3 x dziennie, no spa w razie konieczności, dodatkowo żelazo. Nie mam już próbować odpoczywać – teraz mam leżeć. Ile mogę, gdzie mogę i wytrzymać 4 tygodnie z takimi zaleceniami. Wszystko po to, by Maciuś nie był wcześniakiem. Co dla naszej Pani doktor jest na chwilę obecną dość realnym scenariuszem. Na szczęście tydzień przeleciał szybko, zostały jeszcze trzy!

Zwolnienie tez już nie jest „chodzące” a „leżące”

Czy mam się obawiać kontroli ZUS? Być może. W poprzedniej ciąży coś takiego mnie spotkało, dlatego wcale się nie zdziwię gdy będzie tak tym razem. Uwielbiam to! Jadą specjalnie 60 km w jedną stronę by zobaczyć czy jestem w domu. Czy im się to opłaca? Pewnie są oszuści, jednak kontrola kobiety w ciąży czy… jest w ciąży, ma sens? Słyszałam że to coraz częstsza praktyka i sporo kobiet przebywających na zwolnieniu w ciąży jest kontrolowanych. A wiecie co jest najgorsze?

Ostatnio, gdy rejestrowaliśmy firmę – Pani która „wklepywała” nasz wniosek do CEIDG nie omieszkała się skomentować mojego stanu. Uznała, że skoro siedzę z brzuchem u niej to na 100% jestem na zwolnieniu i się zaczęło.

-Kobiety w ciąży teraz jak tylko zrobią test ciążowy przechodzą na L4!
-No wie Pani, czasem kobieta musi na nie iść, bo poprzednią ciąże poroniła – lekarze dmuchają na zimne i zapobiegawczo je proponują.

Ja pracowałam do końca, bo co takiego szkodliwego jest w siedzeniu?
-Zakrzepica? Ból kręgosłupa? Skoro była Pani w ciąży, wie Pani że ten stan do łatwych nie należy. Przynajmniej nie zawsze.

Jak L4, a kobieta ma w domu chłopa to on niech wszystko robi – zakupy np. 
-Zakupy może zrobić, ale tak jak Pani powiedziała wcześniej ciąża to nie choroba – idzie na L4 od pracy bo np ma ciężką pracę fizyczną, ale po paczkę makaronu by wyjść mogła. Spacery są wskazane – dlaczego ZUS się czepia spacerów w ciąży? Są różne przypadki chorowania. 

Kobieta kobiecie wilkiem. Bardzo ciężko się z nią rozmawiało. Tym bardziej, że to jednak była osoba która była kiedyś w ciąży i chyba najwyraźniej o tym zapomniała. Szkoda że wbijamy sobie szpilę przy każdej możliwej okazji.

Co dalej?

Kolejna wizyta powinna być za trzy tygodnie, jednak mój stan błaga o to by widzieć się częściej dlatego między poprzednią a kolejną wizytą są dwa tygodnie. Pani doktor chce sprawdzić przepływy u Maćka – staram się nie czytać, po co? dlaczego? Nie pamiętam czy w poprzednich ciążach je miałam – staram się ufać lekarzowi. Chce ocenić, czy nasz syn jest gotowy by przyjść na świat. Skoro oboje już bardzo chcemy się spotkać, musimy mieć pewność że Maciek sobie poradzi!

Kolejny cykl ciężarówek – niedługo.
Ale też będzie to jeden z ostatnich..

Coraz mniej czasu zostało do spotkania!

Blog - archiwum

Nasz nowy salon. Czyli – jak sypialnie zmieniliśmy w pokój dzienny.

12 kwietnia 2019

Bałam się tej zmiany bardzo. Funkcjonując na dużej przestrzeni, nagle mieliśmy to stracić i przenieść swoje wieczorne życie rodzinne do czegoś znacznie mniejszego? Tym bardziej, że lada moment nasza rodzina się powiększy i tego miejsca będzie jeszcze mniej. Miejsce które kiedyś było naszą sypialnią miało pełnić funkcję pokoju dziennego. 

Nie docierało to do mnie, dlatego że pełniąc funkcje sypialni było idealne wielkościowo. Sama pamiętasz pewnie TEN wpis?Jak pomieści naszą rodzinę w ciąg dnia? Nie ukrywam że było to dla mnie coś, co ciężko było zaakceptować. Kompletnie nie umiałam sobie tego wyobrazić. Szukałam inspiracji, motywacji i pomysłów. Zmieniliśmy meble, bo wszystkie poprzednie były za duże. Chciałam by było przytulnie, schludnie i tak ciepło, po prostu rodzinnie.

Najwięcej problemu mieliśmy z narożnikiem. Wszystkie które nam się podobały, były wielkie. Zdecydowanie zbyt duże na naszą małą przestrzeń. Ten dorwaliśmy w ostatnim sklepie, do którego poszliśmy już tak od niechcenia. Była tam też on – uszak! Marzenie moje od zawsze, ale też Daniela od niedawna. Kolor o dziwo wybierał mąż – czym zaskoczył mnie chyba najbardziej. Szafa jest starą szafą z sypialni – mieliśmy problem, ponieważ podczas składania dość mocno ją skleili. Próba jej rozłożenia powodowała duże zniszczenia. Było nam jej po prostu szkoda, dlatego postanowiliśmy ze zostanie. Stolik RTV i kawowy zamówiłam na allegro – tak, najtaniej jak mogłam. Nie przywiązywaliśmy do tego punktu większej wagi.

Dużo więcej zachodu było z dodatkami.

W naszym domu nie było nigdy firan. Jakoś nie czułam potrzeby ich posiadania, chociaż Danielowi to mocno przeszkadzało. Przy tak dużych zmianach w mieszkaniu, postanowiłam za jednym „bałaganem” zamówić ten dodatek i karnisze. Nie wydałam majątku, bo chyba około 60 zł. Zasłona dorwana na wyprzedaży za 30 zł.

Ale firanki to nie jedyny dodatek którym postanowiłam ocieplić nasz salon!

Ostatnio bardzo dojrzałam. Dorosłam do tego, by ozdobić nasz dom kwiatami. Doniczkowe od lat sprawiają mi kłopot, bo zamiast zdobić nasz dom po prostu go szpecą. Suche liście, opadające łodygi, wygrzebana ziemia. Tak, posiadając psa który mocno znaczy swój teren, ziemia w kwiatach nie ma racji bytu. A odkurzacz będzie chodził kilka razy dziennie.

Dlatego kwiaty cięte od lat są moimi ulubionymi, bo po prostu nie trzeba o nie dbać. Nie wymagają specjalnych zabiegów, nie potrzebują regularnego podlewania o którym ja najzwyczajniej w świecie ciągle zapominam. W mojej głowie nie ma już miejsca na myślenie o czymś takim, dlatego najwięcej zawsze było, jest i będzie u nas kwiatów ciętych w wazonie. Jednak kwiaty to jedno, a sposób ich eksponowania – to druga, i jednocześnie bardzo ważna rzecz.

Każde piękne kwiaty zasługują na równie cudowny wazon.  

Przeszukałam pół internetu by odszukać taki, który będzie mi się podobał a jednocześnie jego jakość i cena będą mi odpowiadały. Jest ogrom różnych produktów których wykonanie błaga o natychmiastowy ich recykling. Wbrew pozorom nie było to łatwe zadanie, bo byłam otwarta na nowości, jednak w głowie już jakiś zarys był.

Flakony to od teraz must have w naszym domu!

Ile czasu musiało minąć, bym zaczęła doceniać takie drobne zmiany. Takie szczegóły które potrafią odmienić każde wnętrze to złoto! Bo gdy znudzi Ci się wystrój mieszkania, nie musisz zmieniać od razu mebli. Kupno kilku dodatków odmienia wnętrze nie do poznania. Zdjęcia, dywany, lampki, figurki… każdy stawia na coś innego. U mnie hitem tego roku są właśnie kwiaty i sposób ich eksponowania.

Uwielbiam zwłaszcza wazony ze szkła, przez które widać całość kwiatów – łodygi, liście i wodę. Podoba mi się efekt który wtedy powstaje. Jednak wiem, że z moimi zapędami do zmian jeszcze w tym roku wymienię wszystko w tym pokoju – a wtedy w oko wpadną mi zupełnie inne dodatki!

I jak podoba Ci się nasz salon?

Też uwielbiasz zmieniać dodatkami wnętrze?

 

 

Blog - archiwum

WPIS GOŚCINNY – poznajemy Wasze historie! Część druga.

10 kwietnia 2019

Kochani, dziś historia poruszająca. Bo wydawać by się mogło, że ludzie dorośli i z pewnym bagażem doświadczeń, decydujący się na tak poważny krok jak małżeństwo – odnajdą spokój, siłę i taki ciepły kącik by dzielić z kimś gdy dzieci wyfruną z gniazda. Czytając te zdania miałam gęsią skórkę – tak dużo musiała wycierpieć. Jednak wielkie uściski za to, że znalazła w sobie siłę by odejść – a niewiele osób decyduje się na tak odważny krok.

Poznaliśmy się w internecie, oboje byliśmy po  rozwodach, po przejściach, oboje mający po 60 lat.

Wydawało się, że na resztę życia będziemy dla siebie oparciem, związkiem partnerskim, przyjacielskim, opartym na prawdzie.

I tak było …po pół roku znajomości wzięliśmy ślub, zaproponowany przez męża, ale już w pół roku po ślubie mój mąż poszedł w miesięczny ciąg alkoholowy, miesiąc picia dzień i noc, awantury wyzwiska…. zawiozłam go więc do szpitala na odwyk, ale już wtedy zapaliła sie czerwona lampka. Nikt z jego rodziny a tym bardziej on sam nie powiedział mi że ma problem z alkoholem, że leczył się psychiatrycznie, a w poprzednim małżeństwie miał Niebieską Kartę.

Pomyślałam naiwna, że to może jednorazowy wybryk…

że teraz bez obciążeń z poprzedniego związku damy sobie radę. Niestety, historia powtarzała się co rok,…. miesięczny ciąg, pogotowie, policja i szpital odwykowy. Ale z roku na rok było coraz gorzej, kupił aparaturę do pędzenia bimbru i pędził w domu a później miał co pić…. zaczął mnie podejrzewać o zdrady, wyzywał od kurew, szmat, dziwek itd…. popychał w szale, a ja nie miałam siły i miejsca aby się wyprowadzić. Mieszkaliśmy sami w 300 m. domu, z zakratowanymi oknami na parterze , sztabami i łańcuchami w drzwiach.

Powiem tylko że kiedy nie pił potrafił wszystko zrobić , taka złota rączka, ale nie chciał iść na żadną terapię, ani kościelną, ani do psychologa czy psychiatry. proponowałam, że pójdziemy razem, ale mi odpowiedział, że skoro jestem psychiczna to mogę się sama leczyć. Doszło do tego że zaczął widzieć we mnie szatana, że trzeba nade mną dokonać egzorcyzmów, pod łóżkiem miał półmetrowy pilnik….do obrony, jak mówił….. ale przed czy lub kim jak go zapytał dzielnicowy to nie odpowiedział. Wg mnie to ewidentna choroba psychiczna, ale wiadomo, że na leczenie się nie godził. To,  że jest „normalny utwierdzała go jego rodzina.

Tak więc w ubiegłym roku wyprowadziłam się , zabrałam tylko swoje osobiste rzeczy i mieszkam teraz u córki. Próbował mnie jeszcze zastraszać, że mam się zgodzić na rozwód bez orzekania o winie na co się oczywiście nie zgodziłam, o zrzeczenie się dożywotniego użytkowania 2 pokoi w domu na co się też nie zgodziłam. I tak wygląda moja historia.

Wiem kto wysłał wiadomość. Pisałam z kobietą która podzieliła się ze mną historią. 
Chciała też z Wami, dla was… 

Blog - archiwum

Jestem leniwą mamą, ale moim dzieciom wyjdzie to na dobre. Wiesz dlaczego?

8 kwietnia 2019

Ostatnio brałam udział w fajnej dyskusji na jakimś forum, czy portalu społecznościowym. Kompletnie nie pamiętam gdzie, ważne jest to, czego się dowiedziałam z wypowiedzi innych ludzi. Chociaż nie ludzi, na takich forach są mamusie. Czyli poprawiając samą siebie – mega fajnych rzeczy dowiedziałam się od mamusiek. Rodzicielki są najlepsze!

Prawda jest taka, że nawet nie pamiętam jak nazywał się wątek. Nie umiem odszukać tych komentarzy, by jakiś skopiować i przedstawić dokładnie o co mi chodzi. Będziesz musiała uwierzyć mi na słowo że wpisy były takie – jakie ja tu przedstawię. Nie dosłownie, ale kontekst pozostanie taki sam.

Mamusie mają to do siebie, że zaczynają temat stolików nocnych a kończą na wojnie o karmienie piersią.  

Taki jest właśnie ich urok. Ja nauczyłam się podchodzić do tego z dystansem, inaczej się po prostu nie dało. Blogowanie nauczyło mnie tego idealnie, inaczej nie byłabym w stanie się utrzymać długo w tym świecie. Dystans, dystans i jeszcze raz dystans. Gdy w moim życiu powiewa nudą, rutyn, bądź po prostu mam ochotę gdzieś się wyładować a męża chcę oszczędzić – wchodzę na takie różne fora i piszę co myślę. Chociaż teraz możesz to źle odebrać – ja po prostu odpisuje na wątki które są, ale tysiące innych kobiet mają odmienne zdanie i wychodzi później z tego niezła aferka.

Tym razem poszło o samodzielność dzieci.

Ja nigdy nie ukrywałam się z tym, że jestem typem leniwej żony, matki i pani domu. Robię to, co muszę zrobić bez uciekania za daleko w stronę perfekcji. Szkoda mi na to sił i zdrowia. Odrobina kurzu nikomu nie zaszkodziła – chociaż alergia Antka powoduje, że czasem za tą ścierkę chwycić muszę. Gdyby nie to, pewnie nasze mieszanie wyglądałoby jeszcze „ciekawiej”. Wracając do tematu, bo znów odbiegam.

Nie skupiam się na tym wszystkim tak, jak powinnam.

Oczywiście nie olewam wszystkiego jak leci. Co jest ważne – zapisuje w plannerze i nie zdarzyło mi się, bym o tym zapomniała. Chodzi mi raczej o takie „normalne” domowe czynności. Dlatego moja wypowiedź na forum pewnie wzbudziła tyle kontrowersji i zebrałam niezłe bęcki od mamusiek. Po prostu okazałam się zbyt mało perfekcyjna. Tylko czy to jest aż takie złe?

W mojej wypowiedzi dałam coś w tym stylu:

„Jestem leniwą panią domu. Moje dzieci mają 4 i 7 lat. Same sprzątają swoje pokoje, wycierają kurze, odkurzają i myją podłogę. Jak to zrobią, tak to zrobią, czasem poprawiam, czasem nie – po starszym już w sumie nie trzeba. Oboje robią sobie już sami kanapki jak są głodni – potrafią obsłużyć się nożem i widelcem. Jak im się nie chce szykować, biorą jabłko i jedzą ze skórką – bo obieranie im nie idzie. Trudno – zjedzą za dużo witamin które są pod skórką. Kąpią się same, starszy bierze prysznic – młodej lejemy tylko wodę do wanny, bo ona najchętniej wlałaby sam wrzątek. Wycierają się same, ubierają się same. Ściągają pranie, obierają ziemniaki na obiad (kwadraty, ale nie to jest ważne). Starszy sam musi kontrolować lekcje. Nie pomagam mu w pracach domowych, chyba że ma z jakimś zadaniem ogromny problem, wtedy poprosi o pomoc – jednak w 99% wykonuje sam wszystko. Jak zrobi źle – trudno, na tym polega zadanie domowe. By dziecko zrobiło samo – nie, by zrobił je za dziecko rodzic.”

To źle że przez moje lenistwo dzieci uczą się samodzielności?

Potrafią obsłużyć lodówkę, mikrofalę. Wiedzą gdzie są płatki, mleko, miska i łyżka – z głodu nie padnie w naszym domu nikt. Zadania domowe ja już swoje kiedyś odrabiałam – teraz ich kolej. Dlaczego mam robić je za dziecko? Czy właśnie nie na tym polega idea zadań domowych, by dzieci ćwiczyły to, czego nauczyły się w szkole? Nie mówię by mocno odcinać się od nauki dzieci – ale zadania domowe są w stanie wykonać samodzielnie, nauczyciel nie zadaje nowych rzeczy – zadaje takie, które robili w szkole by utrwalić materiał.

Dlaczego jestem złą mamą? Bo moje dzieci same potrafią posprzątać swój pokój? 

Bo pozwalam im żyć w bałaganie, bo nie zawsze idealnie tam posprzątają. W szafkach nie jest wszystko w kosteczkę, nad tym pracujemy – nie mogą ogarnąć składania prania, ale ściągnąć z suszarki oboje potrafią. Dlaczego więc mają tego nie robić? Każdą domową czynność staram się robić z nimi. Nie było w ostatnim czasie u nas w domu ciasta, którego nie robili razem ze mną. Chłopak i pieczenie ciast? Ba! A podobno najlepszymi kucharzami i cukiernikami są własnie mężczyźni! To źle że będzie umiał zrobić ciasto w niedzielę do kawki dla swojej rodziny w przyszłości? Ja dałabym się pokroić za męża który własnie takimi rzeczami potrafi umilić dzień.

Nie wychowuję leniwców i ludzi którzy nie poradzą sobie z codziennością.

Każdy w naszym domu ma swoje obowiązki. Każdy pracuje, chodzi do szkoły czy przedszkola. A po powrocie do domu ma „swoje do zrobienia”. Lekcje, obiad, porządki, śmieci, auta, ciasto, wyjścia z psem czy milion innych spraw – o których nie pamiętam teraz, ale to jednak te wszystkie „domowe sprawy” które nie są obowiązkiem jednej osoby, tylko całej rodziny.

Jesteś głodny?
Zrób sobie kanapkę.
Przeszkadza Ci bałagan?
Bierz ścierkę i wycieraj.
Nie masz czystej bielizny?
Włącz pralkę.
Masz lekcje do zrobienia?
Chwytaj ołówek i do dzieła.

Uczę dzieci, że w domu nie polegamy na jednej osobie. Dom jest całej rodziny i każdy członek o niego dba. Nie ważne czy starszy czy młodszy, chłopak czy dziewczyna. Płeć i wiek nie mają znaczenia. Tyle osób ile należy do rodziny – tyle osób dba o dom. Ani jedna osoba więcej, ani mniej.

Zostałam zjechana za coś, co jest zupełnie normalne.
Dla mnie to jest coś „zwykłego”. Nie wyręczanie dzieci w tym, co mogą zrobić same.

A jakie jest twoje zdanie?

Blog - archiwum

Dlaczego zdecydowaliśmy się na podział salonu?

4 kwietnia 2019

Dużo rodzin decydując się na kupno mieszkania czy też domu patrzy na salon. Chcą by był duży, dobrze nasłoneczniony, ustawny i po prostu budził miłe emocje. Salon to jedno z najczęściej używanych pomieszczeń w domu. Podejrzewam że każda rodzina uwielbia usiąść na wygodniej kanapie, wieczorem, z całą swoja rodziną. To taki magiczny czas.

Mieliśmy duży salon. Oczywiście jak na warunki blokowe – bo budując dom, te pomieszczenia są zdecydowanie innych gabarytów. Pomieszczenie miało około 24 metry kwadratowe. Było spore, fajnie nasłonecznione i idealnie odgrywało rolę placu zabaw dla dzieci. Miały ogromne pole do popisu podczas zabawy, bo nie ograniczała ich  przestrzeń. Jednak mimo to, postanowiliśmy zamienić duży salon na dwa zupełnie inne pomieszczenia.

Nasze dzieci dzieliły pokój razem.

Jednak szkoła, znajomi, chęć posiadania własnego kawałka przestrzeni i prywatności wygrały. Nasze bąble są już w takim wieku, w którym znacznie więcej potrafią zrozumieć i samodzielnie odkryć. Przeszkadza im, gdy ktoś podgląda ich podczas zmiany koszulki czy spodni. Czują ogromną potrzebę prywatności, przez co kilka razy w ciągu dnia zamykają za sobą drzwi i proszą, by nikt nie wchodził.

Dodatkowo zadziałał fakt, że mamy dzieci różnej płci. Rodzeństwo które jest tej samej płci, mam wrażenie że lepiej funkcjonuje w jednym pokoju niż podczas sytuacji która jest u nas.

Ja całe życie przed samodzielnością dzieliłam pokój z siostrą.

Pokój średniej wielkości podzielony na pół. Nie było widocznego podziału, po prostu meble były ustawione po dwóch stronach ściany – tworząc jakby odbicie lustrzane. Fajnie było na początku, jednak im więcej lat miałyśmy, tym bardziej nam to przeszkadzało. Nie było przestrzeni. Nie miałaś swojego miejsca, bo w „twoim” pokoju ciągle ktoś był.

Został mi do dziś taki „uraz” i muszę uciec do pokoju, który dzielę z mężem.Fakt że nadal on nie jest tylko mój, jednak on wie, że wtedy muszę być sama. Mam ogromną potrzebę bycia sama ze sobą w jednym pomieszczeniu. Nie mam pojęcia czy zostało mi to z tamtego okresu, czy po prostu jestem takim typem człowieka. Jeśli to drugie, wyobraź sobie jak bardzo było mi ciężko w tamtym okresie.

Dzieciom tego nie zrobię.

Przysięgłam sobie, że nasze dzieci będą miały swoje pokoje. Choćbym nie wiem jak bardzo musiała poświęcić siebie, mieszkanie czy jeszcze coś innego. Każde dziecko ma mieć swój osobny pokój. Nie duży, nie wypasiony – ale kawałek miejsca w którym będzie miało okazje być samo. Będzie mogło urządzić je tak, jak chce. Tym sposobem Blanka ma ogromne królestwo różu, a Antek czarny kolor na ścianie.

Juz pierwszego dnia wiedziałam że decyzja o podziale salonu była dobra!

Antek nie jest wylewnym dzieckiem, jednak ten uśmiech powiedział nam wszystko. Widać było ogromną radość! Blanka nareszcie mogła swoje jednorożce ustawić wszędzie gdzie tylko można – bez komentarzy brata na temat różu. Oboje są różni. Są rodzeństwem, jednak cechy charakteru mają jak ogień i woda – kompletnie niedopasowani. Było im ciężko żyć w jednym pokoju razem, a teraz? Mam wrażenie że ich relacja jest na lepszym poziomie. Gdy któryś musi odpocząć idzie do siebie. Gdy chcą pobyć razem, zamykają się w jednym pokoju i jest… cisza.

O tak – cisza…

Wcześniej nie było opcji odpoczywania u nas w domu, gdy były dzieci. Kłócili się non stop, mówili że nie mają miejsca do zabawy wiec uciekali do salonu. Szukali wymówek. Teraz ich zabawy są w tych dwóch pokojach. Gdy mówię że zaczynają się nakręcać i mają iść od siebie odpocząć, każdy idzie do siebie i zajmuje się swoimi sprawami. Po chwili znów mogą robić coś razem – bo mieli chwilę dla siebie.

Już teraz widzę że są takimi moimi typami. Osobami które potrzebują dużo prywatności. 

Podzieliliśmy 24 metrowy salon na dwa pokoje i mini korytarzyk. Tym sposobem Blanka ma 12m2 a Antoni 10m2. Czy to mało? Nie, to zdecydowanie wystarczająco miejsca dla dziecka. Mają gdzie spać, odrabiać lekcje i bawić się. Na wszystko znajdzie się mały kawałek przestrzeni. Dzieci nie mają presji na ogromne pokoje – to my, rodzice sami sobie ją zakładamy i rezygnujemy z takich pomysłów – bo jak to tak na 10m2 dziecko ma funkcjonować? A widzisz… można. Mało tego! Dziecko jest nam za ten pokój wdzięczne jak nigdy wcześniej.

Czasem warto zmienić priorytety…

Duży salon jest moim marzeniem. Jednak zrealizuje go dopiero podczas budowy domu, teraz wygrała indywidualność dzieci. Zmieniliśmy duży salon na taki, który ma chyba ok 15-16 m2 – sama dokładnie nie wiem ile. Strzelałam, tak „na oko”. Mimo to, będzie tam komandor, TV, kanapa, szafka RTV, stolik kawowy i marzenie – fotel uszak.

Póki co nie widzimy minusów wielkich takiej decyzji. Pochwalimy się efektami w kolejnym wpisie! 🙂 

 

Blog - archiwum

WPIS GOŚCINNY – poznajemy Wasze historie! Część pierwsza.

3 kwietnia 2019

Każdy z nas zna ludzi, którzy coś sobie zamarzą, stawiają za cel i upierdliwie, czasami przez długi czas – drepcą za tym celem, przybliżając się o milimetr, o centymetr, mając go w końcu na wyciągnięcie ręki. Prawda? To zupełni inny typ ludzi niż ci, którzy czegoś chcą i po to sięgają. Byłam takim człowiekiem. Nie wiem, czy nadal nim jestem – w tym momencie chyba nie umiem tego określić. Życie się zmienia, wartości się zmieniają i ludzie się zmieniają. Ja zmieniłam się ponad pięć lat temu.

Plan był prosty: pracowałam do upadłego by utrzymać się na wymarzonych studiach, po nich miałam dość jasno sprecyzowaną drogę. Uczyłam się, pracowałam, nie miałam za grosz życia towarzyskiego, poza sporadycznymi epizodami, które znajomi miewali na co dzień. Mnie to nie przeszkadzało, miałam cel. I bardzo powoli do niego dreptałam. Kroczek po kroczku, potknięcie za potknięciem.

Wtedy go poznałam, w zasadzie znałam go już wcześniej, z widzenia, z zajęć, po prostu – z roku. Reszta potoczyła się dość standardowo – love story i brutalny finał, w postaci niechcianej ciąży. Byłam w stanie z dnia na dzień przewartościować wszystko, ułożyć zupełnie nowy plan, uwzględniający teraz dziecko. Ba! Nawet jakiś ślub był w tym uwzględniony. Nie była na pewno przemoc. Psychiczna – całą ciążę, brutalna, nie znosząca sprzeciwu, ciągła. Fizyczna też do niej dołączyła – zapewne chcecie przeczytać, że dużo później. Nie, już w ciąży. Był tez nałóg i to było to tłumaczenie, którego się trzymałam – byłam święcie przekonana, że ogrom moich starań wystarczy by go odmienić, uleczyć.

Uciekłam z 6-tygodniowym synem po kolejnym epizodzie, w nocy, taksówką, pakując tylko książeczkę zdrowia, butelkę z mlekiem, pampersa i kilka drobiazgów. Maleństwo w nosidełku otuliłam kocykiem, który towarzyszył nam w kolejnych dniach. Wróciłam do mieszkania tylko po rzeczy, od tamtej pory tamten człowiek nie widział nas na oczy. Nie chciał widzieć. Czy walczyłam? Tak – o zmianę, o zainteresowanie dzieckiem. Nic nie wywalczyłam. Nie poszłam do sądu, nie uznał dziecka wcześniej, nie zrobił też tego później, nigdy nie dał na syna złamanego grosza.

TO BYŁO NAJLEPSZE, CO MOGŁAM ZROBIĆ.

Choć zostałam samiuteńka, tuż po połogu, z noworodkiem i pracą, do której nie mogłam z nim wrócić. Choć potrzebowałam wielu długich miesięcy by zrzucić z siebie ciężar doświadczonej przemocy. Choć potrzebowałam kilku lat by odżyć. Choć to wszystko – dzisiaj jestem szczęśliwa i spokojna.

Nie możemy pozwalać na przemoc. Wobec siebie, wobec dzieci, wobec bliskich, wobec nikogo. Odejść, zostawić, odciąć się – to najlepsze, co można zrobić.

Walczyłam o każdy dzień, o każdy grosz, o nasz byt. Trwało to długo, wyliczałam i oglądałam każdą złotówkę przed jej wydaniem. Jadłam obiad raz na tydzień, zarywałam noce nad groszowymi zleceniami, płakałam na spacerach, gdy syn spał w wózku a ja chodziłam i chodziłam, żeby tylko nie usiąść, nie załamać się już kompletnie. To wszystko było szalenie trudne, czegoś mnie nauczyło, w jakimś stopniu umocniło, w jakimś zniszczyło.

Dzisiaj mija ponad pięć lat od tej nocy, gdy odjechałam taksówką z noworodkiem w nosidełku. Od półtora roku mam cudownego męża, któremu zaufanie zajęło mi szmat czasu, który walczył o mnie na wszelkie możliwe sposoby, który musiał znosić skutki, jakie niosły moje przeżycia. Zaadoptował mojego syna, dla którego był i jest jedynym Tatą, najukochańszym. W chwili, gdy to piszę – jestem w trzecim trymestrze wyczekanej przez nas, ciąży. Rozwijam coś swojego, pracuję w zawodzie, który mogę nazwać swoim spełnieniem. I co najważniejsze dla mnie – kroczek po kroczku drepcę do swoich celów, które kilka lat temu porzuciłam na rzecz czegoś wówczas, ważniejszego.

Nie zawsze warto jest walczyć, czasami prościej i bezpieczniej jest odpuścić. Zacząć od nowa, otrzepać się i spacerkiem iść do przodu. Zaczynanie od nowa nie jest czymś złym, jeśli czujemy się z tym dobrze. I tego każdemu życzę – umiejętności rozpoczęcia na nowo, gdy znajdziecie się w sytuacji, która jest dla Was toksyczna. Odwagi!

PS Od ponad 4 lat piszę, niektórzy znają mnie jako www.mama-sama.pl, jeszcze inni jako po prosrostu mama-sama. Choć z biegiem czasu nazwa zaczęła wydawać mi się nietrafiona, w końcu nigdy nie byłam sama, zawsze byłam z moim Małym Człowiekiem – nie zmieniłam jej. Każdy czasem doświadcza samotności, warto o tym pamiętać.

 

Blog - archiwum

Jestem kobietą, matką i żoną – dbam o siebie. Regularne badania i zdrowie to spokój całej rodziny.

31 marca 2019

Chciałam Ci dziś opowiedzieć moją historię. Coś, co wydarzyło się blisko osiem lat temu, nadal jest we mnie i powoduje podobne emocje. Radość pomieszana ze obawami. Miłość połączona z lękiem. Nie bałam się, bo czułam że będzie dobrze. Strach pojawił się, gdy było już po wszystkim, a ja czekałam na wyniki. Tak, wtedy do mnie dotarło, że za chwilę wszystko może się zmienić.

Na szczęście u mnie wygrało… zdrowie!

Kiedyś kompletnie nie przejmowałam się tym, że coś może być ze mną nie tak. Bo dlaczego coś złego mogło mnie spotkać? Takie coś zdarza się tylko w filmach. Gdzieś daleko, na drugim końcu ziemi dzieją się takie rzeczy – ale nie w moim domu. Zostałam sprowadzona na ziemię, będąc w ciąży z Antkiem. Wyczułam w piersi coś, czego wcześniej nie było. Całą winę przypisałam ciąży i zmianom, jakie wtedy mój organizm przechodził. Każda kobieta wie, że ciąża to taki magiczny stan, gdy w naszym ciele dzieje się dużo. Dlatego delikatny, mały guzek nie zrobił na mnie wrażenia, w końcu moje piersi przygotowywały się do karmienia.

Im dalej w las, tym zmiana w piersi była większa. W końcu zdecydowałam się na biopsję, mając jeszcze malucha w brzuchu. Wyniki przyszły szybko, nie było to nic złego – jednak karmienie piersią musiało odejść w zapomnienie, bo tak szybko, jak tylko dojdę do siebie po porodzie mam zjawić się w szpitalu, by wyciąć to, co jest w piersi niepotrzebne. Włókniak o wielkości 3,3 na 2,5 cm! Nic złośliwego, nic złego, ale… robi wrażenie wielkość, prawda? Tym bardziej, że urosło w niecałe 6 miesięcy do takich rozmiarów.

Od tego czasu badam piersi regularnie. 

Wiem, że nie ma nic ważniejszego od badań kontrolnych. Tym bardziej, że mając poukładane życie, chcę mieć pewność, że taki sam porządek jest też w moim organizmie. Podstawowe badania krwi, moczu, USG czy inne zalecane wizyty kontrolne to jedno dno. Drugim jest samobadanie się i obserwacja ciała. Chociażby wykorzystując wieczorną kąpiel, możemy zrobić coś dobrego i zbadać swoje piersi. Wiem jednak, że są kobiety które nie do końca wiedzą jak to robić. Sama nie miałam pojęcia i nadal nie jestem pewna, czy jestem w stanie zrobić to dobrze. Korzystam z pomocy lekarzy, jednak patrząc na swój przykład, wolę wiedzieć co u mnie znacznie częściej.

Nie poczułam małej zmianki. Dałam radę ją odszukać, gdy jej wielkość była już mocno wyczuwalna. Jednak nie jestem w stanie chodzić do lekarza raz w miesiącu na badanie – ogranicza mnie głównie czas. Dojazd na miejsce, poczekalnia, samo badanie, powrót do domu. To w moim przypadku minimum półtorej godziny. Znalazłam jeszcze takie pośrednie rozwiązanie między samobadaniem piersi dłonią a wizytą u lekarza i USG.

Urządzenie do badania piersi Braster

Urządzenie wykorzystywane jest także w gabinetach lekarskich jednak… dużo szybsze, zwłaszcza dla zabieganych kobiet, jest wykorzystanie tego sprzętu w domu. Potrzebujemy piętnaście minut – dokładnie tyle czasu trwa badanie. Następnie wyniki przesyłamy przez aplikację ściągniętą na smartfon do Centrum Telemedycznego Braster. Ostatnim etapem jest już odbiór wyników w ciągu dwóch dni.

Chociaż nie wisi nad moją rodzinż rak piersi, przez moje doświadczenia i obserwację ludzi, których miałam okazję poznać w szpitalu, wiem jak ważna jest profilaktyka. Widziałam tam radość, smutek, rozpacz. Słyszałam krzyk, widziałam łzy szczęścia i bezsilności. Widziałam żal w oczach kobiet, które nie dbały o to, co miały. Widziałam wdzięczność za to, co udało się osiągnąć lekarzowi, gdy pomoc przyszła na czas.

Ile kobiet, tyle historii. Łączyło je jedno – zdrowie piersi, tylko tyle i aż tyle. 

Jako młoda mama, żona, a przede wszystkim kobieta czuję, że cały świat stoi otworem. By móc chłonąć wszystko, co ma mi do zaoferowania, nie potrzebuje nic innego – niż zdrowia. Regularne badania, bez wychodzenia z domu, a co najważniejsze – trwające 15 minut! Dodatkowo wyniki sprawdzone przez specjalistów.

U mnie skończyły się wymówki już dawno, bo osiem lat temu. A u Ciebie?

Blog - archiwum

Wtedy nie spodziewałam się że mnie to spotka, a jednak…

29 marca 2019

Niedawno wpadł mi do głowy pewien fajny pomysł. On jest aktualnie fajny dla mnie, ale czuje że może to być coś wyjątkowego. Nie spotkałam się z podobną rzeczą a wiem, że będąc w ciąży z pierwszym dzieckiem bardzo takie coś ułatwiłoby mi okiełznanie emocji. Podzieliłam się już tym pomysłem na FB, ale przypomnę jeszcze o co chodzi. 

Czasu mam najwyraźniej za dużo, skoro jeszcze takie dodatkowe pomysły wchodzą mi do głowy. Co ja za to mogę, że ta ciąża sprzyja mojej kreatywności i pomimo braku sił fizycznych te psychiczne są bardzo, bardzo rozbudowane. Zapisuje wszystko co tylko przeleci mi przez myśl, bo wiem że będę mogła to fajnie wykorzystać gdy już Maciej się urodzi a moja wyobraźnia ze zmęczenia przestanie pracować. Na takie coś nie mogę sobie pozwolić, nie w momencie rozwoju firmy – a pierwszy rok podobno jest kluczowy, decydujący i… najtrudniejszy zarazem.

Wymyśliłam sobie książkę.

To, że powstaną książki dla dzieci i inne cuda już wiecie – bo mówiłam i pisałam o tym nie raz. Jednak niedawno wpadł mi do głowy pomysł stworzenia książki dla nastoletnich rodziców. Taka motywacyjna książka pokazująca że macierzyństwo jest piękne, jednak w sytuacji w której znalazła się ta osoba jest jedna z najtrudniejszych przygód jaka ją spotka. Nie chce zamykać się tylko na tych ludzi którzy zostaną bądź już są rodzicami w nastoletnim wieku. Chciałabym by przeczytała tą książkę ich rodzina i bliscy, by wiedzieli co siedzi aktualnie w ich głowach. By poznali mechanizm działania takich ludzi. Marzę o tym by otworzyć oczy szerszemu gronu ludzi, na coś co dla nich jest dziwne i nieznane. Bo jak tak młody człowiek może zostać rodzicem?

Taka książka pokazująca trudy z jakimi musi zmierzyć się młody człowiek, który sam nie do końca ogarnia swoje życia a musi za moment opiekować się kimś zupełnie zależnym od niego. Jak sobie poradzić? Jak ja sobie poradziłam? Chciałabym pokazać w tej książce moją historię – bo pomimo tego że teraz jest dobrze, było u nas bardzo źle. Nikomu o tym nie mówiłam, ale było tragicznie.

Fajnie jak książkę przeczyta młody człowiek marzący o tym by zostać rodzicem w młodym wieku. Może otworzy mu ona oczy na pewne kwestie i przemyśli ciąże przed osiemnastką? Bo mimo wszystko wiem, że takie osoby tez są. Nastoletnie ciąże to nie zawsze „wpadki” – niektóre są planowane. Zaskoczona?

Od pomysłu do realizacji…

Tak się wkręciłam w ten projekt że zaczęłam coś tam powoli tworzyć. Napisałam jakiś wstęp, jakiś środek, coś już na zakończenie. Mam szkic tego, jak ma całość wyglądać i już na tym etapie mam dużo wniosków. Dlatego pisze ten tekst – by podzielić się tym, co siedzi w mojej głowie. Nie zdradzę jednak wiele, bo książka otworzy wszystkie karty – teraz dam przedsmak! Bo w sumie książka ma 50 tysięcy znaków – nie tak źle, patrząc na fakt że stworzyłam to w trzy dni, prawda?

Pisząc to co już tam jest zaczynają wracać wspomnienia. Moje dwie ciąże nie wyglądały tak jak powinny. Nie było motylków, nie było rozpieszczania, nie było spokoju. Były łzy, ciężka praca, brak odpoczynku i brak wsparcia partnera. Nie będę kłamała że było inaczej, skoro prawda jest zupełnie inna. Z Antkiem jeszcze pikuś, jakieś pozory normalności zostały zachowane. Jednak ciąża z Blanką to jedno wielkie morze łez. Było tak źle, tak tragicznie jak nigdy wcześniej. Robiłam bardzo dobrą minę do fatalnej gry. Nie raz wstawiałam zdjęcia brzuszkowe czy jakieś teksty na blog będąc w ciąży i zawsze starałam się by słowa tam napisane były po prostu odpowiednie. W środku jednak krzyczałam! Wyłam co wieczór gdy Antek już spał, tak by w ciągu dnia nie widział jak bardzo jest źle. On był szczęśliwy, miał wszystko czego potrzebował. Ja nie. Skoro czasem moim obiadem, śniadaniem i kolacją było to, czego nie zjadł niespełna trzylatek. Tak, było tak źle – ale nikomu nie mówiłam. Byłam z tym sama, robiłam piękne oczy.

Bo jak miałam zarobić na nasze życie będąc w ciąży?

Nie mogłam iść do pracy, nie było pomocy państwa jeszcze wtedy w postaci 500+. Miałam 80% wypłaty z ZUS-u, ale też wiadomo jak oni czasem szaleją z płatnościami. Ojciec Antka płacił na niego, ale Blanki nie uznał. Wszystko tak pokręcone – mimo to jakoś się udało i wyszliśmy z tych kłopotów gdy Blaneczka się urodziła. Miała 2 miesiące gdy zdecydowałam się wziąć pod opiekę jeszcze jedno dziecko by móc opłacić rachunki. Miałam w domu trzylatka, dwulatka, niemowlę a za kilka chwil doszłoby jeszcze kolejne maleństwo – bo dziewczynce którą się opiekowałam, miała urodzić się siostra. Padałam na twarz! Ale co miałam zrobić?

Wtedy nie widziałam wielkich perspektyw na swoje dalsze życie.

Robiłam po prostu to, co musiałam by moim dzieciom było dobrze. Od rana do nocy kombinowałam dla nich. Ani przez sekundę nie myślałam o sobie, serio tak się da. Dopiero gdy Blanka miała rok – wyszłam z domu na ślub kuzynki i pomyślałam o włosach, makijażu, sukience. Był tam on – bawiliśmy się razem bardzo długo. Dziś jest moim mężem.

A ja od dnia tego wesela dziękuję za to że jest. Było nam ciężko, bo przez to wszystko co mnie spotkało nie umiałam oddać obowiązków komuś innemu. Nie wiedziałam jak wpuścić go do naszego świata, krzyczałam, krytykowałam i trzymałam na dystans. On chyba lubi wyzwania skoro kilka lat później poprosił mnie o rękę i dziś jest najlepszym mężem i tatą. Nie mogliśmy wymarzyć sobie lepszego, serio. Po wszystkim co przeszliśmy, nie spodziewałam się że kiedyś będzie nam tam dobrze jak jest teraz. Z nim.

Można mówić wiele… że miałam dzieci, więc miałam wiele. Gówno prawda! Dzieci to skarb – fakt. Ale tego, co mamy teraz wtedy nam brakowało. Wprowadził do naszego domu jeszcze więcej uczuć i miłości. Dał poczucie bezpieczeństwa, spokoju, motywacji do zmian i co by tu dużo mówić… naprawdę teraz nasze życie to samo szczęście. Nie idealne, ale po tym wszystkim co przeszliśmy czuję ogromny postęp. Wyluzowałam bo mam kogoś kto mi pomoże, tego mi brakowało.

I naprawdę nie spodziewałam się, że kiedyś to mnie spotka. Taki spokój każdego dnia.

To pierwszy wniosek jaki mam z pisania książki. A to dopiero 50 tysięcy słów! Co będzie dalej…

 

Nasz Instagram