Śledź nas na:
All Posts By

pierwsze-kroki

Blog - archiwum

Drożdżówki z budyniem i truskawkami – niebo w paszczy!

27 marca 2019

Chociaż wykonanie ich jest dość czasochłonne, jak to bywa przy drożdżówkach i innych ciastach na bazie drożdży – smak rekompensuje wszystko. Według mnie drożdżówka i pączek to idealny dodatek do kawy – inne ciasta mogłaby nie istnieć. Szkoda tylko że wszystko zamiast w biust idzie nie tam gdzie powinno. Domowe jednak nie tuczy tak jak kupne, dlatego jutro musisz spróbować tego przepisu.

Składniki:

500g mąki
2 budynie waniliowe (mogą być jakie chcesz, może tez być domowy budyń na który przepis podałam Ci TU)
truskawki (u mnie ok 150g)
120g cukru
50g drożdży
50g masła
250ml mleka
szczypta soli
3 żółtka

Lukier:

1 szklanka cukru pudru
4 łyżki ciepłej wody

Drożdże kruszymy, dodajemy cukier i letnie mleko. Zostawiamy na 20 minut – aż drożdże „ruszą”. W tym czasie rozpuszczamy masło i je studzimy. Mąkę, żółtka, masło,sól, zaczyn drożdżowy mieszamy w misce i wyrabiamy gładkie ciasto. Umieszczamy je ponownie w misce i czekamy ok 60 minut do wyrośnięcia. W tym czasie gotujemy budyń wg przepisu na opakowaniu (ja dodaję zawsze troszkę mniej mleka bo lubię takie gęste) gotowy budyń przykryjcie folią by nie pojawił się kożuch. Ostudzony budyń wymieszaj z truskawkami.

Ciasto rozwałkuj na grubość ok 1 cm. Wytnij drożdżówki jakąś miseczką i przełóż na blachę wyłożona papierem do pieczenia, przykryj ręcznikiem i odczekaj 15 minut aż nie wyrosną znów. Przy pomocy szklanki (dna szklanki) zrób w nich wgłębienia do których nałożysz budyń. Przed pieczeniem posmaruj ciasto żółtkiem.

Piecz ok 20 minut w 170 stopniach. Góra-dół.

Na sam koniec szczerze i od serca polej je lukrem!

SMACZNEGO!

Blog - archiwum Ciąża

Moje obawy przed trzecim dzieckiem – czego boję się najbardziej.

25 marca 2019

Przed zajściem w ciąże miałam pewne obawy, jednak teraz gdy się udało i maluch za dwa miesiące będzie z nami tych „ale” jest znacznie więcej. Dużo zawdzięczam pewnie też moim ciążowym nastrojom które ostatnio bardzo dają się we znaki. Co też jest dla mnie niespotykane bo wcześniej takich atrakcji nie miałam. 

Chociażby to, że wyłam ostatnio chyba 30 minut pod szafą na ubrania bo nie chciała się otworzyć. Płakałam też gdy Daniel z dziećmi siedzieli obok w pokoju i układali lego, a ja byłam w sypialni – czułam się taka niepotrzebna. A hitem był płacz, gdy lekarz nie chciał dać mi skierowania na badanie krwi. Nad tym kompletnie nie panuje, ale wiem że to minie – chyba.

Wracając jednak do tematu, chcę opowiedzieć o wszystkich obawach jakie mam teraz. Bo doszło ich wiele – co jest normalne.

Poród.

Nie sam poród – poród. Chociaż boję się panicznie cesarskiego cięcia, wiem że dla dobra dziecka zgodzę się na wszystko, chodzi bardziej o organizację tego dnia. Blankę i Antka przenosiłam, dostałam skierowanie do szpitala na sobotę a w poniedziałek wychodziłam do domu. Wszystko udało się zaplanować – podwózkę, opiekę w przypadku porodu Blanki nad Antkiem. A teraz? Nie mam pojęcia co zrobię jak zacznie się samo. Co z dziećmi? Dani ma 5 minut autem do domu, ale jak nie odbierze telefonu za pierwszym razem?

Urodzić muszę i raczej podchodzę do tego mechanicznie. Będzie bolało – nawet bardzo, ale nie o ból chodzi. Chciałabym znać dokładny dzień, by móc zaplanować wszystko. To jest niewykonalne i męczy mnie strasznie od kilku miesięcy.

Spacery.

Pierwsze dni będzie z nami Daniel w domu. On będzie wychodził pewnie na dwór bądź znosił mi wózek. Co zrobię, gdy go zabraknie? Antka wychowałam w domu jednorodzinnym, Blankę na parterze. Teraz mieszkamy na 2/3 piętrze (zależy jak patrzeć bo sam parter jest na piętrze) i będę z tym sama. Sprzedajemy jedno auto i nie mam możliwości wrzucania stelaża do bagażnika. Nie zostawię wózka na klatce a o piwnicy nie ma mowy – jedna wielka wilgoć. Wiem że Antko ma już 8 lat za moment i niby mogę znieść stelaż i wrócić po dzieci do góry, bo ile mnie nie będzie? Minutkę? Ale jednak obarczanie dużą odpowiedzialnością dziecka to nie bardzo moje klimaty i metody wychowawcze.

A weź jeszcze uszykuj całą gromadę na spacer… Jak już zejdziemy na dół to chyba wrócimy dopiero na obiad. Bo po przebojach z wyjściem i organizacją nie będzie nam się opłacało wracać.

Że urodzi się wcześniej.

Nie miałam tego problemu w poprzednich ciążach. Wiadomo, że przy pierwszej organizm jest taki jeszcze nie zmęczony i wszystko pięknie trzyma. Mi przy porodzie Antka pękła szyjka macicy, na szczęście nie wpłynęło to na ciąże Blanki i to był wyznacznik że jest wydolna i dalej mogę rodzić dzieci. Czyli druga ciąża była też takim trochę sprawdzianem dla niej. Teraz wkopaliśmy się najpierw w ślub, co zjadło masę energii. Po ślubie chwila odpoczynku i ruszył remont. Od 20 stycznia do dziś męczymy się jeszcze by wszystko skończyć – jesteśmy na finiszu ale… moje ciało się zbuntowało. To dla niego za dużo i szyjka przestała trzymać się tak jak powinna. W sześć dni skróciła mi się o 1,3 cm – teraz ma 2,3 cm. Trochę poniżej normy jaka powinna być. Bierzemy leki i mamy odpoczywać – na szczęście pracuję z domu więc nie ucierpimy na tym dużo. Ale remont dla mnie się już skończył. Tak samo jak wielkie porządki w domu czy… zwykłe kompletowanie wyprawki w sklepach stacjonarnych. Dzięki Bogu za internet!

Jak ja go chwycę?

Wiem że zaraz zaleje mnie fala nienawiści mam idealnych. Teksty w stylu „a starsze jak chwytałaś?” jednak chyba zapomniał wół jak cielęciem był i że takie obawy są zupełnie normalne w ciąży. Nie ważne czy ciąża jest pierwsza czy ósma. Zawsze boimy się o maluszka, więc naturalne jest to, że się boje. Mamy już w domu dzieci która maja 8 i 5 lat. Więc ostatni raz pampersa w ręce miałam 3 lata temu… może się tego nie zapomina. Opiekować się nim będę musiała, jednak obawy są. Przecież będzie taki malutki i delikatny… Jak trzy torebki cukru.

Żegnajcie przespane noce.

Jestem osobą która zniesie wiele w zachowaniu dzieci. Mam jednak jeden warunek – muszę spać ciągiem osiem godzin. Gdy tego mi brakuje, chodzę nerwowa, wszystko mi przeszkadza i nie mam sił na nic. Boje się że trafi mi się takie dziecko jakim była Blanka. Najgorszym wrogom nie życzę HNB. Te dzieci są urwane z kosmosu, serio. Wykańczają fizycznie, psychicznie i jak tylko jeszcze można. Ze zmęczenia bujałam kołdrę bo myślałam że to moje dziecko, a Blanka w tym czasie była na rękach u mojego taty. Tak źle było. Antoni za to, gdy miał miesiąc spał pięknie od 23 do 6 rano. Bez ani jednej pobudki na mleko. Tak pociągnę długo, ale przy kolejnym HNB uciekam. Boje się że nie ogarnę życia gdy taki noworodek będzie w naszym domu.

Czy mój mąż nadal będzie patrzył na mnie jak wcześniej?

Większość wie, ale są też osoby które nie mają pojęcia – zawsze to odkrywam, po milionie wiadomości od Was gdy o tym mówię. Chociaż relację mają fantastyczną, kochają się bezgranicznie i życia już sobie bez siebie nie wyobrażają. Między moim mężem a dziećmi nie ma biologicznej więzi. Nie jest ich biologicznym tatą. Ta ciąża jest jego pierwszą i dopiero wszystko poznaje. Ja już wiem „co z czym się je” ale z jego strony to jedna wielka niewiadoma. Obserwuje mój brzuch, będzie przy porodzie i będzie oglądał mnie w pierwszych chwilach „po”. Nie wiem czy jest na to przygotowany, bo widoki nie będą zbyt piękne. Był z nami, gdy ciało moje było już rok po porodzie – czyli wróciło już do „normalności”. Nie było wiszącej skóry, szwów, opuchnięcia… Może przeżyć szok, bo wiem że niektórzy mężczyźni tak mają. Liczę jednak na to, że w myślach będzie widział mnie taką, jaką mnie poznał – bo przecież tak kiedyś będę wyglądała. A poród jakoś zapomni.

Boje się że nie będę umiała powiedzieć „nie”.

Gdy urodziłam Antka miałam ogromny zlot rodziny w pierwszych chwilach od razu po. Byłam tak zmęczona, a ludzie pchali się drzwiami i oknami. Z Blanka natomiast było łatwiej, mieszkałam dalej od domu rodzinnego i odwiedzili mnie tylko rodzice a chwile później chrzestny z rodziną. Było zdecydowanie lepiej. Nie zrozum mnie teraz źle, ja bardzo lubię gości i spotkania z bliskimi – jednak nie kilka dni po ogromnym wysiłku. Dopiero będziemy poznawać siebie w naszym domu, odkrywać codzienność a tu wszyscy nagle sobie o nas przypomną. Nawet takie osoby, które przez ostatnie trzy lata były u nas raz, może dwa razy – a niektóre nawet wcale. Gdy dzwoni telefon, nie umiem odmówić. Mam jeszcze chwilę by poćwiczyć umiejętność kulturalnego odmawiania. Pierwsze dni po porodzie chcę spędzić z Maćkiem, Antkiem, Blanką i mężem.

Jak ogarnę obowiązki?

Bo swoje jakieś tam mam. Odprowadzenie i odebranie dzieci ze szkoły i przedszkola, wyjścia z psem, obiad… Czy Maciek pozwoli mi pomóc Antkowi w odrabianiu zadań domowych, czy będziemy musieli czekać do 16:30 aż wróci Daniel z pracy. Co zrobię gdy noworodek będzie głodny, gdy nadejdzie pora odbioru Blanki z przedszkola? Ani jeden, ani drugi nie może wtedy poczekać. Antka nauczymy samodzielnych powrotów do domu, jako ośmiolatek już da sobie świetnie radę – ale mamy jeszcze przedszkolaka. Są sprawy które jakoś ogarnę, bo obiadu mieć nie musimy (mogę też zamówić, bądź wykupić obiady w stołówce szkolnej za grosze) albo mogę przygotować go wieczorem, dzień wcześniej gdy Daniel będzie z dziećmi. Pies od 8 rano do 16:30 tez wytrzyma bez wyjścia na dwór (teraz to sprawdzamy, bo niestety tak ciągnie na smyczy że ja nie ryzykuje i z nią nie wychodzę). Są też sytuacje których nie mam jak przeskoczyć i ich się bardzo boje.

Czy pięciolatek może być bardzo zazdrosny?

Antek już doskonale wie z czym chleb się je. Jest starszym bratem i wiele razy musiał na coś czekać. Wie że mama będzie musiała karmić, przewijać, nosić… sam mówi że będzie musiał znów kawałek mamy czasu oddać dla rodzeństwa. Blanka nie zna tematu, nie wie ile czasu zabiera noworodek. Nie umie zaakceptować słowa „za chwilę”, musi mieć tu, teraz, zaraz. Nie zdaje sobie sprawy z tego, że mama będzie swój czas musiała podzielić jeszcze bardziej. Boję się zazdrości, chociaż teraz mam pomoc Daniela i wiem że gdy wróci z pracy będę mogła jakoś wynagrodzić im chwile które tracimy. Niby dzieci pięcioletnie więcej potrafią zrozumieć niż roczne czy dwuletnie. Jednak w dalszym ciągu dziecko to dziecko i będzie jej ciężko.

Praca i noworodek?

O to też temat ciekawy. Wiesz dobrze że pracuję dla siebie. Mam swoje zlecenia, zaraz będzie sklep. Jak ja mam to ogarnąć z noworodkiem? Już teraz zabezpieczam się i szukam opcji pomocy. Wiem, że mam oparcie w mężu który po powrocie zabierze dzieci na spacer bym mogła działać. Mam siostrę, która niektóre dni w tygodniu ma wolne od pracy i wstępnie zgodziła się na drobne pomoce. Niewiele, ale moja głowa już jest troszkę odciążona. Boje się, że zmęczenie wygra i coś pójdzie nie tak. Mając swoją firmę, nie można pozwolić sobie na takie miesiące przerwy. Będzie mi wtedy potrzebny ogromny kopniak motywacyjny od Ciebie!

 

A jakie Ty miałaś obawy?

 

Blog - archiwum

Praca z ludźmi to jedna wielka niewiadoma. Wyznania byłej kelnerki, barmanki i sprzedawcy.

22 marca 2019

Może nie zagrzałam miejsca na dłużej w ani jednej firmie. Jedyną stałą i długotrwałą formą mojej aktywności zawodowej jest ten blog, ale nie o tym bo to zupełnie inny temat. Tu nie widzę ludzi twarzą w twarz – tu są „mądrzy ludzie internetu”, a wiadomo że takim czasem łatwiej wbić szpilę w plecy. Pracując w rożnych miejscach miałam do czynienia z wieloma ludźmi. Niektórzy byli bardzo pozytywni, a inni mrozili krew w żyłach. Nie powiem, było ciekawie.

Dam sobie mały palec u prawej stopy uciąć że każda osoba pracująca w miejscach wymienionych w tytule miała jakieś fajnie bądź strasznie przygody. Mnie spotkało takich wiele, ale opowiem tylko o tych najciekawszych które do dziś mam w głowie. A przypominając sobie o nich pojawia się uśmiech na twarzy. Chociaż teraz jest mi do śmiechu, były momenty gdy byłam szczerze przerażona.

Pani nie wie nic, ale my o Pani wszystko.

Wiecie jak to jest w małych miejscowościach. Monitoring 24 h, 7 dni w tygodniu przez cały rok. Mam wrażenie że nasze miasteczko jest w tym mistrzem. Mieszkając w Poznaniu nie wiedziałam NIC o moich sąsiadach a oni nie znali nas. Było „dzień dobry, piękny dzień”, albo coś w stylu „ale te dzieci rosną, miłego dnia!” zwykła sąsiedzka uprzejmość bez wchodzenia z butami do czyjegoś mieszkania.

Tu jest inaczej. Przeprowadzając się do miejsca w którym aktualnie żyjemy, 90% ludzi wiedziała że… Daniel nie jest biologicznym tatą dzieci, że nie mamy ślubu, że „wyrzuciłam babcie z mieszkania” itp. Każdy obserwuje tu wszystko z okien, dopowiadają sobie milion historii i tym sposobem robi się niezłe gó**o – za przeproszeniem.

Pracując w piekarni, właśnie w tej miejscowości wiedziałam WSZYSTKO. Nie znałam ludzi którzy przychodzili po bułki, ale oni „znali” mnie. Czuli się „przez to chyba w pewien sposób zobowiązani do tego by opowiadać mi historię życia połowy miasteczka. I takim oto sposobem wiedziałam że ktoś coś z kimś. Ale najlepsze było to, że ja tych „ktosiów” nie znałam – nie miałam bladego pojęcia o kim Ci wszyscy ludzie mówią. Do dziś nie wiem i wcale mnie nie nie interesuje.

Możesz wszystko, ale tak jak ja chcę.

To była chyba moje pierwsza praca taka samodzielna. Wcześniej jeździłam z moją mamą do jej byłych firm pomagać przy układaniu dokumentów, czy przy pakowaniu produktów gdy pracowała jeszcze na produkcji. Ta jednak była taką pracą którą zdobyłam samodzielnie i miałam być w każdy weekend na posterunku. Było fajnie, do czasu aż ktoś nie zrobił czegoś nie tak. Mogłaś jeść do woli, pić do woli, rozmawiać ale… jak nikogo nie było w restauracji w innym wypadku wypad. Stanie na baczność gdy wchodził klient (swoją drogą, ja będąc klientem czułabym się źle gdyby kelner stał tak jak my stać musieliśmy.. no ale). To tylko drobne przykłady, była tego cała masa. Pracowałam tam przez trzy miesiące, w każdy weekend – dłużej nie wytrzymałam. Gdy Daniel zrezygnował z pracy z restauracji (też miał takie epizody) postanowiliśmy dawać fajne napiwki, gdy obsługa jest ok. To taki nasz mały zwyczaj, bo po prostu wiemy jak im ciężko.

Przygoda ze schizofrenikiem.

Do jednego z tych miejsc, przychodził pan który był chory. Powinien brać leki, jednak jego nałóg alkoholowy był silniejszy i wtedy o tych lekach po prostu zapominał. Jak on to określał „lubił ten szum”. Przyznawał się otwarcie do tego, że własnie powiedzmy trzy dni temu skończył pić i nie brał leków. Chorował na schizofrenię. Kompletnie nie znam tej choroby, a „filmowe wersje” tej choroby są pokazywane dość mało ciekawie. Bałam się go, bo przychodził i normalnie rozmawiał jednak czekałam na moment jakiegoś napadu z jego strony.

Takiego nigdy nie było. Kultura od początku do końca! Przestałam się go bać w momencie spotkania z psychiatrą który pracował w szpitalu obok. Opowiedziałam mu o nim, bo akurat tą chorobą się zajmował. Usłyszałam te słowa: „Nie bój się go, jeśli z Tobą rozmawia normalnie to Ci zaufał. Jak schizofrenik Ci zaufa to z ręka na sercu bardziej bym się bał zwykłego Kowalskiego na ulicy niż tej chorej osoby. On Ci nic nie zrobi”. Od tego momentu praca tam stała się przyjemniejsza, bo nie wyczekiwałam w strachu jego przyjścia – było ok.

A jakie Ty masz wspomnienia ze swojej pracy?

Blog - archiwum

Moje piersi w ciąży szaleją! Siara w ciąży, przygotowanie piersi do karmienia. Moja historia.

20 marca 2019

W pierwszej ciąży panikowałam, bo jak może lecieć coś z piersi gdy nie ma się dziecka. Miałam wtedy 18 lat i ledwo co ogarniałam swoje życie, nie mówiąc o znajomości podstawowych informacji o laktacji przerażało mnie to co widziałam. Niestety od połowy ciąży wiedziałam że karmić piersią nie będę, przez guza w piersi którego trzeba było usunąć – dlatego dzielnie znosiłam wypływ jaki towarzyszył mi każdego dnia.

W drugiej ciąży było lepiej. Byłam starsza o trzy lata, więcej o macierzyństwie i ciąży wiedziałam. Poznałam też kilka cudownych osób które o laktacji wiedziały bardzo dużo. Dla nich mój wyciek siary z piersi był cudowny – mnie nadal przerażał. Szukalam informacji o tym co się ze mną dzieje. W internecie jest ich masa!

Jednak piszą tam, że jest to niewielki wyciek z piersi.

Powoduje go hormon odpowiedzialny za tworzenie pokarmu dla naszego dziecka. Co mnie właśnie zaciekawiło? Że na każdej stronie jest to opisane tak jak wspominałam wcześniej – niewielki wyciek, najczęściej w nocy. Dosłownie kilka kropel białej lub żółtej wydzieliny. No u mnie to wygląda troszkę inaczej.

Bałam się że karmić lewą piersią nie będę mogła już nigdy.

Guz który miałam był bardzo, bardzo blisko brodawki i lekarze ostrzegali mnie przez operacją że mogę stracić w nim czucie i być może kiedyś w przyszłości nie dam rady wykarmić piersią dziecka. Był wielki i niefortunnie zlokalizowany – jednak ważniejsze od karmienia piersią bylo w tamtym momencie moje zdrowie. Decyzja była oczywista – tniemy!

Operację miałam w 2012 roku by w 2014 odkryć że wszystko chodzi jak powinno.

Już w ciąży miałam wyciek siary, laktacja nie czekała na poród. Blaneczkę karmiłam na początku piersią, później KPI – karmienie piersią inaczej) czyli odciągałam laktatorem by podać jej mleko z butelki. Niestety nie chciała pić z piersi. Po wizycie u pediatry zostałam skierowana do doradcy laktacyjnego i od tego momentu znów było „normalne” karmienie piersią. Trwało to rok, równy rok. Skończyło się praktycznie wtedy, gdy w naszym życiu już na dobre pojawił się Daniel.

Teraz trzecia ciąża i jest kosmos!

Prawa pierś – która jest zdrowa od zawsze jest 'książkowa”. Czyli produkuje faktycznie odrobinę siary. Kilka kropel w ciągu nocy, więcej pojawia się w momencie ściskania piersi. Jednak lewa przechodzi wszystko! Nie mam pojęcia czy podczas operacji uszkodzili mi jakąś blokadę – znak stop – zatrzymaj się! Czy inne cudo.. ale cały dzień muszę mieć w staniku wkładki laktacyjne. W nocy jest najlepiej. Pomimo „ochrony” stanikowo-wkładkowej, budzę się z mokrą koszulą nocną. Mokre ubrania ma Daniel, czuć to wszystko na pościeli.

Nie ogarniamy lewej piersi. Która powala wszystkich na kolana.

Bałam się że coś jest nie tak, bo w interecie nie ma informacji o aż tak dużych wyciekach siary w czasie ciąży. Skonsultowałam wszystko z ginekologiem, położną i doradcą laktacyjnym. Każda z tych osób obejrzała moje piersi i nie odkryli żadnej nieprawidłowości. Tak mam, tak będę prawdopodobnie już miała i mam jakoś z tym żyć.

Bałam się czy jest ze mną wszystko w porządku. Nie spotkałam się z informacją by komuś aż tak bardzo siara wypływała w czasie ciąży. Śmieje się z mężem, że już teraz bym wykarmiła noworodka i niech to się po porodzie nie zmieni.

Jestem ciekawa czy Ty miałaś lub masz takie przygody ze swoją laktacją?
Wszystko jest w normie, czy są odstępstwa jak u mnie?

 

Blog - archiwum

Puknięcie, stuknięcie i… w sumie nic więcej ale… – muszę jechać na SOR w ciąży.

18 marca 2019

Ogólnie nie jestem wielką fanką różnych stron internetowych zrzeszających mamusie. Nie tylko te które dziecko mają już obok siebie, ale też te które dopiero noszą je pod serduszkiem. Nigdy nie należałam do żadnej z nich ale w tej ciąży coś mnie popchnęło do popełnienia tego błędu. Dlaczego błędu?

Zanim wyjaśnię o jaki błąd chodzi chcę dać coś na swoje usprawiedliwienie…

Dlaczego się tam zapisałam?

To trudne pytanie. Przeglądając wieczorem, leżąc już w łóżku i odpoczywając Facebooka wyskoczyła mi stronka którą „mogę polubić” lub „dołącz do grupy”. Coś w tym stylu, nie pamiętam – jednak nie to jest najważniejsze. Owa grupa blisko 5 tysięcy przyszłych i tych ledwo co „rozpakowanych” mamusiek. Wyobrażasz sobie co tam musi się dziać? Ja chyba zapomniałam jak to jest, gdy w jednym miejscu zjawi się 10 kobiet, a co dopiero pięć tysięcy.

Nie wiem czy palec mi się przesunął, miałam skurcz czy jakieś resztki instynktu samozachowawczego mnie zawiodły ale… Zapisałam się tam, a moja „aplikacja” została rozpatrzona pozytywnie. I takim oto cudem, jestem w tym ich środowisku już trzy miesiące (w  sumie nie ich, tylko „naszym” bo jednak też tam jestem). Mam już pewne wnioski, jest ich nawet dużo ale dziś poruszę jeden, najważniejszy który moim zdaniem jest non stop tam wałkowany.

A może do szpitala?

Każda notka tego typu zaczyna się podobnie.

„Kochane, to moja pierwsza (druga, trzecia, dziesiąta…) ciąża. Mam pewien problem, może panikuje ale każda z nas martwi się o nasze skarby. Otóż… (i zaczyna się litania)”

Najczęściej wymieniane to:
-czuje się fatalnie
-boli mnie lekko w prawej strony
-spuchło mi.. (kolano, kostka, ręka…)

Poza tym były też inne smaczki, ale były tak absurdalne że o nich zapomniałam. Po prostu w życiu z czymś takim nie pojawiłabym się w szpitalu będąc w ciąży. Raz – jadąc z pierdołą mogłabym zarazić się czymś groźnym, bo nigdy nie wiadomo czy ktoś np z grypą nie siedzi w poczekalni. Dwa – czułabym się głupio, że ktoś może potrzebować pomocy teraz i zaraz, a ja idę z bolącym palcem u prawej stopy. A ostatnie – w takich sytuacjach najpierw dzwonię do mojej ginekolog, dopiero gdy usłyszę z jej ust – jedź, to jadę.

To nie tak że nie miałam nigdy problemów ciążowych – bo miałam.

Był guz w piersi, który musiałam wyciąć. Były nawracające zapalenia układu moczowego które skończyły się antybiotykiem. Jest rozejście spojenia łonowego. Miałam ogromne zapalenie górnego układu oddechowego, w tym zatok. To są tylko przykłady, pokazujące że wiem doskonale co to niepewność w ciąży. Jednak do czego zmierzam.

Większość z tych kobiet jedzie na SOR z takimi objawami, z którymi normalnie człowiek miałby wstyd pojechać. Nie mam pojęcia czy ciąża faktycznie powoduje obniżenie myślenia i ogromną dekoncentrację ale to co tam idzie wyczytać – zaskakuje. Po prostu odbiera mowę. Wiem że nie jestem jedyna, ogrom komentarzy pod takimi postami to zdania w stylu „odpocznij”, „weź kąpiel, może przejdzie”, „zadzwoń do swojego ginekologa”, ” może masaż?” – wiecie takie normalne rzeczy.

Wtedy jednak rzuca się na nie stado wilków:

„Lepiej sprawdzić, nie słuchaj tamtych bab, jak coś będzie dziecku to będziesz żałowała że nie pojechałaś”

I wtedy ta dziewczyna jedzie. Wmówiła sobie coś, inne kobiety ją wystraszyły i pojechała. Z pierdołą, ale zjawiła się na SOR-ze. A jak to się kończy później dla innych ciężarnych?

Tak, że przestają traktować nas poważnie. Myślą że wszystkie przychodzimy z czymś takim i stosunek się zmienia. Wiedzą, że połowa kobiet które są w poczekalni przyszła tak naprawdę bez sensu. Zabierają miejsce i czas kobietą, które potrzebują tej pomocy. Doskonale wiem, że lepiej dmuchać na zimne – sprawdzać, kontrolować. Wiem co to strach o własne dziecko i ciąże. Jednak są inne rozwiązania zanim pojedzie się do szpitala – tylko nikt z nich nie korzysta.

Ginekolog nie gryzie.

Ja naszej ufam tak w 80%. Jednak podniosła sobie mocno ten procent zaufania w momencie gdy choroba zaatakowała moje zatoki i dosłownie NIC nie pomagało. Napary, okłady, płukanie – po prostu nic. Po wykonaniu telefonu o 21 poprosiła by mąż pojechał do niej po spis leków i receptę. Odebrała telefon wieczorem, wyjaśniła wszystko i sprawa została zakończona. A co robi spora część kobiet? Jedzie od razu na izbę przyjęć, jakby pobyt w szpitalu ich jakoś relaksował i sprawiał że czują się bezpieczne.

Osoba która nie dzwoni do swojego lekarza najpierw – powinna go zmienić. Oznacza to albo totalny brak zaufania do niego, albo jego ogromny brak profesjonalizmu. Bo biorąc pod swoje skrzydła ciężarną kobietę – powinien ten telefon odebrać i być tym łącznikiem i osobą pierwszego kontaktu. To daje do myślenia. Powikłania ciąży, choroba w tym stanie i inne „smaczki” potrafią pokazać lekarza w „dziennym świetle”.

O co mi chodzi?

O fakt, że przez takie akcje z pierdołami inne kobiety w ciąży tracą. Przestają być odbierane poważnie.
Mało tego, osoba która w trakcje ciąży jedzie na izbę przyjęć w szpitalu 10 razy z czymś błahym – podczas prawdziwych i poważnych powikłań może być źle potraktowana co skończy się źle.

Nie mówię tu o braku reakcji na poważne rzeczy.
Ale o umiejętność ich klasyfikacji.
I kontakt najpierw ze swoim lekarzem czy położną, dopiero później SOR.

Jestem ciekawa czy znasz takie ciężarne?

Blog - archiwum

Mini bezy pavlova – baza a dodatki wybierz sobie sama!

15 marca 2019

Beza którą opisywałam w poście TUTAJ jest niezmiennym hitem naszej rodziny. Kocha ją mój mąż, dzieci, rodzice… no dosłownie wszyscy. Nawet jak moja mama zaprasza gości do siebie w sobotnie popołudnie częstuje ich bezą. Robi szał wszędzie! Ostatnio zamiast musu z malin lub wiśni lubię dodać do niej po prostu świeże owoce. Maliny, borówki, truskawki… a nawet fajnie smakuje gdy wrzucimy winogrono bezpestkowe. Mniam!

Jednak jest jeden minus tej bezy. Chociaż taki minus to nie minus, ale jakby trafić na kogoś mega czepialskiego to to wypatrzy. Brzegi jej są bardzo kruche i delikatne. Środek jest puszysty, masa śmietanowa ciężka a do tego te owoce. To logiczne, że podczas krojenia ona się po prostu rozpada. Udaje się ładnie nałożyć, ale gracji w tym nie ma za grosz. Postanowiłam jednego dnia zrobić bezy, ale takie mini. Podczas spotkania u znajomych zaryzykowałam i stworzyłam ich mniejszą wersję, by nikt nie kombinował z krojeniem. Plus tego jest taki, że jedna beza zdecydowanie nasyci jedną osobę. Zupełnie tak, jakby odkroiła sobie jeden kawałek tortu. 

Zdjęcie nie pokazuje efektu. Jednak chodzi mi o pokazanie ich kształtu i wielkości.
Na górę możemy nałożyć bitą śmietanę – 36% z serkiem mascarpone i owocami.
Jedna porcja którą podaję to 9 bez.

Składniki:

8 białek
szczypta soli
400 g cukru drobnego (ale jak nie masz to zwykły może być, po dłużej się będzie rozpuszczał)
2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
2 łyżeczki soku z cytryny

Białka ubijamy na sztywną pianę z odrobiną soli. Gdy będzie już ubita, dodajemy po jednej łyżce cukru, za każdym razem miksując dokładnie. Kończymy ubijanie, gdy nie poczujemy pod palcami drobinek cukru. Dodajemy sok z cytryny, mieszamy. Na koniec dodajemy mąkę i lekko mieszamy łyżką.

Nagrzewamy piekarnik do 150 stopni. Na blaszce układamy papier a na nim robimy 9 kleksów bezowych. Ja lubię takie nie-idealne, bo mają swój urok. Można też od koła idealnie równe – wtedy mają jakieś 8-10 cm średnicy. Wkładamy do piekarnika, a po 2 minutach zmniejszamy temperaturę do 120 stopni. Pieczemy od 1,5 godziny. Studzić powinno się w uchylonym piekarniku, jednak już nie raz wyciągałam wcześniej i studziłam na kratce – nic im nie było. 🙂

SMACZNEGO!

Blog - archiwum

Z pamiętnika ciężarówki część druga! 29 tydzień ciąży.

13 marca 2019

Nigdy nie byłam dobra w liczeniu tygodni ciąży. W pierwszej nie ogarniałam wcale, w drugiej mówiłam że jestem w 25 tygodniu jak byłam w 25+5, a w trzeciej przez aplikację mówię że podczas tego 25+5 jestem już w 26 tygodniu. Weź tu bądź mądra, gdy wszędzie tyle różnych informacji. W każdym razie, dziś jesteśmy dokładnie w 29+0, czyli jakby patrzeć to 29, albo 30 tydzień – na to pytanie odpowiedz sobie sama.

Byliśmy też na kolejnej wizycie u ginekologa, ale tym razem nie u „naszego”. Dlaczego?

Jak wiecie, będąc w ciąży z Blanką miałam najlepszego lekarza na świecie. Ufałam mu całym sercem, nie miałam wątpliwości co do jego wiedzy i doświadczenia. Czułam że jestem w dobrych rękach. Niestety wyjechał do Stanów Zjednoczonych i musiałam szybko poszukać kogoś innego, kto jeszcze tego samego dnia zgodzi się nas przyjąć – bo jeszcze inny lekarz nas wystawił nie przychodząc na umówioną wizytę. Trafiliśmy zatem do Pani doktor, która wykonuje niby wszystkie badania, na każdej wizycie mamy USG, karta ciąży tez nie jest pusta.. ale mam ciągle jakieś „ale”. Powiedziałam o tym mojemu mężowi i na kolejnej wizycie ustaliliśmy z naszym lekarzem że skonsultujemy jeszcze ciąże u innego ginekologa.

Dziś mieliśmy takie jakby badanie połówkowe w 30 tygodniu ciąży.

W odpowiednim czasie, w połowie ciąży nasza Pani doktor takie badanie wykonała. Jednak idąc na konsultacje do innego lekarza poprosiliśmy o dokładny przegląd ciąży. Zbadani od czubka głowy aż po najmniejszy palec u lewej stopy wiemy już że pod serduchem ciągle mamy chłopca. Maciek, to Maciek i nic nie wskazuje na to że urodzi się Zojka.

Ważymy około : 1100 gram

Mama ma na plusie : nie wiem, dowiem się za tydzień u naszej pani ginekolog.

Poza tym, każdego dnia suplementy jak ostatnio. Prenatal, magnez na skurcze łydek, łyżka żelatyny dziennie na spojenie (ja wrzucam rozrobioną z wodą, do koktajlu mleko-banan. Inaczej nie przełknę, galaretki też nie lubię).

Już nasza Pani ginekolog to mówiła, położna która przychodzi w ciąży do kobiety wspominała… a teraz kolejny lekarz zaczął temat… moich badań krwi. Tak jak mam problem z ph w ciąży, bo jest za mało kwaśne ale w sumie nic z tym nie robimy póki nie ma infekcji… tak z moją krwią jest jakiś ewenement. Każdy wynik idealnie w ramkach normy. Hemoglobina która w ciąży lubi płatać figle – u mnie jest wzorowa. Usłyszałam już że dietę muszę mieć bogatą i fajnie skomponowaną… jednym słowem bardzo o siebie dbam w ciąży.

Szkoda że po 22 bardzo dobrze smakuje mi ryż na mleku, chipsy, cola, żelki… a batonik mars? Dam się za niego pokroić i nawet jak piszę teraz to zdanie mam masę śliny w ustach.

Z dodatków…

Mam bardzo o siebie dbać, bo szyjka jest miękka. Nie ma oznak przedwczesnego porodu, jednak mam nie kusić losu. Starać się jak najwięcej odpoczywać w ciągu dnia i ogólnie nie szaleć. Łożysko nie ma ostatniego stopnia dojrzałości, ale to dobrze – spełnia jeszcze swoją funkcję. Maciek ma dwie nerki, przepływy w głowie i serduszku w normie. Jego wiek z OM i wiek z USG się prawie pokrywają. Na USG ma 28+4 dni. Nie dość że mam problemy ze spojeniem łonowym, to Maciuś siedzi bardzo, bardzo nisko. Ułożył się tak nisko, że nawet pani doktor wykrzywiła twarz mówiąc że podczas chodzenia muszę to odczuwać.

Lekki strach się pojawił.

Ogólnie nie nakręcam się i podchodzę do tematu na ludzie. Wiem że maluch ma czas, w teorii do 35 tygodnia. Jednak usłyszeliśmy że około 25 tygodnia ciąży już większość dzieci siedzi głową w dół, a nasz syn nadal wygodnie ułożony pośladkowo. Ba! Głowa jest zadarta do góry, a nasze przodujące łożysko może mu przeszkodzić w okręceniu się. Podobno w każdej ciąży łożysko układa się w innym miejscu i z każdą kolejną ciążą jest większe ryzyko CC, właśnie przez te ułożenia pośladkowe.

Trzymajcie mocno kciuki, by Maciek szybko zmienił ułożenie! Bo niczego się tak bardzo nie boję jak CC!

Blog - archiwum

Jak fajnie wyglądać wiosną? Moje propozycje!

8 marca 2019

Uwielbiam ten czas, gdy możemy zrzucić z siebie tonę ubrań. Ciepłe kozaki zamienić na botki, ciężkie i grube kurtki zastąpić lekką parką czy jeansową kurteczką. Pozbywamy się też wielkich szali na rzecz fajnych chust a co najważniejsze – możemy pokazać się w zupełnie innej odsłonie przez ubrania które widać. Nie są już schowane pod całym zimowym okryciem. 

Możemy pokazać troszkę więcej…

Odkryć nogi, pokazać być może nową figurę o którą walczyliśmy przez cały okres zimy. Można też tak ja ja, cieszyć się tym czasem z powodu wygody. Nie ma co ukrywać, w jeansy już dawno nie wchodzę a legginsy jakoś tak za mną nie przemawiają. Noszę – to fakt, jednak nie czuję się w nich dobrze. Wygodnie jest mi za to w sukienkach!

Kocham wszystko co daje mi nieograniczoną swobodę ruchów. Na co dzień wybieram te luźne, zwiewne i lekkie. A od okazji stawiam na coś, co dodatkowo podkreśli już dość widoczny ciążowy brzuszek. W końcu 29 tydzień zobowiązuje do tego, by było już coś widać.

Mimo wszystko wiosna to czas na szaleństwa!

Szara zima nie daje nam oznak do większego szczęścia. Jeśli jest biała i „taka jak kiedyś” – ma swój urok. Jednak to co było w tym roku, nie powaliło na kolana. Po złym czasie przyszła chwila na coś fajnego. W powietrzu czuć wiosnę, zdecydowanie zbliża się do nas szybciej niż się niektórym wydaje. Pomimo jeszcze chłodnych poranków – popołudnia są słoneczne i bardzo cieplutkie.

Wygrzebałam już z szafy wszystkie moje wiosenne ubrania i zaczynam bawić się modą.

Jestem pewna że ta wiosna będzie zdominowana przez wiosenne sukienki.

Tak jak pisałam wcześniej – głównym powodem jest wygoda. Innym za to chęć pokazania kolejnego szczęścia które noszę pod serduchem a jeszcze inny powód to nastawienie. Bo co nas może nastroić lepiej niż kolory i piękne wzory? Strojem, w szczególności sukienkami chcę pokazać światu radość.

Tym bardziej, że na rynku mamy cały ogrom fasonów, wzorów, rozmiarów i kolorów. Dosłownie każdy znajdzie coś dla siebie.

Ja szukam zawsze modeli takich ponadczasowych. Które nie znudzą mi się po jednym sezonie. Uwielbiam sukienki, które w mojej szafie zagoszczą na lata, by móc wiosną cieszyć oko dłużej niż tylko kilka miesięcy. Przeglądając teraz moją szafę wiem, że każda z sukienek była idealnie przemyślanym zakupem. Korzystałam z nich przed ciążą, a teraz gdy brzuch jest już duży – nie muszę inwestować w nic nowego.

Wiem że nie każdy lubi nosić sukienki. Wiem, że niektóre z nas lepiej czują się w spodniach.
Jednak dla mnie są one nie dość że kobiece to jeszcze idealnie wpisują się w moją zasadę ubioru – wygodnie i ładnie.

A Ty lubisz chodzić w sukienkach?
Na jaki krój stawiasz? W czym czujesz się najlepiej?

Blog - archiwum

Podział opieki nad dziećmi po rozstaniu rodziców.

4 marca 2019

Długo zbierałam się do tego wpisu. Nie wiedziałam jak chwycić temat by nie zostać skrytykowaną, zmieszaną z błotem i osądzoną o wielką znawczynię chociaż nawet odpowiednich studiów nie mam. Tak, nie jestem psychologiem. Tak, może nie powinnam wypowiadać się na takie tematy skoro moja wiedza opiera się jedynie (a może i aż?) na doświadczeniu. Od siedmiu lat wychowuję dzieci z poprzedniego związku. Udało mi się wypracować system który pasuje wszystkim. Były błędy, potknięcia i niejasności. Jednak po takim czasie uważam że coś w tym temacie wiem i opowiedzieć mogę.

Wiem, że modeli wspólnego wychowywania dzieci po rozstaniu jest wiele. Sama znam niedaleko siebie co najmniej 5 rożnych przypadków. Każdy myśli że jest dobry, ale prawda jest taka że coś co jest dobre dla dorosłych nie musi być wcale takie dla dzieci. Stawiamy często na swoją wygodę, mało interesując się dziećmi. Albo inaczej – mówimy że zależy nam na dobru dzieci, jednak prawda jest taka że to dobro jest nasze. Spokój, brak poczucia winy i chęć wynagrodzenia dziecku czegoś powoduje jeszcze większy zamęt.

Są też typy które mają totalny zwis w temacie, zapominają że mają dzieci i żyją jakby nic się nie wydarzyło. Co niektórzy z jakimkolwiek kręgosłupem moralnym płacą alimenty i z okazji gwiazdki czy urodzin sypną prezentem. Jednak zdecydowana większość zostawiła jaja tam gdzie nikt nie dotarł. Bolesne, ale bardzo prawdziwe.

Rozstanie rodziców to ból dla małego serduszka.

Często są zapominane, nie brane na poważnie – a przecież problem i tragedia która się rozgrywa w domu dotyczy także ich. To nie tak że wali się świat męża i żony. Dorośli chociaż będzie im ciężko, poradzą sobie z emocjami. Dzieci są w gorszej sytuacji. Maluchy nie potrafią poradzić sobie czasem z tym co dzieje się na co dzień w „normalnym” środowisku. Uczą się siebie, swoich zachowań i możliwości. Sytuacja w której nagle zostaną postawione może spowodować kumulację złości, niezrozumienia, chęci naprawienia tego i innych zachowań. Dzieci mogą też zawalać winę na siebie – bo jak nikt im nie wyjaśnił nic, często obwiniają swoją osobę. Bo byłam niegrzeczna, mama z tatą pewnie są źli i dlatego. Nie wiesz co siedzi w głowie dzieci, dlatego od początku powinno się brać maluchy pod uwagę. Rozmawiać nie tylko między sobą, ale też na płaszczyźnie rodzice-dzieci.

Gdy już jeden rodzic się wyprowadzi – co z dziećmi?

Czy rodzice rozmawiali między sobą jak to będzie? Czy ktokolwiek zapytał dzieci, jak one to widzą? Kolejna sprawa narzucona z góry maluchom, do której muszą się dostosować by rodzicom było wygodniej. By mieli mniej poczucia winy. Z jednej strony jest dobro dzieci a z drugiej swoje. Podział opieki nie jest łatwy, jest cholernie trudny zwłaszcza dla rodzica który będzie te dzieci widywał mniej. Oczywiście mówię tu o zdrowej relacji rodzic – dziecko, nie o osobach które nie maja kręgosłupa moralnego i wypinają się na wszystko. Chodzi mi o osoby którym zależy, od razu prostuje. To, że dziecko będzie miało jeden dom powinno być logiczne, jednak nie jest takie dla wszystkich.

Czy podzielona opieka 50/50 jest dobra?

Pomyśl teraz o sobie. Jak Ty byś się czuła gdybyś nie miała domu. Nie miałabyś miejsca w którym jesteś sobą, czujesz się dobrze. Nie miałabyś poczucia że to własnie to miejsce to twoje mieszkanie. Nie ważne czy wynajmowane, na kredyt czy własne. Chodzi o miejsce do którego wracasz. Jest takie jedno jedyne. Dziecko czuje że coś jest nie tak, jeśli połowę czasu spędza w jednym domu a drugą w innym. Zapytane o adres, nie wie co odpowiedzieć – podaje dwa. Nie ma swojego miejsca. Jest podzielone na pół, bo ktoś gdzieś kiedyś chciał dobrze – ale dobrze dla siebie, nie dla dziecka. Rozstania bywają ciężkie i nikt nie każde zrywać kontaktu rodzica z dzieckiem. Nie ma przeciwwskazań do tego by dziecko spało co dzień w domu jednego z rodziców a w sobotę u drugiego. Nie ma przeciwwskazań do tego, by dziecko codziennie widywało i mamę i tatę.

Złe jest dla mnie życie tydzień u mamy i tydzień u taty. Jeśli jest to ta sama miejscowość, nie będzie problemów ze szkołą i znajomymi jednak zabraknie tego poczucia własnego domu. Dziecko musi wiedzieć gdzie ma to swoje miejsce. Daje to ogromne poczucie bezpieczeństwa w bardzo trudnych dla niego chwilach.

Sprawa tyczy się też alimentów w tym sposobie. Ta osoba która ma większość udziałów w opiece dostaje od drugiego rodzica alimenty na dzieci. Natomiast jeśli opieka jest 50/50 bądź nawet jeśli dzieci są z mamą na noc, ale cały dzień spędzają w przedszkolu a później z tatą – alimenty powinny być anulowane. I na bieżąco pokrywane tylko koszty takie jak ubrania, przedszkole czy jakieś inne koszty zmienne (mieszkanie odpada, bo dziecko jest po połowie tu i tu). Nie mam pojęcia jak to prawnie wygląda – ale u nas, w sensie w naszym domu trzymamy się zasad moralnych. Stąd ta opinia.

Jak rozwiązaliśmy to my?

U nas jest jasny podział. Cały czas dzieci są w naszym mieszkaniu a co dwa tygodnie wyjeżdżają od 14:30 w piątek do 16 w niedzielę do babci. Gdy dzieci są tam, ich tata ma chwilę by się z nimi zobaczyć – czasem z ego przywileju korzysta, czasem się nie udaje. Nie mnie oceniać, nie moje wybory. Dlatego wiedzą że dom mają tu gdzie jestem ja. Mają poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa, czego zwłaszcza Antek bardzo potrzebował po rozstaniu rodziców (według psychologa, bo do takiego chodziliśmy). Przy takim podziale, wyliczyłam ile kosztuje mnie utrzymanie jednego dziecka i policzyłam to razy dwa. Może powinnam to zmienić, bo w międzyczasie doszła cała masa innych wydatków jak lekarza starszego (pulmonolog, fizjoterapie) jednak nie chce zaburzać spokoju jaki daje mi nie wychylanie się i koszty biorę z moim mężem na nasz budżet.

Jestem ciekawa jakie Ty masz podejście do tej kwestii?
A może jesteś w takiej sytuacji, jak jest u Was?

Blog - archiwum

Nasz ślub część druga – sala weselna.

28 lutego 2019

Ale Was przetrzymałam. Między jedną a drugą częścią opublikowaną na blogu minęło sporo czasu. Ważne że jest. Jak to się mówi, lepiej późno niż wcale – podoba mi się to powiedzenie. Nasz ślub i wesele odbyło się 20 października. Ponad cztery miesiące jesteśmy już mężem i żoną – a post podsumowujący będzie po pół roku. Bo naprawdę mam już sporo przemyśleń na ten temat. Wracając do zdjęć…

Sami na nie długo czekaliśmy. Wiem, że są osoby które tak jak my stresowały się tym dniem. Przeżywaliście z nami wzloty i upadki. Motywację i spadki sił. Zwątpienie, zawahania i chwile radości. Te wszystkie emocje były z nami w 2018 roku. Pomimo ciężkich sytuacji których było wiele udało nam się powiedzieć magiczne „tak”.

A na koniec dodam jeszcze jedno.

Nasz ślub to był najgorszy ślub na jakim byłam. Zdania pewnie nie zmienię do końca życia.
Nie umiałam się bawić, chociaż na każdym innym weselu nie mogą nas wyprosić z sali – wychodzimy ostatni.
Tu błagałam o koniec. Bo organizując coś sama za bardzo przeżywam wszystko. Chcę by było perfekcyjnie!
Chociaż do dziś słyszymy opinię że było fajnie – ja tego nie czuje 😀

A Twoje wesele Ci się podobało?

Blog - archiwum

Nasz ślub część pierwsza – kościół.

19 lutego 2019

Wiem że ten wpis jest jednym z wielu na który kazałam bardzo długo czekać. Cóż, sami mieliśmy już kryzys podczas tych czterech miesięcy. Myśleliśmy że materiał ze ślubu dostaniemy dużo wcześniej, jednak się nie udało – mimo to, cieszymy się że już wszystko jest wyjaśnione a zdjęcia są u nas i cieszą oko. 

Podczas tego dnia stawialiśmy na minimalizm. Chciałam wszystkiego jak najmniej, bo czułam że to wszystko będzie tylko dodatkiem. Miałam rację, bo moim zdaniem wesele wypadło fajnie bez zbędnych udziwnień. Nikt nie widział dekoracji w w kościele, nie mam pojęcia czy ktokolwiek widział moje kolczyki, bransoletkę i spinkę do włosów za 5 złotych.

Liczy się całokształt, a on wypadł tak jak sobie wymarzyliśmy. 

Podzieliłam wpis na kilka części bo zdjęcia są tak duże, że całość by powodowała zawieszanie się wpisu.  A tego nie chcemy, prawda?
Dlatego dziś część pierwsza – ślub. Wszystko co było w kościele – łącznie z błogosławieństwem, bo u nas nie było jak u innych w domu, ale własnie podczas podpisywania dokumentów w kościele przed ceremonią. Ja chciałam z nich zrezygnować całkowicie, jednak mama Daniela uznała że jest to dla niej ważne. Połączyłam to najlepiej jak umiałam.

Nie przeciągam już, bo wiem że jesteś tu tylko po to, by zobaczyć zdjęcia! 😀 

Nasz Instagram