Śledź nas na:
All Posts By

pierwsze-kroki

Blog - archiwum

Winietki ślubne – inne niż planowaliśmy. Winietki na ślub rustykalny i boho.

13 lutego 2019

Pokazywałam Ci jeszcze przed ślubem nasz pomysł na winietki do których wykorzystałam korki od wina. Jestem, byłam i będę nimi zachwycona. Jednak brak czasu i kumulacja wielu wydarzeń strawiły że akurat to zadanie musiałam oddać w ręce kogoś innego. Długo szukałam odpowiednich, bo tak bardzo podobały mi się stworzone przez nas że nic co było dostępne w internecie nie przekonywało mnie na tyle mocno.

Wychodziliśmy z założenia że tyle ile możemy – robimy sami. Tyczyło się to zaproszeń, dekoracji sali, winietek, księgi gości czy tablicy wspomnień. Chciałam by to było wesele które jak się dało zrobimy samodzielnie. Fakt, zjadło nam to ogrom czasu. Łatwiej byłoby wszystko zamówić i mieć święty spokój – ale wtedy ja nie czułabym się z tym tak dobrze. Udało się z większością spraw podziałać tak jak chciałam, niestety ogrom pracy jaka na nas spadła przed ślubem nie pozwolił na 100% aktywności weselnej.

Musiałam oddać zadanie wykonania winietek komuś innemu.

Nie masz pojęcia jak długo szukałam firmy która spełni moje oczekiwania. Chciałam by wpasowały się w klimat wesela, ale także by były możliwie wyglądem przypominajcie takie wykonane własnoręcznie. Wydaje mi się że znalazłam idealnie, pasujące do nas i naszego stylu wesela.

Nie było osoby która by się nimi nie zachwyciła!
Oczarowały wszystkich, a większość osób zabrała je ze sobą do domów na pamiątkę!

Zamówiłam je ze strony Zapi. Model który był z nami podczas tego dnia to EKO wg-19.
Jednak z tego co widzę, asortyment strony bardzo się poszerzył od dnia naszego ślubu. Teraz wybór jest jeszcze większy! Dlaczego piszę ten tekst? Bo dotarło do mnie, że organizując wesele nie jesteśmy w stanie poświęcić wszystkim obowiązkom 100% uwagi. Jeśli chcemy być perfekcyjni w każdej sferze, musimy nauczyć się oddawać obowiązki innym. Ja oddałam i kompletnie tego nie żałuje bo jakościowo nie zrobiłabym tego lepiej.

Kontakt był cudowny, a wykonanie błyskawiczne. Czego chcieć więcej?

Blog - archiwum

Rozejście spojenia łonowego. Ból spojenia w ciąży.

7 lutego 2019

W pierwszej ciąży nie wiedziałam co to dolegliwości ciążowe. Poza ostatnimi tygodniami w których dokuczała mi zgaga, nie dolegało mi zupełnie nic. Mało tego! Do piątego miesiąca nikt nie wiedział że jestem w ciąży – poza moimi przyjaciółkami które równie mocno trzymały jęzor za zębami. Takim sposobem chodziłam do szkoły, ćwiczyłam na WF – chociaż buntowałam się dużo, dużo bardziej ku niezadowoleniu nauczycielki WF. Po prostu nie dawałam rady biegać, ale nie mogłam też jej powiedzieć o co chodzi. Sama widzisz że było dobrze. Teraz będąc na tym etapie zastanawiam się, jak ja to zrobiłam?

W drugiej ciąży za to, spałam tam gdzie usiadłam. Antek miał wtedy lekko ponad dwa latka, był aktywnym maluchem z masa dziwnych pomysłów a ja kompletnie nie kontrolowałam snu. Mogłam bawić się z dzieckiem klockami i nagle… po prostu spałam na podłodze. To było silniejsze ode mnie i nie umiałam tego opanować. Poprosiłam wtedy do pomocy babcię, by czuwała nad młodym gdy zdarzy się znów mała przerwa w moim funkcjonowaniu.

Pod koniec ciąży tradycyjnie zgaga i…

Okropny ból w okolicy spojenia. Nie mogłam spać, nie mogłam stać, chodzić, siedzieć. Każda wizyta u lekarza była straszna – bo nie dawałam rady wejść na fotel ginekologiczny. Chociaż to jeszcze nic! Badanie KTG, trwające 30 minut było największym wyzwaniem. Leżeć mogłam, było fajnie – ale wstać już nie dawałam rady sama. Potrzebowałam pomocy asystentki pana doktora. Rano, po całej nocy gdy nie spałam z bólu także nie mogłam wstać sama z łóżka. Wtedy jeszcze nie wiedziałam co mi jest, bo wszyscy olewali mój problem.

Teraz w trzeciej ciąży już wszystko wiem.

Zanim udało nam się zajść w ciąże opowiadałam Danielowi i tym, że najbardziej boje się tego bólu. Nie porodu – bałam się tego potwornego uczucia bólu w okolicy kości łonowej. Po przespaniu dwóch miesięcy od momentu wykonania testu poczułam się dobrze. Miałam wrażenie że mogę góry przenosić! Energii było tak dużo, że postanowiłam spożytkować ja na pracę i tworzenie swoich produktów które niebawem pojawia się w sklepie. Jednak w 20 tygodniu wydarzyło się coś co spowodowało że serducho mi się zatrzymało.

Poczułam pierwszy sygnał że jest coś nie tak.

To jeszcze nie był tamten ból. To było coś, co dało mi sygnał do niepokoju, jednak pozwalało normalnie funkcjonować. Niestety, z każdym dniem było coraz gorzej. Dlatego postanowiłam wybrać się do ortopedy, tym razem nie chciałam ryzykować swojego zdrowia na brak profesjonalnej diagnozy. Tym bardziej że nie pojawił się w 34 tygodniu a już w 20. Teraz jestem w 25 i ledwo funkcjonuje.

Okazało się, że mój ból nie jest do końca zdiagnozowany.
Bo mam wszystkie objawy dużego rozejścia spojenia łonowego, ale USG pokazuje tylko że znajduje się na granicy normy. Kolejne badania maja pokazać jak jest, bo lekarz chce obserwować proces rozchodzenia się go u mnie.

O co chodzi z tym spojeniem?

Masz wrażenie że za chwilkę rozpadnie Ci się całe krocze. Nie możesz chodzić, bo boli – dlatego większość kobiet z tym schorzeniem chodzi jak kaczuszka, tak po prostu jest łatwiej i boli mniej. Nie możesz leżeć, chociaż powinnaś bo takie dostajesz zalecenia od lekarza ale nie możesz tego robić bo mniej boli jak stoisz niż leżysz. Nie dasz rady założyć na stojąco skarpetki czy spodni – stanie na jednej nodze jest wykluczone. Uwierz, że w tym momencie idzie popuścić z bólu.

W nocy czujesz że rozrywa Ci krok, chcesz przekręcić się z boku na bok ale nie możesz. podniesienie nogi, biodra czy czegokolwiek do wykonania tej czynności powoduje ból. Ja aktualnie przekręcam się w pięciu etapach – po czym mam ochotę wyć do księżyca. Pomaga, nie na długo, wrzucenie miedzy nogi poduszki. Ale nie rogala – on jest za miękki i mały. Ja używam tych poduch z kanapy w salonie – sa idealne. Ból jest do zniesienia, jednak gdy zaplanujesz się podnieść, musisz dobrze przemyśleć czy chcesz to zrobić i czy jest to konieczne.

U mnie występuje jeszcze takie strzykanie kości. Jak leżę bez poduszki i chce się przekręcić to podnosząc nogę która jest wyżej automatycznie czuje strzykanie w okolicy krocza. Słyszy je nawet Daniel, więc to musi być coś!

Co może Ci pomóc?

Tak jak pisałam – odpoczynek, nie nadwyrężanie spojenia (mało chodzić, siedzieć w półleżącej pozycji nie obciążając miednicy, leżeć), można kupić specjalny pas ortopedyczny. Śpimy z poducha miedzy nogami a w razie ogromnego bólu możemy brać paracetamol. Ja nie biorę, znoszę to dzielnie dla dobra Maćka – nie chcę brać leków gdy sytuacja nie jest krytyczna. Wystarczył i antybiotyk na zatoki który i tak brałam z żalem.

Diagnoza jest konieczna. Jeśli jej nie otrzymasz będziesz ponosiła ryzyko podczas porodu. W przypadku rozejścia się spojenia zbyt mocno, zalecane jest wykonanie CC, ponieważ może ono się przerwać całkowicie. Gdy tak się stanie, będziesz leżała plackiem 6 tygodni po porodzie, a tego nie chcemy prawda? U mnie na szczęście aktualnie jest niewiele, mam zgodę na poród siłami natury, ale ostateczna decyzja zostanie podjęta bliżej porodu.

Mam wrażenie że problem ten jest dość niespotykany, a jak się pojawi nie jest tak rozpowszechniony jak być powinien. 
Niesie za sob tak poważne konsekwencje, a wiele kobiet nawet nie wie że ten problem dotyczy też ich.
Chciałam koniecznie opisać co czuję, co mnie boli i zachęcić Ciebie do wizyty u ortopedy jeśli masz podobnie.

Czytaj więcej na temat bólu spojenia łonowego w ciąży.

Blog - archiwum

Z pamiętnika kobiety w ciąży – 24 tydzień.

5 lutego 2019

Mogłam zacząć ten cykl troszkę wcześniej, a nie teraz gdy do porodu zostało mniej niż więcej czasu. Ale zawsze, w każdej płaszczyźnie życia wychodzę z założenia że lepiej późno niż wcale. A na osiągnięcie celów przyjdzie odpowiednia chwila. Może musiałam dojrzeć do tego, by dzielić się naszymi ciążowymi wzlotami i upadkami. A może po prostu uznałam, że skoro jestem w trzeciej ciąży – nikogo nie interesuje co tak naprawdę dzieje się każdego dnia. Ale kto jak kto… matki wiedza doskonale że każda ciąża jest inna. I to jest absolutna prawda.

Mało tego!

Wybrałam sobie chyba dość slaby dzień na rozpoczynanie tego cyklu, ponieważ jestem dwa tygodnie po wizycie u ginekologa. Kolejna wizyta wypada 18 lutego i moje wiadomości nie będą dość aktualne. Ale to, co działo się z nami w 22 tygodniu ciąży mogę opisać. A co! Myśli jakoś sobie poukładaliśmy a kolejne „pamiętniki kobiety w ciąży będą już dodawane po każdej wizycie”. Nie będzie to czysto medyczny wpis- bo nie jestem lekarzem. Będzie tu to, co zrozumiałam ze słów lekarza (lub lekarzy, bo odwiedziłam jeszcze jednego w tym miesiącu) plus takie moje osobiste odczucia – jednym słowem, jak działają hormony i mózg w tym okresie!

Zacznijmy od wizyty…

Jak już pisałam ostatnio, Maciek to Maciek – nie Zojka, nad czym troszkę ubolewam. Ale skoro mój maż chce czwórkę dzieci może jeszcze będzie okazja. Syn, potwierdzony dwukrotnie przez badanie USG, jest pięknym okazem zdrowia, ważącym ok 390 g. Teraz pewnie ma więcej, może dobił do pół kilograma? Nie mam pojęcia, mam nadzieję. Usłyszeliśmy że jak na czas ciąży 21+4 waga ta jest stosunkowo niska, ale mamy się nie martwić. Wyczytałam w google, że jednak wcale nie odbiega od normy w tym tygodniu – jest w skali. I szczerze? Rodząc dzieci które miały bo 4 kilogramy, chętnie sprawdzę czy łatwiej pójdzie mi z takim 3-kilogramowym. Na to absolutnie bym się nie pogniewała.

Maluch jest osadzony bardzo nisko. Ginekolog powiedział nam, że usiadł sobie pięknie na miednicy mamy. Nie ma w tym nic niepokojącego poza moimi dolegliwościami takimi jak bardzo częste wizyty w toalecie czy okropny ból spojenia podczas funkcjonowania. Ale o tym spojeniu zaraz jeszcze raz wspomnę. Być może dlatego nigdy nie miałam ogromnego brzucha w ciąży – każde z moich dzieci lubiło to miejsce co Maciek. Chłopak nadal jest dupka na dole – ale na okręcenie się ma jeszcze czas.

A mama w 22 tygodniu ciąży miała plus 4 kilogramy od wagi wyjściowej.

Przed nami glukoza.

Po 24 tygodniu właśnie to badanie powinno być zlecone każdej ciężarnej. Najwspanialszy moment dla wielu kobiet. Chociaż nie jest to super smaczne, ja nie narzekam na odruch wymiotny po wypiciu całego kubka glukozy. Na co dzień słodzę kawę i herbatę, może dlatego nawet mi to smakowało. Trudniejsze dla mnie będzie wysiedzenie w poczekalni dwóch godzin. Nie lubię marnować czasu, a właśnie to będę robiła rano – gdy dzieci są w szkole i przedszkolu a to jedyny moment w ciągu dnia na moja prace. Staram się do tego podejść inaczej – może własnie taka chwila resetu jest mi potrzebna. Inne badania zlecone pomiędzy 22 a 26 tygodniem ciąży to u nas badanie ogólne moczu i krwi plus IgG.

Inne dolegliwości.

Na początku ciąży towarzyszyły mi ogromne wzdęcia. Wyglądałam jak w piątym miesiącu ciąży. Po 13-14 tygodniu wszystko wróciło do normy by w 20 tygodniu poczuć ogromny ból spojenia. Trwa on do dziś, codziennie – bez przerwy. Ból sprawia mi chodzenia, stanie na jednej nodze, spanie, siedzenie. Dosłownie wszystko – powinnam odpoczywać, ale jak leżę to jest gorzej. Byliśmy u ortopedy, spojenie pomimo lekkiego rozejścia jest jeszcze na granicy normy. Kolejna wizyta czeka nas za 4 tygodnie by monitorować postęp – jeśli się nie pogłębi, bądź będzie niewielkie – będziemy rodzić naturalnie. Jeśli pogorszenie będzie znaczne – dostaniemy skierowanie na CC. O spojeniu chciałabym napisać osobny wpis – to bardzo ciekawy temat, tym bardziej że duża część młodych mam nie wie że taki problem może w ciąży wystąpić.

A hormony?

Tu jest fajnie. Czuje się gruba, nieatrakcyjna i brzydka. Moja twarz tak źle nie wyglądała jeszcze nigdy – syf na syfie, a pod tymi syfami jeszcze jeden syf. Nie umiem sobie poradzić sama z tym problemem a każdy zabieg u kosmetyczki który mógłby mi pomóc jest niemożliwy do wykonania bo… jestem w ciąży. Dlatego czekam cierpliwie na czerwiec i jedziemy ratować to co zostało zniszczone.

Wracając do tego nieatrakcyjnego wyglądu. Podejrzewam że chodzi po prostu o samopoczucie, ból tego krocza i ogólne zmęczenie bo każdego dnia maż zapewnia że wyglądam super w ciąży. Nie przytyłam dużo – 4 kilogramy to tak naprawdę praktycznie waga dziecka, łożyska, krwi i wszystkiego okołociażowego. Tyje że tak powiem „książkowo” ale gdzieś tam w tyłu głowy ciągle pojawia się myśl że tak źle jeszcze nie wyglądałam.

Głowa też nie pracuje jak powinna. Słyszałam kiedyś że w ciąży kobieta ma mózg nastolatki. Aktualnie byłabym w stanie się z tym zgodzić, bo niektóre akcje są nawet dla mnie dziwne. Ciągle czegoś zapominam, gubię, szukam… Zamiast na klatce schodowej włączyć światło ja dusze dzwonek do drzwi. Raz wyszłam z domu zostawiając obiad na włączonej gazówce – to był HIT. Na szczęście ledwo co wyszłam, ogarnęłam że czegoś nie zrobiłam i się cofnęłam do mieszkania sprawdzić.

Kolejny pamiętnik za dwa tygodnie!

Maciek zaczyna rosnąć!

Blog - archiwum

Nasz plan na porządki w ogrodzie. Lista spraw do załatwienia i rzeczy niezbędnych do pracy.

31 stycznia 2019

To, że jesteśmy właścicielami działki budowlanej już wiecie. Przyznajemy się bez bicia, że poza wyznaczeniem granic działki sznurem w zeszłym roku nie zrobiliśmy na niej nic. Była już jesień i nie chcieliśmy zaczynać żadnych prac w tym okresie – po drodze był jeszcze ślub, początki ciąży i jakoś tak ze wszystkim nie było po drodze. Teraz na wiosnę planujemy duże zmiany – chcemy by to miejsce było fajnym punktem zaczepienia do rodzinnych weekendów z dala od wszystkich. Chcemy tam odpoczywać. Aktualnie wygląd tego miejsca nie zachęca do relaksu ale plany mamy ciekawe.

Po pierwsze – działka jest dość daleko od naszego aktualnego miejsca zamieszkania. Wyjazdy w środku tygodnia są raczej niemożliwe, ewentualnie podczas urlopu w pracy. Gdy Daniel ze swojego etatu schodzi o 16-16:30 – na miejscu bylibyśmy najwcześniej o 17:30 i to bez zbędnego przeciągania – czyli np kąpieli i zjedzenia obiadu. Bez sensu. Dlatego zaczynamy powoli planować zakupy, rozmieszczenie poszczególnych rzeczy na działce i taki ogólny zarys działania.

By cokolwiek zacząć musimy wiedzieć czego chcemy. 

Po pierwsze dużo rozmawiamy o tym, w którym miejscu stanie być może dom, warsztat. Czy bardziej z prawej, z lewej, z przodu, z tyłu… Wiadomo że nie będziemy wiedzieli teraz tego co do centymetrów, ale orientacyjnie chcemy wiedzieć gdzie zaczynać. W którym rogu działki postawić altanę, a które miejsce zostawić i nie dotykać – bo będzie warsztat. Tak czysto teoretycznie. Szkoda by było tworzyć teraz coś, a później niszczyć. Tym bardziej, że właśnie w tym późniejszym okresie zobaczymy całkowity efekt. Myślimy też o kupnie przyczepy kempingowej z dwóch powodów. Na co dzień by stała na działce – by móc tam spać podczas weekendów. A podczas naszych wakacji by była podczepiana do auta. Jesteśmy typem „dzikusów” i bardziej ciągnie nas do namiotu, kempingu niż luksusowych hoteli. Co mnie bardzo dziwi, bo całe życie jeździłam na wakacje właśnie do miejsc które nie miały nic wspólnego z polem namiotowym a wręcz brzydziły mnie obozy. Musiałam dorosnąć, poznać takiego męża jakiego mam i zupełnie zmieniły się priorytety – wystarczyło pokazać mi urok takich miejsc.

Wracając do tematu…

Zastanawialiśmy się co musimy zrobić w pierwszej kolejności na działce – pomimo szczerych chęci sadzenia już drzew owocowych, krzewów, owoców i warzyw musimy zacząć od czegoś innego. Żadna roślina nie wyrośnie bez słońca i wody. O tak! Słońce mam nadzieję że mieć będziemy, a o wodę musimy się postarać. Kupiliśmy działkę już uzbrojona, podciągnięty jest tam prąd i woda, jednak by móc z niej korzystać musimy wykopać dziurę do zaworu, kupić kilka niezbędnych rurek i zaworów, kranik i… wezwać pana który dokończy za nas pracę. Tu mamy już pierwsza niezbędna rzecz która musimy kupić, a mianowicie – łopata. Bez niej jedyne czym moglibyśmy kopać są nasze ręce, czego wolimy sobie oszczędzić. Już wstępnie orientowałam się w modelach i cenach łopat na stronie allegro . Wybór jest ogromny.

W dalszej kolejności musimy zadbać o trawę…

Teraz jest tam pole. Po prostu sucha ziemia z chwastami, kopcami i masa zwierzątek w niej. Marzy mi się piękny teren, na którym będzie rosła zielona, skoszona trawa. Nie bez powodu zdecydowaliśmy się na działkę o powierzchni 1648 m2. Lubimy duże i minimalistyczne przestrzenie. Będzie tam kącik z roślinami, jednak największa cześć działki zajmować będzie właśnie trawnik. Nie ma nic przyjemniejszego niż chodzenie na bosaka po skoszonej trawie, prawda? Gdy już pozbędziemy się tych zarośli, a jeszcze nie mam pojęcia jak to zrobimy – może motyka czy widłami? A może łatwiej będzie poszukać jakiegoś gospodarza i podziałać pięknym uśmiechem? Na pewno jednak przed zasianiem świeżej, pięknej i pachnącej trawy będziemy musieli spulchnić glebę. Tego nauczyłam się od dziadków dzieci od strony taty. Dlatego kolejne must have nasze już na wiosnę to kultywator, tak jak w przypadku łopaty musiałam zapoznać się z modelami i cenami kultywatorów na allegro. Być może już ktoś taki ma i będzie w stanie nam doradzić.

Kolejnym naszym must have będzie kosiarka i podkaszarka…

Wiadomo z jakich względów chcemy to kupić, o świeżo zasiana trawę będzie trzeba odpowiednio zadbać i kosić regularnie. Musimy kupić te dwie rzeczy, bo z jednej strony mamy już płot i chyba w tym roku z pozostałych trzech także się pojawi do tego dojdą jakieś drzewa i krzewy. By móc dojść tam, gdzie kosiarka nie dojdzie – chcemy podkaszarkę. Daniel już się cieszy z tego powodu, wiem to. Coś czuję że mimo wszystko będzie zlecał koszenie trawnika jakiemuś nastolatkowi który chce dorobić. A może mnie zaskoczy? Jak wybierze fajny model który nie będzie sprawiał większych problemów – myślę że ta czynność może nawet wtedy relaksować 🙂 Modeli podkaszarek na allegro jest cała masa! I szczerze się przyznam, że będzie niezły problem z wybraniem tej jednej jedynej!

Ja dla siebie kupię na pewno jeszcze taki zestaw który nazywam…

…”zestawem małego działkowca” czyli łopatki, motyczki, pikownik. Wszystko co będzie potrzebne mi do tego, by spokojnie i bez nerwów zasadzić tam te rośliny które chcemy. Dla dzieci nie ma nic ważniejszego od malin, truskawek i poziomek. Z drzew owocowych marzą o śliwie i gruszy. Ja natomiast bardzo, bardzo chce swój mini ogródek z warzywami. Cukinia, pomidory, ogórki, marchew… póki nie ma tam domu, pole do popisu będzie ogromne. Zestawy nawet 7 czy 8-elementowe w których skład wchodzą miedzy innymi trzy wyżej wymienione elementy są w super cenach.

W późniejszym etapie będziemy potrzebować jeszcze masy narzędzi ogrodniczych, jednak na start z początkiem roku i naszych prac w ogrodzie planujemy własnie takie zakupy. A może Ty masz to już za sobą i doradzisz mi które z narzędzi wybrać? Czy dodałabyś coś jeszcze do naszej listy? Jestem ciekawa czy o czymś zapomniałam!

 

Blog - archiwum

A gdy nie ma pomysłów na zabawę, nudę pomaga pokonać nam…

28 stycznia 2019

Ferie już za nami. U nas było dość spokojnie, bo jeden tydzień dzieci były w domu a na cały kolejny pojechali do babci. Niby wszystko fajnie, jednak dla nas nawet weekend z  nimi w domu jest hardcorowy a co dopiero tydzień. Wiadomo że dzieci które się nudzą potrafią nieźle napsocić, a gdy znajdziemy im kreatywne zabawy i zachęcimy do aktywności ich dziwne pomysły są przekładane na dana czynność. Dlatego my mamy zasady, by nie pozwalać się dzieciom nudzić. 

Ot nasz sekret szczęśliwego rodzicielstwa. 

Już dawno zauważyłam że nasze dzieci jeśli nie poświęci im się wystarczająco dużo uwagi potrafią nieźle zepsuć nerwy nawet najbardziej cierpliwej osobie na świecie. Codzienność mamy już wypracowana, bo jest szkoła i przedszkole które ich zajmują na pewna część dnia. A gdy wracają są lekcje, jest obiad, sprzątanie po jedzeniu… później jakieś lego, prace plastyczne i inne mało aktywne zabawy. Bo jestem z nimi sama, a ostatnia rzeczą o jakiej myślę podczas rozchodzenia się spojenia jest bieganie z nimi i większe aktywności fizyczne. Ze mną maja ostatnio takie zabawy „na kocyku”. Jednak gdy wraca Dani – zaczyna się wielka bitwa. Zabawa w chowanego, w berka, w jakieś walki.. czarownice, turbo szczuty i inne cuda wianki. Typowe zabawy meczące dzieci przed snem.

Gorzej z weekendami.

Wtedy musimy poświęcić dużo więcej czasu na aktywności dla nich. Fajnie jak jesteśmy razem w domu i dzielimy opiekę. Trudniej było w okresie ferii, gdy Daniel był w pracy do 16:30 a ja sama z dwójka strasznie aktywnych dzieci musiałam jakoś dzień przetrwać. Mam wrażenie że wspominałam się na szczyty swoich umiejętności kreatywnych. Mój mózg nigdy nie pracował tak intensywnie przy wymyślaniu zabaw „na kocyku”. Nie zawsze oni siedzieli, były tez takie atrakcje które pozwalały mi siedzieć a im szaleć.

Mam teraz taka ściągę co można robić z dziećmi bez większego zmęczenia.

Dla mam w ciąży, chorych czy po prostu bardzo zmęczonych po całym dniu pracy czy innych aktywności. Bo każdy z nas ma gorszy dzień, prawda? U nas w domu takie zabawy stały się codziennością, może i u Was zagoszczą na dłużej. nie ma w nich nic złego.

Lego czy inne klocki.

Mało dzieci nie lubi tego typu aktywności. Jeśli maja układać same, pewnie się znudzą. Sa dzieci które potrzebują obecności rodzica przy takich zabawach – nasze bardzo się cieszą gdy bierzemy się z nimi za układanie statków kosmicznych – bo właśnie takie modele najczęściej powstają. Średnio układanie u nas trwa jakieś 1,5 godziny – my z Antkiem tworzymy statki które będą ze sobą walczyły – każdy swój. A Blanka w tym czasie dla każdego z nas tworzy bazę, z która będziemy się porozumiewali. Nie muszę wspominać że 1,5 godziny układania klocków to na końcu minuta psucia wszystkiego wielkim atakiem kosmicznym?

Kolorowanie.

Już dawno przestałam dzieciom w kiosku kupować kolorowanki. Zdecydowanie częściej drukuje je w domu, tym bardziej że mamy drukarkę która drukuje nam stronę za grosik! Nasz epson to jedna z lepszych inwestycji życia, moim zdaniem bardzo duży „ułatwiacz” rodzicielstwa w XXI wieku. To nasza druga drukarka tej firmy i pomimo że poprzednia odmówiła współpracy – zdecydowaliśmy się drugi raz na ten model. Jaki jest jeszcze plus takiego rozwiązania? Często mamy do czynienia z kolorowankami tematycznymi. Auta, święta, księżniczki, farma.. wiecie, nie ma różnorodności. U nas każdego dnia jest radość już przy samym wybieraniu obrazków do kolorowania! Blanka najczęściej stawia na kucyki pony i krainę lodu. Antek natomiast na transformersy i dinozaury. A mama? Mama drukuje sobie kolorowanki dla dorosłych. Dla każdego coś dobrego. Wiecie że takie kolorowanie to świetny sposób na spędzenie czasu razem, a przy okazji praca nad raczka dziecka?

Prace z plastelina, farbami..

Każdy rodzic wie, że kredki to nie to samo! Jak tylko wyciągamy kolorowy papier, plastelinę, klej, farby czy nożyczki wtedy w oczach dziecka widać radość. Pewnie że syf jest po tym ogromny, pewnie że tez tego nie lubię sprzątać. Jednak nauczyłam już po kilku latach dzieci że musimy to robić razem, by wracać do tej zabawy częściej. Jeśli sprzątam sama = brak takiej zabawy w najbliższym czasie. Ostatnio też lekko się rozleniwiłam i drukuję im szablony tego co będziemy robić. Wyklejanki kartkami, malowanie czy wyklejanie plastelina często u nas jest własnie na wcześniej wydrukowanym obrazku.

Słomki.

Kupiłam niedawno dzieciom takie słomki do układania różnych konstrukcji. Sa różnokolorowe i maja w zestawie żółte gwiazdki które łączą ze sobą dwa elementy. Można tworzyć z nich chyba wszystko. U nas był już dom, rakieta kosmiczna, była gwiazda, jakieś dziwne budowle – w sumie nikt nie wiedział co to jest, ale doczepialiśmy kolejne słomki do siebie. Naprawdę fajna alternatywa dla klocków – coś nowego, coś fajnego i naprawdę zajmuje dzieciom czas na dłużej. A przy okazji bardzo dobra okazja do pracy zespołowej – niestety, ale połączenie czasem dwóch elementów nie jest możliwe samodzielnie bo słomki się bardzo chwieja.

Kalambury.

Cała skrzynia śmiechu jest podczas tej aktywności. Niestety nie mieliśmy w domu kart do takiej gdy a Blaneczka jeszcze nie potrafi czytać – dlatego w grę wchodziły tylko obrazki. Rozwiązanie leżało bliżej niż myślałam. 10 minut – tyle zajęło mi szukanie obrazków i ich wydrukowanie tym bardziej że każdy obrazek jaki wydrukujemy jest świetnej jakości i można go wykorzystać nie raz. Teraz mamy je schowane i wyciągamy gdy najdzie nas ochota własnie na wygłupy.

Gry planszowe, karty…

Był moment że nie graliśmy wcale, bo każda próba tego typu aktywności kończyła się płaczem któregoś dziecka w momencie przegranej. Dużo tłumaczenia, cierpliwości i chęci sprawiły że aktualnie w 90% żadna łza się nie pojawia na twarzy dzieci. Nauczyliśmy dzieci, że czasem wygrywamy a czasem musimy pozwolić wygrać innym. Na tapecie teraz jest double, było sobie życie, chińczyk, warcaby i szachy – ale to tylko z Danielem i moim tata, bo ja nie umiem grać. A z gier karcianych – wojna, bo innej jeszcze nie mam cierpliwości ich nauczyć 🙂

Papierowe samoloty.

Poczałkowo gdy ten pomysł wpadł mi do głowy – uznałam go za dziwny, bez polotu i taki jakiś… ale później stwierdziłam – ” a co Ci szkodzi? ile razy coś dla Ciebie było bez sensu a dzieci szalały”. Jak pomyślałam tak zrobiłam i od razu póki pamiętałam wydrukowałam wzory do składania samodzielnie samolotów w papieru. Dałam każdemu dziecku po trzy kartki z wzorami i trzy czyste by mogli z nich składać swój model. Blaneczce musiałam pomagać, ale Antoś który ma siedem lat dał sobie świetnie radę sam. Takiej radości z latających daleko samolotów! Bo wiesz jak to jest, one nigdy nie chcą latać – a te naprawdę latały!

Blog - archiwum

Drożdżówki z domowym budyniem i daktylami.

26 stycznia 2019

Wczoraj dostałam piękna wiadomość od męża, że nie ma śniadania do pracy bo schowałam wszystkie drobne. Nie miał jak sobie kupić – bo w naszej piekarni można płacić tylko gotówka. Na szczęście kolega poratował go kanapka, a mi mimo wszystko jakoś tak dziwnie było. Że ja, żona, matka, Pani domu – nie ogarnęłam. To co, że choroba, ale drobne mogłam zostawić nie?

I tym sposobem wpadł mi do głowy pewien pomysł. By podziękować temu koledze za „uratowanie” mojego męża upiekę jakaś słodkość. Będzie mu miło. Jak postanowiła – tak chciała zrobić. Jednak chęci a możliwości to dwie zupełnie różne sprawy. Nie miałam w domu nic, dosłownie do każdego ciacha brakowało mi czegoś. A to śmietany kwaśnej – do tarty. A to śmietanki słodkiej – do bezy. A to dżemu – do czeko-ciacha. A to owoców – do zwykłej drożdżówki. Nawet pączków nie mogłam zrobić bo… nie miałam tak dużo oleju do smażenia.

Wtedy przypomniałam sobie o tych drożdżówkach. Tylko budyń… ale i to udało mi się obejść tworząc ten domowy – przez co słodkie bułeczki są zdecydowanie lepsze. Nie przeciągając podaje przepis:

Ciasto:

0,5 kg maki
70 g cukru
1 cukier waniliowy
40 g drożdży
100 g masła, bądź margaryny – letnie, roztopione
120 ml mleka letniego
2 jaja, 1 żółtko
szczypta soli

Drożdże wkruszyć do mleka z dodatkiem łyżki cukru. Mieszamy i zostawiamy do wyrośnięcia.
Mąkę przesiewamy do miski. Robimy w niej „dziurę” i dodajemy kolejno drożdże, masło, jaja, cukier, cukier waniliowy, sól. Zgniatamy ciasto, wyrabiamy aż przestanie się kleić do ręki. Można lekko podsypać maka. Formujemy kulę, wkładamy do miski i czekamy ok 30 minut aż wyrośnie.

Budyń z daktylami:

740 ml mleka
opakowanie cukru waniliowego
2 łyżki cukru
2 łyżki masła
4 żółtka jaj
5 łyżek maki ziemniaczanej
ok 8 daktyli

2/3 mleka podgrzewaj w garnku na wolnym ogniu z dodatkiem masła. Resztę mleka wymieszaj z cukrem, roztrzepanymi żółtkami jaj oraz mąką ziemniaczaną. Do gotującego się mleka wlewaj powoli resztę mleka, wymieszanego z pozostałymi składnikami, cały czas mieszając, by nie powstały grudki. Budyń ma być bardzo gęsty. Jak ostygnie – dodaj pokrojone w małe kawałki daktyle.

Dzielimy powstałe ciasto na 2 części. Każda wałkujemy na prostokąt, smarujemy budyniem z daktylami i zawijamy w rulonik (krótszym bokiem). Roladę kroimy w plastry ok 2 cm, układamy na blaszce, smarujemy mlekiem i pieczemy w 180 stopniach ok 17-25 minut zależy od piekarnika. U mnie było to dokładnie 17 minut – aż zaczyna się rumienić.

Lukier:

1 szklanka cukru pudru
4 łyżki ciepłej wody

SMACZNEGO!

Blog - archiwum

Domowe sposoby na ból zatok – sposoby na zatoki w ciąży. Informacje od Was, lekarza i znalezione w sieci.

24 stycznia 2019

Dziś jest już lepiej i powoli wracam do pracy. W poniedziałek było źle, jednak udało mi się zrobić wszystko co zaplanowałam. Wtorek za to był okropny! Już rano czułam że z zatokami może nie być ciekawie dlatego zadzwoniłam do przychodni – niestety, pomimo tego że jestem w ciąży nie znalazło się tam dla mnie miejsce. Mój błąd że nie poprosiłam o odmowę na piśmie bo konsekwencje tego, że nie przyjęłam leku na czas były dużo poważniejsze niż się mogłam spodziewać. Po cichu liczyłam że dam radę wytrzymać jeden dzień. Tak bardzo się myliłam…

Z zatokami mam problem od bardzo dawna. Lekki katar i już wiem że za chwilę z bólu nie będę mogła wytrzymać. Zima bez czapki? Zatoki mi tego nie wybaczają. Mam tak od roku – wcześniej nie było problemu. Teraz, po porodzie planuję udać się do laryngologa, który oceni czy nadaję się na jakiś zabieg – bo ten ból towarzyszy mi zdecydowanie zbyt często.

Bez Maciejka w brzuchu było mi łatwiej kontrolować sytuację. W aptece była cala masa leków które mogłam kupić i jakoś przetrwać do czasu wypisania recepty na antybiotyk (tak, moje zatoki bez antybiotyku nie potrafią się same „naprawić”). W grę wchodziły nawet bardzo mocne leki przeciwbólowe – teraz niestety wszystko było zakazane. Szukałam pomocy w domowych sposobach i nie powiem że nie było lepiej. Serio pomagały, na 30 minut był spokój by za chwile znów poczuć ten ogromny ból. Podejrzewam że mając mniej skomplikowane zatoki i zaczynając już robić to wszystko przy pierwszych oznakach będziemy w stanie pomóc sobie i obejdzie się bez mocniejszych leków

Po pierwsze – płukanie zatok.

Przed ty wzbraniałam się najdłużej. Nie lubię takich zabiegów, coś co wygląda tak źle nie może nie boleć. Wyobraź sobie jak musiało mnie boleć, skoro zdecydowałam się na zakup zestawu do płukania w aptece. Oczywiście możesz użyć soli kuchennej, przegotowanej wody i butelki z dzióbkiem. Ja nie ryzykowałam, bałam się że strumień będzie za mocny, coś źle naduszę i bardziej sobie zaszkodzę. Mój zestaw kosztował 26 zł (butelka i chyba 15 saszetek z roztworem). Pierwszy raz gdy do tego podeszłam, udało mi się odetkać lewa zatokę – byłam zachwycona. Jednak przy samym płukaniu prawej wiedziałam że lekko nie będzie. Woda nie chciała przelecieć mi przez dziurki… zablokowane wszystko. Po dłuższej chwili zaczęło coś lecieć, ale ulgi nie było. Mimo wszystko plus dla tej metody – bo jedna odblokowało mi raz i już nie zablokowała mi się wcale.

Inhalacje.

Wystarcza takie z soli. Oczyszczają drogi oddechowe i pomagają schodzić wydzielinie. Tego nie sprawdziłam – bo inhalator dzieci zabrały ze sobą do babci. Jednak z opowiadań Waszych wiem, że potrafi zdziałać cuda jak płukanie.

Parówki z ziołami i olejkami.

Ja robiłam parówki trzy razy dziennie każda po około 10 minut. Pierwsza z majeranku, druga z mięty, trzecia z dodatkiem olejku. Ulga była chwilowa, a na czas parowania bólu nie czułam wcale, dlatego wcale nie chciałam spod ręcznika wychodzić. Zadaniem jej, jest pomoc w „odklejeniu” się wydzieliny ze ścianek zatok. Czułam różnicę, jednak już wtedy wiedziałam że u mnie bez leku się nie obejdzie – ale przy początkowej fazie problemu z zatokami – jak najbardziej może się sprawdzić.

Okłady z ziemniaków.

Jak usłyszałam od jednaj z Was, że mam ugotować dwa ziemniaki, rozgnieść je widelcem, wrzucić do gazy i takie ciepłe (nie gorące!) przykładać do zatok to pomyślałam „no kurcze! wariatkę ze mnie robią!” ale byłam tak zdesperowana, tak bardzo mnie bolało że zrobiłam to. I wiesz co? Podczas tych okładów bólu nie było, po prostu znikł – zasnęłam. Udało mi się zasnąć i chociaż na chwile przespać te pełne bólu chwile. Później w  mikrofali odgrzewałam sobie ziemniaki i kilka razy jeszcze przykładałam. Mega fajna metoda.

Herbata z imbirem

Ma działanie rozgrzewające i udrażnia drogi oddechowe. Piłam tego płynu chyba 10 litrów dziennie. Już mnie mdliło od samego zapachu ale nie odpuszczałam – Nie umiem powiedzieć czy pomogła herbata czy coś innego w danej chwili. Ale z drugiej strony nie wiem jaki byłby mój stan gdybym tego nie robiła. To nie jest czasochłonne, nawadniać organizm przy zatokach i tak trzeba wiec czemu nie własnie tym?

Okłady z soli/gorczycy/grochu

Podgrzewamy któryś z tych składników w woreczku na patelni i ciepły (nie gorący by się nie oparzyć!) przykładamy na zatoki. Coś jak z ziemniakami – sama wybierz co dla Ciebie będzie najlepsze.

Wdychanie świeżo pokrojonej cebuli i czosnku

To usłyszałam od jednej z Was. Podobno fajnie udrażnia drogi oddechowe. Niestety nie próbowałam, bo ostatnia rzeczą o której marzyłam było krojenie cebuli. Będąc zdrowa unikam tego, a przy zatokach czułam że umrę. Nie dla mnie – jednak może jakby maż pokroił to bym powdychała? Warto spróbować jak nie masz oporów przed krojeniem tego warzywa. Po czasie, czyli wczoraj jak już mi ta „gorsza zatoka” puściła i zaczęło spływać wyczytałam że wystarczy samo wąchanie chrzanu – na to może bym się zgodziła szybciej.

Mleko z miodem

Tak samo jak herbata z imbirem, za zadanie ma Cię rozgrzać. Ogrzać drogi oddechowe i tym samym pomóc im się oczyścić. Wypiłam litr tego w ciągu dnia. W garnku stało na kuchence i tylko sobie chodziłam podgrzać i dolać do kubka na przemian z herbata.

Ja jestem już po antybiotyku. Niestety dostałam też lek na podtrzymanie ciąży i nakaz leżenia – tak by mocno odpocząć. Tak zatoki mogą wykończyć kobietę w ciąży. Dlatego nie wolno bagatelizować najmniejszych objawów jakie Cię spotykają. Walczyć o swoje, wykłócać się i prosić o wszelkie odmowy na piśmie – po czym zgłaszać to dalej. Gdybym wiedziała że tak to się skończy nie byłabym tak miła i ugodowa. Nauczona swoim doświadczeniem – dzielę się nim z Toba. Ja nie miałam siły walczyć ze służba zdrowia – serio myślałam tylko o tym że bardzo boli. Do domu wrócił mój maż, zobaczył mnie taka załzawiona (bo światło raziło), osłabiona (bo nie jadłam nic, przez ból szczęki), ledwo funkcjonująca (bo pojawiła się gorączka). Tak złego widuję do bardzo rzadko, w domu jest raczej ta spokojniejsza osoba – dzielnie walczył i tego samego dnia miałam już leki. 

Blog - archiwum

Zdradzamy płeć naszego trzeciego maluszka!

22 stycznia 2019

Ale trzymam Cię w niepewności! Kurczaki! Zaczęło się od tego, że wiadomość o ciąży pojawiła się w sumie nagle – ale każdy i tak po cichutku wiedział że to o ciąże chodzi. Dani może i wcześniej by to zdradził, ale ja się bałam – nie chciałam cieszyć się zbyt szybko – wolałam te chwile przeżywać z najbliższymi. Teraz, gdy my jesteśmy bliżej niż dalej do dnia porodu – zdradzamy powoli wszystko. Nadchodzi dzień, który dla lekarzy nie jest już ewentualnym „poronieniem” a „przedwczesnym porodem” i powiem Ci szczerze, że własnie ten czas to dla mnie takie złapanie oddechu. Bo boje się, chociaż wiem teoretycznie co i jak się dzieje z kobieta w ciąży – mega się boje. I mam wrażenie ze z każda kolejna ciąża ten strach jest większy. 

Teraz jesteśmy już po kolejnej, chyba piątej wizycie u lekarza.

Kolejny raz usłyszeliśmy że z maluchem jest wszystko dobrze. Rośnie, pięknie fika koziołki a wszystkie pomiary robione przez naszego ginekologa sa w normie – to najpiękniejsze co może usłyszeć kobieta  w ciąży. Dla nas od samego początku nie było innego priorytetu niż zdrowie. Mieliśmy w nosie czy będzie chłopak czy dziewczyna. Jedyne czego się bałam – to bliźniaków, to było raczej poza moimi granicami wyobraźni. Płeć nie ma u nas najmniejszego znaczenia – bo dziecko kochamy i kochać będziemy bez względu na wszystko.

Jednak już wiemy. Wiemy dokładnie od 19 grudnia.

Chociaż już w listopadzie podczas USG pani doktor pytała – jak Pani czuje, co to będzie? Chłopak czy dziewczyna? Ja z cała pewnością odpowiedziałam – dziewczyna. Po prostu to czułam. Nie umiem tego opisać – ale tak było. Po kilku minutach oglądania dziecka usłyszeliśmy – no powiem wam, chyba faktycznie dziewczyna. I temat się skończył. Wróciliśmy do domu mówiąc wszystkim że czekamy na Zojkę. Wtedy pokusiłam się o pierwsze zakupy dla dziecka, ale mimo to nie stawiałam na róż – raczej wszystko w neutralnych kolorach – biel, szarości i lekki brąz.

Wtedy nadszedł czas na grudniowa wizytę. Pojechaliśmy na nią z dziećmi, więc podczas badania byłam w sali sama, dopiero później Pani doktor wyraziła zgodę na zaproszenie Daniela i dzieci do środka. Jednak podczas USG dopochwowego, od razu po tym, jak pojawił się bobas na ekranie usłyszałam – ooo! Jaki chłop!

Możecie sobie wyobrazić moja minę. Nie powiem, nastawiłam się już na coś innego – a tu zmiana planów. Gdy wszedł Dani z dziećmi na USG, już takie przez brzuch – Pani doktor od razu zaczęła „to mam mówić, czy Pani sama powie mężowi i dzieciom?”

„KOCHANIE BĘDZIE CHŁOPAK!”

Uśmiech szeroki jak cały wszechświat pojawił się na twarzy nie tylko Daniela – ale też Antka. I słowa – wiedziałem, tak czułem!
Oboje stawiali po cichu na chłopaka. Czekaliśmy jednak z informacja o ujawnieniu płci właśnie do tej wizyty – gdy dwa razy usłyszymy taka sama płeć – będziemy pewni.

Tak też się stało i na przełomie maja i czerwca będziemy rodzicami małego chłopca – MAĆKA!

A tu dowód zaznaczony strzałka 🙂

 

Blog - archiwum

Beza z sosem malinowym – połączenie idealne.

18 stycznia 2019

Pierwszy raz robiłam ja w święta. Raczej z przypadku, bo zostały mi białka po zrobieniu innego ciasta. Trochę od niechcenia ubiłam składniki i beza trafiła do piekarnika. Wszystko co miałam w lodówce i zamrażalce dodałam jako dodatek do niej. I wiesz co? nie został ani jeden kawałek! Ba! Każde inne ciasto na stole stało prawie nietknięte bo wszyscy jedli tylko beze!

Dla mnie ciasta tego typu są za słodkie i mega mnie od nich mdli. Tu jest inaczej – kwaśny dodatek w postaci malin idealnie przełamuje ogromna słodycz bezy.

Nie przeciągając za dużo podaję Ci przepis byś miała okazje zrobić je na niedzielę, do kawki.

Beza:

6 białek
300 g cukru
1 łyżeczka soku z cytryny
1 łyżeczka maki ziemniaczanej

Wypełnienie:

500 ml śmietanki 36%
serek mascarpone

Dodatek:

paczka mrożonych malin
sok z połowy cytryny
1 łyżka cukru
1 łyżka maki ziemniaczanej

Białka ubijamy na sztywno ze szczypta soli. Gdy będą sztywne, dodajemy łyżka po łyżce cukier. Po czym poznamy że jest gotowe? Jeśli pod palcami nie poczujesz cukru w białkach. Wtedy dodajemy sok z cytryny i mieszamy. Teraz maka – ale ja już mieszamy delikatnie łyżka.
Na blachę wyłożona papierem do pieczenia wykładamy białka, formujemy okrąg ok 23 cm. Ja dodatkowo łyżka tak od dołu do góry zgarniam bezę by wyglądała ładniej po bokach.

Piekarnik nagrzany do 160 stopni. Wkładamy bezę by po 5 minutach zmniejszyć temperaturę do 130 i piec ja tak ok 1,5 godziny.
Musisz wyczuć swój piekarnik, ja za pierwszym razem miałam jak w innych przepisach 180 stopni a później 150 –  ale zaczęła mi się palić u góry wiec od tamtej chwili zaczynam od 160 stopni i kończę na 130. Chodzi po prostu o to, by ja wysuszyć.

Maliny w garnku rozmrażamy, gdy będą miękkie, dodajemy sok z cytryny i cukier. Gdy zacznie się gotować odlewamy pół szklanki soku, dodajemy makę i wlewamy całość do gotujących się malin. Chwilę trzymamy na gazie i odstawiamy do wystygnięcia.

Śmietankę ubijamy na sztywno, dodajemy mascarpone – bez cukru!

I całość łączymy tak:
beza – śmietanka – maliny. Wszystko już na naczynku do serwowania potrawy, gdy już nałożysz składniki na krucha beze, pod ciężarem Ci się rozpadnie. Przekładanie wtedy ciasta jest niemożliwe.
Nie wcześniej niż 30 min przed podaniem, bo może Ci się rozpaść. 

Delikatnie z nią bo lubi się pokruszyć. Mi wczoraj się rozpadła – akurat jak potrzebowałam zdjęć. Mimo wszystko je wrzucam – bo zapytań o beze mam tak dużo że mam nadzieję wybaczycie mi zdjęcia!

SMACZNEGO!

Blog - archiwum

Dlaczego matki są dla siebie wilkami. Po co nakręcają się i krytykują we wszystkich aspektach życia.

16 stycznia 2019

Fala hejtu, negatywnych komentarzy i złych wiadomości zalała ostatnio cały internet. Celowo na naszym Facebooku, Instagramie czy blogu nie poruszałam tych tematów. Nie czułam się na siłach, nie chciałam takich negatywnych emocji. Wiedziałam też, że pisząc taki post, poleje się fala różnych opinii na które chyba nie do końca byłabym przygotowana. Emocje kumuluje w sobie – nie uzewnętrzniam się. Czuje ze tak jest dla mnie w tym stanie najlepiej. Jednak jest jedna sprawa która nie daje mi spokoju – a uświadomiłam ja sobie jeszcze bardziej właśnie po ostatnich wydarzeniach w Polsce. 

Chodzi mi nie o sam tragedię ale o reakcje już po niej. O te wstrętne komentarze życzące innym ludziom źle. Ba! Tam podały nawet groźby, radość ze śmierci drugiego człowieka. Dobrzy ludzie się poddali, a Ci wstrętni zostają na swoich miejscach – bo nie maja serca. Czuja się wygrani, bo zniszczyli dobro. Ktoś kto tworzy coś fajnego, dobrego i pomocnego dla innych jest niszczony przez ludzi którzy są chorzy psychicznie.

Porównanie teraz będzie słabe, ale ta akcja uświadomiła mi bardziej problem mediów.

Największy chyba hejt spadł na mamę ginekolog. To co ta kobieta przeżywa każdego dnia jest poza zasięgiem moich wyobrażeń. Uświadamianie ludzi o profilaktyce, piękna akcja dla WOŚP to dwie sprawy ale tak szerokie że żadna inna akcja nie musi być tu wymieniona. Masa życiowych niesprawiedliwości – a ona nadal idzie swoja ścieżka. Jednak nie ma łatwo – każdy jej krok jest krytykowany na forach czy powstałych do tego grupach na FB czy IG. A kto to nakręca? Matki. A może sławami popularnych blogerów – DYLEmadki. Kobiety które siedzą w domu, nie maja co robić, wiedza wszystko najlepiej bo skończyły wszystkie kierunki świata. Żalą się na życie swoje, krytykuj tych którym coś się w życiu udało – bardzo często ciężka praca.

Przechodząc dalej od sytuacji w Polsce, przez mamę ginekolog do…

… wszystkich kobiet, żon, matek w internecie. Chociaż w realnym życiu też takie kwiatki spotykamy, to w dobie internetu łatwiej o wyrażenie „swojej opinii”(gdy ktoś myśli że jest anonimowy, a jednak jak się okazuje nie jest). Dlaczego napisałam to w cudzysłowie? Bo najczęściej to osobiste zdanie komentatora jest chamskim, wrednym i bardzo nie na miejscu zdaniem które zakończone słowami „nie miałam nic złego na myśli, nie obraź się ale musiałam to napisać” ma być uznane za nieszkodliwe. Problem jest taki, że słowa ranią bardzo.

U mnie na stronie też już nie raz spotkałam się z czymś tak wstrętnym jak hejt.

Podobno większa ilość słabych komentarzy i wypowiedzi od obcych ludzi świadczy o wzroście popularności danej osoby. Dlaczego? Wszędzie znajda się osoby mądrzejsze, wszystkowiedzące i… zazdrosne. Bo o ile pozytywna zazdrość jest czymś fajnym o tyle podcinanie komuś skrzydeł spowodowanych tym zjawiskiem nie jest fajne. Ja zazdroszczę wielu osobom, ale nigdy nie przyszło mi do głowy pisać do nich czegoś nie na miejscu. U mnie przekłada się to wszystko  drug stronę – „hej! świetny pomysł, może i ja bym mogła spróbować swoich sił w czymś takim!”. Szkoda że nie wszyscy maja takie, bądź podobne podejście.

Smutne jest to że matka matce jest wilkiem.

Zamiast się wspierać, pomagać sobie w mega trudnych początkach macierzyństwa – ranimy się. Konometrze, wiadomości, słowa wypowiedziane nie ma miejscu ranią bardziej niż może się wydawać. Ile razy nam się oberwało? Mam kilka swoich kwiatków które na wszystko co zrobię piszą jakiś krzywdzący komentarz, czy zaznaczają zawsze w ankiecie krzywdząca odpowiedz.

Przykładem niech będzie mój ostatni wpis na instagramie. Wrzuciłam takie wstępnie wysłane fotki od fotografa ze ślubu. Byłam nim zachwycona, jednak zdawałam sobie sprawę z tego, że nie każdemu taki styl odpowiada. Zadałam pytanie – Fajne? Dosłownie ponad 100 osób kliknęło tak. Jedna była na nie. Z ciekawości weszłam na jej profil – sprawdziłam jej zdjęcia. Okazało się że też brała ślub niedawno i co? Zdjęcia tak złe, jakby robił je ktoś telefonem. Zazdrość? To jest dokładnie to, o czym mówię. Brak umiejętności czerpania radości ze szczęścia innych.

Nigdzie indziej nie spotkałam się z takim jadem jak wśród matek…

Wojna toczy się wiecznie o wszystko. O karmienie, o rodzaj porodu, a rozszerzanie diety, a nosidła/chusty, o chodziki, o wózki i noszenie dziecka, o bujanie w wózku, o wspólny bądź oddzielny pokój z rodzeństwem… a to buty nie takie, a to za ciepło czy za zimno ubrane, gdzie na wakacje za granice z kilku-miesięcznym dzieckiem. A pojedziesz sama z mężem? Jak mogłaś dziecko zostawić! Dosłownie hejt pada o wszystko. Młode mamy maja wytykany każdy swój krok. Ograniczyłam wiele na blogu, by nie kusić losu, chociaż tyłek mi się uodpornił. Ale jak widzę na innych profilach spiny o wszystko to aż mi niedobrze.

Nie wiem dokąd ten świat zmierza. Ale jak tak będzie dalej to zdecydowanie nie jest to miejsce w którym chce wychowywać swoje dzieci. Wśród tego wytykania błędów, braku akceptacji i cichego przyzwolenia na obrażanie. Bo my nadal godziny się na to, co powinno być bronione tylko dlatego że ktoś użył słów „nie mam nic złego na myśli..” albo ewentualnie „nie obraź się ale…”

 

Blog - archiwum

Zdradzam jakie produkty będą w naszym sklepie!

14 stycznia 2019

Długo zastanawiałam się nad tym, czy wrzucić tu opis tego co niedługo pojawi się w naszym sklepie. Z takiego marketingu jestem słaba – nie mam doświadczenia i działam zdecydowanie bardziej intuicyjnie niż książkowo. Mam cicha nadzieję że nie wyjdzie mi to źle a produkty które cały czas dzielnie od miesiąca szykują będą zachwycały wszystkich. Np, przynajmniej taka część ludzi, bym nie musiała zamykać firmy zanim się dobrze rozkręci. 

Mam wrażenie że ludzie rzuceni na gotowy produkt, bez wcześniejszej reklamy nie będą zachwyceni nim. Chociaż wszystko co chciałabym wprowadzić ma moje serce w 100%. Podpisywać się będę pod każdym produktem cała sobą. Już z dwóch – no dobra, prawie trzech bo kończę właśnie trzeci projekt jestem tak dumna – jakby to była co najmniej trójka moich dzieci. Pracowałam na to miesiąc – a teraz robotę przekazuje innym. Ja nic więcej nie mogę.

Dobra, by już bardziej nie przeciągać, zaczynam od moich postanowień. Już teraz wiem, że wszystko co ja bym chciała nie będzie wprowadzone – bo grafik nie ogarnie mi tylu zleceń w ciągu roku. A bardzo zależy mi na spójności – wiec nie wchodzi w grę zatrudnienie kogoś innego do pomocy.

Po pierwsze – seria książek

Książki jednej bohaterki. Czyli – opis wydarzeń oczami jednej osoby. To będą problemy z jakimi dziećmi spotykają się na co dzień – ale opowiedziane zdecydowanie inaczej niż w dostępnych na rynku książkach. Będzie inna narracja, inne zwroty – i zdecydowanie najpiękniejsze ilustracje. Dlaczego jeden bohater? By dzieci utożsamiły się z nim, bo będzie rozwiązywał z nimi naprawdę wielkie dla dzieci problemy. Pamiętać trzeba, że to co dla nas jest  normalne – dla dzieci niekoniecznie.

Będą akcje charytatywne książek – dwie.

Pierwsza to blogerzy dla dzieci. Już mam piękna ekipę! Każdy napisze dłuższa bajkę dla dzieci na dobranoc – powstanie taka księga na dobranoc z 10 bajkami! Druga to dzieci dla dzieci – czyli… dzieci rodziców nie blogujących piszą bajkę razem z opiekunami i to własnie te bajeczki wydajemy też w formie opowiadań na dobranoc. ilustracje będą cudowne – bo ilustrator ten sam co w poprzednich projektach. Cel jednak będzie inny – nie zarobię na tym nic. „Zabiorę” tylko tyle ile włożyłam, odliczę podatki i zysk przelejemy w grudniu dla osób które tego potrzebują.

Będą plannery i kalendarze.

Uwielbiam planować, zapisywać, rozpisywać – dobrze o tym wiesz. Jednak ani jeden na rynku nie spełnia moich oczekiwań. Jest albo za mały, albo okładka nie taka, albo papier słaby… a to grafika mnie razi. Ten będzie idealny. Kobiecy, z masa miejsca na notatki, z piękna i solidna okładka by pod koniec użytkowania nie wyglądała jak wyjęta psu z gardła. Okładki będą różne, też stworzone przez naszego grafika – dla każdego coś dobrego. Plannery moze pojawia się w okolicy czerwca, lipca by były na sezon zakupowy nowych kalendarzy wrzesień -sierpień. Jednak kalendarze będą typowo na 2020 rok. Więc okolice października. Nie będzie ich dużo – planuje po 300-500 sztuk. Nie chcę zostać z towarem na stanie. Także tu będzie akcja – kto pierwszy, ten lepszy.

Będą kubeczki.

Ale nie z napisami – chociaż jak ktoś rzuci fajny pomysł, bądź zrodzi się w mojej głowie to czemu nie. Będą kubki dla dorosłych z mega pięknymi ilustracjami – będą też kubki dla dzieci. Dla tej drugiej grupy będą z bohaterami z bajki tej o której mówiłam jako pierwszej. Wiemy przecież ze jak dziecko chwyci temat to nie puszcza. Specjalnie inwestujemy w coś, co pozwoli nam na tanie tworzenie tych rzeczy.

Będą książki tematyczne.

To właśnie te, które już mam napisane. Dwie już mam i czekam na grafikę. Pod koniec roku pojawi się też taka na dzień babci i dziadka, na święta.. To będą dłuższe bajki. Minimum 35 stron.

W marzeniach chciałabym dużo więcej, jednak wiem że poród i powiększenie rodziny nie pomogą mi w pracy nad tym wszystkim. Wiem jedno – listę produktów mam baaardzo długa, każdy z tych podpunktów który opisałam ma dużo gałęzi a samych podpunktów jest trochę więcej. Mimo wszystko na tym co wypisałam chce się skupić w tym roku – reszta może poczekać, chociaż nie ukrywam że radość będzie okropna jak zrobimy coś ponad plan. 

cof

Nasz Instagram