Śledź nas na:
All Posts By

pierwsze-kroki

Blog - archiwum

Bog Parenting Poznań – czyli spotkanie dla ludzi którzy kochają się bawić!

19 sierpnia 2019

Nie wierzę że aktualnie trwają prace nad drugą edycją Blog Parenting Poznań! Nazwa może tak nie do końca mówi nam, gdzie co i jak – bo samo spotkanie odbywa się w Skórzewie w Parku zabaw Rodzinka. Pamiętam że po pierwszej edycji – a raczej kilka chwil przed nią zarzekałam się że nigdy więcej w coś takiego nie dam się wpakować. A jednak! Już za blisko miesiąc spotkamy się tam kolejny raz.

Nauczona doświadczeniem z poprzedniej edycji nie zrobię już tylu błędów.

Teraz wszystko będzie idealnie dopracowane. Każdą rzecz mam już zaplanowaną zaczynając od listy, przez upominki kończąc na najważniejszym – prelekcjach i dobrej zabawie! Postaram się by były konkursy, zabawy – chociaż sam fakt przebywania na sali zabaw dla dzieci jest dużą atrakcją dla najmłodszych. Rodzice w spokoju, bez biegania i pośpiechu będą mogli posłuchać super wystąpień i… napić się przepysznej kawy. A sernik? O matko – jak ten sernik tam smakuje!

Będą prelekcje bardzo fajnych i wpływowych blogerów.

Jestem zdania że mniej to czasem lepiej. Nie chcę by wystąpienia ciągnęły się godzinami a samo spotkanie było dla nas męczarnią. Dlatego będzie konkretnie i mega inspirująco na czele z Noemi i Asią! Każdy prelegent został wybrany tak, by zadowolić jak największą liczbę ludzi. Temat – czas wystąpienia – prelegent – te trzy punkty idealnie dobrane stworzą mieszankę nie do opisania. Będzie ogień!

Będą tez warsztaty!

Autorka książek opowie nam o tym, czy dziecko „musi się wychorować” – czyli opowieści o tym jak budować skutecznie odporność naszych dzieci od okresu niemowlęcego do momentu edukacji szkolnej. Będą też inne warsztaty – ale tylko o tym mogłam na chwilę obecną „głośno” powiedzieć. Jest tak dużo tajemnic i niespodzianek – ale naprawdę warto.

Każda z uczestniczek dostanie też upominek!

I to nie byle jaki. Nie jakieś próbki, karteczki, śmieci i inne badziewia! Będą to pełnowartościowe produkty od zaprzyjaźnionych firm. Już na instastory pokazywałam między innymi puszki z naturalnymi energetykami czy… kurcze! nie chcę zdradzać za dużo bo nie będzie niespodzianek. W każdym razie – dla 5-godzinnej zabawy za free w parku rozrywki plus dla tych upominków warto się zjawić na tym spotkaniu.

My tam będziemy!

To logiczne. Jak mogłoby zabraknąć organizatorów. Jednak w tym roku będzie towarzyszył nam ktoś jeszcze. Straszaki pojadą na mini wakacje, ale mój cycoholik bez mamy za długo nie wytrzyma. Będzie dzielnie z tatą brał udział w wydarzeniu. Nasza słodycz pojedzie tam z nami! Dla Maciusia też zdecydowanie warto tam się pojawić. A wiem, że skradł serducha wielu z Was!

Przed spotkaniem będzie licytacja!

Na specjalnie otwartej grupie na FB ruszą licytacje produktów od sponsorów. Po opłaceniu wszystkich wydatków – całość przelewam na cele charytatywne, Wy wiecie że bardzo, bardzo mi na tym zależało i wymyśliłam sposób jak to zrobić. Jednym z najlepszych były właśnie te licytacje. W wiadomości email podam link do tej grupy (uwaga! grupa zamknięta tylko dla uczestników spotkania!) będzie można za grosze dorwać produkty warte kilka stówek! Odbiór produktów z licytacji odbędzie się podczas spotkania.

Nie będzie czasu na nudę.

Prelekcje, warsztaty i inne atrakcje zaplanowane są tak – że cały czas jaki mamy jest wypełniony po brzegi. Będzie mega inspirująco i aktywnie. Będzie głowa buzowała od ilości informacji ale też – znajdziecie kilka chwil na rozmowę z innymi uczestnikami. Pamiętaj! Że idąc na spotkanie jako uczestnik – nie jako bloger – masz takie same prawa jak inni. Nie ma gorszych i lepszych – zagaduj, pytaj, rób fotki!

Jeśli planujesz otworzyć swoje miejsce w sieci…

Nie ważne czy to blog, FB, IG czy youtube – musisz tam być. To tez jedna z okazji do tego, by poznać naszą pracę – dowiedzieć się, na czym ona polega!

Zapisy na spotkanie macie pod linkiem który wklejam niżej:

TU – ZAPISY

Jestem ciekawa czy będziesz z nami tego dnia! Bardzo chcę Wasz wszystkich poznać osobiście!

 

 

Blog - archiwum

Wyprawka szkolna – czyli dylematy młodych rodziców. Niezbędnik ucznia.

13 sierpnia 2019

W tym roku jest już zdecydowanie łatwiej wszystko ogarnąć. Mój syn rozpoczyna naukę w drugiej klasie szkoły podstawowej, dlatego mogę śmiało napisać – że najgorszy etap przygotowań wyprawki szkolnej już za mną. Rok temu byłam zagubiona i sama do końca nie wiedziałam czego potrzebujemy. Całe poprzednie dwanaście miesięcy nauki pokazało mi jakie są realia. 

Błądziłam między szkołą a sklepem.

Na szczęście mieszkamy w malutkiej miejscowości i sporo rad otrzymałam właśnie od Pani która zajmowała się sprzedażą artykułów szkolnych. Na szkołę nie miałam co liczyć, w wakacje robią się tam pustki. Po omacku szukałam informacji o tym, czego tak naprawdę uczeń potrzebuje. Miałam wiele szczęścia, bo z większością rzeczy trafiłam idealnie – chociaż jedna rzecz mnie strasznie zaskoczyła! Ale o tym później.

 

Podręczniki dla klas 1-3 są darmowe.

Każdy uczeń klasy 1-3 otrzymuje od szkoły swój zestaw. Naszym obowiązkiem był zakup okładek, by w ciągu roku ich nie zniszczyć. Dla dobra przyszłych roczników które także je dostaną. Nie ukrywam że nasz budżet dzięki temu nie ucierpiał aż tak bardzo, chociaż pozostałe rzeczy także nie są małym wydatkiem. Niby drobiazgi – a jednak wydajemy na nie znaczną kwotę.

Plecak, śniadaniówka, bidon.

To jest oczywiście must have każdego ucznia. Fajne są opcje już skompletowanych zestawów startowych.  Nie dość że mamy taki sam motyw, to nie martwimy się o więcej szczegółów – jest to zdecydowanie spore ułatwienie dla rodziców. Nam ogromną frajdę sprawiało dobieranie poszczególnych elementów wyprawki dla Antka. Piórnik gładki ale już śniadaniówka koniecznie z jakimś motywem. Dodatkowo worek na WF, wypełniony białą koszulka, ciemnymi spodenkami i obuwiem na halę sportową.

Jestem pewna że taka wyprawa do sklepu była też dla niego w pewnym stopniu przygotowaniem do tego co go czeka. Uczestniczył aktywnie w całym tym procesie. Nie poszłam tam sama, nie wybrałam za niego – cieszył się z każdej rzeczy wybranej przez siebie.

Sam dobierał najmniejsze szczegóły…

A tymi szczególikami są właśnie takie rzeczy jak kredki (koniecznie jedna marka, tylko takie są akurat w naszej szkole akceptowane – dowiedź się czy u Was także). Dalej ołówki które schodziły w błyskawicznym tempie, bo pierwsza klasa to jeszcze nie czas na długopis – on wejdzie u nas od tego roku. Klej, który znikał po tygodniu podobnie jak gumki do mazania. To jest własnie ten ewenement – w ciągu roku kupiłam 10! gumek do mazania. Każda albo zginęła, albo została przez Antka pokolorowana bądź przecięta nożyczkami.

Temperówka – koniecznie na dwa oczka (mniejsze i większe) i metalowa. Wiem co mówię! Nożyczki, papier kolorowy techniczny i rysunkowy. Papier biały także techniczny i rysunkowy. Papier kolorowy „wycinanki” oraz teczki do prac. Dodatkowo zeszyty 16 kartek w linię (cienkie, trzy linie – najlepiej w dwa różne kolory) i kratkę plus zeszyt informacji nauczyciel-rodzic. Jeśli dziecko uczęszcza na religię i angielski – potrzebne będą podręczniki i zeszyty.

Zapomniałam jeszcze o…

Plastelinie, która też w ciągu roku była dokupywana dwa razy oraz farbkach i od razu pędzelkach do nich. Często dzieciaki nie mówią rodzicom o tym, że coś się kończy warto mieć zawsze w domu zapas. Pewnie też tak miałaś, albo słyszałaś z opowiadań znajomych o sytuacjach typu: ubieracie się rano, a dziecku przypomina się że nie ma farbek a na dziś potrzebuje! – to Cię spotka, na 100%!

Ja dodatkowo dokupiłam jeszcze:

Patyczki do nauki liczenia, one zdecydowanie na początku ułatwiły Antkowi naukę. Teraz już ich nie potrzebuję – jednak jest to gadżet który warto mieć. Antoni ma jeszcze kilka dodatkowych rzeczy jak – żel antybakteryjny do rąk, chusteczki nawilżane, chusteczki higieniczne. A także… woreczki śniadaniowe! W szkołach jest teraz akcja z darmowym mlekiem, owocami i warzywami. Często dzieci tego nie jedzą, a w plecaku, w drodze do domu może sie to zniszczyć – Antoni wrzuca wszystko do tych woreczków.

To jednak nie wszystko!

Co jakiś czas otrzymujemy informację co trzeba donosić. Jak nie bibułę, jakieś pluszowe kulki, oczka do prac plastycznych to rolki papieru, patyczki do uszu. Pierwsza klasa to takie połączenie „dorosłej nauki” z przedszkolem. Sporo mają luźnej zabawy, prac plastycznych, muzyki i przerw. Jednak pojawia się element którego wcześniej nie znali. Muszą skopić swoją uwagę na nauce.

Sporo tego do zapamiętania i kupienia co?

Dla wielu rodziców to ogromny problem. Jak zapamiętać każdą z tych rzeczy – jak zrobić zakupy tak, by ta wyprawka była jednak przygotowana jak należy? Ja znalazłam na to sposób i stosuję go już drugi rok. Otóż wybieram się na zakupy do sklepu który ma w swojej ofercie wszystko (oczywiście poza podręcznikami). Pakuję dzieci do auta i idziemy do sklepu który mamy najbliżej i ma najlepszy asortyment – nas jest to Biedronka . Nie ukrywam że mamy trzy podstawowe kryteria. Pierwszym jest cena – nie dla wszystkich kupno wyprawki szkolnej to łatwy temat, co roku rodzice drżą przed wrześniem. Drugi – jakość a przy okazji design. Ja kocham wszystko, co jest niebanalne – słodkie długopisy skradają moje serce. Jednak też kieruję się rozsądkiem, głownie przy wyborze plecaków czy piórników – tu stawiam totalnie na jakość. Trzecim kryterium jest wygoda – im mniej biegania po sklepach, tym lepiej. Doceniam szczerze to, że mam wszystko w jednym miejscu. Tym bardziej, że w sklepach biedronka jest teraz ogromny wybór świetnych produktów marki KAYET – kto widział te urocze pisaki, długopisy, piórniki i motyw unicorn – ten zdecydowanie wie o czym mówię!

Jak to mówią „trzy plusy, zero minusów”. 

A jakie są Twoje doświadczenia z kompletowaniem wyprawki szkolnej?

Też stawiasz na wygodę i stosujesz taki system jak ja?


Blog - archiwum

Spełniamy marzenia -ekscytująca wycieczka do Energylandi dzięki firmie która zapewnia wspaniałe przeżycia!

1 sierpnia 2019

Ten wyjazd stał pod wielkim znakiem zapytania. Dostaliśmy zaproszenie już w okolicy kwietnia, jednak musieliśmy poczekać na lepszy moment. Byłam w ciąży a później przechodziłam połóg – wyjazd w tamtym czasie był nie najlepszą opcją. Po wizycie u ginekologa i otrzymaniu zielonego światła do aktywnych działań postanowiliśmy zacząć organizację wyjazdu. I tu kolejny raz pojawiły się trudności! Maciuś na co dzień karmiony piersią, odmówił picia mamy mleka z butli. Dzielnie uczyliśmy się tej umiejętności każdego dnia. 

Udało się! Już teraz miało być z górki!

Babcia zaoferowała swoją pomoc. Zgodziła się zostać z najmłodszym, byśmy my mogli z pozostałą dwójką wyjechać na cały dzień. Zdecydowanie ten wyjazd był nam potrzebny. Antek i Blanka poczuli się wyjątkowo – czas tylko z mamą i tatą to coś, czego w ostatnich miesiącach im bardzo brakowało. Ale też sami rodzice odżyli. Nie biegali z pampersami, wózkiem i nie myśleli o karmieniu, kolkach i innych około-niemowlęcych czynnościach. To było fajne oderwanie się od codzienności.

Nie mieliśmy czasu i głowy myśleć o niczym innym!

Trafiliśmy do miejsca w którym wszystkie nasze zmysły dosłownie buzowały! Tyle wrażeń i atrakcji nie zapewnia żadne inne miejsce w którym byliśmy wcześniej! Wyjechaliśmy z domu przed szóstą, a wróciliśmy po północy. Bawiliśmy się tam od 10:30 do 20, a jeszcze nie daliśmy rady odwiedzić wszystkich atrakcji. Po części dlatego, że byliśmy tam pierwszy raz – organizacja i wiedza o funkcjonowaniu tego miejsca u nas kulała i zmarnowaliśmy ogrom czasu na kombinowaniu – jak się tak odnaleźć?

Teraz już jesteśmy mądrzejsi i kolejny wyjazd będzie perfekcyjny.

Pomimo początkowego zagubienia było super. Kupując bilet masz nieograniczone możliwości zabawy. Wchodzisz praktycznie na każdą atrakcję którą park ma w swojej ofercie. Dodatkowo płatne są maszyny z grami – jednak my z nich nie korzystaliśmy. Była cała masa innych aktywności, więc wydawanie kolejnych pieniędzy w tym miejscu mijał się z celem. Przez 10 godzin i tak nie obeszliśmy tego, co oferuje w cenie bilet.

Po części dlatego że do każdej karuzeli czekasz w gigantycznych kolejkach. Fakt, że szły dość szybko, był pocieszający. Mimo to, czekaliśmy około 30 minut przed każdą atrakcją, by zjechać 40 sekund. Co by było, gdybyśmy wybrali się tam w weekend? Podobno najlepiej wybrać się poza sezonem, jednak nie mam pojęcia jak wtedy wygląda kwestia parku wodnego i wszystkich karuzel które były w jakimś stopniu połączone z wodą. Trzeba liczyć na szczęście.

Brakowało mi tam informacji.

Teraz już jesteśmy mądrzejsi – wiemy co i jak. Wchodząc tam pierwszy raz, byłam przerażona. Ilość ludzi mnie pokonała, jednak brak podstawowych informacji podczas wejścia spowodował że po prostu się tam zgubiliśmy i marnowaliśmy niepotrzebnie czas. Większość karuzel jest od 120 cm wzrostu – Blanka (chociaż wg miary lekarza ma 125 cm) tam nie mogła na nic wejść sama. Był jakieś malutkie, ale typowo dla maluszków – nasza pięciolatka czuła niedosyt! Dorośli z Antkiem chodzili na maszyny, a my we dwie czekałyśmy za nimi. Nie muszę wspominać że za każdym razem było to po 30-40 minut. Nie rozdzielaliśmy się, bo pilnowałam przy okazji ich plecaków.

Do momentu odkrycia szafek!

Albo u nas taki ciemnogród albo faktycznie tak źle to było opisane. Jadąc tam zapamiętaj jedno – kupuj od razu opaskę w automacie! Kosztuje 5 zł (cena jednorazowa, za cały pobyt) i za każdym razem gdy wchodzisz na maszynę odkładasz swój bagaż. Odbierasz go w momencie zejścia z karuzeli, od drugiej strony. Gdy odkryliśmy ten wynalazek – wyjazd stał się przyjemniejszy. Rozdzieliliśmy się i korzystaliśmy z tego, co park ma nam do zaoferowania. A ma wiele!

Pomimo wszystko – park to jedna wielka petarda!

Adrenalina skacze Ci na każdym kroku. Od momentu przekroczenia bramek czujesz niesamowitą energię. Ilość ludzi, muzyka, kolory… to wszystko pobudza wszystkie Twoje zmysły. Niesamowity skok ciśnienia, który opuszcza Cię dopiero gdy już to miejsce opuścisz, a może nawet dopiero na drugi dzień. Maszyny rozpędzające się do 140 km/h, strome spady, niesamowite przyspieszenia i efekty. Było ekscytująco a przy okazji bezpiecznie. Pomimo takich skoków adrenaliny ani razu nie poczułam się zagrożona. Ilość ludzi która obsługuje każdą atrakcję jest na tyle duża, że nie ma mowy o jakimś niedopatrzeniu. Bezpieczeństwo przede wszystkim.

Jeśli ktokolwiek marzy o przeżyciu niesamowitej przygody – zdecydowanie powinien wybrać się do tego parku. Energylandia to miejsce na mapie Polski które powinien odwiedzić każdy.(zwłaszcza dla osób mających ponad 140 cm wzrostu – bądź to magiczne 120 cm). Ja już wiem, że przeżycia jakie można komuś sprezentować to coś fajniejszego niż prezent rzeczowy. Jechaliśmy tam ekipą 6-osobową. Czterech dorosłych i dwójka dzieci – i wszyscy zgodnie stwierdziliśmy że takie prezenty możemy przyjmować każdego dnia.

Od teraz stawiamy na przeżycia!

Odchodzimy od tradycyjnego modelu wręczania kwiatków i czekoladek z okazji różnych uroczystości. Postanowiliśmy dzielić się mocą atrakcji jaką mają różne miejsca do zaoferowania. Nie dla każdego akurat park rozrywki będzie czymś odpowiednim. Można jeszcze wręczyć voucher na zabiegi SPA, jazdę gokartem czy naukę gotowania. Jeśli mamy w domu zapalonego miłośnika szybkich aut – możemy wykupić jazdę ekskluzywnym autem po torze. Natomiast dla spokojnej duszy, która nie lubi adrenaliny – degustację najlepszych win! Prezent gwiazdkowy dla dzieci też nie musi być nudny – można skoczyć do tunelu aerodynamicznego czy parku trampolin. Możliwości jest wiele, a każdą z nich skupia u siebie Prezent Marzeń. Miejsce w którym jesteś w stanie zaspokoić swoje ekstremalne doznania.

Podoba mi się idea tego miejsca!

Totalnie negują tradycyjny i nudny styl: dom,praca – praca,dom. Przypominają nam, że życie mamy jedno i powinniśmy czerpać z niego ile tylko się da. Opierają się na filozofii: nie żyjemy dla pracy, a pracujemy, żeby żyć! 

Zgadzam się z tym stwierdzeniem w 100% – dlatego postanowiłam podjąć się tego wyzwania. Pokazuję, że pomimo ogromnej ilości obowiązków – domu, dzieci, pracy – mam czas i chęci by żyć i nie zamykać się w czterech ścianach naszego mieszkania. Teraz chcę jeszcze więcej – ten wyjazd pokazał mi jeszcze dosadniej jak ważna jest równowaga. Zrób coś dla siebie – zacznij żyć!

Zgadzasz się z tym stwierdzeniem?

 

Blog - archiwum

Im więcej dzieci – tym lepsza organizacja czasu. Przekonałam się o tym po raz trzeci!

26 lipca 2019

Pamiętam ten okres, gdy na świat miał przyjść Antek. Cała ciąża była jedną wielką niewiadomą. Nie wiedziałam nic – zaczynając od wizyt u ginekologa, przez poród, kończąc na sposobach karmienia. Czytałam bardzo dużo, uczyłam się bycia mamą bardzo powoli. Fakt, że miałam wtedy ledwo co 18 lat nie ułatwiał niczego. Zamiast studiować, bawić się czy zbierać doświadczenie zawodowe… ja uczyłam się być mamą. Zaczynałam tak szybko najtrudniejsze zadanie z jakim przyszło mi się zmierzyć w życiu. Dlaczego najtrudniejsze? Bo każdego dnia robię wszystko, by moje dzieci miały dobre życie. Nie tylko „posiadam” ale także wychowuje.

Gdy urodził się Antek chciałam być we wszystkim dobra…

… a okazało się że w każdej dziedzinie byłam beznadziejna. Pomijając fakt bycia mamą – akurat nikt nie może mi zarzucić że nie dbałam o dzieci. One zawsze miały i mieć będą pierwsze miejsce. Nie mam pojęcia co robiłam całymi dniami, ale nie ogarniałam wtedy nic. Dziecko często chodziło w bodziaku z nocy do południa, ja w pidżamie – bez śniadania. Podłogi brudne, pranie na szybko, obiad – zapomnij. W tamtym momencie byłam swoim aktualnym przeciwieństwem. Dziś zastanawiam się, jak to możliwe? Fakt miałam ledwo co osiemnaście lat, przeprowadziłam się do „obcego” domu a nad głową wisiała mi matura. Nie chodziłam do szkoły (bo jak?) wiec uczyłam się wszystkiego sama w domu. Maturę zdałam – ale to nie wymówka dla mojego braku działania w innych sferach.

Pojawienie się Blaneczki trochę poprawiło moje zorganizowanie…

Wtedy już byłam na studiach. Nie pamiętam który rok, chyba drugi. Pamiętam że z lekkim brzuszkiem zdawałam egzaminy – a w październiku, w dzień pierwszego zjazdu nowego roku, urodziła się ona. Gdy miała dwa miesiące wróciłam na zajęcia, na szczęście weekendowe – więc przez dwa tygodnie ściągałam mleko, by babcia miała co podać dziecku. Ale byłam w stanie ogarnąć trzylatka, niemowlaka, ściąganie pokarmu, dom i jeszcze obiad! Oczywiście była też nauka, ale o pracy nie było mocy, kompletnie nie mogłam odszukać czasu w ciągu dnia nawet na bloga, który jeszcze wtedy nie był moim źródłem dochodu.

Takie były początki. Gdy dzieci zrobiły się bardziej samodzielne, było lepiej. Poszłam do pracy, poznałam Daniela, zaczęłam organizować ślub, poszłam na kolejne studia i nawet znalazłam chwilę czasu na bloga. To wtedy otworzyły mi się oczy, że własnie ta strona to moja wymarzona praca i pragnę otworzyć firmę.

Jednak pojawiła się trzecia ciąża, planowana od dawna.

Wtedy zwątpiłam. Przed ślubem miałam ogrom sił i motywacji do działania – bo musiałam. Gdy tylko emocje odeszły, ja zasnęłam. Dosłownie spałam dzień i noc przez dwa miesiące. Byłam wykończona samym oddychaniem. To była chwila gdy nie ogarniałam nic, ledwo robiłam śniadanie dla dzieci, obiad czy kolacje. Gdy chodzili do przedszkola i szkoły, ja spałam. Gdy wracali, starałam się funkcjonować, ale od 16 znów spałam. Wtedy zwątpiłam – czy firma to dobry pomysł? Jak miałabym zarobić na minimalny ZUS skoro sił nie miałam nawet na to, by iść do toalety.

Siły wróciły, a z nimi ogrom pomysłów.

Wcześniej chciałam firmę typowo na bloga. Uciekała mi masa zleceń, bo nie mogłam wystawić FV. Jednak ciąża uświadomiła mi że chcę więcej. Marzę o rozwoju, o pracy dla siebie o pokazywaniu swoich pomysłów innym. Wydanie moich autorskich produktów jest czymś o co walczyłam długo. I się udało, jeszcze w ciąży!

Pojawiły się jednak wątpliwości kolejne. A co jeśli Maciej będzie takim dzieckiem, jakim była Blanka? Mega absorbującym, nie śpiącym i ciągle wyjącym.

I wiesz co?

Maciej jest kochany! Fakt że ma kolki, większość dnia spędza na rączkach a wyjście na dłużej niż 2 godziny jest niemożliwe bo cyc musi być co godzinę (w poniedziałek będzie wielki test, bo wyjeżdżamy na cały dzień – a Maciej zostaje z babcią!).Mimo że początki były trudne, teraz z czystym sumieniem mogę napisać że ogarniam.

Każdego dnia dzieci mają śniadanie na stole, obiad i kolację. Przekąski wybierają sami – mają cały kosz owoców i warzyw do dyspozycji. Wychodzimy na spacery, bez względu na pogodę – pomimo że mieszkamy w bloku bez winy na drugim piętrze, a klatki są tak wąskie jak nigdzie. Każdego dnia też pracuję, mój urlop trwał dwa tygodnie i wróciliśmy do pracy. Tworzę posty na bloga, organizuję wydarzenie dla 200 osób w parku rodzinka, wydaje swoje produkty – aktualnie memory i dwa ebooki!

Chociaż mój sen jest przerywany, bo Macie budzi się co dwie godziny na mleczko. Dzień rozpoczyna się około siódmej rano a kończy o pierwszej w nocy. Padam momentami na twarz ze zmęczenia a jedyną przerwą i odpoczynkiem w ciągu dnia jest kawa u moich rodziców – to mogę napisać że ogarniam!

Mam trójkę dzieci i teraz właśnie widzę to, jak bardzo umiem zorganizować sobie dzień. Zauważyłam to, gdy starsze dzieci wyjechały do babci, a ja zostałam sama z Maciejem. Szczerze się wtedy nudziłam! Miałam tak dużo wolnego czasu… Nie mam pojęcia jak osiem lat temu mogłam tak marnować czas. Jak bardzo musiałam być zagubiona w tym wszystkim – skoro obsługa jednego dziecka jest mało absorbująca. Bez względu na to czy jest HNB czy nie – chociaż z tym pierwszym jest trudniej, ale się da!

Nauczyłam się planować tak, by z dnia wyciągać ile się da.

Obserwuję wiele osób które mają dzieci. I wnioski mam nadal takie same – im więcej dzieci, tym lepsza organizacja. Ba! Im jest ich więcej, tym więcej luzu dostajesz. Nie biegniesz ze wszystkim do lekarza, nie skaczesz nad nim, nie siedzisz nad łóżeczkiem i nie wpatrujesz się w śpiące dziecko – bo nie masz na to czasu. Śmieszył mnie kiedyś mem, stwierdzający że trzecie i każde kolejne dziecko wychowuje się samo – ale to prawda. Gdy spanie smoczek, nie biegniesz wyparzać jak przy pierwszym. Gdy zrobi siku – nie zmieniasz w sekundę pampersa. Gdy ma stan podgorączkowy – nie biegniesz do lekarza, tylko czekasz magiczne 3 dni.

Mało tego, podejrzewam że przez ten „brak czasu i luz” Maciej będzie miał najlepszą odporność z całej trójki. W końcu od urodzenia jest narażony na dużo więcej niż jego rodzeństwo. Niech mu to wyjdzie tylko na zdrowie.

A jakie jest twoje zdanie?
Im więcej, tym lepiej z organizacją?

Blog - archiwum

Odkryłam w sobie coś dziwnego – coś co wielu „madką” się nie podoba. Przyznaje się!

24 lipca 2019

Nigdy nie byłam jakoś mocno „dzieciowa”. Nie wiem dlaczego nawet poszłam na studia pedagogiczne. Pamiętam że na uczelni większość osób mówiła zdanie: „Jeśli nie wiesz co chcesz studiować, idź na pedagogikę”. W tym sensie, że tu idzie każdy, kto nie ma pomysłu na siebie. Oczywiście są też takie jednostki które robią to, bo praca w placówkach jest spełnieniem ich marzeń. Moim nie była – próbowałam to sobie wmówić przez trzy lata. Nadal twierdzę że wiedza którą tam zdobyłam mi się przyda, ale nie chcę pracować w placówce edukacyjnej. 

Długo zajęło mi pojęcie tego – dlaczego?

Dziś już wiem. Uświadomiła mnie kuzynka, która przyszła na kawę. Od razu uprzedzę – nie jest to „stara panna bez dzieci”. Jest normalną kobietą z dwójką dzieci, ma prace, dom, psa… wszystko jest na swoim miejscu. Przyszła do nas i powiedziała że denerwują ją dzieci w określonym wieku. Może być z maluszkami i starszakami ale taki wiek pośredni (już teraz nie pamiętam ile lat, ale chyba 2-10? mniejsza…) ten wiek jest dla niej najgorszy i te dzieci ją po prostu denerwują.

Patrzyłam i zastanawiałam się o co chodzi. Nie krytykowałam, bo od tego jestem daleka. Próbowałam zrozumieć o co chodzi. Jak mogą ją denerwować dzieci w takim wieku, skoro sama ma dokładnie takie dzieci? Po jakimś czasie temat wrócił. Nie dlatego że kolejny raz spotkałyśmy się na kawę, a dlatego że zaczęłam czuć to samo. Po prostu przyszedł taki dzień że zrozumiałam o co jej chodziło.

Denerwują mnie dzieci.

Swoją trójkę kocham nad życie. Zrobiłabym dla nich wszystko i chociaż podnoszą mi ciśnienie milion razy na dobę – jestem najszczęśliwsza na świecie że są, po prostu. Mało tego, jako mam trójki uważam że każdego dnia odwalam kawał dobrej roboty, bo wychowuję dzieciaki na mądrych i potrafiących się zachować ludzi. Wiedzą jak zachować się w restauracji, w kościele, kinie… wiedzą jak się mówi „proszę”, „dziękuję”, „przepraszam”, „dzień dobry” i inne. Wiedzą że idąc gdzieś nie należy skakać po meblach czy chociażby wchodzić na piętro domu – jeśli gospodarz nie wyrazi na to zgody.

Mają swoje za uszami…

Jak mama straci czujność lubią nagiąć granicę. Jednak ta granica nie jest przekraczana zbyt często. Nie wychowuję dziecka idąc do kogoś, robię to każdego dnia w domu dlatego wiem, że mogę wyjść z nimi wszędzie – ich zachowanie nie będzie w żaden sposób niewłaściwe. Jestem surową mamą. Kocham ich, daję im dużo miłości, ciepła i wsparcia. Jednak jestem przy tym bardzo wymagająca. Mało kiedy pozwalam im na łamanie przyjętych zasad – wiem że są to „tylko dzieci” jednak proces wychowywania nie polega tylko na obserwowaniu. Ja kieruję ich na odpowiednią drogę.

To są dzieci, więc mają prawo by troszkę popsocić – nie trzymam ich w klatce i pozwalam poszaleć. Jednak u nas granice są ostro zarysowane. Jeśli ktoś ją przekroczy – doskonale o tym wie. Dlaczego? Bo nie mam zamiaru tłumaczyć się komukolwiek z tego, że moje dziecko coś zbroiło. Jeśli wydarzyło się to przez przypadek – ok, przeprosiny i chęć pomocy przy sprzątaniu/naprawie powinna pomóc. Jeśli działał celowo – musi wiedzieć że konsekwencje ponosi z całą odpowiedzialnością.

Wkurzają mnie dzieci które nie mają rodziców.

Mają fizycznie, ale nie mają ich przy procesie wychowywania. Wiem, że takie występki dzieci to w głównej mierze problem osób dorosłych jednak to zachowanie tych maluszków wyprowadza mnie z równowagi. Bo to nie dorośli skaczą po kanapie, rysują po ścianach, pokazują języki, drapią, krzyczą, biją… Wiem że nieraz zdarzy się coś niechcianego – chociażby w markecie, gdy dziecko „chce i koniec”. Nie o takie coś mi chodzi, taką akcje miało każde dziecko w sklepie, chyba bez wyjątku. Chodzi mi o wredne zachowanie w domu.

O brak reakcji rodziców jeśli dzieje się to wszystko. Bo upomni raz, a za drugim razem nawet poda rękę by na tą kanapę weszło. Jaki jest wtedy jego autorytet? Jak można tak bardzo psuć dziecko. A to małe żyjątko później będzie swoim zachowaniem wprowadzało mało komfortową atmosferę czy to na kawie u koleżanki, czy podczas wypadku na wakacje. Bo jak cieszyć się z takich spraw, gdy obok biega i za nic nie słucha się jakiś maluszek.

Nie jest tak że to wina dziecka.

To wina rodziców, wiem to doskonale. Oni powinni dziecku pomóc, jeśli nie potrafią sami – niech skorzystają z rady psychologa dziecięcego. To nie jest oznaka słabości, to oznaka siły. Szukanie pomocy, gdy samemu już nie daje się rady to pierwszy krok do osiągnięcia sukcesu. Nie jesteśmy alfą i omegą, jesteśmy ludźmi. Macierzyństwo to najtrudniejsza z moich życiowych ról, ale chcę spełnić ją najlepiej jak potrafię dlatego całą swoją uwagę poświęcam właśnie dzieciom. Nie umiałabym funkcjonować, gdyby któreś z moich dzieci nie umiało radzić sobie z emocjami bądź po prostu testowało mnie na każdym kroku.

I nie myl tego proszę z buntami.

Moje dzieci też je mają. Blanka milion razy dziennie idzie z wielkim fochem do swojego pokoju – bo taka jest. Jest słodka, ale też potrafi wyprowadzić z równowagi osoby które mają w sobie największe pokłady cierpliwości. testuje nas głównie w domu i u babci. Gdy wychodzimy jednak poza te dwa miejsca jest innym dzieckiem. Potrafi zachować się odpowiednio w miejscu w którym oczekuję od niej kultury. Nie muszę na każdym kroku mówić co ma robić. Nie biegam za nią po kościele bo wie że ma siedzieć. Nie upominam jej podczas kawy u koleżanki bo spokojnie bawi się na dywanie.

Usłyszałam już od wielu osób słowa…

„Twoje dzieci są grzeczne” A ja twierdzę że są po prostu dobrze wychowane i wiedzą jak radzić sobie z emocjami w domu. A podczas wyjść czy odwiedzin gości w naszym mieszkaniu należy okazywać szacunek. Mało tego – na każdym kroku pokazuję im, że wszystko co mamy nie wzięło się z powietrza. Wiedzą i przede wszystkim widzą że za wszystko musieliśmy zapłacić. A by mieć pieniążki mama i tata bardzo dużo pracują. Kiedyś pokazałam im, jak długo mama musi pracować gdy oni zniszczą fotel czy porysują ścianę.

Mam mądre dzieci.
A moje dzieci mają mądrą mamę.

Denerwują mnie tylko te dzieci które potrzebują pomocy, a ja im pomóc nie mogę.

Blog - archiwum

Nasze dziecko śpi z nami w jednym łóżku!

22 lipca 2019

Zostałam poproszona o ten wpis przez jedną z Was. Któregoś dnia na instagram wrzuciłam zdjęcie Macieja na naszym łóżku, całego rozłożonego i zajmującego większą część jego powierzchni. On ma w sobie takie pokłady słodyczy, że większość wiadomości składała się z emotek serduszkowych. Druga część z komplementami plus własnie to pytanie. O dziwo nie dostałam żadnej wiadomości negatywnej. Ani jedna osoba nie krytykowała miejsca snu Macieja. 

Wracając do tej jednej wiadomości…

Nie była to krytyka, raczej chęć poznania mojej opinii. Kobieta która ją napisała szukała wsparcia, miłego słowa od osoby która przyjęła taki sposób na spokojny sen niemowlaka. Dręczyły ją myśli, że wszyscy bliscy mają ją za kogoś kto nie do końca ogarnia macierzyństwo bo śpi w jednym łóżku z dzieckiem. Dlatego że inaczej nie śpi wcale – po prostu.

Są takie dzieci. Znam dwa takie przykładziki małe. Mam trójkę dzieci i tylko jedno dziecko spało u siebie. 

Antek był dzieckiem które płakało jak było na rękach – on wolał sam. Sam w swoim łóżeczku, sam w bujaczku, sam w wózku. Na mleko co trzy godziny w dzień i w nocy. Po miesiącu przesypiał już noce od 22 do 6 rano! Bez ani jednej pobudki. Dziecko aniołek – nie ma innych słów. Za to że miałam tak dobrze, los zemścił się już podwójnie. Blanka nie spała nic w nocy – odsypiała w dzień. Miała ogromne kolki od pierwszej do trzeciej w nocy i zanim przeszły, budził się już trzyletni wtedy Antek. Byłam wykończona – spała ze mną, bo inaczej ja nie spałabym wcale.

Maciej budzi się na mleko co godzinę. Jak w zegarku! Teraz, gdy ma 6 tygodni ma jedną dłuższą przerwę 2-3 godzinna od 23 do 1-2 w nocy. Później już wstaje kolejno… 2,3,4,5,6,7,8…. pije za każdym razem około 10-15 minut. Jaki jest sens by spał osobno, skoro wtedy ja bym nie spała prawie nic? Co to za sen?

Wiem że są dzieci śpiące idealnie.

Mam przykład takiego malucha w domu. Nie neguję że ideały pod względem snu istnieją. 

Jednak są też takie przypadki jak moje młodsze dzieci.

Łóżeczko, wózek, bujak – parzą! Jak będę sprzedawała łóżeczko za jakiś czas – napiszę w ogłoszeniu „nowe nigdy nie używane” – bo taka jest prawda. Młody leżał w nim raz. Jestem mamą która wybiera siebie. Mamą-kobietą-żoną która chce spać, być wypoczęta i mieć siły zajmować się dziećmi w ciągu dnia. Dlatego wybrałam sen z maluchem w jednym łóżku. Gdy się przebudza, ma przy sobie to, co jest dla niego aktualnie najcenniejsze. Mamę, tatę, poczucie bliskości i… mleko. Młody pije, ja śpię i nawet nie wiem kiedy kończy. Nie raz obudziłam się nago, jak Bóg mnie stworzył, bo dziecko korzystało jak ze szewdzkiego stołu. Wejdź kto chcesz, bierz co chcesz.

Maciej teoretycznie śpi pod kołdrą z nami, bo nie ma swojej. Jednak w praktyce wygląda to tak – że śpiworek, pieluszka tetrowa a nawet skarpetki go parzą. Śpi zawsze w bodziaku, koniecznie z gołymi girkami. Nie ma kontaktu wielkiego z naszą kołdrą – mimo to, zmieniamy ją co 3-4 dni dla większej higieny.

Czy jestem przez to gorszą matką?

Absolutnie nie! Uważam że jestem najlepszą mamą dla moich dzieci. Ważne jest dla mnie ich bezpieczeństwo i miłość. Kocham, więc daję z siebie tyle ile mogę. Gdybym nie spała, nie miałabym tyle sił. Skupiam się na sobie w tych aspektach w których mogę. Moje lenistwo ma pozytywne skutki, bo cała trójka moich dzieci ma wypoczętą mamę. Niestety ale nie mam opcji „odespania nocy” w ciągu dnia. Ja mówię głośno że działamy tak z mężem po prostu z wygody. Jednak są pary, które mogą pozwolić sobie na inne rozwiązanie ale co-sleeping jest dla nich atrakcyjniejszy bo:

-daje dziecku ogromne poczucie bezpieczeństwa
-zwiększa odporność dziecka przez kontakt z ich florą bakteryjną
-pozytywnie wpływa na rozwój psychiczny
-dzieci takie mają mniej lęków
-podobno spanie z dzieckiem wpływa pozytywnie na sen mamy

Niektórzy boją się też, że dziecko które śpi z rodzicami nie „wyprowadzi się z łóżka do osiemnastki”

Blanka była maluchem, które spało ze mną od urodzenia. Gdy pojawił się w naszym życiu Daniel – również nie poszła do siebie. Miała około 1,5 roku gdy dostała swoje łóżko i bez problemu w nim zasypiała. Teraz plan jest podobny, dajemy Maciejowi max dwa lata na spokojny sen z nami – a później dostanie swój pokój. Tłumaczenie i konsekwencja – gdy spełnimy te kryteria, nie będzie problemu. Napiszę sprostowanie za dwa lata, czy nam się udało.

Spanie z dzieckiem i seks.

Temat tabu też muszę poruszyć, bo dla niektórych jest to kwestia tak istotna – dlatego rezygnują ze spania z dzieckiem. Powiem tak – jeśli nie można wieczorem w łóżku, odkrywacie w sobie większą kreatywność. Zaczynacie dostrzegać, że Wasze mieszkanie ma ogrom miejsc do tego odpowiednich. Nie jest to absolutnie żadną przeszkodą.

Ma to swoje plusy i minusy.

Nigdy nie skrytykuję kobiety za to, czy śpi z dzieckiem czy nie. Nie usłyszy ode mnie złego słowa na temat sposobu karmienia. A „matki” krytykujące inne kobiety za poród przez CC powinny pluć sobie w twarz do końca życia ze wstydu! Każda z nas jest inna, każde dziecko jest inne – odkrywamy siebie nawzajem i dobieramy odpowiednie sposoby przetrwania w ciężkich początkach macierzyństwa. Nie zrezygnuję z tego tylko dlatego że komuś może się to nie podobać.

A Ty jakie masz zdanie?

Blog - archiwum

Akcja paczka dla przedszkola – garść informacji!

19 lipca 2019

Zawsze marzyłam o czymś swoim. O tworzeniu czegoś, co kiełkuje w mojej głowie i wychodzi spod mojego skrzydła. Kilka razy podejmowałam się różnych prac, jednak dostrzegłam pewien fakt – nie lubię mieć nad sobą nikogo. Nie pasuje mi wizja szefa nad głową mówiącego mi co mam robić. Tym bardziej nie odpowiada mi praca od – do. Mam swój rytm dnia, wiem kiedy jestem w stanie wyrzucić z siebie wiele – a kiedy moja produktywność leży poniżej poziomu podłogi. 

Ta firma to spełnienie moich marzeń.

Jestem sama dla siebie szefem. Sama wymyślam projekty, przyjmuje lub odrzucam zlecenia czy szukam ludzi i firm do współpracy. Pracuję ile chcę, jak chcę i kiedy tylko mam na to czas i ochotę. Gdy wpadnie mi do głowy pomysł – biorę się za realizację i nie czekam na akceptację „kogoś z góry”. Dlatego jeszcze zanim wydam teraz ten produkt – już daję Ci kody rabatowe. Osoby zapisane na newsletter dostały dziś wiadomość a 6 sierpnia dostaną kolejną!

Nie muszę też konsultować z nikim większych akcji jaką jest…

AKCJA PACZKA DLA PRZEDSZKOLA

Wymyśliłam sobie już jakiś czas temu, że moim memory chciałabym obdarować przedszkola. Nie jedno, nie dwa – lecz 25 placówek które każdego dnia uczą nasze dzieci. Chociaż teraz myślę, że może pod akcję podepniemy też szkoły 1-3? Mam takiego uczniaka w domu, który chętnie w memory gra – a nie oszukujmy się… świetlice szkolne czasem wołają o ratunek.

Memory będzie kosztowało najprawdopodobniej 25,90 zł!

Jakie są zasady?

Każda osoba która kupi memory może zgłosić przedszkole do akcji. Tylko dlatego to powstaje, bo chciałabym poznać więcej miejsc! Nie znam placówek w całej Polsce i tym sposobem proszę Ciebie o pomoc. Wracając do tematu – każda jedna paczka memory to jeden głos oddany na przedszkole. W wiadomości do mnie, podczas składania zamówienia napisz o jakie dokładnie chodzi. Planuję wydać dwa różne memory na raz, dlatego zamawiając dwa – masz dwa głosy!

Zabawa będzie trwała od momentu rozpoczęcia sprzedaży – 30 dni.

Później zrobimy losowanie 25 placówek. Każda otrzyma minimum 5 sztuk jednego memory i 5 sztuk drugiego. Razem 10 gier o wartości 259zł.

Mało tego! Przedszkole które otrzyma największą liczbę głosów, czyli zaangażuje rodziców – dostanie gwarancję wysyłki wszystkich naszych produktów. Czyli… jeśli wydam jakiś produkt – książeczkę, grę czy cokolwiek innego to przedszkole dostanie kilka-kilkanaście sztuk tego produktu.

 

Co myślisz o naszej akcji? 
bardzo chcę by dzieci i rodzice mieli okazję poznać nasze memory.
Prawda jest jednak taka, że bez Twojej pomocy nie trafię do przedszkola czy szkoły Twojego dziecka.

 

Blog - archiwum

Weekendowe propozycje filmów i seriali na Netflix. Polecamy!

12 lipca 2019

Wydawać by się mogło, że zostając mamą trójki dzieci mam mniej czasu na oglądanie telewizji – nic bardziej mylnego! O dziwo, mam go znacznie więcej niż wcześniej. Gdy Maciej był jeszcze w brzuchu każdą wolną chwilę poświęcałam na pracę – dzięki czemu teraz mam troszkę więcej luzu. Nie miałam czasu na to, by usiąść z kubkiem herbaty przed jakimś serialem. Filmy jeszcze jako tako oglądaliśmy, ale też nie w dużych ilościach.

Teraz mam dziecko nie-odkładalne.

Mało tego, maluch nie przepada za chustą więc ręce mam ciągle zajęte. Nie mogę posprzątać, nie ma opcji zrobienia z nim obiadu gdy nie śpi a o pracy nawet nie będę wspominała. Jak już jakimś cudem zaśnie poza moimi ramionami biegam jak mróweczka i ogarniam sprawy domowe. Najczęściej jednak śpi na mnie, a każda próba odłożenia go do wózka kończy się niepowodzeniem (do łóżeczka już nawet nie próbuję, nie ma to najmniejszego sensu!). Co więc robię?

Nadrabiam seriale i filmy na potęgę!

Nie widzę innego sposobu na spędzanie dnia.
To minie, a ja przynajmniej marnuję czas na coś fajnego!

Ostatnio wkręciło mnie kilka pozycji – pierwsza to totalne zaskoczenie. Jeszcze niedawno krytykowałam serial na instagramie a teraz nie wyobrażam sobie bez niego dnia. Był tak beznadziejny że oglądałam z czystej ciekawości co będzie dalej. Teraz mi się podoba – jest taki… nie wymagający myślenia. Fajny, lekki i naprawdę warto przetrwać te kilka pierwszych odcinków. Mimo wszystko wkręca! No i aktor jest fajny!

jane the virgin

teoria wielkiego podrywu

kocha lubi szanuje

shaft

co ty wiesz o swoim dziadku?

zabójczy rejs

 

Jakie pozycje Ty polecasz?

Blog - archiwum

Dokąd zmierza blogowanie? Czy każdy może coś osiągnąć?

11 lipca 2019

Celowo zaczęłam ten tekst od takiego tytułu. Spotkałam się wiele razy ze stwierdzeniem że blogowanie nie jest takie jak kiedyś. Że blogerzy zaczynają wymyślać,  unosić się i olewają swoje strony na rzecz innych spraw. Wyśmiewani są po części za to, że zaczynają wychodzić poza schematy i tworzą coś swojego – swój produkt. Ich praca nie opiera się tylko na reklamowaniu cudzych produktów – teraz mają swój.

Prześmiewczych komentarzy jest ogrom!

Nie tylko od osób które nie prowadzą blogów. Zauważyłam ostatnio że nawet bloger blogerowi jest wilkiem. Zaczynają się złośliwe komentarze. Padają stwierdzenia w stylu „ja nie nadaję się na blogera, bo nie wydałam książki ani nie stworzyłam linii ubrań”. Serio?

Wiesz co dla mnie znaczy taki komentarz z ust innego blogera?

Że jest mało kreatywny. Że zazdrości. Że nie ma pomysłu na siebie. Bo po co krytykować ciężką pracę innych? Dlaczego osoby które powinny trzymać się razem, rzucają takimi słowami w swoim kierunku?

Bloger to trudny zawód. Widzimy tylko to, co jest na blogu, na facebooku, instagramie czy w innych miejscach. Nie widać tego, że nad tekstem ta osoba siedziała kilka godzin, kolejne chwile poświęciła na zrobienie zdjęć. Dalej promocja, emaile, obmyślanie strategii. To nie jest łatwa praca – to kosztuje nas, blogerów bardzo wiele czasu, nerwów, cierpliwości i kreatywności. Musimy mieć otwarte umysły by na bieżąco tworzyć nowe teksty.

Tylko ciężką pracą damy radę się wybić, nie ma innej drogi. Cierpliwość, systematyczność i pomysł. Nie poddawanie się w sytuacji gdy przez rok się nie udało. Blogowanie to sprawdzanie każdego dnia czego chcą odbiorcy – czego chcesz Ty – czego chce partner w reklamie. Nie mam pojęcia dlaczego niektórym się nie udaje. Wiem jednak, że nie powinni na forum krytykować tych, którzy osiągnęli cokolwiek. Powinni wspierać – tak powinno wyglądać partnerstwo wśród blogerów.

Aktualnie mamy ogromną ilość osób mających swoje miejsce w sieci. 

Z roku na rok jest ich więcej. Nie wszyscy się wybijają, ale każdy ma na to szanse. Dlatego nie mamy czasu na wakacje, na większy odpoczynek, na chwile zwątpienia. Musimy budować fajną społeczność, która nawet jak znikniesz na chwilę – będzie na Ciebie czekała. Gdy stworzysz tekst – te osoby pójdą za Twoimi słowami i puszczą je jeszcze dalej w świat. Blog to ludzie którzy go czytają – a o społeczności swojej nie można zapomnieć.

Bloger to praca cały rok, bez chwili odpoczynku.

Dlaczego zatem tak siebie krytykują wzajemnie?

Na początku myślałam że tylko mniejsi blogerzy cisną mocno na większych. Tak jest, nie będę ściemniała że nie. Zazdrość? Być może. Jednak ostatnio z ciekawości napisałam kilka wiadomości do tych „wielkoludów”. Do takich blogerów którzy dali radę się wybić. Dla takich, którzy mają już bardzo pokaźna ilość odbiorców w mediach społecznościowych. Zadałam im proste pytanie, każdemu inne – związane z promocją bloga, z rozwojem sklepu, z produktem… prosiłam o radę. I co?

Możecie się domyślić, że nie dostałam tej rady od nikogo. Ani jedna osoba mi nie odpisała. 

Odpisali Ci „mniejsi”. Pokazali mi programy z których korzystają, opisali jak każdy z nich działa. Co zrobić, by obejść jakieś problemy w tych bezpłatnych wersjach. Dzielili się po prostu wiedzą ze mną. Nie myśleli kategoriami „nie powiem, bo będzie to moja konkurencja”. Działali bezinteresownie.

Nie możemy krytykować innych za to co robią.

Wielu blogerów stawia na swoje produkty i idzie do przodu bo chcą mieć jakiś inny punkt zaczepienia. Nie mamy pewności jak będzie wyglądało blogowanie za rok-dwa-trzy a nawet za 10 lat. Teraz jest to coś, co fajnie się rozwija i dużo firm idzie w marketing internetowy. Jeśli poszukamy dobrze, znajdziemy w internecie ogrom pieniędzy – wystarczą chęci. Tak jest teraz, nie wiemy co będzie później. Każdy z nas marzy o czymś stabilnym, o stałych dochodach. Bloger nie ma takiego zapewnienia. Są miesiące przepełnione zleceniami – a są też takie, w których ledwo zarobimy na Zus.

Sama poszłam w tym kierunku. Bo chcę więcej.

Uwielbiam swoją pracę, jednak wiem że mamy w tym zawodzie martwe miesiące – których szczerze nie znoszę. Czy tylko dlatego blogerka która nie wydała książko, planera czy nie stworzyła kolekcji ubrań powinna wytykać mi to, że ja tego dokonałam? Nie. Ona też mogła, ale nie miała na niego pomysłu. Nie wiedziała co chce stworzyć, jak to reklamować i jak sprzedawać. Nie starała się.

Kolejny raz utwierdzam się w przekonaniu że blogowanie jest dla osób o mocnych nerwach i twardym tyłku. Dobrym sercu, ale strasznie twardym tyłku.

Mam nadzieję że niedługo to się zmieni.
Marzę o chwili gdy bloger będzie dla blogera podporą. 

 

Blog - archiwum

To już miesiąc – niewiarygodne! Podsumowanie pierwszego miesiąca jako #mamatrójki

8 lipca 2019

Dokładnie miesiąc temu o 4:35 usłyszeliśmy pierwszy krzyk a raczej piśnięcie naszego syna. Maciuś nie śpieszył się na świat, kazał nam na siebie czekać dłużej niż pokazywał termin karty ciąży. Nie mógł się wyłamać i urodzić wcześniej – był dokładnie taki jak jego rodzeństwo. Wszyscy w mojej rodzinie, poza mną, uwielbiają się spóźniać – będę musiała to zaakceptować. 

Do dziś pamiętam ten dzień…

Poprzednie dwa porody także pamiętam, teraz jest jednak jeden dodatek. Wtedy szybko zapominałam o bólu który jest podczas porodu, tym razem nie umiem. Nie wiem co jest tego powodem, ale wspominając ten cudowny dzień czuje ten ból. Pamiętam dokładnie co czułam gdy położna kazała mi przeć. Nie umiem zapomnieć tego, chociaż bym bardzo chciała.

Ważne jednak że już po wszystkim i Maciej jest z nami.

Wiele się zmieniło podczas tych dni. 

Zdecydowanie jest teraz więcej miłości i uczuć. Ten mały człowiek wywrócił nasze poukładane życie do góry nogami. Wiedziałam że tworzymy szczęśliwą rodzinę i nie chciałam tego zmienić – bałam się. Teraz widzę że ta mała istotka wprowadziła jeszcze więcej radości do naszego domu.

Jest ciężko. Nie będę kłamała że macierzyństwo to tylko tęcza, jednorożce i inne kuce z bajek. Jest mega ciężko ogarnąć każdego dnia trójke dzieci tak, by każde czuło na sobie uwagę mamy. Nie chcę skupiać się na noworodku, by starsze dzieci nie poczuły zazdrości. Każde dziecko ma mamę i tatę w takim stopniu w jakim potrzebuje. Fizycznie pod koniec dnia nie idzie wytrzymać i padamy razem z dziećmi. Daniel jest troszkę wytrwalszy i czasem odpocznie w ciszy w salonie gdy rodzina już śpi – ja przyznaję się do bicia że nie miałabym na to już sił.

Oboje pracujemy!

Mieliśmy dwa tygodnie przerwy i wróciliśmy po tym czasie oboje do pracy. Tak ustaliliśmy już przed ciążą i staramy się tego trzymać. On od rana, ja w tym czasie zajmuje się dziećmi, robię obiad i ogarniam dom. Gdy wraca, on przyjmuje dzieci i myśli o kolacji a ja siadam do pracy. Nikt nie mówił że będzie lekko, ale bardzo zależy nam na osiągnięciu tego co sobie założyliśmy a tylko ciężką pracą to uzyskamy.

Kompletnie nie narzekam na taką sytuację, jest dla mnie w pewnym stopniu odpoczynkiem. Mając tyle na głowie w domu fajnie jest się na moment odciąć i zająć czymś innym. Porozmawiać z dorosłymi ludźmi i gdzieś wyjść. A najlepsze jest to, że moja praca pozwala mi połączyć rozwój i opiekę nad dziećmi.

Maciek jest cudowny!

Mało śpiący, fakt. Ciągle na rączkach, fakt. Łóżeczko go parzy, fakt. Ale poza tym, jest tak słodki że nie umiemy mu tego wszystkiego odmówić. Śpi z nami od urodzenia, a w ciągu dnia bardzo lubi 15-sto minutowe drzemki na rączkach. Ale to nasze dziecko – jak moglibyśmy odmówić mu tej bliskości skoro jej potrzebuje? Kiedyś będzie lżej, nie będzie już tego czwartego trymestru ciąży i troszkę odpoczniemy.

Nawet największy HNB jakim była Blanka wyrósł na super dzieciaczka który daje zająć się czymkolwiek. Wierzę, że za rok-dwa-trzy wszystko będzie już inaczej. Póki co, dajemy tyle ile możemy. I daje też Antek – jest tak cudownym starszym bratem! Spodziewałam się miłości, bo bardzo marzył o braciszku, ale ta fala uczuć która go zalała zaskoczyła wszystkich. Maciej jest ogromnym szczęściarzem że ma takiego brata!

Maciejo – bo tak go nazywamy. Albo Pan Szynka…

Miał ostatnio 4850 g, jeśli nadal tyle tym tempem co do tej pory na dzień dzisiejszy ma 5150 g. Ale dokładnie sprawdzimy to za dwa dni, podczas wizyty położnej. Dzieci karmione piersią tyją prawidłowo 21-36 g na dobę – Maciej bije rekordy i ma 53 g na dzień! Pępuszek odpadł w 10 dobie życia, ale jeszcze lekko ropka z niego leci więc pielęgnujemy.

Wędzidełko – podcięte.
Szczepienie – omówione. Wybraliśmy opcję 6w1.
Bioderka i USG głowy w tym tygodniu.

Pytacie mnie dlaczego USG głowy.

W szpitalu w którym rodził się Maciej mają taką profilaktykę u dzieci. Każdy noworodek ma USG głowy i USG brzuszka w drugiej dobie życia. Antek i Blanka tego nie mieli, czytam dziś wiadomości że w wielu szpitalach tego też nie ma. Mieliśmy szczęście że tym razem trafiłam do szpitala który to badanie wykonywał. Maćkowi wyszła torbiel podwyściółkowa 3 mm. Mamy teraz kontrolę tej zmiany – trzymajcie kciuki by był to tylko „uraz podczas porodu”. Piątek będzie jednym z bardziej nerwowych dni w naszym życiu.

Nie wiem jak to było bez niego.
Nie wiem dlaczego tak długo mówiłam mężowi nie.
Mamy trójkę cudownych dzieci – mamy tyle szczęścia.

Blog - archiwum

Nasze nowe wyzwanie – może dołączyć każdy, kto chce dbać o zdrowie! Jesteś ze mną? #pierwsze-kroki-team

5 lipca 2019

Niedawno wrzuciłam na instagram zdjęcie, pokazujące mnie a raczej moje ciało po porodzie. Wtedy to było trzy tygodnie od tego pięknego dnia – brzuch jest, uda są i dodatkowe trzy kilogramy o których nie myślałam. O dziwo nie o taką reakcje ludzi mi chodziło. Chciałam pokazać, że trzy tygodnie po porodzie nie wygląda się jak modelka z okładki modowego magazynu. Jest dużo do zrobienia, ale nie to jest najważniejsze – w czasie połogu matka myśli tylko o dziecku i o odpoczynku. Nic innego nie powinno być istotne. 

Dostałam jednak ogrom wiadomości że dziewczyny zazdroszczą mi figury. Inne pisały o tym, że zaczynają dietę od dziś czy jutra. Jeszcze inne pochwaliły się jeszcze cieplutkim karnetem na siłownię. Myślałam że to zdjęcie przeleci każda tak szybko i zakończy temat jednak ilość wiadomości dała mi dużo do myślenia.

Nie mam płaskiego brzucha..

Nigdy takiego nie miałam, tym bardziej teraz po trzech ciążach. Będąc jeszcze nastolatką nie-matką także była mała piłeczka. Fakt, bez takiego nadmiaru skóry, ale nie było idealnie płasko. Nie dbałam o to, nigdy nie było to moim priorytetem. Fakt jednak jest taki, że nie dbając o siebie tyle czasu – skutki zaczynam odczuwać właśnie teraz. Mam ich dość i chcę to zmienić – ale o tym za chwilę.

Doszłam do wniosku że dla wielu kobiet wygląd jest mega ważny.

Nie powiem, że nie jest. Przyciągamy do siebie ludzi schludnym wyglądem a zatrzymujemy tym, co mamy do zaoferowania. Każdy z nas chce być atrakcyjny – nie koniecznie szczupły czy wymalowany – pojęcie piękna jest dla każdego inne. Wiadomości od dziewczyn mnie troszkę zasmuciły. Przykro mi było czytać wiadomości zaczynające się od słów „zazdroszczę ci..” Mi naprawdę nie ma czego zazdrościć – dużo tu zrobiły geny. Prawdopodobnie mając inne, wyglądałabym zupełnie inaczej – ale czy mniej schludnie?

Jednak nie to jest ważne.

W tych wiadomościach było tyle smutku. Niezadowolenia ze swojego ciała. Ciągle wytykanie fałd na brzuchu po ciąży, rozstępów na które nie mamy wpływu. Też mogłabym płakać z powodu dużego czoła, szerokich ramion czy ogromnych łydek. Przestałam się tym jednak przejmować, bo wiem że są to rzeczy których nie dam rady zmienić. To jest coś, co będzie ze mną do końca życia i to zaakceptowałam. Jest jednak inna sfera życia na którą mam wpływ.

Zdrowie…

Tak dużo było jadu – złości – hejtu – narzekań na swoje ciała. Nie mam pojęcia czy coś z nim robisz na co dzień (ja nie, więc pretensje mam tylko do siebie). A żadna wiadomość nie dotyczyła zdrowia. Na przykład „mam nadwagę, muszę zrzucić te kilogramy by być atrakcyjniejszą, nie dam rady z tym brzuchem” – nie usłyszałam wtedy „mam nadwagę, muszę coś z tym zrobić dla mojego zdrowia”.

Nie wygląd jest najważniejszy, lecz zdrowie. To mamy jedno, jak nie zaczniemy dbać o siebie – wygląd do niczego nam się nie przyda. Olejmy te nasze wady, kompleksy i żale. Weźmy sprawy w swoje ręce i zaczynijmy działać w kierunku zdrowia!

A jak najlepiej tego dokonać?

Działając razem! Nie od dziś wiadomo że w kupie siła. motywując sie wzajemnie – będzie nam łatwiej. Piszę ten tekst byś dołączyła do mojego wyzwania – #pierwsze-kroki-team Będzie to nasz oficjalny hashtag którego będziemy używać na FB, IG czy forach. Każda aktywność w kierunku zdrowia, niech będzie oznaczona tym hashtagiem.

Zdrowy posiłek, zdjęcie z siłowni czy domowego treningu. Spacer z dziećmi, fajne przepisy czy co sobie wymyślisz! Chciałabym by wchodząc na ten hashtag każdy widział piękne i uśmiechnięte kobiety (no i mężczyzn) którzy mają w nosie to jak wyglądają teraz – ale wiedzą że każda z tych rzeczy które robią jest krokiem w kierunku zdrowia. A fajne ciało to tylko miły efekt uboczny.

O co chodzi w zabawie?

Można wrzucać fotki codziennie.
Można raz w tygodniu. To nie ma znaczenia jaką strategię wybierzesz.

Jeśli uznałaś że codzienne raporty są dla ciebie motywujące – działaj. Jeśli nie chcesz, nie masz czasu – nie ma sprawy, opowiadaj co u Ciebie raz w tygodniu. Zaczynamy od poniedziałku – tak, by przez weekend każdy grzeszył! Zajadamy się słodyczami, chrupkami, ciastem czy fast foodami.A od poniedziałku się wspieramy!

W niedzielę dostaniesz newsletter z tabelką, dzięki której zaplanujesz sobie posiłki i ćwiczenia! (w pasku bocznym masz formularz zapisu na newlstter). Raz w tygodniu postaram się wrzucać na FB moje menu – plus listę zakupów! Z ćwiczeniami pasuje – jeszcze nie mogę, muszą wystarczyć mi spacery z dziećmi ale dołączę do aktywności waszej za dwa tygodnie, dobrze?

A teraz motywacja!

Wybiorę najbardziej aktywną osobę w naszej zabawie!

#pierwsze-kroki-team

Co tydzień do jednej dziewczyny poleci paczuszka z upominkami!
W każdy poniedziałek będę wybierała kogoś – to będzie super!

Dołączysz do zabawy? 

Nasz Instagram