Na samym wstępie muszę dodać jeden fakt. Ta wycieczka, którą odbyłam do Warszawy, była moją pierwszą podróżą do tego miasta. Nigdy nie byłam w stolicy, chociaż planów zawsze było sporo. Wstyd się przyznać, ale mając 27 lat powinnam odwiedzić chociaż raz Warszawę. Nigdy nam jednak nie było po drodze, aż do tego cudownego dnia.
Dlaczego cudownego?
Bo jadąc tam, z takim poziomem ekscytacji jaki miałam, ten wyjazd musiał okazać się czymś co warto wspominać. Nie mogę wyrzucić z głowy tego wydarzenia. Tak wiele się działo, tak dużo cudownych ludzi poznałam, tak wiele nowych smaków było mi dane spróbować. Pierwszy raz brałam udział w warsztatach kulinarnych. Mało tego, mój pierwszy raz był pod okiem bardzo zdolnego szefa kuchni Szymona Szlendaka, który swoje kulinarne doświadczenie zdobywał chociażby u samego Karola Okrasy.
Nie mam doświadczenia z innymi kucharzami. Nie poznałam zbyt wiele osób reprezentujących ten zawód. Natomiast, jeśli każdy jest chociaż w połowie tak charyzmatycznym, uśmiechniętym i pomocnym człowiekiem, to strasznie żałuję że nie otaczam się takimi ludźmi. To człowiek tworzy atmosferę, a dzięki obecności Szymona na warsztatach przybrały one fajny bieg. Chociaż orłem w kuchni nie jestem, działam raczej tradycyjnie nie eksperymentalnie – to właśnie te kilka godzin z szefem pokazało mi jaką frajdę można mieć podczas przygotowywania posiłków dla rodziny.


Oczywiście spóźniłam się na samo rozpoczęcie, jako jedyna. Jednak nadrobiłam wszystkie istotne informacje, które były tam opowiedziane. Warsztat od samego początku do końca prowadzony był w bardzo luźnej atmosferze. Jestem pewna, że jeszcze skorzystam z okazji wspólnego dotowania z innymi. Nie wiedziałam, że niesie to za sobą tyle radości. Chociaż na zdjęciach mam ponurą minę (tak, jak gotuję muszę się skupić – masz tak samo?) to między dorzucaniem kolejnych składników i przygotowywaniem kolejnych etapów dania, moja buzia nie mogła przestać się śmiać.
A co my tam właściwie robiliśmy?
Dzięki zaproszeniu, jakie otrzymałam miałam okazję brać udział w projekcie „Indyk dla Europy – pod szydłami jakości”. Czyli w skrócie, projekt ma na celu, pokazanie nam, konsumentom jak wartościowym i fajnym produktem jest mięso indycze. Wsparcie unijnej produkcji rolnej oraz charakterystyki produktów rolno-spożywczych. Chodzi też o to, by pokazać że mamy pełną kontrolę nad całym łańcuchem produkcji w ramach zasady „od pola do stołu”. Po więcej informacji zapraszam Cię na stronę „Indyk dla Europy – pod skrzydłami jakości”.
Znajdziecie tam cenne informacje o mięsie indyczym, fajne przepisy na ten rodzaj mięsa oraz informację o całym projekcie. Inicjatorem tego pomysłu jest Krajowa Rada Drobiarstwa – Izba Gospodarcza, której celem jest rozwój i unowocześnianie polskiego drobiarstwa, ochrona interesów hodowców.
Pamiętam, jak moja babcia mi zawsze opowiadała i opowiada zresztą, że indyk jest czystym mięskiem. Nie zje byle czego, przez co jest fajną alternatywą obiadową dla każdego z nas.


Jeszcze trochę o samym indyku!
Badania naukowe wykazują, że mięso indycze spełnia wymogi przyjęte przez rozporządzenia (WE) nr 1924-2006. Jest więc cennym źródłem witaminy D, B2, B3, B6, B12, potasu, fosforu oraz cynku. Dzięki niskiej zawartości tłuszczy i sodu oraz wysokiej zawartości białka doceniony został przez sportowców ale nie tylko… coraz częściej możemy spotkać go w domach wielu ludzi. Boimy się tego, czego nie znamy. Nie korzystamy z danych produktów, bo nie wiemy jak je przygotować, to całkowicie zrozumiałe. Warto jednak poświęcić kilka chwil, by chociażby w Internecie poszukać ciekawych przepisów na dania z mięsa indyczego – jest ich cała masa, gwarantuję Ci to. Sama pod koniec tego wpisu podam Ci dwa, które przygotowaliśmy wspólnie na warsztatach – a jeden z nich, odtworzyłam już w domu – jest przepyszny!
Teraz więcej o tych wspomnianych wcześniej witaminach!
Potas, wspiera nasz układ nerwowy i mięśnie. Cynk, pomaga w utrzymaniu prawidłowej równowagi kwasowo-zasadowej oraz prawidłowego metabolizmu węglowodanów. Pomaga utrzymać zdrową skórę, włosy, paznokcie i kości, a nawet wzrok. Fosfor, przyczynia się do utrzymania prawidłowego metabolizmu energetycznego oraz zdrowych kości i zębów. Witamina B12, pomaga w produkcji czerwonych krwinek a przyczynia się do zmniejszenia uczucia zmęczenia. Witamina B6, wspiera nasz organizm w prawidłowym funkcjonowaniu układu odpornościowego, nerwowego i hormonalnego, przyczynia się także do prawidłowego metabolizmu energetycznego i regulacji aktywności hormonalnej. Witamina B3 pomaga zachować zdrową skórę, utrzymuje prawidłowy stan błon śluzowych i czerwonych krwinek. Witamina D, pomaga w utrzymaniu zdrowych kości, prawidłowego poziomu wapnia we krwi oraz prawidłowego funkcjonowania mięśni. Białko, przyczynia się do wzrostu masy mięśniowej, oraz utrzymania zdrowych kości.

Zaparzana pierś z indyka w sosie mango-curry podawana z groszkiem cukrowym i smażonym ryżem.
Składniki:
pierś z indyka 200 g
włoszczyzna
ryż paraboliczny 100
masło 150 g
cukier brązowy 20 g
żółta pasta curry 20 g
mleko kokosowe 100 ml
świeże lub mrożone liście limonki (3 szt)
limonka 2 szt
pulpa mango 50 g
groszek cukrowy świeży lub mrożony 150 g
2 jajka
olej kokosowy
świeża kolendra lub szczypiorek
-
Dokładnie umyj i obierz warzywa, a następnie przygotuj 400 ml wywaru, (my na szczęście mieliśmy już gotowy!)
-
Pokrój filet z piersi indyka w grube plastry i przełóż do gotującego się wywaru, doprowadź do wrzenia i wyłącz źródło ciepła. Postaw do ostygnięcia.
-
Odlej szklankę wywaru i ugotuj na niej ryż paraboliczny. Postaw do ostygnięcia. (Ryż gotujemy w proporcji 1:2)
-
Sos mango curry: w rondelku przygotuj karmel i rozprowadź w nim pastę curry. Wlej mleko kokosowe oraz pół szklanki wywaru z indyka, dodaj liście limonki i powoli gotuj. Gdy zacznie gęstnieć, dodaj pulpę mango oraz skórkę i sok z limonki. Dodaj groszek cukrowy i gotuj aż będzie al dente.
-
Ugotowany i ostudzony! ryż wymieszaj z surowym jajkiem, a następnie usmaż na rozgrzanej patelni.
-
Zaparzony filet z indyka połącz z sosem i zagrzej. Podawaj razem z groszkiem i smażonym ryżem.

Roladki z indyczego udźca z pesto z suszonych pomidorów podane z kaszotto z grzybami:
Składniki:
udziec z indyka 200 g
suszone borowiki/podgrzybki 25 g
suszone pomidory 100 g
rukola 100 g
płatki migdałowe 50 g
oliwa z oliwek 100 ml
kasza jęczmienna 100 g
mrożone borowiki 200 g
śmietana 36 % 200 ml
olej rzepakowy
cebula 2 szt
parmezan 100 g
wywar warzywny
-
Przygotuj wywar warzywny.
-
Suszone grzyby namocz w zimnej wodzie, w blenderze przygotuj pesto: zmiksuj suszone pomidory, rukolę oraz uprażone na suchej patelni płatki migdałowe.
-
Udziec z indyka rozkrój na szerokie płaty, a następnie przy pomocy folii aluminiowej zwiń roladki. Roladki przełóż do naczynia żaroodpornego, zalej wywarem i duś w piekarniku ok 45 minut w 140 stopniach.
-
ugotuj kaszę jęczmienną.
-
Na suchej patelni wysusz pokrojone w plastry borowiki, następnie dodaj olej, posiekaną cebulę i suszone grzyby. Smaż do uzyskania złotego koloru i dodaj je do kaszy pod koniec jej gotowania wraz ze śmietaną 36%
-
Gdy kasza będzie ugotowana wyłącz źródło ciepła, dodaj zimne masło i tarty parmezan. Mieszaj do uzyskania kremowej konsystencji.
-
Wyjmij roladkę z piekarnika i odwiń z foli. Pokrój na grubsze plastry i podawaj z kremowym kaszotto.










Dla wielu rodzin, to jeden z bardziej wymagających momentów w życiu. Chcielibyśmy być we wszystkim najlepsi, jednak w takiej sytuacji, jaką mamy teraz jest to niemożliwe. Wyjątkowy czas spowodował, że szkoły zostały zamknięte a część ludzi musiała przenieść swoją pracę z biura do home office. Jestem jak najbardziej za tym, by praca zdalna była teraz wykonywana tam, gdzie można tak zrobić, jednak… niesie to ze sobą ogromne konsekwencje logistyczne całej rodziny.
Najtrudniej, gdy masz dzieci…
Te mniejsze są same w sobie absorbujące, więc możliwość skupienia się na swoich obowiązkach nie jest tak wysoka, jak podczas pracy w biurze. Tam jesteś sama ze swoimi myślami, w domu natomiast masz jeszcze milion przerw na siusiu, piciu, bułeczkę, układanie puzzli. Według naszych posłów, powinniśmy angażować nasze dzieci w ciche zabawy jak układanie puzzli, malowanie, rysowanie czy jakieś wydzieranki. Tak, dokładnie tak. O dziwo, taką radę otrzymaliśmy w ramach współpracy z jednym z przedszkoli – mam wrażenie, że Panie chyba chciały lekko podkoloryzować realia życia. Nie da się, po prostu się nie da. Dziecko to dziecko, krzyczy, woła, skupia na sobie uwagę – bo może.
Nie jest lżej z dzieckiem starszym. Myślisz, że skoro ośmio-, dziewięco-, dziesięcio- latek umie się sam sobą zająć to home office będzie bułką z masłem. Ha! Nie podczas zdalnej nauki. Rozmawiałam z wieloma rodzicami i wiem, że wiele z nich ma podobną sytuację do naszej. Czyli… dostajemy zadania z dupy i dzieci mają je robić – często po 4-5 godzin dziennie. Wiadomo, że w początkowych latach nauki, dzieci potrzebują do tego rodziców – więc pomagasz. Problem jest taki, że sama też musisz swoją pracę wykonać. Osiem godzin na etacie w swojej firmie, 5 godzin na etacie nauczyciela, 2 godziny na etacie „kura domowa” a w międzyczasie… NIC. Bo na nic więcej nie starczy doby.
Tak to wygląda teraz. Teraz jest ciężko.. ale czy praca zdalna zawsze jest trudna?
Moje początki z pracą zdalną zaczęły się siedem lat temu. Kiedyś, pisałam blog jako typowy pamiętnik. Nie miałam własnej domeny, nie wiedziałam że można zarobić w ten sposób, nie planowałam by moje życie potoczyło się tak, jak to miało miejsce. Po roku od opublikowania pierwszego tekstu na stronie dostałam pierwsze propozycje współpracy barterowej – do dziś pamiętam, że był to uwaga – nocnik, szelki i jeszcze jeden gadżet, który był tak mało istotny że o nim nawet nie pamiętam. Byłam w szoku, że ktoś chce dać mi coś za darmo, w zamian za kilka słów o produkcie na blogu.
Później byłam mądrzejsza. Zaczynałam zarabiać już jakieś pieniądze, nadal marne – ale czułam, że w jakikolwiek sposób dokładam się do budżetu domowego i sprawiało mi to ogromną radość. Na przysłowiowe „waciki” wystarczyło. Nie poświęcałam na to więcej czasu niż 60 minut dziennie, więc nie oczekiwałam spektakularnych rezultatów. Po jakimś czasie zaczęło pojawiać się tego więcej i więcej. Przeniosłam więc blog na własną domenę i… ruszyło w 2018 roku.
Postanowiliśmy otworzyć firmę!
Z każdym kolejnym miesiącem było lepiej. Trochę zaryzykowaliśmy, bo nie wiedzieliśmy tak naprawdę co to jest – własna działalność. 1 kwietnia minie rok, od momentu zarejestrowania naszej firmy, więc od roku moje centrum dowodzenia to dom. Pracuję zdalnie znacznie dłużej, jednak nasza firma skupia się na tym od 360 dni. Nie od tygodnia, dwóch – więc myślę, że można uznać mnie za „osobę znającą temat i mogącą się o nim wypowiedzieć”. Tym bardziej, że każdego dnia towarzyszą mi dzieci – a dokładniej sztuk trzy.
Nigdy nie padnie z moich ust stwierdzenie że:
-
praca zdalna jest łatwa
-
praca zdalna jest dla wszystkich
-
to moje spełnienie marzeń
Być może byłoby mi łatwiej, gdybym nie miała dzieci, jednak one są – i to się przez najbliższe 18 lat nie zmieni, więc głośno mówię o tym że… praca zdalna jest mega ciężka dla osób, które mają dzieci. Nie nadają się też do tego osoby, które szukają wymówek na każdym kroku. Pranie, obiad, prasowanie, zakupy, zmywanie… cokolwiek. Tego trzeba się nauczyć, to trzeba wypracować. Gdy jest praca, to jest praca, gdy jest dom – to jest dom. Nie ma opcji „wyrwania się” do pralni, do kuchni, na spacer – jeśli zrobisz to raz, będziesz wiedziała że można to robić zawsze, bo w sumie nikt Cię z tego nie rozliczy, nikt Cię nie sprawdzi. Robisz to dla siebie, dla swojego komfortu. Chcesz dobre wyniki – musisz skupić się na tym, by wykonać swoje zadania zgodnie z planem.
Jak ułatwiam sobie pracę zdalną?
Wcześniej, miałam do tego celu specjalnie przygotowany notes, kalendarz. Zapisywałam wszystko co mam do zrobienia i to robiłam, gdy tylko miałam 5 minut czasu wolnego. Teraz, gdy pracuje także na etacie zadania ułatwia mi ASANA. Dodatkowo mam zsynchronizowany komputer z laptopem. Komputer mam sypialni i pracuje na nim podczas drzemki Macieja i popołudniami gdy wróci Daniel, natomiast większość rzeczy ostatnio robię na laptopie i przesyłam w plikach na kompa. Z głównego centrum dowodzenia wklejam to co potrzeba, w odpowiednie miejsca, to właśnie na komputerze mam najważniejsze programy potrzebne do pracy jak Photoshop czy skype, czego brakuje mi na laptopie.
Zawsze zaczynam pracę o stałych porach. Nie daję sobie marginesu, od 9 jestem przed komputerem i pracuję do 13, następnie siadam o 16-16:30, jak wraca z pracy mój mąż i działam tak długo, aż wszystkiego nie skończę. Dbam o to, by zaczynać pracę punktualnie. Niektórym może też pomóc odpowiedni strój – wystrojenie się, jak do pracy w biurze. Ja wolę dresy – dresy to moje życie.
Wyłącz wszystkie rozpraszacze – TV czy radio. Muzyka jest ok, jednak komentarze i reklamy w radiu prowadzących mogą rozproszyć. Praca w domu wymaga skupiania troszkę innego, niż to które jest w biurze. Ważne jest to, by wyłączyć także Social Media – gdy wejdziesz na Fejsa, przepadasz. Ja mam akurat tu problem – moja praca to Social Media i w nich przepadam.
Przygotowuję sobie też wszystko tak, by nie musieć wstawać od kompa podczas pracy. Kawa, przekąski, notatki, zakreślacze… wszystko to, co będzie mi potrzebne mam w zasięgu wzroku i rąk. Gdybym zostawiła to w salonie, kuchni czy pokoju dzieci do komputera nie wróciłabym tak szybko – wiesz jak to jest, wszystko jest ważniejsze od pracy.
Jak wygląda nasz dzień – praca zdalna + trójka dzieci.
Mam to szczęście, że pracuje na etacie w bardzo fajnej firmie, z bardzo fajnym ludźmi. Gdy muszę wyjść, mogę wyjść. Gdy nie jestem „potrzebna” mogę skupić się na dzieciach, domu, pracy blogowej, czy sklepu TOMBAGO. Staram się jednak, by każdy dzień miał podobny przebieg, wiedzy ja jestem spokojna a także moi przełożeni. Wiedzą, kiedy mogą na mnie liczyć.
Wstajemy około 6:00, ogarniamy się, jemy śniadanie i szykuję obiad. Wstawiam pralkę, odkurzam, ogarniam zmywarkę – robię wszystko to, na co zabraknie czasu w ciągu dnia. O 8 mój mąż idzie do pracy, a ja kończę swoje obowiązki domowe i pomagam Antkowi w zadaniach domowych, a także usypiam Macieja, by o 9:00 iść do pracy. Zazwyczaj udaje mi się punktualnie, niestety przez aktualną sytuację nie mamy nikogo do pomocy – babci, cioci, niani… ograniczyliśmy kontakt ze wszystkimi. Pracuję tak długo, jak pozwoli mi drzemka Macieja. Zdarza się, że po przebudzeniu bawi się jeszcze chwilę sam – albo proszę o pomoc starszaki. Praca do 13 to walka – nie jest lekko, ale nie ma innego wyjścia.
O 13 jemy obiad, pomagam w lekcjach kolejny raz, powieszam to pranie, znów odkurzam – ogarniam życie mamy, żony, gospodyni domowe, będąc jednocześnie „pod telefonem” gdyby potrzebował mnie ktoś w firmy. Wraca Daniel, przejmuje dzieci a ja uciekam pracować tak, jak powinno się pracować zdalnie – w ciszy, w spokoju, bez dziecka uwieszonego do nogawki.
Pracuję około 6 godzin dziennie.
Nie jestem w stanie więcej.
Nie myślę po 19-20. Staram się, ale po całym dniu się po prostu nie da.
W życiu każdego z nas, z biegiem czasu, zmieniają się priorytety. To, co było ważne dla Ciebie w wieku 8 lat będzie kompletnie obciachowe dla nastolatka mającego 15 lat. Młody – dorosły, który dopiero co wkroczył w ten poważny świat nadal ma w głowie zabawę, fun, być może pracę ale rzadko kiedy przejmuje się tym, jakie konsekwencje może mieć jego postępowanie. Dorosły – dorosły za to to zupełnie inna bajka. Wszystko zależy od sytuacji w jakiej się znajduje.
Ja dziś opowiem Ci coś na moim przykładzie.
Pamiętam moment, gdy zaczynałam przygotowywać się do egzaminu na prawo jazdy. Zapisałam się na kurs dokładnie 13 listopada, dwa dni po moich osiemnastych urodzinach. Wypadały one w sobotę, więc innej opcji nie było. Dlaczego nie poszłam wcześniej, przecież można trzy miesiące wcześniej zacząć? Gdy nie wiesz o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Ja za swój kurs miałam zapłacić sama, więc oczywiste było że zrobię to z pieniędzy jakie otrzymam od gości zaproszonych na imprezę.
Zapomniałam wspomnieć, że byłam wtedy „na ostatnich nogach”. Termin porodu wyznaczony był na 23 listopada. Żaden normalny nauczyciel, nie pozwoliłby mi wsiąść na miejsce kierowcy, dlatego czas ciąży wykorzystałam na kurs teoretyczny. Trzy tygodnie po porodzie miałam pierwszą jazdę na placu, a następnie w terenie. Zaczynałam jeździć pod koniec grudnia, prawo jazdy w ręce miałam w kwietniu. Zdałam za drugim razem, pierwszy raz nie wyjechałam nawet z placu i do dziś parkowanie tyłem średnio mi wychodzi.
Co było dalej?
Byłam młodą mamą, przygotowującą się do matury, bez źródła dochodu ale ze świeżo zdanym prawkiem w ręce. Do pełni szczęścia brakowało mi własnego auta, bo musiałam przemieszczać się z punktu A do punktu B z maluszkiem. Kursowałam między domem a szkołą, miedzy miejscem zamieszkania a domem rodzinnym. Z pomocą przyszli moi rodzice, którzy akurat w tym czasie wymieniali auto – ja w „prezencie” otrzymałam ich starego Opla.
Do dziś pamiętam. Opal Astra II, zielona strzała z 1999 roku. Benzyna z podłączonym gazem, który szwankował co najmniej raz w tygodniu. Co to były za czasy! Cieszyłam się strasznie, bo to była jedyna opcja bym mogła funkcjonować normalnie. Mieszkałam wtedy w wiosce pod Poznaniem, do której autobus jechał wieki. Gdy chciałam odwiedzić babcie, rodziców czy siostrę musiałam jechać autobusem, tramwajem i jeszcze wsiąść w pociąg. Autem droga zajmowała 20-25 minut, komunikacją miejską jakieś 2 godziny.
Brak kasy i brak wyobraźni wtedy wygrały.
Ledwo co skończyłam osiemnaście lat, zdałam prawo jazdy, zostałam mamą, nie miałam pracy i jedyne co musiałam zrobić to… zdać maturę. Nie miałam wtedy złamanego grosza w kieszeni a wszystko do dziecka kupował jego tata, jego rodzice i moi bliscy. Nie skupiałam się tez wtedy na tym, jakie ubezpieczenie mam ja, moje auto czy w razie jakiegokolwiek wypadku, coś mi się należy. Wiecie, żyłam chwilą – szukałam najtańszej opcji, bez względu na to, co ona zawiera.
Wtedy stało się to, czego bałam się najbardziej!
Nie tak od razu, bo udawało mi się tak funkcjonować długi czas. Urodziła się Blaneczka i wtedy uznałam, że skoro mam już dwójkę dzieci muszę kupić inne, bezpieczniejsze auto. Mój tata wybrał, ja zapłaciłam i podejrzewam że sporo ludzi tak ma… na ubezpieczenie nie zostało mi już wiele. Szukałam kolejny raz najtańszego, bez względu na to co będzie zawierało. Było niskie, ale celowo zrezygnowałam z każdych dodatków by jeszcze zejść z ceny – byłam pod kreską. I co z tego, jak zaraz miałam wypadek…
Najpierw stanęło mi auto na środku największego skrzyżowania w Poznaniu. Miły pan zepchnął mi auto, teść przyjechał i wtedy pierwszy raz holowaliśmy auto. Ile nerwów, stresu i łez mnie to kosztowało! Okazało się, że musiałam wymienić sprzęgło – ok. Miesiąc później wjechałam komuś tył auta. Na szczęście jechał za mną Daniel który ogarnął wszystko, bo ja zapomniałam wtedy jak się nazywam.
I ta cała sytuacja sprowadziła mnie na ziemię!
Jestem mamą. Jestem mamą trójki dzieci a zachowywałam się tak, jakbym była na tym świecie sama. Mam męża, mam rodzinę i odpowiedzialność za to, co robię każdego dnia. Skończyła się beztroska, myślenie byle być-byle było. Dojrzałam do tego, do czego powinnam dojrzeć już 10 lat temu!
Kolejny raz zmieniliśmy auto. Na bezpieczne, na dostosowane do składu naszej rodziny. I chociaż tym razem było podobnie i większość oszczędności przeznaczyliśmy na zakup samochodu… mieliśmy z tylu głowy fakt, że konieczne będzie dobre ubezpieczenie OC. Dla nas, dla dzieci, dla braku problemów gdy coś się stanie.
Gdzie teraz wykupujemy ubezpieczenie auta?
Nie lubię wychodzić z domu, gdy nie muszę. Więc od zawsze robię przez internet to, co zrobić się da. Skorzystaj z darmowego https://kalkulator.ubezpieczamy-auto.pl/kalkulator/oc-ac/ z którego korzystam ja, chyba od zawsze. Pomimo tego, że szukamy dobrego ubezpieczenia, patrzymy nadal na jego cenę – co przy trójce maluszków jest ważne. Wpływ na wysokość składki ma wszystko – twój wiek, od kiedy kupujesz OC/AC, czy była jakaś stłuczka, wiek auta, model auta, miejsce zamieszkania, czy jest (i jaki jest!) współwłaściciel auta… no sprawdzają dokładnie wszystko. Dlatego każdy ubezpieczyciel zaproponuje ci inną cenę, za czasem podobne a nawet takie samo ubezpieczenie. Warto zerknąć na wiele opcji, a nie skupiać się na jednej i tej samej, bądź jednej – bo najtańszej.
Przykładem niech będzie nasza sytuacja teraz…
Mamy auto z 2008 roku – Citroen, diesel, 5 osobowy, wersja exclusive, ja jestem właścicielem a współwłaścicielem jest mój mąż który nie miał w momencie wykupu 26 lat. Koszt jaki ponosimy za samo OC to, 820 zł – jednak za całe 29 zł mogliśmy dodatkowo ubezpieczyć szybę, a za 59 zł wezwać lawetę 250 km od miejsca zamieszkania. Wcześniej takie dodatki odrzucałam z automatu, teraz jesteśmy mądrzejsi. 88 zł, przy kwocie około 900 zł, nie robi wielkiej różnicy, a dostrzegasz to dopiero w momencie gdy zostajesz sama z dziećmi 100 km od domu bez jakiejkolwiek pomocy.
Korzystasz z porównywarki ubezpieczeń?
Pierwszy raz mamą zostałam mając osiemnaście lat. Niewiele wiedziałam o sobie, a co dopiero o maluszku który miał pojawić się na świecie. Ufałam wiedzy rodziców, babć, sąsiadek a nawet czytałam fora internetowe. Osiem lat temu nie wiedziałam nic, czas pokazał mi ile błędów zrobiłam w tych pierwszych etapach macierzyństwa. Nie wstydzę się ich teraz, bo dzięki nim jestem mądrzejsza i ich nie popełniam. Chociaż nie wydarzyła się żadna tragedia, miałam lekcję z której skorzystałam.
Pamiętam ten strach. Byłam nastolatką, która miała za chwilę zostać mamą. Skąd miałam wiedzieć co jest dobre a co złe? Ufałam bliskim i każdemu, kto wydawał się godny zaufania. Kupując wyprawkę byłam pewna, że osoba pracująca w sklepie posiada jakiekolwiek kwalifikacje do tego co robi. Nie miała. Wcisnęła mi badziew, czyli wózek 3 w 1. O tym, że zrobiłam błąd dowiedziałam się długi czas później.
Gdy zaszłam w ciąże z Blanką, nie miałam nic. Nie miałam mieszkania, pracy i jak się chwile później okazało… partnera. Byłam sama jak palec, nie było mnie stać na wyprawkę, wiec kupiłam wszystko używane. Łącznie z wózkiem, fotelikiem i łóżeczkiem. Nowe były tylko smoczki, butelki i wszystko to, co dziecko mogło wkładać do buzi czy nosa. Wtedy też nie myślałam o tym, że zrobiłam błąd.
Dopiero po fakcie odkryłam moje błędy!
Ciąża z Maciejem była inna. Wiedziałam już znacznie więcej, sporo czytałam, a chciałam odkrywać więcej faktów. Czytałam o materacach, o wpływie kocyka na sen dziecka, o ubrankach, o wanience, o płynach do kąpieli, o chusteczkach. Wózek wybraliśmy taki, by było mi lżej wnosić go na 2 piętro. Jednak już wtedy wiedziałam, że istotną rzeczą podczas kompletowania wyprawki jest… fotelik.
Nie interesowały mnie wózki 3 w 1, ponieważ foteliki z tych zestawów nie przechodzą najważniejszych Niemieckich testów bezpieczeństwa a muszą posiadać przynajmniej ECE R44-03 lub ECE R44-04 – to jest minimum jakie fotelik musi spełniać. Nie chciałam nawet słyszeć o foteliku z zestawu 3w1. Na szczęście trafiliśmy do miejsca w którym pracowali ludzie z ogromną wiedzą. Już na starcie powiedzieli nam, że nie mają w swojej ofercie wózków 3 w 1 ponieważ zależy im na dzieciach. W sprzedaży posiadają tylko wózki 2 w 1 czyli gondola i spacerówka, a fotelik można dokupić osobo z odpowiednim rabatem. Można? Można?
A jaki błąd zrobiłam z Blanką?
Używany fotelik to nic złego, jeśli wiesz, skąd pochodzi. Kto nim jeździł, czy był wypadkowy, czy konstrukcja nie została naruszona. Warto sprawdzić też „wiek” fotelika, ponieważ plastiki w nim zawarte też mają sugerowany przez producenta okres użytkowania. Jeśli nie masz pewności co do jakości fotelika- nie ryzykuj.
To jak powinno przewozić się dzieci w samochodzie?
Po pierwsze
Warto odwiedzić sklep, w którym pracują specjaliści, którzy dobiorą go razem z Tobą do Twojego auta. Możesz kliknąć na link, który Ci dodałam przed chwilą i poczytać o najnowszych zaleceniach, karach czy konsekwencjach braku bądź źle dobrego fotelika. Ryzyko jest ogromne, bezpieczeństwo dzieci jest na pierwszym miejscu. Dodam, że UE dąży do tego, by każde dziecko do 4 roku życia było przewożone tyłem – co osobiście uważam za jedną z lepszych decyzji organizacji. Dlaczego tyłem? Ponieważ podczas wypadku działo dziecka leci do przodu, główka leci do przdu i ciągnie za sobą szyję – istnieje duże ryzyko przerwania kręgu.
Po drugie
Przewozimy dzieci w foteliku, do momentu osiągnięcia przez nie 150 cm wzrostu. Wiadomo, że według prawa są wyjątki takie jak trzecie dziecko (które skończyło trzy lata), może na tylnej kanapie jechać bez fotelika między innymi fotelikami bądź podczas jazdy taksówką. Dla mnie to czyste absurdy i kompletnie ich nie popieram, zgodnie z prawem macie na to przyzwolenie, ale czy sumienie się z tym zgadza? Moje nie.
Po trzecie
Montujemy fotelik na tylnej kanapie. Wiem, że mamy lubią mieć swoje maleństwo pod ręką podczas jazdy. Maluszek płacze, wierci się a wtedy łatwiej podać mu smoczka i uspokoić. Jednak ze względów bezpieczeństwa dzieci warto przewozić z tyłu, wspomagając się np lusterkiem w którym będziesz widziała czy maluszek śpi. Jeśli już się zdecydujesz na przód auta, a dziecko jedzie tyłek do kierunku jazdy – nigdy nie zapominaj o wyłączeniu poduszek powietrznych.
Po czwarte
Podkładka to nie fotelik. Podkładka ma na celu ochronę Ciebie przed mandatem, nic więcej. Nie wpływa korzystnie na bezpieczeństwo dziecka, nie chroni go. Ma ona na celu podniesienie wysokości dziecka, by pasy w teorii były na dobrej wysokości. W praktyce, nadal są źle ulokowane. A wiesz co jest najgorsze? Podczas wypadku, nie ma paneli bocznych chroniących Twoje dziecko, dlatego uderzając głową w szybę, może dojść do tragedii.
To cztery główne, najważniejsze rzeczy o których musisz pamiętać.
Resztę sobie doczytaj na stronie, którą mi podałam przed chwilą. Jest to bardzo rzetelny artykuł o bezpieczeństwie Twojego dziecka podczas jazdy samochodem. Mam wrażenie, że dla każdego rodzica jest to priorytet, mam rację? A mówiąc o priorytetach i fotelikach – nasuwa mi się jeszcze jedna myśl – ubezpieczenie!
Zastanawialiście się kiedyś, czy Wasze ubezpieczenie spełnia Wasze potrzeby?
Czy gwarantuje Wam bezpieczeństwo i spokojny powrót do domu gdy auto odmówi posłuszeństwa?
A może macie też takie, gdzie ubezpieczony został nawet fotelik?
Jeśli jesteście przed wyborem dobrego partnera – polecam zapoznać się z ofertą ubezpieczenie OC samochodu na Mubi. Jest to porównywarka ubezpieczeń która w swojej ofercie posiada oferty dla zabieganych, oszczędnych, sprytnych, dociekliwych, planujących i co najważniejsze… dla wymagających. Zerknij, sama zobacz 🙂
Czy to, o czym pisałam dziś jest dla Ciebie ważne? 🙂
Ostatnio czuję ogromną potrzebę zadbania o siebie. O swój komfort psychiczny, fizyczny i święty spokój. Nie biegam już za niczym, nie staram się być najlepsza w każdej czynności jaką wykonuję. Ten rok to będzie rok zmian głównie dla mnie. Moja rodzina jest dla mnie priorytetem, jednak czuję, że muszę zadbać o siebie bardziej niż kiedykolwiek. Zmieniły się w mojej głowie pewne kwestie, zaczęłam trochę inaczej patrzeć na swoje życie w ostatnim czasie.
A wszystko zaczęło się od zęba!
Nigdy nie miałam większych problemów z zębami. Nic się nie działo, miałam jedną plombę przez całe życie. Kanałowe leczenie jest mi obce, mam wszystkie zęby na swoim miejscu i nawet ósemki nie są zniszczone. Było fajnie, do czasu. Jednego poranka, jedząc owsiankę straciłam jedynkę! No, gdybym napisała że całą, to mocno bym skłamała. Sama do końca nie wiem jak to opisać, ale straciłam cały tył zęba. Uśmiechając się, nie widziałaś defektu, jednak ja językiem wyczuwałam ogromny brak.

Domyśl się, jaką wtedy zasiałam panikę. Jak bardzo musiałam być zrozpaczona, skoro już po 2 godzinach siedziałam na fotelu dentystycznym dosłownie błagając lekarza o pomoc. Szok i niedowierzanie ze strony stomatologa skłoniły mnie do przemyśleń. Co musiało się stać, że ta jedynka uległa takiemu wypadkowi?
Gdyby tego było mało…
Dokładnie po 9 dniach odpadła mi plomba z tej jedynki. Była to sobota, nie pojechałam na żadną pomoc doraźna, tylko dzielnie do poniedziałku czekałam. Ząb został naprawiony, jednak fakt, że plomba odpadła sama był zdumiewający. Dlaczego tak się stało?
Szukaliśmy długo przyczyny…
Pojawiły się domysły o to, że może zgrzytam w nocy zębami i ocierające się o siebie korony to spowodowały. Mój mąż jednak zaprzeczył, tylko on wie czy w nocy takie coś ma miejsce. Ten pomysł więc odpadł. Próbowaliśmy dalej – tym razem dieta, sposób odzywania. Wiesz, chcieliśmy sprawdzić, czy wszystko ze mną jest ok i nie ma ubytków minerałów i innych składników w organizmie. Wtedy być może i zęby byłyby osłabione. Po wykonaniu badań – ten pomysł także odpadł.

Teraz najlepsze!
Problem był tak blisko. Ja go nie dostrzegałam, bo wykonując taką czynność każdego dnia po prostu nie byłam w stanie wyłapać mojego nawyku. Błąd który wykonywałam milion razy dziennie spowodował uszkodzenie mojego szkliwa w jedynkach. Zęby na dolnej szczęce są mniejsze i delikatniejsze od górnych. Dlatego prawdopodobnie tylko one „oberwały” najbardziej i po prostu całe szkliwo z tyłu zęba mi odpadło!
Wiesz już o czym mówię?
O obgryzaniu pazurów! Paskudny nawyk, którego nie idzie się tak łatwo pozbyć. A wiadomo, że piękne i zadbane dłonie, to wizytówka kobiety. Witając się z kimś, podajesz dłoń. To pierwszy Twój kontakt z innymi ludźmi. Zwracamy uwagę na ładną twarz, strój ale też… dłonie i paznokcie. A ja nie dość że niszczyłam swój wizerunek, to naraziłam swoje zdrowie na coś tak okropnego. Zniszczyłam sobie zęby!
W tamtym momencie byłam mega przerażona. Nie chciałam tak dłużej, tym bardziej, że dłonie są mi potrzebne w pracy. Zawód który wykonuje, wymaga ode mnie może nie boskiego, ale schludnego wyglądu. Dlaczego doprowadziłam się, nie do końca świadome do takiego stanu?

Nadszedł czas zmian!
Nie od razu Rzym zbudowano, dlatego tym razem też działałam małymi ale dość drastycznymi środkami. Sama nie byłam w stanie poradzić sobie z moim problemem. Ten, kto obgryza pazury, ten wie. Tego samego dnia umówiłam się do kosmetyczki i już po tygodniu moje dłonie było inne! Serio, taka drobna zmiana a moje samopoczucie i dodały z 5 punktów do pewności siebie. Teraz z chęcią pokazuje moje dłonie innym, witam się, płacę w sklepie… wiedziałam że problem jest, jednak wcześniej go bagatelizowałam.
Jeśli pazury ładne, to lakier na nich musi być fajny.
Bez tego, nie ma efektu. Każdemu z nas podoba się coś innego. Ja, z racji tego, że pracuję przed komputerem, mam trojkę dzieci i brak pomocy pani do sprzątania postawiłam na krótkie pazurki. Tak jest mi łatwiej pracować i ogarniać życie. Wiem też, że spora część dziewczyn uwielbia długaśne! A kształt to już kolejny temat na długi wypracowanie. Ile osób, tyle opinii i upodobań. Szaleństwo kolorów też jest ogromne. Tradycyjny i wiecznie dobrze wyglądający fench, jaskrawe kolory latem, czerwień w okresie świątecznym, błysk i brokat podczas zabawy sylwestrowej i karnawału.
Początkowo myślałam że lubię siebie tylko w jasnych kolorach. Jednak to, co otrzymałam od NOX NAILS przeszło moje oczekiwania i zakochałam się w takich, o których bym siebie sama nie podejrzewała. Aktualnie na pazurach mam Wata Cukrowa, w której jestem kompletnie zakochana. Jednak w kolejce już czeka Pan Mecenas! Tu akurat nie ukrywam, że nazwa mnie zaintrygowała na tyle, że zaryzykowałam z zamówieniem. Jest boski! A wcześniej cieszyłam się kolorem Miss Burgundii – wygląda świetnie!

Czym kierowałam się podczas wyboru?
Przede wszystkim tym, czy produkt nie jest testowany na zwierzętach. To jest zawsze mój główny argument przeciw lub za jakimś produktem. Dalej, czy wspiera nasze rodzime tereny, bądź w jest wytwarzany w UE. Gdy mamy już te dwa punkty skupiam się na trwałości, jakości i braku szkodliwości dla mnie. Wiecie jak ciężko dostać dobry kosmetyk za fajne pieniążki? Nigdy nie kupuj przypadkowo, kupuj mądrze. Kieruj się dobrem swoim i innych. Ja wybieram świadomie a Ty?
Dłonie to wizytówka kobiety!
Warto o nie zadbać dla swojego komfortu i jak się okazuje… zdrowia.
Powiem Ci szczerze, że będąc mamą dwójki myślałam że nie mam na nic czasu. Bieganie od jednego do drugiego, do tego praca, dom, mąż, studia… myślałam że mniej czasu dla siebie mieć już nie mogę. Wtedy pojawił się on – nie śpiący, nie uznający butelki – HNB (High Need Baby). Maciuś pokazał nam, że do tej pory wiedliśmy mega spokojne życie jako rodzice dwójki. Teraz, siedząc na kanapie zastanawiamy się – „Co my robiliśmy, gdy jego nie było? Jeżu kolczasty! Jakie nasze życie musiało być dziwne…”
Teraz moje dzieci jedzą na śniadanie parówki, bądź płatki.
Nie wyparzam smoczka za każdym razem gdy upadnie.
Nie spinam się na codzienny spacerek.
Nie mamy dwudaniowych obiadków.
Gdy wypadnie dzień bez kąpieli, nie mam wyrzutów sumienia.
Ja nie mam pomalowanej twarzy i włosów jakbym wyszła od fryzjera.
W naszym domu nie jest sterylnie czysto.
Ubrania mają za to czyste, brzuszki pełne a buźki uśmiechnięte.
Mają mamę, która pracuje, jest szczęśliwa i pokazuje im, co jest w życiu ważne. Nie wygląd. Nie czyste mieszkanie. To tylko dodatek – ładnie wygląda, jednak zawsze gdy pojawi się przed nimi wybór mają wiedzieć w którą stronę iść. Najważniejsi dla nich samych są – oni. Blanka dla siebie. Antek dla siebie. Maciej dla siebie. Praca która sprawia radość, rodzina która nie ogranicza i nic nie narzuca, współpraca i szacunek.
Nie ładna buzia, czyste mieszkanie czy obiad w stylu – „zastaw się, a postaw się!”
To coś, co widzą inni. Ja pokazuję im, że ważne jest to, co widzą oni i ewentualnie ich najbliżsi.
Ostatnio dostałam kopniaka od jednej życzliwej osoby na IG.
Dlaczego szukam niani, jak jej znaleźć nie mogę, czy nie lepiej zrezygnować z pracy dla dziecka? Nie, nie lepiej. Dziecko za 10 lat już zacznie mieć mamę delikatnie mówiąc w nosie. Później pojawią się koledzy, pierwsze miłości. Wyprowadzka, praca i swoje życie. A mama wtedy otworzy oczy i dostrzeże co? Że całe życie robiła tylko wszystko dla dzieci, nie patrząc na siebie i została z ręką w nocniku.
Bez pracy, bez swojej kasy i bez dodatków (bo przecież 500+ i inne skończyły się wraz z osiągnięciem pełnoletności). Nie będzie dużych szans na dobrą pracę, bo pracodawcy chcą kogoś z wiedzą i doświadczeniem. A jej umiejętności to – przewijanie, czytanie bajek i gotowanie domowych obiadków. Jak znajdzie taką pracę po 40-stce,50-tce.. spoko, ukłony. Prawda jest jednak taka, że wolimy młodszych, chłonnych wiedzy i podatnych na naukę i zmiany pracowników.
Widzę to po starszych osobach. Dla nich zmiany są jak strzał w kolano. Zmiana systemu komputerowego w pracy, sposoby rozliczania czasu pracy czy nowinki w świecie mediów.. cokolwiek. Wolą coś co znają, nie chcą nowości – za to młodzi odwrotnie. Dlatego mama, która poświęciła pół życia dzieciom – ma mniejsze szanse na wymarzoną prace i taka jest smutna prawda. Ja chcę poczuć że robię coś dla siebie. Praca jest moja – nikt mi jej nie zabierze 🙂
Po tym pytaniu przyszło kolejne…
… może nie pytanie, a bardziej stwierdzenie. Wspomnę jeszcze tylko że na jedno z pytań wyżej wymienionej Pani „po co Ci niania?” odpowiedziałam w stylu „bo mnie stać, to chce sobie życie ułatwić” – wiecie 500plus. Usłyszałam wtedy elaborat… że tak, stać mnie bo mój mąż zarabia to księżniczka może sobie nianie zatrudnić. Biedy taki do nocy pracuje a ja baluje za jego hajs.
Fakty:
1. Pani sama chyba baluje za hajs męża, dlatego każdego mierzy swoją miarą.
2. Hajsy zarabiamy podobne – aktualnie.
3. Nawet jeśli… to zajmuje się dziećmi NASZYMI, więc gdybym nie pracowała, miałabym takie same prawo do „jego hajsów” jak on.
4. Nie podpisaliśmy podczas ślubu intercyzy – sorry kochanie, kasa jest wspólna. Od 20.10.2018 roku jak tylko złożył magiczny podpis na akcie małżeństwa. Teraz mamy wszystko 50/50. Co moje to Twoje, co Twoje to moje.
5. Najłatwiej zagląda się do kogoś portfela, gdy w Twoim jest krucho.
Póki co więcej mądrości nie mam, skończyły mi się.
Kompletnie nie spodziewałaś się takiego obrotu tego wpisu co? Celowo zaczęłam czymś, co jest masłem maślanym, by odbić do wpisu na IG. Nie mogłam odpuścić, musiałam to skomentować.
Mam nadzieję, że jednak to, jak teraz funkcjonuje nasza rodzina będzie przykładem dla naszych dzieci. Chcieć to móc. Wsparcie, partnerstwo i ogromna pomoc na co dzień, by każdy mógł realizować swoje marzenia – zawodowe a nawet sportowe.
Nie chodzi mi teraz o wywołanie burzy na temat tego, czy dzieci bić wolno, czy nie. To nie jest absolutnie żaden temat do dyskusji bo odpowiedź jest jedna – nie wolno. Nikt nie dał nam takiego prawa i sami sobie też go dać nie możemy. Każdy, nawet najmniejszy komentarz, który będzie popierał chorą metodę tresury dzieci zostanie automatycznie usunięty. Na tej stronie nie ma i nigdy nie było miejsca na to, by promować znęcanie się nad słabszymi.
Ustalmy pewne fakty. Jesteśmy rodzicami. Myślącymi dorosłymi. Mamy dzieci i jesteśmy za nie odpowiedzialni. Naszym obowiązkiem jest zapewnienie im wszystkiego czego potrzebują. Poza pożywieniem i wodą, oczekują od nas poczucia bezpieczeństwa, miłości i zrozumienia – chociażby tego. Nie jesteśmy katami, którzy swoje frustracje wyładowują na niczemu winnych dzieciach. Jesteśmy dorośli. Jesteśmy ludźmi myślącymi – przypominam.
W nosie mam to, że Ty byłeś lany w dzieciństwie.
Ja też czasem dostałam na tyłek. Moja siostra trochę częściej, ja chyba byłam tym spokojniejszym dzieckiem. Czy to oznacza, że powinnam stosować takie same metody wychowawcze? Nie. Tym bardziej, że nie wniosły one nic dobrego. Wiesz jak to było? Zamiast przemyśleć co zrobiłam źle, martwiłam się czy zrobiłam to dobrze, by zaraz nie dostać na tyłek. Nie pamiętam za co dostałam, ale pamiętam ból. Robiąc coś, zastanawiałam się, czy skończy się to krzykiem i klapsem, czy może mi się tym razem uda.
Nie biję dlatego, że takie jest prawo.
Chociaż to też powinno dać wiele do myślenia. Ba! Ile razy słyszałam, że ktoś bije dzieci w domu, bo na dworze „ktoś zobaczy” – czyli wiedzą że jest to złe, ale nadal to robią. Boją się konsekwencji jakie mogą ponieść, gdy ktoś, kto ma celu dobro dzieci zgłosi to odpowiednim osobom. Ja nie robię tego dlatego że tak powiedział ktoś z góry. Nie biję dzieci, bo nie chcę by się mnie bały. Chcę być ich przyjaciółką i słuchać o problemach. Chcę pomagać im, gdy coś nabroją a nie być dla nich katem.
Klaps, nawet ten najmniejszy nie pasuje do mojego sposobu wychowania. Chcę zaufania między nami, a jak zbudować je w taki sposób? Ból, łzy i strach- to zupełnie na moja bajka. Bicie dzieci to naruszenie ich nietykalności cielesnej do której mają prawo. Sama nie chciałabym dostać w twarz od męża za to, że spaliłam mięso na obiad. Nie chciałabym dostać na tyłek od siostry, za to że zapomniałam zamówić jej bluzkę na sobotnią imprezę, a tak bardzo mnie o to prosiła.
Nie chcę by moje dzieci sprzątały zabawki w obawie przed bólem.
Nie chcę by moje dzieci jadły obiad w strachu.
Nie chcę by moje dzieci tuszowały „dowody zbrodni” ze strachu przed klapsem.
Nie chcę by w moim domu tak było.
Nigdy nie uderzyłam dziecka…
Antoni ma osiem lat, Blanka pięć a Maciej blisko osiem miesięcy. Mam trójkę dzieci. Według niektórych, zdarzyły się sytuacje gdy powinni dostać klapsa. „Pyskowanie”, „Nie sprzątanie”, „Powtarzanie milion razy – NIE WOLNO!”… to dla niektórych powód do tego, że dziecko powinno dostać klapsa. By nauczyć go szacunku i wychować na dobrych ludzi. Dla mnie to raczej wygląda tak że, dziecko ma własne zdanie, żyje w artystycznym nieładzie a brak sprzątania to jego problem oraz… chce poznawać świat. Dotknie dwa razy i się uderzy ale za trzecim razem zrozumie, co sprawiło mu ból. Wymieniliśmy wszystkie kontakty w mieszkaniu na bezpieczne, zabezpieczyliśmy narożniki i okna… ogólnie dostosowaliśmy mieszkanie do obecności dzieci. Mogą dotykać, skakać i bawić się tak, jak potrafią najlepiej.
Co nie zmienia faktu, że nigdy przez myśl mi to nie przeszło!
O nie nie. Milion razy myślę sobie – kurcze, zaraz chyba mnie poniesie i nie dam rady się opanować. To pewnie dlatego, że sama byłam tak wychowywana i podświadomość mi to podpowiada. Wiem jednak, że w życiu bym sobie tego nie wybaczyła i od razu po tej słabości bym wyła w pokoju razem z dzieckiem. Nie mogłabym spojrzeć na siebie, na swoje odbicie. Widziałabym w nim kogoś słabego. Kogoś, kto jest dorosły, powinien zachowywać się jak dorosły a uderzył kogoś słabszego do siebie. Kogoś, za kogo jest odpowiedzialny. Kogoś, kto kocha bezgranicznie i oczekuje miłości, nie bólu. Serio, nie umiałabym sobie tego wybaczyć do końca życia.
I nawet gdy mam chwile słabości. Gdy jest mi strasznie ciężko wytrzymać z nimi. Trzasnę drzwiami, zamknę się w pokoju, ochłonę i za chwilę do nich wrócę. Nadal zła, ale już bez tego gniewu w oczach. Nie uderzę, nie umiem, nie chcę.
Nikt nie dał nam przyzwolenia do dawania klapsów.
Dziecko to mały dorosły, który zasługuje na szacunek.
Bicie to upokorzenie, to strata w oczach dziecka i Twoja klapa wychowawcza.
Nie biję i bić nie będę. Znam lepsze sposoby. 🙂
Temat ostatnio u mnie bardzo na czasie. Kolędę mamy jutro, więc jestem psychicznie na nią bardzo gotowa. Co prawda, pewnie nikogo ksiądz w domu nie zastanie, jednak gotowość psychiczna już jest. Dlaczego tak? Mam wybór – ksiądz, albo zebranie z rodzicami. Wybrałam dawno – idę na zebranie, jeśli ksiądz wyrobi się przed 17.10 – nasze spotkanie się odbędzie, jeśli nie – to trudno. Jednak nie o tym dziś chciałam…
To będzie pierwsza kolęda w naszym mieszkaniu. Kiedyś kolęda była co roku, aktualnie odbywa się co dwa lata. Słyszałam też o przypadkach, gdzie trzeba zgłosić w kościele chęć wizyty księdza i dopiero wtedy ona się odbywa. Co parafia, to inne zwyczaje i normy. U nas kolęda odbywa się co dwa lata. Mieszkamy tu cztery, jednak podczas ostatniego razu nikogo nie było. Wybrali złą godzinę, a ja pracowałam na etacie po 10 godzin plus dojazdy. Niestety nie każdy może pozwolić sobie na dzień wolnego w pracy z tego powodu, chociaż wiem, że dla niektórych jest to na tyle istotne że to robią.
To nasza pierwsza kolęda jako rodzina, jednak nie pierwsze spotkanie z księdzem.
Nie będę ściemniała, że chodzimy do kościoła co niedzielę, bo nie chodzimy. Jednak planujemy to zmienić, po części ze względu na zbliżającą się komunię Antka. Chcemy by był przygotowany do tego dnia. Pamiętam też nasze rozważania na temat ślubu kościelnego. Dla mnie nie było to na tyle ważne, co dla mojego męża. Mój stosunek był obojętny, jednak wiedziałam jedno – taki ślub nie spowoduje u nas dodatkowych wydatków.
Sakrament małżeństwa mieliśmy udzielony za darmo. Tak samo chrzest każdego z trójki dzieci. Jest to ich obowiązek, sakramenty są (a przynajmniej powinny być) darmowe. Przez myśl nie przeszło mi, że mogłabym dać jakąkolwiek sumę pieniędzy na ten cel – chociaż słyszałam już o akcjach z cennikami bądź darmowym sakramentem, ale koszt prądu sięgał wtedy 450 zł – absurd prawda?
Fakt jednak jest taki, że nasz proboszcz jest księdzem z powołania.
Każde spotkanie z nim nie jest przykrą koniecznością. Zawsze jest uśmiech, zrozumienie i brak problemów z jakiejkolwiek strony. Pamiętam nasz ślub, a raczej spisywanie tej ankiety przedślubnej – każdy kto to przechodził wie o czym mówię. Pytania w stylu: czy wiesz o chorobach narzeczonego? Czy rodzice akceptują ten związek? Było tam też pytanie o dzieci. Dzieci były – moje, biologiczne. Jednak pomimo pewnego zamieszania, nie dogryzł, nie skomentował i nie odesłał nas z kwitkiem. Podejrzewam że spora część księży tak własnie by zrobiła.
Ile więc damy księdzu podczas kolędy?
Zdziwię Cię, gdy powiem że nic? Dla nas ksiądz przychodzi w innym celu niż po kopertę, jeśli o nią poprosi – wyproszę go z naszego mieszkania. Nie akceptuję takiego zachowania. Nasz proboszcz na szczęście jest typem księdza, który prędzej by dał od siebie niż zabrał kopertę z miejsca gdzie są dzieci, osoby starsze czy chore. Jest księdzem takim, jakiego u nas w miejscowości brakowało. Poprzednicy nastawieni byli na coś zupełnie innego.
Opowiem Ci o jednej sytuacji, którą widziała moja sąsiadka!
Z księdzem zawsze chodzą ministranci. Niosą ze sobą puszeczki do których ludzie mogą, wrzucić jakiś grosik. Wiadomo, że wszystko idzie do nich. Zawsze wrzucałam z siostrą im po 2 czy 5 zł, było to dla nas zupełnie normalne. Teraz patrzę na to zupełnie inaczej, dlaczego? Bo po jednej z takich wizyt, ksiądz (na szczęście nie ten aktualny, tylko jego poprzednik!) pod samym blokiem kazał dzieciom otworzyć puszkę i podzielić się z nim tym, co zebrali. Rozumiecie?
Dlatego mówię wielkie NIE dla pieniędzy podczas sakramentów czy podczas kolędy. Podczas mszy mogą sobie robić co chcą, ich podwórko.
Na moim ślubie też „zarobili” bo koszyczek z ofiarą iść musiał. Nikt nie odpuścił, swoje dostali.
U nas koperty nie ma i nigdy nie będzie.
Jeśli po to tylko przychodzi ksiądz, już więcej się nie pojawi.
Jeśli przychodzi do nas – otworzymy chętnie drzwi.
A jakie Ty masz zdanie na temat koperty podczas kolędy?
Wiedziałam że prędzej czy później powstanie ten tekst. Niedawno otrzymałam super „miły” komentarz od jednej kobiety. Nie bolała mnie jego treść, bardziej to, że napisała to kobieta – kobiecie. Nie mam pojęcia dlaczego zamiast się wspierać, podkładamy sobie kłody pod nogi i wywalamy hejt w najczystszej postaci. To nie było wyrażenie swojego zdania, to było czyto-hejterskie zagrania i tylko dlatego postanowiłam napisać o tym osobny tekst.
Nie szukaj tego komentarza. Nie znajdziesz go, bo jako autorka tego bloga, właścicielka tego miejsca mam prawo decydować o tym, co kto może. A na takie zagrania się nie zgadzam, więc ich nie publikuję. Gdybym dostała taki komentarz na FB, zostałby od razu usunięty a autor zablokowany. Nie mam wyrzutów sumienia.
Znalazłam ten komentarz – brzmiał on tak:
„Tak szczerze, uważam że kobieta też powinna zabiegać jakoś bardziej o mężczyznę, który akceptuję jej przeszłość, wiadomo że nie będzie ważniejszy od dzieci, ale dlaczego tylko on ma się starać? W końcu on jest bez bagażu, łatwiej mu będzie znaleźć kogoś innego. Kobieta z dziećmi też powinna dać więcej od siebie, mężczyzna który się stara o nie swoje dzieci jest wart zachodu. Ciekawe co on ma za takie starania? Tutaj jest tylko opis co powinien robić, zabawne… A gdzie jakiś post bardziej doceniający Daniela??”
Jeśli rozumiesz przesłanie tej wiadomości – zostań i przeczytaj ten tekst.
Jeśli przeczytałaś i zgadzasz się z tym co jest napisane – odejdź, nie wracaj i śmiało możesz odlubić to miejsce. Nie ma w nim miejsca dla osób które plują jadem i uważają że jedne grupy są lepsze od innych. Tak nie jest.
Czy kobieta z dzieckiem jest gorsza?
Z tego komentarza wynika że… tak. Dzieci to „bagaż” to coś dodatkowego, co można – oddać? zgubić? zostawić? Bo z bagażem tak można postąpić, prawda? Kobieta, która przeżyła związek bez przyszłości, która być może bardzo dużo wycierpiała, która wylała może łez i jedyne szczęście jakie ją w życiu spotkało to dziecko, uznawana jest za „towar” który ma „bagaż”. A jeśli nosisz taki dodatek przy sobie to jesteś gorsza i musisz bardziej się starać, bo nie ma prawa Cię takiej nikt pokochać.
Musisz się zmienić. Musisz czyścić buciki swojemu Panu, który łaskawie przyjął Cię pod swoje skrzydła. Sama sobie przecież nie radziłaś a to, że przygarnął Cię taki wspaniały mężczyzna jest jednoznaczne z tym, że musisz być dla niego dobra. Nie gniewaj się na niego, pisz więcej i czulej esemesów niż inne. Musisz – bo masz bagaż i takiej jaka jesteś teraz, nikt nie ma prawa pokochać.
Jesteś oceniania przez pryzmat dzieci.
Bo wpadłaś, bo byłaś głupia, bo pewnie to Twoja wina że poprzedni związek z ojcem dzieci się nie udał. Teraz, by dać dzieciom „nowego tatusia” musisz biegać jak piesek za facetami i usługiwać im. Ten facet jest wspaniały, pokochał kobietę z bagażem – zasługuje na to. Nie rozumiem dokładnie co autor miał na myśli pisząc „Kobieta z dziećmi też powinna dać więcej od siebie, mężczyzna który się stara o nie swoje dzieci jest wart zachodu” – tej części kompletnie nie rozumiem. Bo kobieta która ma dzieci musi starać się więcej a facet wtedy nie musi tak? A jeśli nie ma tych dzieci, to wtedy kobieta stara się mniej a facet więcej? A co jak facet ma dzieci a kobieta nie? To facet stara się podwójnie?
Nie jest przypadkiem tak, że do tanga potrzebujemy parę i każdy musi dawać z siebie 100%?
Powiem Co coś…
Bo mój mąż, od samego początku wiedział że jestem samodzielną mamą dwójki dzieci. Nie musiał umawiać się ze mną na randkę, nie musiał mnie całować i nie musiał prosić mnie o rękę. Nie musiał – chciał. Wiedział, że dzieci są i będą z nami już zawsze. Wiedział i nawet przez myśl nie przeszło mu, nazywanie Antka i Blanki bagażem. Wiedział też, że nie chcę więcej dzieci (tak wtedy myślałam) – a jednak postanowił być z nami. Nie odszedł, nie pozwolił nas już więcej zranić.
Ani razu, nie usłyszałam z jego ust, że dzieci są problemem, bagażem czy „czymś” czego on nie chce. Gdyby tak było, pewnie po pierwszej randce by się to skończyło, a może nawet przed nią – bo wiedział wszystko od samego początku. Nigdy nie oczekiwał ode mnie, że będę dziewczynką na posyłki – dzieci nie są powodem do tego. Mężczyzna powinien kochać kobietę za to, jaka jest – nie jaka może być. Nasze dzieci pokochał z automatu, bo ich się nie da nie kochać. Jest najlepszym tatą jakiego znam, aż sama im zazdroszczę! Serio.
A wiesz dlaczego?
Bo mój mąż jest facetem.
Nie jest dupą, która liczy na poklask bo „wziął babę z dziećmi”.
Wziąć, to może puszkę napoju z regału w sklepie. On wybrał – miał wybór i wybrał nas.
Jestem pewna, że jest szczęśliwy. Kocha i jest kochany. Każdego dnia.
Wrzucam kij w mrowisko – bo doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że wśród rodziny i znajomych mojego męża jestem postrzegana jako ta „nie dająca żyć”, „nudziara” i jeszcze milion innych określeń pokazujących jak bardzo on musi mieć ze mną źle. Dziś rozwiewam wszystkie wątpliwości i zdradzam całą prawdę – jak to tak naprawdę jest?
Czy faktycznie zasługuję na miano tej najgorszej?
Czy mój mąż jest pod przysłowiowym „pantoflem”?
Czy mam realny wpływ na jego wybory?
Czy on serio by mnie posłuchał, gdybym fochem próbowała coś ugrać?
Ciekawe pytania prawda? Za sekundę zdradzę na nie wszystkie odpowiedź, bo jestem pewna że zdziwi ona wszystkich. Zacznę od tego, że mój mąż większość znajomych ma jeszcze w stanie kawalerskim. Imprezy, zabawy, brak żony, często (ale nie zawsze!) brak dzieci. Jedyne ich obowiązki to praca-dom, z czego w domu czeka na nich obiadek przygotowany przez jakiegoś domownika. Co zatem robią w weekend? Impreza. Ba! Sama bym pewnie tak funkcjonowała, gdyby nie fakt że mamy rodzinę. Nasze wyjścia ograniczają się do ślubów, kina czy innych szybkich randek, póki co – kiedyś sobie odbijemy.
Drogi kolego mojego męża…
Zacznę od tego co już wiesz. Mój mąż ma rodzinę. Żonę, trójkę dzieci, psa, dom, pracę i milion innych obowiązków. Mój mąż pada na twarz ze zmęczenia każdego dnia i jedyne o czym marzy to sen. Nie imprezy, nie zabawa, nie picie czy palenie. Fakt, że raz po raz można się zabawić – wręcz trzeba, jednak aktualnie jesteśmy piekielnie zmęczeni i każde wyjście to taka licytacja – idziemy? nie idziemy? a może olewamy i idziemy na drzemkę?
Wiesz jak miała wyglądać nasza ostatnia randka? Moja mama w sobotę zaoferowała pomoc w opiece nad Maciejem. Mogliśmy iść do kina, na kawę, na zakupy – gdziekolwiek. Nie pojechaliśmy nigdzie, bo jedyne co nam przyszło do głowy to – DRZEMKA! Wstyd co? Każdego dnia wstajemy około 6, ogarniamy siebie i dzieci – idziemy do pracy, kończymy ją i jemy obiad, Dani przejmuje dzieci i tak do 22-23 aż ja nie skończę. Idziemy spać o północy, najwcześniej właśnie koło północy. Rano powtórka z rozrywki, serio myślisz że mamy siły?
Kolejna sprawa – Dani poznał mnie i… znikł.
Był wszędzie a teraz nie ma go nigdzie. Why? Pragnę tylko sprostować, że absolutnie nikt nie zmuszał go do tego, by do mnie napisać. Nikt nie stał z bronią przy jego głowie, by napisał do mnie wiadomość z zaproszeniem do kina. Nie przypominam tez sobie sytuacji, bym kiedykolwiek kazała mu wybierać ja – albo kumple. Sam postawił sobie tabelę hierarchii i trzymał się jej od początku. Tak zachowuję się ktoś, kto się zakochał. Wychodziliśmy już później tylko razem.
Zdarzają się wyjścia bez drugiej połówki. Kawalerski, panieński – to dwa przykłady na to, gdzie przeciwna pleć nie jest mile widziana. Jeśli Dani jest zaproszony – zawsze idzie. Nie ma problemu, jednak gdy wraca, zawsze mówi że strasznie tęsknił i wcale radości nie czuł takiej, jakby chciał. Odkąd mamy Maciusia – biologicznego syna Daniela – jego chęci by gdziekolwiek wyjść bez niego są równe zeru. Ostatnio gdy wracaliśmy do domu, uznał że już chyba jest za stary, bo jedyne o czym myślał to dzieci. Wiem, że to zmęczenie niemowlakiem i codziennym życiem, bo kiedyś do tych wyjść wrócimy. Póki co – nie mamy na nie siły!
Ja nie konkuruje z kumplami mojego męża – wiem, że jestem ponad. On sam każdego dnia wybiera 🙂
On ma rodzinę – czuje odpowiedzialność.
On ma dzieci, żonę, dom… ma dla kogo wracać. Ma kogoś kto czeka każdego dnia aż wróci. Kogoś, kto wita go szerokim uśmiechem i oślinionym buziakiem. Tak jak wspominałam, większość nie tylko Daniela znajomych, ale też moich nie są jeszcze rodzicami. Nie potrafią zrozumieć że nie możemy akurat dziś wyjść, że musimy przekładać spotkanie o kolejny tydzień, że nie chce nam się trójki pakować do auta i jechać.
Gdy mamy wybór – wolimy spędzić czas razem. Pech chce (albo i szczęście-bo jednak to radość, gdy ktoś chce spędzać z Tobą czas) że każdy chce się z nami spotkać, a my nie jesteśmy w stanie się rozdwoić. Bardzo chcemy wychodzić jednak razem, bo nie czujemy wielkiej potrzeby by robić coś osobno. Widzimy się codziennie chwilę – niby od 16:30, jak Dani wraca do 24:00 gdy kładziemy się spać jednak prawda jest taka że ja znikam w pokoju obok. Widzimy się godzinę dziennie. Nic dziwnego, że odczuwamy ogromną potrzebę spędzania wolnej chwili razem, nie osobno.
Mój mąż nie jest „pantoflem”
Nie zakazuje, nie zabraniam… może tak mówić, jednak prawda jest taka, że ma wybór. Wybiera rodzinę, a wymówkę przed innymi trzeba jakąś obrać 🙂 Nie mam wpływy na niego, jest osobną jednostką – jednak ciągnie swój do swego a my po prostu lubimy być razem. Mamy takie same plany, marzenia – nieco inne poczucie humoru dlatego nie śmiejemy się z żartów swoich, raczej z tego że kawał był słaby dla drugiej osoby. To nie jest ważne – ważne jest to, że mój mąż ma wybór. Każdego dnia wybiera rodzinę.
No i na sam koniec!
Nie jestem wrogiem kumpli mojego męża. Nie odebrałam im kumpla – ja tylko go przewartościowałam. Sam wybrał.
To, że staram się spędzać z moją babcią dużo czasu wiedzą wszyscy. Jest jedyną, która mi została i dbam by nasza relacja była bliska. Spotykamy się minimum raz w tygodniu, chociaż zdarzają się tygodnie, gdy jest u mnie codziennie. Wpada z samego rana a do domu wraca późnym popołudniem. Ma 80 lat, jest moją jedyną babcią i dogadujemy się wspaniale!
Nie zawsze tak jednak było. W okresie największej burzy hormonów darłyśmy koty każdego dnia. Jej nie pasowało moje zachowanie, mnie wkurzało to, że we wszystko się wtrąca. Dla nastolatki nie ma gorszego postępowania bliskich niż wywrócenie pokoju do góry nogami. Za każdym razem gdy coś leżało na podłodze, gdy wracałam ze szkoły już tego nie było… i kilkunastu rzeczy także. Musiała to zrobić, musiała podnieść mi ciśnienie. Znów były kłótnie.
Wychowała się w domu, gdzie nie było wiele. Dlatego wyniosła z niego szacunek do rzeczy.
Nie wyrzuciła skarpet, chociaż nowa para była za złotówkę – cerowała je za każdym razem.
Nie wyrzuciła doniczki od kwiatów – sadziła w niej coś nowego.
Nie nosiła nowej bielizny – zostawiała ją na wyjazd czy specjalnie okazje.
Nie pozwalała zakładać nowej kurtki przed 1 listopada.
Każdego dnia na stole musi pojawić się ciepły posiłek.
Piwnica pełna (do dziś!) jest jej przetworów.
Firany muszą wisieć w każdym oknie i z bólem patrzy na naszego „golasa” w kuchni.

Jest straszną kolekcjonerką.
Nie wyrzuca nic. Zbiera stare garnki, które rozkłada na trawie i zbiera do nich deszczówkę. Podlewa nią swoje rośliny – pomidory, dynie, truskawki, poziomki, maliny, włoszczyznę, arbuzy, ogórki i pomarańcze. Wszystko wyhodowane z tego co dostała, z pestek owoców i warzyw które zjadł ktoś z rodziny.
Do dziś wiele z tych cech w niej zostało. Chociaż ma już skończone 80 lat i niektórych nawyków ciężko jej się pozbyć, stara się. Przestała kupować najtańszą czekoladę, nie ceruje skarpet, zaczęła nosić nowe ciuchy – bo wie, że kiedyś trzeba. Nadal ma jednak problem z zaakceptowaniem nowego sposobu życia. Tego, że aktualnie mąż nie jest tylko kimś, kto zarabia i reszta go nie dotyczy. Nie może pojąć, że mój mąż sprząta i zajmuje się dziećmi – naszymi dziećmi. Nie 20 minut, nie godzinę – on przejmuje ich o 16:30 i dba o wszystko aż nie pójdą spać. Ja znikam, mnie nie ma wtedy. Pracuję. A powinnam pracować i zajmować się wszystkim, tak jak było kiedyś.
Kocham babcię, pomimo tego, że nadal zachodzi mi za skórę.
Jestem jednak dużo bardziej dojrzała niż 10 lat temu. Denerwuje mnie w niej już mniej rzeczy, bo każdego w każdym coś wkurza. Podchodzę do tego już z rezerwą, bo chcę zapamiętać babcię uśmiechniętą, korzystającą z życia i spokojną. Chcę spędzać z nią każdą wolną chwilę, bo sama nie wiem ile tych momentów nam zostało.
Pamiętam, jak mieszkałam 40 kilometrów od niej. Dzwoniłam, pisałam… nie odpowiadała. Wiedziałam, że była sama w domu. Ja byłam sama z Antkiem, w ciąży z Blanką bez auta. Wpakowałam się do pociągu i pojechałam sprawdzić co się dzieje – a ona „nie słyszała telefonu”. Do dziś dziwię się, że tego dnia z nerwów i zmęczenia nie urodziłam. Potrafiła i nadal potrafi podnieść mi adrenalinę jak mało kto. Jesteśmy blisko.

Babcia to osoba, która wspiera mnie jak mało kto ale też krytykuje bez oporów.
Jest jedną z najbardziej szczerych osób w moim życiu. Chce wiedzieć wszystko, najczęściej się zachwyca ale też wie, kiedy zasiać ziarno niepewności. Pomagając mi pakować memory dla Was, 500 razy zadała pytanie – naprawdę to Twoje? naprawdę ludzie to kupują? naprawdę my to pakujemy, by ktoś to otworzył i w to grał?
Mówi ludziom co myśli, ale o dziwo nikt się na nią nigdy nie gniewa. Patrząc na Ciebie, mówi prosto w oczy że przytyłeś, a Ty przyjmujesz to po prostu na klatę. Bo wiesz że to prawda, bez obrażania się i wymówek. Babcia ma rację, babcia prawdę Ci powie. Najczęściej jest to w formie „Masz koszulkę, bo XYZ w to nie wejdzie…” a osoba XYZ siedzi obok i wszystko słyszy. Niby nie chce źle…
Marzę o tym, by nasze dzieci miały taką relację z dziadkami!
Antek, Blanka i Maciej mają wspaniałych dziadków. Nasi rodzice pomimo przeszkód, niełatwego początku swojej dorosłej drogi – teraz wiodą spokojne życie. Dają naszym dzieciom ogrom miłości i zrozumienia. Zależy mi na tym, by w przyszłości ich relacja była podobna do tej, którą teraz ja mam ze swoją babcią. Uczę ich, że do budowania mostów potrzebne są dwa brzegi. Nie daję tego na tacy, mnie też nikt relacji z babcią nie dał – wypracowałyśmy ją sobie same, bo obie tego chciałyśmy. Ja daję dzieciom i dziadkom wędkę – jedni z niej korzystają inni nie. Za późno nie będzie nigdy, bo relacja jaka łączy te dwa pokolenia jest wyjątkowa i odnowić ją można w każdym momencie, tylko straconych lat nikt nie zwróci – i ich będzie nam najbardziej żal.

Chociaż o relację dbasz cały rok…
… to tylko tego tego jednego dnia jest dzień babci a zaraz po nim dzień dziadka. Możesz cały rok być dla nich najlepszym wnukiem. Możesz każdego dnia pomagać swoim dzieciom pracować nad relacją z dziadkami, ale tego jednego dnia masz wszystko postawione na tacy.
Ten dzień, to dobry moment by zacząć, jeśli nie macie kontaktu.
Ten dzień, to dobry moment by się zobaczyć, jeśli dawno tego nie robiliście.
Ten dzień, to dobry moment by dać prezent, bo to ich święto!
Każdego dnia staramy się dla nich, jednak nigdy nie zapominamy o 21 i 22 stycznia. Co roku wręczamy drobne upominki naszym dziadkom, by pokazać im jak bardzo są dla nas ważni. W tym roku postawiliśmy na coś innego. Nie będą to ramki, zdjęcia, kwiaty… to dostają co roku. Tym razem damy im masę słodyczy. Słój pełen zdrowia w niebanalnie słodkim opakowaniu. Każdy z naszych bliskich lubi, korzysta i chwali. A łączenie praktyczności i piękna w jednym, to coś co ja lubię najbardziej.

Zamawiam ich produkty odkąd pamiętam. Nie chcę teraz skłamać, ale pierwszy raz z ich produktu korzystałam podczas jakiegoś spotkania blogerek na mazurach. Podarowali na degustację kilka swoich miodków, a kolejnych parę dali na licytację która wspierała jakiś szczytny cel. Wylicytowałam wtedy dwa słoiki i przepadłam – od tamtej chwili jestem ich wielką fanką i mam każdy możliwy w domu (ten z maliną i kakao to must have w kuchni każdej z Was!) a mój mąż za plecami dodaje, że ten z imbirem i czosnkiem postawił go na nogi w dwa dni i warto go dodawać teraz w okresie zimowym do herbaty czy mleka!
Teraz mają w swojej ofercie miodziki na dzień babci i dziadka – sama zamówiłam je jako prezent dla naszych bliskich. Jestem pewna, że jest ucieszą z tego upominku! Teraz macie ostatnią szansę na zamówienie miodzików tak, by zdążyły dojść do Was na dzień babci i dziadka.
Fajna opcja na prezent, prawda?
