Śledź nas na:
All Posts By

pierwsze-kroki

Blog - archiwum

Jak nasz syn, zaczął spać w nocy? Co robić, by pomóc dziecku poprawić jakość snu.

3 czerwca 2020

Nie ma jednej złotej rady. Każde dziecko jest inne, dlatego to co teraz napisze mogło pomóc nam, jednak niekoniecznie sprawdzi się u Ciebie. Odbywało się to metodą prób i błędów, więc pewnie w Waszym domu będzie podobnie. Jest jedna złota rada – nie poddawaj się. Kiedyś zaczniecie spać 🙂

Maciej ma rok, a do tej pory nie spał prawie nic.

Co mam na myśli mówiąc prawie nic? Otóż wyobraź sobie pólroczniaka, który robi sobie dwie drzemki 30 minutowe w ciągu dnia, a noc traktuje jak czas na zabawę, bądź płacz. Pobudki od 23 (bo tak właśnie chodził spać na noc) co 30 minut z czego od 1 do 4-5 było wycie. Możesz sobie wyobrazić, jak bardzo zmęczeni byliśmy tym wszystkim. Wiesz co mu pomagało? Pierś. Mógł spać z piersią w buzi, gdy jednak ta mu wypadała – budził się.

Mieliśmy dość. Nie spania z dzieckiem, bo mimo wszystko on nadal ląduje u nas i absolutnie to lubimy. Chodziło o sen dłuższy niż 20-30 minut. Bo człowiek po tak długim okresie bez snu chodzi jak zoombie. Mały ma rok, śpi „normalne” od tygodnia.

Co zrobiliśmy, że Maciej zaczął spać?

To był długi proces, który swój start miał w okolicy marca. Wtedy, podjęliśmy decyzję, że trzeba coś zrobić bo oboje mamy już dość. A zasada – jedna noc mama, jedna noc tata była totalnie bez sensu. Bo ze mną w miarę spał, a z Danielem ryczał bo nie dostał piersi. Mój mąż kombinował wtedy z mlekiem, kaszką, budyniem, jogurtem, tubkami owocowymi… wszystkim tym, co miał pod ręką. Młody zjadał, ale ryczał nadal, póki nie dostał piersi.

Prawda, że coś takiego może wykończyć? 

Zaczęły się też moje problemy ze zdrowiem. Już wiem, co dokładnie się dzieje w moim organizmie, ale by dojść do ładu z tym wszystkim – lekarz poprosił mnie o odstawienie małego od piersi. Było mi ciężko, działałam powoli, by przejść ten proces łagodnie. W maju odkryłam, że walczę już dwa miesiące a on nie pije mniej, tylko więcej. Wtedy uznałam, że nie można delikatnie – pierś trzeba zabrać drastyczniejszymi metodami. Z dnia na dzień, zabrałam Maciejowi pierś. Dzień był ok, byłam w stanie zająć go zabawą, podawałam wodę, wyszliśmy na dwór. Wieczorem, podałam pierś, nie ze względu na małego – moja laktacja nadal pracowała, więc musiałam pozbyć się nadmiaru mleka. W nocy się budził, było ciężko, ale daliśmy radę. Po tygodniu stwierdzam – że pierś była zabawką nocną, nie jedzeniem. On jej kompletnie nie potrzebował. Teraz budzi się raz, dwa razy w nocy na wodę bądź herbatkę.

Odstawienie od piersi było pierwszym krokiem!

Czułam, że reszta pójdzie już z górki. Wprowadziliśmy stały rytm dnia i zrezygnowaliśmy z drugiej 30 minutowej drzemki. Młody spał już raz, nie dwa razy w ciągu dnia. Było ciężko, bo pierwsza była już 2 godziny po pobudce, a druga około godziny 17-18. Każda trwała 30 minut. Po zmianie planu dnia, wydłużyłam czas między pobudką, a drzemką i młody chodzi teraz spać między 11 a 12 i śpi godzinę! Kolejny plus, bo w ciąg 60 minut zrobisz więcej w pracy czy w domu niż podczas tych szybkich regeneracji wcześniej. Fakt, że około 18-19, Maciej chce drugą drzemkę, jednak już nasza w tym rola by do niej nie dopuścić. Wiadomo, czasem się złamiemy, jednak staramy się trzymać jednej drzemki w ciągu dnia.

Wtedy młody zasypia około 21-21:30 i śpi do 1-2, dostaje wodę i ląduje u nas w łóżku. Zależy od dnia, do rana (7:00) zdarzają się jeszcze 1-2-3 pobudki. Jednak po łyku wody zasypia znów, bez płaczu.

Co dalej? Tylko tyle?

Pewnie ze nie! Wieczory, to czas kąpieli, wyciszenia i kolacji. Staramy się unikać TV, każdego dnia kąpać młodego – jeśli się nie uda, ważne jest to, by ubrać mu pidżamkę. Wtedy maluch wie, że czas z dziennego zmienia się na nocny i pora iść spać. Wcześniej nie miałam podziału na ciuszki dzień-noc. Chodził w bodziakach, ważne że czystych. Nie miało dla mnie znaczenia czy napis głosił „sleep” czy „have fun” – teraz mamy wyraźmy podział na ciuszki do snu, od tych wykorzystywanych w dzień.

Kolacja też jest przemyślana. Początkowo było nam ciężko, bo od zawsze jedliśmy to, na co mieliśmy ochotę. Budyń, kaszka, pizza, frytki, kanapki, qurrito.. wiecie, co w lodówce to na stole. Teraz, Maciej dostaje przed snem węglowodany. Szybciej spalają się w organizmie maluszka, przez co nie idzie spać z pełnym brzuszkiem, jednak uczucie sytości pozostaje. Nie dokucza mu dyskomfort czy ból. A w porze kolacji, po konsultacji z położną i lekarzem wprowadziliśmy probiotyk.

Wietrzymy sypialnię 30 minut przed spaniem.

Gdy Dani zabiera małego do kąpieli, ja w tym czasie otwieram okno u nas w pokoju. Zanim go umyje, ubierze i da kolację mija plus-minus 30 minut i ja przejmuje młodego do usypiania. Wtedy mój mąż ogarnia po kolacji, kąpieli i idzie zamknąć okno plus ogarnąć kołderki w łóżeczku. Gdy wraca, młody zazwyczaj już śpi – zauważyłam, że masaż główki i brzuszka podczas zasypiania ułatwia nam to zadanie. Zanosi go wtedy do jego łóżeczka i spuszcza roletę, by osiągnąć większą ciemność w ciągu nocy (mamy ulicę od strony naszej sypialni i światła latarni wpadają do pokoju).

Co jeszcze chcemy zmienić?

Przede wszystkim, chcemy zabrać mu smoczek w ciągu nocy. Widzimy, że często budzi się ponieważ on mu wypadnie i go po prostu szuka. Mam wrażenie, że gdy pozbędziemy się go tak definitywnie, noce będą jeszcze piękniejsze. Może się mylę, ale kto nie próbuje, ten nie pije szampana. Pić nie zamierzam, ale spać już tak. Mam nadzieję, że jeszcze trochę i doczekamy się nocy całych przespanych. W których koleś będzie od nocy do rana u siebie. Uda się, prawda?

Pamiętaj, że to tylko nasza historia. 
Tobie może to tez pomóc, jednak musicie wypracować swoją drogę.

 

Blog - archiwum

Otwieramy sklep online z ciuchami – wszystko co musisz wiedzieć!

1 czerwca 2020

Odkąd zdecydowałam się otworzyć sklep internetowy z odzieżą, nie ma dnia, bym nie otrzymała pytań „Basia, jak zacząć?”. Zebrałam więc wszystkie najważniejsze informację w jednym wpisie i wyjaśnię Ci krok po kroku, co robiłam. Sama ocenisz, czy jesteś gotowa przejść każdy ten etap, czy przerosną Cię formalności które napotkasz po drodze. 

Po pierwsze, zobacz na co powinno zwrócić się uwagę zanim zaczniesz działania. Poczytaj, posprawdzaj, poszukaj. Nie otwieraj działalności, zanim nie poznasz rynku. Zobacz, czy musisz mieć kasę fiskalną, jakie kody PKD musisz wpisać do CEIDG. Znajdź hurtownię odzieżową, bądź krawcową i hurtownię tkanin. Zapoznaj się z regulaminami bramek płatniczych i firm kurierskich. Przejdź się po sklepach, które są już postawione na domenach i poszukaj inspiracji – do kategorii, opisów czy działań marketingowych. Nie kopiuj! Inspiruj się. Poniżej masz listę tego, co musisz zrobić zanim zaczniesz cokolwiek robić, nie działaj po fakcie. Zmarnujesz czas, a czas to pieniądz – lepiej zacząć działać od razu po rejestracji firmy, ZUS i US potrafią zjeść małych przedsiębiorców.

 

 

Gdy już to wszystko sprawdziliście…

…czas zadać sobie kilka najważniejszych pytań. Spójrz na listę, którą wklejam poniżej. Niby „zwykłe” pytania, jednak koniecznie musisz je sobie zadać. Nie możesz pozwolić sobie na grę w ciemno. Stracisz nerwy, pieniądze i czas. Wiadomo, że wchodząc w coś nowego liczysz się z ryzykiem, jednak lepiej minimalizować je na starcie, niż bawić się w kotka i myszkę wiedząc że pewne sprawy mogły się nie wydarzyć.

Już wszystko wiesz?

Pewnie że nie. To wyjdzie w trakcie prowadzenia działalności, jednak masz podstawy – mam nadzieję że solidnie zbadałaś rynek i możesz przystąpić do kolejnego kroku. Zakładamy firmę! Tu nie pomogę – kompletnie nie znam się na US, ZUS-ach, podatkach, księgach i tych wszystkich magicznych nazwach. Ja zarejestrowałam firmę, pojechałam do Urzędu Skarbowego wypełnić druk VAT i poczułam się jak mała dziewczynka. Nie rozumiałam NIC. Szybki telefon do biura księgowego i oni zrobili wszystko za mnie. Do dziś nie robię nic, poza wysłaniem bądź podrzuceniem dokumentów raz w miesiącu do biura. Mega polecam takie rozwiązanie – unikniesz nerwów, błędów i będziesz spać spokojnie!

 

 

Gdy już firma działa – realizujesz wszystko to, o czym pisałam na początku.

Podpisujesz umowy z firmami, których usługi wybrałaś. Hurtownia, krawcowa, firma kurierska, przelewy, kupujesz hosting i stawiasz sklep. Możesz wykorzystać platformy sprzedażowe, jednak ja od zawsze szłam trudniejszą drogą i wybrałam swoją domenę i hosting. Zatrudniłam informatyka, który świetnie poradził sobie z moimi wytycznymi. Dzięki temu wiem, że nie mam na stronie żadnych błędów i wszystko śmiga tak, jak powinno. Nie jest to taka usługa – jednak warta swojej ceny. Sama, możesz nieźle nabroić, zwłaszcza z płatnościami.

Stawiając na platformę sklepową nie zapomnij sprawdzić:

1. Szybkość ładowania się sklepu
2. Przystosowanie do urządzeń mobilnych
3. Wsparcie techniczne
4. Darmowe szkolenie
5. Optymalizacja pod kątem SEO
6. Bezpieczeństwo danych
7. Możliwości rozwoju
8.Możliwość wprowadzenia własnych integracji
9. Jakie systemy płatności posiada sklep
10.Narzędzia marketingowe
11. Przypisywanie pracownikom wybranych funkcji
12. Cena i ukryte koszty
13. Dodawanie wariantów i stanów magazynowych

Ważne jest to, co chcesz.

Twoja wizja, plany, marzenia. Musisz wiedzieć czego chcesz, mieć plan i powoli go realizować. Trzymać się założeń ale nie sztywno działań – jeśli jedne nie przyniosą skutku, musisz obrać inny kierunek bo stracisz i pieniądze i czas. Nie zrobisz platformy sprzedażowej w jeden miesiąc. Nie osiągniesz tego w pół roku… To długi proces, jednak wierzę – że warto 🙂

Uff! Wiele kroków trzeba przejść, by zacząć sprzedawać. 
Ale to wszystko składa się na jakość i zysk.
Nie będzie łatwo na początku, jednak determinacja, chęci i odrobina szczęścia w końcu przyniosą efekty!

 

Blog - archiwum

Chcesz idealną żonę? Zdradzam patent!

18 maja 2020

Naoglądali się rajskich wysp, projektów lady, metamorfoz czy profili gwiazd filmowych i oczekują od Ciebie, że będziesz taka jak one. Nie będziesz – nie masz miliardów na koncie, sztabu stylistek, 2 opiekunek i sprzątaczki. Wykonujesz swoje obowiązki domowe, a czasem nawet etatowe najlepiej jak umiesz, jednak to ciągle za mało. Dziecko to pikuś, przecież zajmuje się 24 h sam sobą, w domu tez nie ma aż tyle do zrobienia, a lodówka napełnia się sama. Podłogi? Pff… one mają gwarancję 15 lat na czystość – nie mogą się zabrudzić. 

Wiem, że wiele kobiet ma wspaniałych i kochających facetów u boku. Pomagają, wspierają, na każdym kroku pokazują jak wiele dla nich znaczy to co robisz. Szacunek, wdzięczność, miłość. Nie każda z nas ma jednak tak dobrze. Nie bez powodu widać takie wiadomości:

„[…] Pewnego dnia przyszedł do domu i rzucił że się w domu obijam, bo na dywanie syf z zabawkami a dziecko całe brudne. Skoro dziecko tak spokojnie siedzi, to mogłam się wziąć się za ćwiczenia.”

„Zaszłam w ciążę,wtedy się zaczęło. Byłam chwilami wręcz poniżana przez męża,nie obchodziło go że chodzę z dużym brzuchem-miał być porządek i wszystko tak jak on chce. Jak urodziła się córka to w ogóle mi przy niej nie pomagał,ani razu jej nie kąpał,nie zmieniał pieluch,nie karmił. Ja musiałam to wszystko robić a do tego musiał być zrobiony obiad i miało być posprzątane. Awantura gotowa była wtedy, gdy był bałagan.”

„Przyszedł dzisiaj z pracy i spytał „a ty coś zrobiłaś dzisiaj?”. Obiad miał, posprzątane na błysk miał, drzewa przyniosłam, byłam na zakupach w sklepie, zajmowałam się 9-miesięcznym synkiem który już przecież potrzebuje uwagi i chce się bawić, karmiłam go kilka razy, a to podgrzać zupkę, a to przebrać, a to herbatki dać. Jeszcze mnie wyzwał od najgorszych i poszedł spać, a ja pomyłam naczynia i mam chwilkę dla siebie bo synek już śpi. Padam ze zmęczenia, wykonuje swoje obowiązki bez szemrania bo przystałam na to, a on nie potrafi głupiego kranu mi już zrobić 3 miesiące.”

To jedne z wielu wiadomości dziewczyn jakie dane było mi przeczytać. Przyznam, że takie wiadomości bolą najbardziej. Najprościej byłoby mi napisać – „kobieto, kopnij go w dupę!”. Jednak jakimś cudem one ciągle tkwią w tym związku. Nie zarabiają, nie mają rodziny, nie mają gdzie się wyprowadzić, nie czują się na siłach, są zniżone samooceną do poziomu piasku. Funkcjonują, bo muszą. Często dla dzieci, dla ich dobra, dla spokoju – nie swojego, lecz bliskich. Nie patrzą na siebie, chociaż mają dość i padają ze zmęczenia na twarze wieczorami. Często płaczą, gdy nikt nie patrzy – nie potrzebują kolejnego pretekstu do kłótni.

Siedzisz z dzieckiem w domu, dbając jednocześnie o dom? – Nie masz w sobie za grosz ambicji?

Pracujesz, zamiast zajmować się domem i dziećmi? – Co z Ciebie za matka?

Takim nie dogodzisz. Kobieta jest wielozadaniowa, jednak nie jest robotem. Idąc do pracy, nie zrobi dwudaniowego obiadu. Będąc w domu, nie przyniesie dwóch tysięcy do budżetu domowego. Zajmując się 24 h dzieckiem – opieka nad domem zajmie jej 2x więcej czasu. To tylko przykłady!

Ale ja już wiem co możesz, drogi mężczyzno zrobić. By Twoja żona nie była już taka beznadziejna. Wiesz co?

Po pierwsze!

Popatrz na siebie. Co widzisz? No właśnie. Pewnie nic specjalnego. Dlaczego wiec oczekujesz od niej, że będzie wyglądała jak milion dolarów każdego dnia.

Po drugie!

Spójrz na swój portfel? Widzisz w nim miliony? No własnie! Dlatego ona nie wygląda jak Jennifer Lopez.

Po trzecie!

Idź do kuchni i wyciągnij blachę do biszkoptu rozmiar 26. Nie możesz odszukać? Ups – przyznaj się, ile razy byłeś w kuchni, by zrobić jej kolację?

Po czwarte!

Wstaw pranie – czarne. Gdzie detergent? Jaka temperatura prania? Później to rozwieś, pościągaj, wyprasuj i zanieś do szafki. Prawda, że pranie robi się samo? Każdego dnia to tylko 1-2 pralki, w zależności od ilości członków rodziny.

Po piąte!

Co robisz wieczorem? Siadasz przed TV, idziesz spać, bierzesz prysznic czy wstawiasz zmywarkę? Jestem pewna, że Twoja żona NIGDY nie zrobiła tego przed Tobą. Nie usiadła, póki dzieci nie poszły spać, nie miała czasu na relaks i dłuższą kąpiel. Wstaw za nią tą zmywarkę czy zrób zupę na jutro – zobaczysz, że będzie inaczej.

Już wiesz co zrobić by było lepiej?
Dasz radę?
Jeśli nie, to wyluzuj, pomóż jej i zacznij doceniać. 
Sam nie jesteś ideałem! 

 

I wiesz co…

„Ludzie spieszą się oceniać innych, bo boją się oceniać siebie.”

– Albert Camus

Blog - archiwum

Otworzyłam sklep z ciuchami – chodź, pokaże Ci co fajnego tam jest!

14 maja 2020

Ahh! Zbieram się do tego wpisu już tak długo, jednak ciągle coś „ważniejszego” wpadało, by zająć mi skutecznie czas. Najczęściej masa pierdołek, które się kumulowały skutecznie odciągając mnie od pracy – wiesz, zawsze gdy musisz coś zrobić to pranie na Ciebie patrzy, zmywarka prosi o rozładowanie, dzieci koniecznie chcą byś sprawdziła im włosy (bo ostatnio stwierdzili, że dawno nie oglądałam ich pod względem wszy!) i miliony innych zabieraczy uwagi. 

Dziś poprosiłam wszystkich, by zajęli się sobą, a sama usiadłam by chwile popracować. Najczęściej robię to w momencie, gdy mój mąż jest w pracy. Dziś jednak nie ogarnęłam opieki nad dziećmi w tym nauki zdalnej dla dwójki z trójki, pracy na etacie, pakowania przesyłek z naszego sklepu (a raczej dwóch!) plus obowiązków domowych – 2 prania, obiad, odkurzania, zmywarka… no wiesz, to co się każdego dnia wykonuje. Auć! To za wiele dla jednej osoby, której zdrowie ostatnio nie dopisuje.

Chciałam Ci się pochwalić!

Bo marzyłam o tym od bardzo dawna! W momencie gdy podpisywaliśmy dokumenty firmowe miałam określoną wizję jak to miejcie ma wyglądać. Faktycznie, musiałam je lekko zmodyfikować, ponieważ firmowe życie sprowadziło mnie do pionu, nie było tak kolorowo na początku jak zakładałam. Nie było w planach pracy na etacie, chciałam skupić się tylko na blogu i sklepie a z czasem rozszerzyć działalność o kolejny sklep online. Udało się!

Chociaż moda nie jest moim konikiem, jest to coś co lubi moja siostra. Ja wolę zdecydowanie te działania od drugiej strony. Tych, których nie widać – sklep od wewnątrz, newsletter, facebook, instagram, planowanie strategii. Fakt, gdybym miała więcej czasu, byłoby to juz dawno rozwinięte tak, jak o tym marzyłam. Jak się nie ma co się lubi… to działamy powoli, jednak efekty są już dla mnie wystarczające!

 

Przestawię Ci nasze TOMBAGO!

Dlaczego taka nazwa? Od naszych inicjałów – TOMczak (moje nazwisko panieńskie), BAsia, GOsia = TOMBAGO. Proste prawda? Jest to sklep z ciuszkami, na każdą kieszeń – serio! Ceny jakie udało mi się wynegocjować, moim zdaniem są godne uwagi, a asortyment poszerzam każdego tygodnia. Plan jest taki, by wprowadzić jeden dzień dostaw – póki co, jesteśmy zbyt mali by tego dokonać. Kwestia czasu, myślę paru tygodni i się uda. Chciałabym też z czasem wprowadzić większa rozmiarówkę, jednak bez Twoich zamówień, nie uda mi się tego zrobić. Każdą złotówkę inwestuję dalej – dlatego jestem w stanie poszerzyć asortyment w momencie sprzedaży tego co już jest. 

Marzy mi się jeszcze moda męska!

To byłoby coś, tym bardziej – że zakupy dla par w jednym miejscu, za spoko pieniądze, brzmi jak los wygrany na loterii prawda? Ceny będą podobne do tych damskich, więc jak dla mnie – bajka. Spodnie za 69,90-79,90 czy koszulki bawełniane za 29,90-39,90 to wiele? Moim zdaniem, nie.

Co jeszcze musisz wiedzieć?

Zawsze, zamówienia za kwotę wyższą niż 200 zł wysyłamy ZA DARMO, a powyżej 250 zł dostajesz upominek od naszej firmy! Fajne jest też to, że zapisując się na newsletter (na samym dole strony) otrzymujesz dodatkowe 10% rabatu na zamówienie u nas. Może być jeszcze taniej i kupisz u nas za jeszcze większe „grosze”. Myślę, że udało mi się stworzyć miejsce, które jest warte uwagi. Dlaczego? Bo łączy w sobie jakość, dobrą cenę i fajny look.

A Ty co o tym myślisz?

Zapraszam Cię do sklepu – KLIK

 

 

 

 

 

Blog - archiwum

Wyprawka do szpitala. Pakujemy torbę dla mamy i dziecka!

11 maja 2020

Bycie mamą trójki dzieci nauczyło mnie wiele. Zaczynając od ogromnego poczucia odpowiedzialności za drugiego człowieka, kończąc na nauce planowania. Pod kontrolą musi być wszystko – nauka, praca, dom, planowanie posiłków, zajęć dodatkowych, wizyt u lekarzy, kontrola budżetu domowego a także wakacji w każdym szczególe. Nie wyobrażam sobie, mając dzieci, pojechać spontanicznie gdziekolwiek. Wsiąść do auta i skoczyć na jeden dzień nad morze – ok. Pojechać i szukać noclegu na miejscu – sorki, ale na takie coś musi być już plan. 

Planujemy więc wszystko. 

Każdego dnia ustalamy plan działania. Odpowiedni czas na pracę moją i męża, na przygotowanie obiadu, śniadania i kolacji. Ogarnięcie całej nauki zdalnej i chwili na zabawę. Wygospodarowanie czasu na zakupy, porządki domowe, czy nawet chwili na relaks. Nasze życie straciło spontaniczność. Może inaczej… straciło ogromną dawkę spontaniczności na rzecz dobrej organizacji i planowania. Pamiętam, gdy byłam w ciąży z Maciusiem, to nie martwiłam się swoim stanem, porodem czy połogiem. Martwiłam się organizacją dnia gdy poród się zacznie a także tym, czy cała wyprawka dla maluszka jest gotowa. Przebieg ciąży i sam poród to ważna kwestia, która kończy się najpiękniejszym prezentem od losu.

Wiadomo, że sporo artykułów można dokupić w momencie, gdy jesteś z dzieckiem w domu. Jednak do porodu musisz być przygotowana dużo wcześniej, nigdy nie wiesz, kiedy zacznie się cała akcja. Torba dla Ciebie i maluszka powinna być spakowano wcześniej i odstawiona najlepiej do auta. Dziś o tej torbie do szpitala będzie post, dlaczego?

Będąc w szpitalu z Maciusiem usłyszałam od położnej – „No i taką torbę powinna mieć każda mama! A nie wloką za sobą te wielkie walizki jakby na miesięczne wakacje każda przyjechała. Zabrała Pani wszystko?” odpowiedziałam krótko „Teraz już sama nie wiem, skoro wielkość mojej torby jest inna niż większości”. Ale wiesz co? Okazuje się, że miałam WSZYSTKO czego potrzebowaliśmy. Wychodzę z założenia, że do szpitala zabieramy jak najmniej, bo nie jest to odpowiednie miejsce do tego, by znajdowały się tam przedmioty które później będziesz używała w domu. Szpital to siedlisko różnych bakterii, które później możesz przenieść do domu – nie zapominaj o tym!

Po pierwsze – sprawdź szpital!

Wejdź na stronę www, bądź zadzwoń bezpośrednio na porodówkę szpitala w którym planujesz rodzić. Wypytaj o wszystko, co zapewnia Ci w tym czasie szpital. Rodziłam 3 razy i za każdym razem maluszki dostawały ciuszki oraz pampersy, ja miałam dostęp do podkładów poporodowych czy podpasek. Dlatego moja torba była mniejsza – nie targałam ze sobą tego, czego nie otrzymałabym w szpitalu. Jednak teraz wiem, że przygotowanie do porodu było u mnie na piątkę z plusem.

POTRZEBUJESZ:

  • Coś wygodnego do porodu
  • kartę ciąży i potrzebne wyniki oraz dowód osobisty.
  • plan porodu – teraz jest obowiązkowy 🙂
  • klapki pod prysznic
  • koszule na przebranie po porodzie (możesz zabrać dwie, krwawienie po porodzie może być obfite i będzie konieczność zmiany koszuli po nocy)
  • szlafrok
  • majtki bawełniane (kilka par, tak jak w przypadku koszuli, mogą ulec zabrudzeniu)
  • podkłady poporodowe (jeżeli szpital nie zapewnia)
  • podpaski (jeżeli szpital nie zapewnia)
  • nawilżone chusteczki (użyłam 2 całe opakowania, serio dzieci często mają zmienianą pieluszkę)
  • przybory kosmetyczne (szczoteczka do zębów i włosów, pasta, żel itd)
  • dwa ręczniki
  • pomadka do ust
  • pieluszka tetrowa
  • smoczek dla maluszka
  • zastawę – talerz, kubek, nóż, widelec, łyżeczkę (nam nalewali kawę do swoich kubków, a w porze obiadowej zupę. Bez talerzyka i sztućców nie zrobiłabym dodatkowego śniadania czy kolacji bo szpitalne jedzenie to było dla mnie za mało)
  • coś do jedzenia – jednak można to kupić po porodzie, podczas karmienia i po porodzie będziesz głodna (w trakcie porodu nie – wiadomo. Jednak sekundę po porodzie krzyknęłam do Daniela by biegł do sklepu po bułki – zjadłam 5! przegryzłam kabanosem, śledziem w śmietanie i popiłam jogurtem pitnym)

Ze szpitala wyszłam w ubraniu, w którym przyjechałam. Dla Maciusia miałam tylko chusteczki, smoczek i pieluszkę tetrową która przydała się podczas karmienia piersią. Korzystałam ze wszystkiego, co oferuje szpital i nie targałam ze sobą niepotrzebnych pampersów, ciuszków na zmianę itp. Gdy nadszedł czas wyjścia, przyjechał po nas Daniel z torbą którą mu wcześniej uszykowałam. Były tam 2 komplety ubrań dla Macieja ( rozmiar 56 i 62 – bo nie wiedziałam, który będzie dobry).

Nie brałam ze sobą kremów na odparzenia, bo wiedziałam że zapewni mi je szpital tak samo jak otulacz. Wiedziałam też, że przez pierwsze dwie doby nie wykąpie Macieja dlatego nie miałam ręczników, płynu, wacików czy patyczków. To wszystko czekało na maluszka w domu. Wykąpaliśmy wspólnie dziecko 3 dobę po porodzie, zgodnie z zaleceniami naszej położnej.

Są jednak sytuacje, gdy Twój szpital nie zapewnia niektórych rzeczy, bądź Ty będziesz potrzebowała ich bardziej niż ja. Przygotowałam więc dodatkową listę produktów które mogą Ci się przydać, bądź nie będziesz miała ich zapewnionych.

DODATKOWE RZECZY:

  • minimum trzy zestawy do ubrania dla dziecka
  • pieluszki
  • mokre chusteczki
  • kremik na odparzenia
  • szczoteczka do włosów
  • ręcznik/płyn do kąpieli
  • kocyki
  • laktator, butelka
  • ręczniki papierowe
  • wkładki laktacyjne
  • poduszka do karmienia

Jeśli Twój mąż planuje być z Tobą podczas porodu, musi także zaopatrzyć się w strój. Najczęściej można go kupić za 5/10/20 zł w szpitalnym sklepiku.

Uf! Mam nadzieję że pomogłam Ci w tym trudnym zadaniu jakim jest pakowanie do szpitala. Chcesz pamiętać o wszystkim, jednak nie zawsze wiesz, co będzie potrzebne. Teraz masz gotową listę przed sobą. Szczęśliwego rozwiązania, dla przyszłych mam!

Blog - archiwum

Savoir vivre – 5 najpopularniejszych i nie zawsze przestrzeganych zasad!

21 kwietnia 2020

Ostatnio mocno wkręciłam się to, co komuś wypada a co jest raczej niestosownym zachowaniem. A wiesz od czego się zaczęło? Od tego, że papier toaletowy w łazience naszych znajomych wisiał odwrotnie niż u nas. Oni powieszali go w kierunku ściany. Inaczej też było z toaletą – bo klapa ma być otwarta, zamknięta, przymknięta? Czasem widzimy ją otwartą całkowicie ( tak, jak korzystają mężczyźni ) , czasem jedna jej część jest opuszczona, ale są też miejsca gdzie jest ona całkowicie zamknięta. Miałam powód do rozkminek, prawda?

Łapię się właśnie ostatnio na czymś takim, że sprawdzam jak powinno się korzystać ze sprzętów, jak powinniśmy się zachowywać w danym miejscu, jak układać zastawę stołową – po prostu interesuje mnie wszystko. Dlaczego? Odkryłam, że wiele nawyków wyniosłam z domu, uświadomił mi to mój mąż. On natomiast może pochwalić się zupełnie innym zestawem który też nie do końca był mi znany. Nie planuję zmieniać teraz wiele w naszym życiu, bo przyznam się szczerze, że tak jak jest – jest na wygodnie. Chodzi po prostu o samą wiedzę.

Chcę się z Tobą tym podzielić!

O niektórych sprawach wiedziałam, a zszokowały mojego męża. Były też takie elementy, które on robił dobrze, a ja nie przestrzegałam zasad który zostały ogólnie przyjęte jako zasady dobrego wychowania. I kto by pomyślał, ze on zwykłego papieru w toalecie się wszystko zaczęło, prawda?

Zacznijmy jednak od początku. Czym właściwie ten savoir-vivre jest? W wielkim skrócie „savoir” znaczy wiedzieć, a „vivre” – żyć, w wolnym tłumaczeniu możemy więc powiedzieć, że savoir-vivre to nic innego, jak wiedza o życiu, a już bardziej konkretnie – znajomość zasad dobrego wychowania. Dobre wychowanie swoją drogą, a wiedza którą zaraz posiądziesz to druga kwestia – dla mnie dość istotna, bo raz przeczytane, zostanie zapamiętane. Może część osób postara się zmienić nawyki. Jestem ciekawa, ile rzeczy robiliście niewłaściwie! Ja całą masę! 🙂

To kobieta podejmuje decyzję, czy podaję rękę mężczyźnie na powitanie. 

Jako nastolatka, młoda kobieta i w sumie teraz też… byłam przekonana, że to mężczyzna musi podać mi pierwszy dłoń. Gdy tego nie robił, nie witałam się wcale, odbierałam to jako sygnał to tego, że czuje się „wyższy” a tu proszę. Według zasad, to kobieta wybiera sposób przywitania (podanie ręki, skinienie głową, przytulenie) a mężczyzna musi przyjąć jej wybór i odpowiedzieć tym samym. Ważne jest też to, gdzie następuje spotkanie. Jeśli kobieta wchodzi do pomieszczenia, w którym znajduje się mężczyzna – powinien on wstać. Usiąść może dopiero w momencie, gdy kobieta zajmie swoje miejsce. Znacie mężczyzn, którzy stosują tą zasadę?

Nietaktem jest zostawienie śladu szminki na kieliszku.

Idąc na randkę, stoimy się wieki. Zakładamy najlepszą suknię, układamy włosy, na nogi wsuwamy szpilki a nasza twarz jest umalowana bardziej niż zwykle. Podkreślasz całość szminką, która uwydatnia kształt Twoich ust. Ale teraz słuchaj! Zamawiając wino, powinnaś pomadkę z ust zmyć, bądź usunąć nadmiar pomadki tak, by nie zostawić na kieliszku śladu do niej. Mało tego (tu nawiąże też do jedzenia, ale dotyczy to też wina) jedząc i pijąc nie nachylamy się nad talerzem. Plecy mają być oparte o krzesło – nakładamy na widelec i łyżkę maleńkie porcje i przesuwamy w stronę ust. Nie usta do jedzenia – tylko jedzenie do ust. Zapamiętaj! Ja się nachylałam jak staruszka zawsze, szkoda ciuchów pobrudzonych jedzeniem.

Nie ładuj serwetki pod kołnierz!

Jedząc posiłek w restauracji, serwetkę kładziemy na kolanach dopiero po przyjęciu zamówienia przez kelnera. W przypadku posiłku w domu u znajomych, robimy to dopiero wtedy, gdy serwetkę na kolanach położy gospodyni lub gospodarz. Co ważne, po położeniu na kolanach, serwetka powinna znajdować się lewą stroną do dołu. Wiem, że są osoby które pchają ją sobie pod szyję lub tworzą z nią jeszcze inne cuda. Serwetka ląduje na kolanach, by chronić nas (a raczej nasze ubranie) przed jedzeniem wg wyżej wymienionych zasad. Czyli bez odrywania pleców od krzesła. Ciężkie te zasady dobrego wychowania, co?

Płaci ten, kto zaprasza. 

Nie jest to obowiązkiem mężczyzny, tak samo jak całus w rękę. Pamiętam naszą pierwszą randkę – w sumie wyszła ona spontanicznie i była propozycją każdej strony jednak… on zapłacił za bilety, a ja za nachosy i cole (heloł! wiadomo, że bilety kosztują w środę 12 zł od osoby, a nachosy.. eh! szkoda gadać!) dobrze że wzięłam ze sobą jakiekolwiek pieniądze, bo byłoby niezręcznie. Rodzice wpajali mi, że za randki płaci mężczyzna – Danielowi mama powiedziała „teraz kobiety chcą niezależności, jak chce niech zapłaci” i wyszło jak wyszło. Ja już miałam w głowie że po tej randce więcej go nie zobaczę, czułam się zażenowana. Wyszło jak wyszło, ja nadal jestem złotówa i nadal płacimy pół na pół!

Nie dzwoń do mnie po 21!

Nie dlatego, że już śpię. Mam trójkę dzieci więc o jakim śnie Ty mówisz? Zasady dobrego wychowania mówią, że połączenia telefoniczne warto wykonywać od 8:00 do 21:00. Dobrze że nie od 6, do 22 jak przewiduje cisza nocna. Z jednej strony godziny są rozsądne – raczej nikt wtedy nie śpi (z wyjątkiem osób pracujących na zmiany) – nie będzie niezręcznie w momencie gdy kogoś obudzimy. Chociaż dla mojego męża nie ma tej zasady – dzwoni o 22:30 do kolegów w sobotę i dziwi się, że śpią. To też jest ciekawe: jeśli rozmowa została przerwana, bez względu na okoliczności, kontakt nawiązuje osoba która wykonywała połączenie. Przyznam się, ze nie raz nerwowo duszę zieloną słuchawkę w tym momencie by kolejny raz się połączyć. Okazuje się, że błędem jest to w momencie, gdy telefon wykonała osoba po drugiej stronie słuchawki. Wiedzieliście o tym?

Podoba Ci się ten wpis?
Chciałabyś poznać więcej takich zasad? 🙂 

Jestem ciekawa, czy wiedziałaś o wszystkich! 🙂

Blog - archiwum

Nasza firma ma już ROK!

15 kwietnia 2020

Aż trudno uwierzyć, że minął już rok. Dokładnie 1 kwietnia, 2019 roku poszliśmy do urzędu zarejestrować naszą działalność. Myśleliśmy o tym kroku bardzo długo, chociaż dla niektórych i tak czas rozmyślań, mógłby wydawać się krótki. Pierwsze pomysły pojawiły się 6 miesięcy przed realizacją, a dopiero w Prima Aprilis postanowiliśmy zrobić ten ważny dla nas krok. Ryzykowaliśmy trochę, jednak daliśmy sobie 12 miesięcy na to, by firma nie przynosiła strat, tylko zyski. 

Nie oczekiwaliśmy wiele, postanowiliśmy działać tak jak do tej pory, z tym że teraz mogliśmy wystawiać już faktury, co w naszej branży jest dość cenioną formą rozliczenia. Dzięki czemu, przyszło sporo nowych osób, a także udało się zaczepić o pracę etatową w formie współpracy B2B. Jest fajnie.

Pierwszą opcją było podjęcie ryzyka. 

Jednak nie nastawialiśmy się na wiele. Uznałam, że daję temu miejscu 12 miesięcy na to, by przestało przynosić straty a zaczęło wychodzić na zero, a w najlepszej opcji nawet na plus. To co zarobimy trzeba wydać na ZUS, urząd skarbowy, księgowego, firmę newsletterową, firmę kurierską i wiele wiele innych mniejszych czy większych spraw. Chodzi mi o to, że całkowity przychód to jedno, a dochód z tytułu naszej pracy to drugie. Chciałam, by dochód był zerowy bądź minimalnie na plus. Czy mi się to udało?

Czy żałuję tego co zrobiliśmy rok temu?

Podchodziłam do tego tak – mam zlecenia, mam doświadczenie, mam wiedzę, wiem czego chcę. Jak w 12 miesięcy nie uda mi się, to rezygnuje, zamykam działalność i idę do „normalnej” pracy na etacie w momencie gdy będzie to możliwe. Czyli… sama nie wiem kiedy, bo wiadomo jak to jest z dziećmi, brakiem miejsc w przedszkolu i brakiem perspektyw na pomoc babć – które sama nadal pracują. Byłam wiec silnie zmotywowana do tego, by plan się udał. Pracowałam przez ostatni rok jak szalona!

Koniec ciąży i niemowlak a firma?

Działalność otworzyliśmy 1 kwietnia a dokładnie 8 czerwca urodziłam Macieja. Siódmy miesiąc ciąży, zagrożenie przedwczesnego porodu, zakaz stresu, wysiłku i jakiejkolwiek aktywności a za plecami widmo upadku firmy. Kupiłam laptop i działałam z łóżka, było źle bo ciągle przysypiałam ale dałam radę. Po porodzie nie było łatwiej – baby blues, nawały pokarmu, niemowlak, dwójka starszaków… i ja sama. Mąż po 14 dniach wrócił do pracy a ja zostałam na polu bitwy. Z tym wszystkim i firmą, która potrzebowała mojej uwagi. Dałam radę.

Czy byłoby łatwiej w innym etapie życia?

Pewnie! Gdybym zaczęła za dwa lata, w momencie gdy Maciej zacznie przygodę przedszkolną miałabym 6-7-8 godzin dziennie na to, by rozwijać to miejsce czy pracować na etacie. Teraz mam okrojony czas i na etat poświęcam około 4 godzin dziennie a blog to poświęcanie wieczorów. Pisanie tekstów, odpisywanie na emaile, tworzenie kampanii i strategii. Jestem taka, że najczęściej tworzę prezentacje dla potencjalnych klientów co zajmuje mi sporo czasu – a oni nie zawsze wracają z ofertą. Jestem perfekcjonistką i niestety łapię się na tym, że w ten sposób wiele czasu poświęcam na z pozory błahe rzeczy. Jednak dla mnie są istotne i wiem, że kiedyś zostanie to docenione.

Co się zmieniło?

Od początku, przede wszystkim to, że pojęłam współpracę etatową – dzięki temu firma ma stałe źródło dochodu. Teraz, nawet gdy mamy ciężki okres jakim jest pandemia, ja mam stały przychód i mam z czego opłacić podstawowe rachunki. Współprac blogowych odpadło nam około 8. W jednym miesiącu 8 projektów to bardzo dużo! Wiadomo, że one są „zawieszone” i zostaną odblokowane gdy rynek się odmrozi jednak na tą chwilę ja nie mam z tytułu bloga absolutnie żadnych korzyści finansowych. Ba! Nawet sprzedaż sklepowa stanęła, zdarzają się pojedyncze zamówienia memory czy e-booków, jednak nie jest to na taką skalę, jaka była przedtem.

Czy zamykamy firmę?

Nie. Absolutnie wykonałam swoje zadanie w ciągu tych 12 miesięcy. Wiem, ile pracy kosztowało mnie by znaleźć się w tym miejscu, w którym jesteśmy teraz. Pomimo kryzysu, nasza firma działa, dla mnie to znak że odwalamy dobrą robotę. Gdybym jednak miała całkowity przestój i zerowe wpływy, nasza działalność mogłaby pozwolić sobie na 7-8 miesięcy działalności bez decyzji o likwidacji. W rok osiągnęłam troszkę więcej niż zakładałam, bo poza wyjściem na zero udało nam się wyjść na plus. Wiele biznesów nie może pochwalić się takim wynikiem – my możemy! 🙂

Stworzenie tego miejsca było jedną z lepszych decyzji w naszym życiu. 

Mam pracę którą uwielbiam.
Dzieci mają mamę w domu.
Ja mam dom (w miarę) pod kontrolą.

Jestem wdzięczna. Po prostu 🙂 
Dziękuję że jesteście!

Blog - archiwum

Co wprowadziło mnie znów na dobre tory? Sprawdź jak pokonałam zmęczenie!

7 kwietnia 2020

Wspominałam, o tym na naszych kanałach społecznościowych. Moje samopoczucie zmieniło się o 180 stopni, chociaż nie zmieniłam wiele w swoim życiu. Każdego dnia odkąd pamiętam, zasuwam na wysokich obrotach a zmęczenie powodowało, że złościłam się sama na siebie. Chciałam więcej, a mój organizm odmawiał współpracy ze mną, przez co wpadałam w błędne koło. Udało mi się z niego wydostać, za sprawą jednej rzeczy – zaraz Ci o niej opowiem. 

Odkąd pamiętam, działałam na dość wysokich obrotach. W liceum był jeszcze luz, po szkole, po weekendowej pracy nie miałam wiele obowiązków – to był ostatni czas, gdy po prostu nic nie robiłam, poza niezbędnym minimum. Do czas, aż zaszłam w ciąże. Miałam ostatni rok nauki w LO, plus niemowlaka obok siebie a do tego targnęłam się na siebie i… zapisałam na prawo jazdy. O losie! Ile ja wtedy miałam sił. Jakoś udawało mi się to wszystko pogodzić. Urodziła się Blanka, byłam bez pieniędzy, więc zajmowałam się dziećmi u nas w domu – najpierw jednym, później dwójką. 3 letni Antek, półroczna Blanka, 2 letnia Matylda i jej 2 miesięczna siostra Kornelia. Ta ostatnia gwiazda tak dała mi w kość, że do dziś chyba odsypiam wszystkie nerwy stracone w tamtym czasie. Była urocza, naprawdę słodka – jednak słodycz to jedno, a płacz 24 h to drugie. Wysiadłam, zrezygnowałam, szukałam innych opcji. Zostałam nianią weekendową – czasem popołudniową. Wykorzystałam do pomocy babcię od strony taty i popołudniami jeździłam do żłobka, a weekendami, gdy dzieci jechały do swojego taty – zajmowałam się innym maluszkiem, by rodzice mieli czas dla siebie. W sensie… co drugi weekend.

Później poznałam Daniela.

Moje życie polegało wtedy na blogowaniu, bo z pracy niani musiałam zrezygnować – przeprowadziliśmy się do mojego rodzinnego miasta. Ładnie szło, jednak chciałam więcej, gdy Blanka poszła do przedszkola. Zaczęłam pracę w kawiarni i była to jedna z fajniejszych przygód w moim życiu – nie trwała długo – 4-5 a może 6 miesięcy? Niestety Blanka i Antek sporo chorowali, dlatego zdecydowaliśmy się na to, że zostanę jeszcze w domu. Blog wrócił do łask, ale doszło też organizowanie naszego wesela i… staranie się o Maciusia. Udało się w tym samym czasie! W sensie, podczas naszego ślubu byłam w 8 tygodniu ciąży – bajka, idealnie.

Ciąża dała mi w kość.

Nie jadłam, spałam, byłam ciągle zmęczona. Rozchodziło mi się spojenie, puchły mi nogi, wyszły hemoroidy, twarz wyglądała jakby mnie stado mrówek pogryzło… było źle, a do tego pracowałam cały czas, aż do dnia porodu. Urodziłam zdrowego chłopca, który nie spał i nadal nie śpi. Podjęłam pracę na etacie, działam na blogu, pracuję jako copywriter, wydaję swoje produkty.. ah! Jednym słowem nie mam kiedy odpocząć, więc mam prawo być zmęczona. Niestety nie mogę pozwolić sobie na to, by spać ciągiem 7-8 godzin, odpocząć w ciągu dnia i jeszcze pilnować zdrowej diety czy ćwiczyć. Po prostu nie, wyciskam już i tak za dużo w ciągu dnia.

Był taki czas, że w ciągu dnia mój mózg przestał działać. Po prostu nie mogłam wymyślić jednego prostego zdania – plątało mi się wszystko, a „góra” oczekiwała wyników i efektów. Wtedy uznałam, że muszę coś zmienić, bo dłużej tak nie pociągnę. Wcześniejsze argumenty męża, żebym zwolniła, bo padam szybciej od dzieci nie były wystarczające. Lubię pęd, jednak mój organizm już się buntował. Co zrobiłam?

Poszłam na badania!

Zrobiłam sobie podstawowe badania. Wykupiłam komplet w laboratorium plus sprawdziłam stężenie witamin w moim organizmie. Wyników nie konsultowałam sama, poprosiłam o to specjalistę i poznałam powód. To nie było zmęczenie spowodowane tym, że mam za dużo na głowie (chociaż miało na to wpływ)… powodem był niedobór magnezu i witamin z kompleksu B – rozumiecie? Tak niewiele, a dawało mi tak duże sygnały ostrzegawcze.

Kupiłam w aptece to, co polecił specjalista i jestem jak nowo narodzona. Serio! Nie śpię nadal, na głowie mam jeszcze więcej niż przedtem – bo teraz do tego wszystkiego doszła opieka nad dziećmi 24 h (wiadomo, szkoły zamknięte) i nauczanie zdalne dwójki, z trójki moich pociech. Teraz padam na twarz o 22-23, nie o 19. Zdarzy mi się jedna drzemka na dwa tygodnie, nie kazdego dnia. Nie ziewam co 30 minut, nie mam problemów z koncentracją, nie wypadają mi włosy, nie łamią paznokcie i… jestem inna po prostu.

Jakbym wiedziała wcześniej, już dawno zdecydowałabym się na taki krok. 
Odkryłam w ten sposób, co mi dolega.
Robisz sobie takie badania kontrolnie co jakiś czas?
Dla mnie teraz, to już obowiązek, którego będę pilnowała!

 

Blog - archiwum

9 stron które pomogą Twojemu dziecku w nauce.

6 kwietnia 2020

Pytałam się Dziś celowo o to, czy ucząc się zdalnie z dziećmi w domu robicie tylko niezbędne minimum, czy szalejecie i wykonujecie jakieś zadania dodatkowe. Nie tylko dotyczące podstawowych przedmiotów jak matematyka czy język polski, ale także plastyki, wychowania fizycznego czy chociażby angielskiego. 

Doskonale zdaję sobie sprawę z kilku rzeczy. Po pierwsze, nie wszyscy mamy czas na to, by 5-6-7 czy 8 godzin siedzieć z naszymi maluchami nad książka i uczyć tego, co należy do kompetencji nauczycieli. Wszyscy starają się jak mogą – rodzice, nauczyciele i same dzieci. Nie jest łatwo nikomu, a winę zwalają wszyscy na siebie. Rodzice na nauczycieli (w tym ja, jednak nie w większości, a w konkretnych przypadkach, uważam że powinni dać z siebie więcej) a nauczyciele na rodziców (tłumacząc się tym, że „teraz niech zobaczą ile robimy dla ich dzieci” – tak, tylko to jest zawód – wyuczony i świadomie wybrany, więc nie rozumiem zażaleń) a kto na tym najbardziej cierpi? Dzieci.

To dla nich robimy to wszystko. 

To oni mają teraz problem z materiałem, myślą o testach o egzaminach i o tym, czy dostaną się do wymarzonej szkoły (chodzi o dzieci, ze starszych roczników) póki co, nas ten temat nie dotyczy – całe szczęście. Pomogę więc rodzicom dzieci w wieku mojego Antka. Chociaż z tego co patrzyłam, niektóre z tych stron mają zadania tez dla straszaków, więc warto zerknąć.

Mój mąż pracuje, ja także mam etat do wyrobienia, dlatego nie mamy całego dnia na to, by pomagać Antkowi gonić materiał. Dostało mi się już kilka razy od mamusiek za to, jednak nadal głośno krzyczę – nie mam czasu na dodatkowe lekcje dla mojego dziecka. Nie mam, po prostu. Oboje pracujemy i wcale nie oznacza to tego, że nie kochamy naszych dzieci – wręcz przeciwnie, robimy to dla nich. Wykonuję minimum jakie trzeba wykonać od szkoły, a następnie podaję kredki, kartki, farbki, plastelinę i mają godzinę plastyczną. Włącze im YT – mają 30 minut wychowania fizycznego. Puszczę bajki po angielsku na Netflixie – i o dziwo, już zaczynają rozumieć większość dialogów. A na koniec, podaję laptop i daję do wykonania kilka zadań z jednej z wymienionych niżej stron. Codziennie inna – inny temat, inny przedmiot.

Linki do stron.

Bez zbędnego rozpisywania się, podaję nazwy stron z których my korzystamy kazdego dnia. Do niczego nie potrzebuje mojej pomocy. Rozwiązuje sam, popełnia błędy jednak uczy się na nich i kolejny raz już on się nie pojawia. Nie przychodzi do mnie co 2 minuty, z pytaniem jak to zrobić, bo wie… że ma prawo się pomylić. W szkole tego przywileju nie ma, bo jest oceniany. Ja nie oceniam, daję wolną rękę i widzę postępy 🙂

Klikając na nazwę strony zostaniecie przekierowani do portalu 🙂 
Udanej nauki!

SuperKid

Pistacja

Zdobywcy Wiedzy

Szalone Liczby

Pisupisu

Matzoo

Macmillan

Polskie Radio Dzieciom

 

E-podręczniki

 

Blog - archiwum

Przeceniłam wszystko w naszym sklepie bo planuję nowości!

2 kwietnia 2020

Nawijam o tym już od dłuższego czasu, nie bez powodu. Chociaż początkowo był jeden plan – by wprowadzić coś nowego, muszę pozbyć się starego. Z jednej strony, muszę zrobić miejsce w naszym „magazynie” – czytaj dalej, szafie w salonie. A z drugiej strony, to, że produkt na stronie kosztuje 12 zł – oznacza że ja wydaję na to około 4-5 tysięcy. Dlaczego?

Wydanie swoich produktów jest drogie.

Przejście przez wszystkie etapy produkcji to na każdym kroku ładowanie pieniędzy w coś innego. A to ilustrator, korekta, skład, drukarnia, a z drugiej strony – kartony, naklejki, paczki, sznurki by to wszystko ładnie zapakować i wysłać. Ty widzisz produkt za 12 złotych, ja widzę dużo więcej, bo przeszłam przez ten etap nie raz, nie dwa – a tyle razy, ile produktów jest w sklepie. Aktualnie ceny w sklepie są niższe niż koszt produkcji tych produktów. Muszę jednak uporządkować wszystko, by wstawić coś nowego na stronę.

Ja wiem, że wiele z nas martwi się teraz o swoje posady. Mamy kryzys, z którego wyjście będzie długie i bolesne dla wielu. Państwo nie pomaga, więc pracodawcy robią to, czego nie chcieli. Zwalniają ludzi i zamykają firmy. Domyślam się, że wiele z Was martwi się o to, co będzie, jak sobie poradzicie finansowo – my mamy dokładnie to samo. Wyprzedaż ni jak ma się do aktualnej sytuacji, bo obawiacie się o jutro. Po co Ci moje produkty w dobie kryzysu prawda?

Wspieramy lokalne, małe biznesy.

By ludzie mieli pracy, by rynek jednak nie do końca ucierpiał. Kupujemy produkty, świadcząc przysługi. Może nie powinnam, ale proszę Cię też o to, byś pomogła nam. Nawet jeśli nie chcesz bądź nie możesz kupić, zrób coś za darmo – udostępnij link do sklepu, zachęć znajomego, napisz komentarz – te wszystkie ingerencje pomagają nam dotrzeć do potencjalnych odbiorców.

Poza brakiem sprzedaży, mamy też przestoje z wpisami blogowymi – odwołanych mamy sporo zleceń, przez co nie jesteśmy w stanie wykonać normy miesięcznej. Nie martwię się jednak, mamy firmowe oszczędności, zacznę panikować za miesiąc – dwa, jednak po cichu liczę że sytuacja do tego czasu się uspokoi. Że wszystko wróci do normy.

Opowiem Ci teraz o naszych produktach, bo może jeszcze niektórych nie znasz. Zajączek, to idealna okazja, by podarować coś od nas komuś w prezencie!

Gra memory!

Przedział wiekowy to 3+ do… brak limitów. Prawda jest jednak taka, że młodsze dzieci też ogarną. A starsze? Blanka ma rocznikowo 5 lat, Antoni ma 9 lat, gdy połączę im oba zestawy i gramy powiększoną ilością kart, zabawa jest super. Mniejszą ilością, być może by się nudzili, gra kończyłaby się za szybko – jednak łącząc je jest super. Fajna jest też opcja nazywania śmiesznych rysunków, czy nazw zwierząt na kafelkach. Jedno memory przygotowały dzieci, dla innych dzieci, drugie dorośli – ze zwierzątkami w swoim naturalnym środowisku. Nie bajkowe, nie realne, ale takie idealnie wypośrodkowane!

Tu mamy link do memory w zestawie – KLIK

Tu mamy link do memory zwierzątek – KLIK

Tu mamy link do memory dzieci dla dzieci – KLIK

Dalej, mamy nasze cudowne plannery!

Ilość jest już mocno ograniczona. Nie chcę teraz skłamać, ale około 20 sztuk z każdego rodzaju zostało w naszym „magazynie”. Co wyróżnia nas, na tle innych?

  • twarda oprawa w formacie B5

  • miejsce na najważniejsze aktywności dzienne

  • zakładka przypominająca o piciu wody

  • miejsce na zaplanowanie menu

  • lista zakupów

  • zakładka przypominającą o tym, że jesteś ważna i codziennie powinnaś zrobić coś dla siebie

  • brak dat, dlatego planowanie i organizację swojego życia możesz rozpocząć w każdym momencie roku

  • 12 kart miesięcznych

  • gruby papier, dzięki czemu unikniesz przebić tuszu 90g

  • cudowna okładka

To mało? Dla mnie sam papier o gramaturze 90mg plus okładka jaką mamy to strzał w 10! Format także jest nieprzypadkowy – planner jest naprawdę bardzo solidny, a dzienny swoje waży. Gwarantuję Ci, że planowanie w nim swojego czasu będzie tym, czego potrzebujesz. Mówię to ja – mama trójki, na etacie, posiadająca firmę, bez pomocy niań i innych osób każdego dnia. Robię swoje, dzięki temu, że planuję. Nauczę Cię planować, chcesz? Aktualnie ich cena jest po prostu śmieszna 🙂

Tu jest link do plannera dziennego – KLIK

Tu jest link do plannera tygodniowego – KLIK

Idąc dalej, mamy coś dla mam, które nie mają czasu!

Nie wiedzą w co ręce włożyć. Nie mają nikogo do pomocy, a zająć się dzieckiem trzeba, dom ogarnąć – wypada, a obiad – chciałoby się zjeść. Rozumiem Cię doskonale! Dlatego teraz, za 12.00 zł (zestaw) i 7.00 zł pojedyncze egzemplarze kupisz u nas ebooki. Jeden typowo obiadowy, drugi z deserami. Każdy z nich zawiera 29 przepisów, dlatego za 12 zł masz ich aż 58. Są szybkie, łatwe i ze składników które znajdziesz nawet w osiedlowym sklepiku. Bez biegania, bez szukania, bez kombinowania. Mało produktów, mało czasu a smak wspaniały. Dodam, że są to obiady oraz desery którymi zajada się cała nasza rodzina, bez wyjątku – dzieci także.

Nie marnuj czasu na stanie w kuchni.
Podpowiadam Ci, jak gotować szybko i pysznie 🙂

Tu link do ebooków w zestawie – KLIK

Tu link do ebooka obiadowego – KLIK

Tu link do ebooka deserowego – KLIK

Zerknij do naszego sklepu, są tam jeszcze EKO torby w różnych kolorach za 2.90, kołonotatniki oraz plannery do druku – miesięczny tygodniowy oraz… ŚLUBNY!. Dla każdego coś miłego 🙂

Będę Ci ogromnie wdzięczna za pomoc.
Za udostępnienie, zakupy, za miłe słowo 🙂 
Musimy się wspierać, tylko razem damy radę!

Blog - archiwum

Zrób to sam – domowa chałka! Smaki dzieciństwa.

30 marca 2020

Wiem, że czas który aktualnie mamy nie sprzyja nikomu. Nasze nastroje są, delikatnie mówiąc, słabe. Dla wielu jest to czas biegania za wszystkim – za pracą, za nauką zdalną, za jedzeniem. Nie macie chwili by usiąść, i ja to w pełni rozumiem i jestem całym serduchem z takimi rodzicami. 

Jednak gdy znajdziesz chwilkę, by spędzić spokojnie czas z dziećmi, bądź zajmie się nimi mąż a Ciebie relaksuje przebywanie w kuchni przybywam z przepisem na pyszną, domową chałkę. Moje dzieci ją kochają, często kupowałam ją w osiedlowej piekarni, jednak teraz staramy się nawet wizyty w tym miejscu ograniczać do minimum i kupujemy pieczywo raz w tygodniu. Kombinowałam, próbowałam i znalazłam… przepis jak dla nas idealny. Co prawda w przepisie jest mniej kruszonki – według oryginalnego proporcje są połowę mniejsze. Dla nas najlepsza jest właśnie ona – dlatego będzie jej cała góra. Jeśli jesteś łasuchem jak my, koniecznie zrób z proporcji które Ci podałam.

Co potrzebujemy?

700 g mąki typu 450
3 jajka
200 g cukru
30 g świeżych drożdży
100 g masła
150 ml ciepłego mleka

W ciepłym mleku rozrobić drożdże z łyżką cukru, odstawić na 10 minut. Pozostały cukier wymieszać z mąką. Dodać jajka, roztopione i wystudzone masło i porośnięty zaczyn. Wyrobić gładkie ciasto, podsypując mąką. Odstawić pod przykryciem w ciepłe miejsce na 15 minut. Wyrobić ponownie, podzielić na trzy części, z każdej uformować wałek, skleić wszystkie na końcu i zapleść w warkocz. Końcówki podwinąć pod spód. Odstawić w ciepłe miejsce na 30 minut. Przed pieczeniem posmarować roztrzepanym jajkiem i posypać kruszonką.
Pieczemy w 180 stopniach 40 minut

Kruszonka

200 g mąki
100 g cukru
100 g masła

Cukier wymieszać z mąką. Dodać masło, 10 minut wcześniej wyjęte z lodówki. Rozcierać do momentu uzyskania kruszonki.

Smacznego!

 

Nasz Instagram