Śledź nas na:
All Posts By

pierwsze-kroki

Blog - archiwum

Co zmieniły w moim życiu dzieci? Czy żałuję że wszystko tak się zmieniło?

21 listopada 2019

Mamą jestem od ośmiu lat. Gdyby policzyć też okres ciąży, to bliżej już do 9. Tak naprawdę nie pamiętam już swojego życia przed urodzeniem dzieci. Ostatnio nawet z mężem rozmawialiśmy o tym, że wcześniej chyba mieliśmy nudne życie. Bo po pracy/szkole czy innych obowiązkach nie robiliśmy nic… mogliśmy iść spać o której chcieliśmy, mogliśmy włączyć film jaki chcieliśmy i kiedy mieliśmy tylko na to ochotę. Mogliśmy robić to, na co mieliśmy ochotę. 

Teraz też możemy, jednak logistycznie jest to trochę trudniej ogarnąć. Mamy trójkę dzieci a nasi znajomi i rodzina, którzy nie mają dzieci, nie potrafią zrozumieć że auto musimy zapakować jak na wakacje wyjeżdżając na kawę. Wolimy spotkać się z kimś u nas, bo logistycznie jest to łatwiejsze do ogarnięcia. Oni pakują siebie i jadą. My musimy pomyśleć o sobie, dzieciach, psie, wózku, pampersach, jedzeniu, piciu, ciuchach na zmianę. W aucie też nie jest lekko, przypominające co pięć minut głosiki „mamooo daleko jeszcze, ile jeszcze pojedziemy” a jeszcze płacz Maciej, gdy tylko wyczuje że jadę sama, bez męża – skutecznie odstrasza mnie od wejścia do auta. Gdy mam to zrobić, milion razy zastanawiam się czy muszę.

To pierwsza rzecz którą zmieniły. 

Jakość podróżowania. Nie ma już spontanicznych wypadów, szalonych wyjść nocnych i takiej chęci by gdziekolwiek wyjechać. Uwielbiamy spotykać się ze znajomymi, ale tylko wtedy gdy oni przychodzą do nas, albo gdy jedziemy sami, bez dzieci. Ta logistyka nas przytłacza i zniechęca do wszystkiego. A niech tylko ktoś czegoś zapomni. Pampersy zostały w domu, a tam w okolicy nie ma żadnego sklepu – wojna stulecia, rozumiesz co wtedy się dzieje w małżeństwie jeśli masz dzieci. Kupiliśmy większe auto, bo w nasze stare ciężko było się spakować. Nie wiem jeszcze jak uda nam się wjechać na wakacje, skoro teraz zwykłe wyjście do babci to pełen bagażnik. Jest ciekawie!

Dalej mamy jedzenie…

Od ośmiu lat nie patrzę na to co jem. Tzn staram się, ale nie mam na to czasu. Jem w biegu, szybko… korzystam z wolnej chwili gdy dzieci śpią czy zajmują się sobą i jem bądź piję ciepłą kawę. Tego akurat nawet nie rozumie mój mąż, ale on nie został z nimi sam na sam dłużej niż trwa wizyta u lekarza czy wypad do sklepu – nie zdążył więc zgłodnieć nigdy, zostając sam z całą ekipą. Przychodząc z pracy, je obiad, myje się i dopiero wtedy zajmuje się domem i dziećmi – nie musi robić wszystkiego na raz. Nie lubię jeść, gdy mam dziecko na ręce. Maciej nie śpi prawie wcale w dzień, więc moje posiłki to jedna wielka walka z czasem. W spokoju jadam kolację – gdy oddaje dzieci ich tatusiowi a sama w ciszy i spokoju jem ten jeden posiłek w ciągu dnia. Kawę jeszcze wypiję ciepłą, bo na te 3 minuty Maciej da się odłożyć na matę. Nauczyłam się jeść szybciej odkąd mam dzieci, nawet mając czas nie zwalniam.

Nie jestem perfekcyjna tylko praktyczna. 

Nie ma już u nas w domu miejsca na perfekcjonizm. Nie biegam z mopem pół dnia, nie myję okien co miesiąc, nie czyszczę toalety co dwa dni. Nie mam na to czasu – a każdy sprzęt, który może ułatwić mi życie powoli zostaje wniesiony do naszego domu. Zaczęliśmy od zmywarki i piekarnika. Nie zmywam, a obiady wrzucam do pieca i robią się same. Dalej odkurzacz – najpierw zwykły, na kablu zamieniłam na taki „do rączki”, a teraz jeszcze doszła Grażynka, która dwa razy dziennie odkurza nam całe mieszkanie. Mało mi było, więc kupiliśmy jeszcze suszarkę. Jeszcze coś do okien i urządzenie typu thermomix i myślę że powiem pas, resztę ogarnę. Nie prasuję już ciuchów, a wcześniej nawet majtki musiały przejść przez żelazko. Odpuściłam w wielu kwestiach, których wcześniej odpuścić nie umiałam.

Dały mi radości więcej. 

Myślałam że jestem realistką, w sumie chyba nią byłam przez większość życia. Dzieci nauczyły mnie marzyć, cieszyć się i spełniać te swoje plany. Niektóre są kompletnie nierealne, a mój mąż słysząc je – łapie się za głowę. Ale to co, nie ważne. Kiedyś ich nie miałam i żyłam z dnia na dzień. Moje dzieci nauczyły mnie, że takie cele warto mieć. Warto się starać, odkładać, zbierać, kombinować by osiągnąć cel. Dzięki temu pewnie mam teraz to, co mam. Moje podejście do życia się zmieniło, bo pojawiły się dzieci. Nie żyję już dniem. Myślę o tym, co będzie jutro. Spełniam te marzenia nie tylko dla siebie, ale też dla nich.

Nie marnuję czasu.

Pamiętam te leniwe sobotnie poranki. Ten stan, gdy z łóżka wstawałam po 12, by coś zjeść i znów wrócić pod ciepłą kołderkę. To minęło, przepadło i nie wróci. Teraz chcę spać a nie mogę, gdy oni się wyprowadzą, będę mogła ale już chęci nie takie. Widzę po swoich rodzicach, sąsiadach i innych starszych osobach – im człowiek starszy, tym mniej snu potrzebuje. Od rana funkcjonujemy na najwyższych obrotach, bo śniadanie, pies, ubieranie, mycie, szykowanie. Dalej przewijanie, gotowanie, pranie, sprzątanie. Później spacer, zakupy, praca, nauka. Wieczorem kąpiele, kolacja, usypianie, sprzątanie. Nie ma chwili by usiąść. Nauczyłam się nie marnować ani chwili w ciągu dnia. Od samego rana jestem na najwyższych obrotach i dopiero po 21/22, gdy dzieci już śpią i dom jest jako tako ogarnięty, mogę usiąść i godzinę odpocząć. Przy serialu i herbacie.

Nauczyły mnie troski o innych.

Wcześniej, jak prawie każda nastolatka widziałam głównie czubek własnego nosa. Życie spowodowało, że w wieku 18 lat miałam już dziecko – miałam małego człowieka, który był uzależniony ode mnie. To w moich rękach leżał jego los. Nauczyłam się takiej wrażliwości, wiedziałam że nie każdy jest w stanie sobie sam w życiu poradzić i zdarza się tak, że potrzebuje pomocy. Niemowlaki, dzieci, osoby starsze czy ludzie chorzy. Stałam się wrażliwa na krzywdę i potrzeby innych ludzi. Regularnie wspieram akcje charytatywne i zbiórki. Moje produkty przekazuję na licytacje dla ludzi chorych. Udostępniam info na swoich profilach i sama organizuję zbiórki pieniędzy na takie cele. Odnalazłam radość w pomaganiu innych i chcę więcej, dlatego wydaję ebooka, który pomoże nastoletnim mamom stawać na nogi.

Moje ciało zmieniły. 

Bo nie tylko zachowanie można zmienić, ale też ciało. Moim zdaniem jest okropne, jest go dużo. Ma masę rozstępów i cellulitu a moje BMI wskazuje na nadwagę. W całym swoim życiu nie miałam nadwagi, a teraz się ona pojawiła i psychicznie nie umiem sobie z tym poradzić. Tym bardziej, że sił brakuje mi na ćwiczenia a czasu na zdrowe jedzenie. Nie chcę rad w stylu – czas się znajdzie, wystarczą chęci. Wierzyłam w to, przy dwójce dzieci i pracy na etacie. Przy trójce i własnej firmie już nie ma na to najmniejszych szans. Chociaż nie.. jest szansa o 23, ale wtedy padam na twarz a moje siły się równe 0!

A co u Ciebie zmieniły dzieci? 🙂

Blog - archiwum

Jestem na urlopie macierzyńskim – czy tak właśnie powinien wyglądać URLOP?

20 listopada 2019

Chciałam Ci dziś opisać dwie zupełnie różne sytuacje – takie z pozoru podobne, bo nazwa na to wskazuje. Jednak różną się one od siebie bardzo mocno – dziwi mnie więc fakt nazewnictwa niektórych rzeczy, które kompletnie mijają się z rzeczywistością. Jak zatem powinno się to wszystko nazywać? Czy drugi człon aż tak bardzo może zmienić znaczenie?

Sytuacja numer jeden!

Zarezerwowałaś właśnie wakacje w jakimś zagranicznym kurorcie. Otrzymałaś zgodę od szefa na urlop i dokładnie tego dnia wyjedziesz. Kilka godzin wcześniej spakujesz walizki i zrelaksujesz się na kanapie przed telewizorem. Odpoczniesz. Musisz się wyspać, bo podróż która Cię czeka może być męcząca. Wstajesz godzinę przed odprawą, myjesz się, ubierasz, jesz śniadanie i wychodzisz. Na miejscu już spotykasz się ze znajomymi i zaczynacie się bawić.

W samolocie jest już wesoło. Słychać tylko radosne okrzyki Twoje i Twoich przyjaciół. Na miejscu już, gdy odbierzesz klucze do pokoju, szybko zmieniasz ubranie i biegniesz na basen chwytając drinka w rękę. Odpoczywasz, relaksujesz się i napawasz słońcem, muzyką i pysznym napojem. Regenerujesz siły bo wieczorem czeka Cię impreza. Zabawa do białego rana. Wrócisz rano, gdy słońce wschodzić. Położysz się spać, by znów około 12 wyjść z pokoju i się bawić.

Zwiedzasz, śpisz, bawisz się, relaksujesz, odpoczywasz, jesz i pijesz, by za chwilę znów robić to samo. Nie gotujesz, nie sprzątasz i masz wszystko w nosie. To się nazywa prawdziwe wakacje – to jest urlop.

Teraz sytuacja numer dwa!

Nigdy nie wiesz kiedy ten urlop się zacznie, to prawie tak, jak szukanie wakacji lat minute. Jedna wielka niespodzianka. Nie uprzedzisz nikogo o swoich planach, bo sama ich nie znasz. Walizki masz co prawda spakowane już kilka tygodni wcześniej, ale pięć razy zdążysz je przepakować, bo pogoda się zmieni i to, co by pasowała w kwietniu, w czerwcu już nie koniecznie. Gdy już nadejdzie dzień wyjazdu – nie masz czasu na mycie, śniadanie, kawkę – lecisz dokładnie tak, jak stoisz. Na miejscu spotykasz obcych ludzi, śmiesznie nie jest wcale.

Gdy już masz ten pierwszy dzień urlopu, nie śpisz, nie jesz i się nie myjesz. Zaśniesz rano, gdy słońca zacznie wschodzić wykończona całonocnym karmieniem. Łóżka jakieś niewygodne, jedzenie takie sobie a do tego co kilka chwil ktoś wchodzi i Cię budzi. Bo obiad, bo temperatura, bo obchód… i miliony innych przerywaczy odpoczynku. Wakacje w szpitalu się kończą, wracasz do domu – i w tym momencie zaczynasz prawdziwy roczny urlop.

Z masą pampersów, z gotowaniem obiadków, ze sprzątaniem. Do tego wszystko Cię boli, nie śpisz i tylko zastanawiasz się, czy jesteś w tym wszystkim dobra. Czy szef, który nic Ci nie mówi, a wymaga wiele – jest zadowolony? Urlop z szefem 24 godziny na dobę, nawet w toalecie.

URLOP.

Wiem że drugi człon zmienia wiele. Macierzyński i wypoczynkowy. Ja wiem, że bycie mamą jest piękne, ale naprawdę nazywanie tego urlopem doprowadza mnie ostatnio do nerwicy. Koło urlopu wcale to nie stało, a praca na etacie zmienia się w coś, do czego chętnie byś wróciła. Wyjść z domu, do ludzi, do ludzi którzy potrafią skorzystać z WC, najeść się i śpią w nocy… w sumie tyle by mi wystarczyło.

Ja wiem, że to tylko nazewnictwo.

Jednak słowo urlop kojarzy się wielu z dniem wolnym – jednak macierzyństwo zdecydowanie takim dniem nie jest. 

Blog - archiwum

Nasze memory dla dzieci – słów kilka o memory „dzieci dla dzieci” oraz memory zwierzęta „moje memory”

19 listopada 2019

Jeszcze rok temu, będąc w ciąży o której nie do końca jeszcze wiedziałam, oraz organizując nasz ślub i wesele nie wiedziałam że nasze życie się tak zmieni. Ledwo co kupiliśmy działkę, udało się zajść w ciąże, wzięliśmy ten ślub i… otworzyliśmy firmę. Urodził się Maciuś, czasu jakby mniej zostało – ale nadal pięknie to miejsce nam się rozwija. Troszkę wolniej niż sobie to zaplanowałam, ale papirologia – ludzie – i kasa lekko mnie przywołały do pionu. Nadal bujam w obłokach za kolejnymi produktami, jednak już nieco stabilniej i przede wszystkim cieszę się z tego co mamy. Bo udało nam się od kwietnia tego roku zdziałać naprawdę dużo. 

Był już planner, notatnik i ebook.

I szczerze powiem, że najbardziej byłam zaskoczona sprzedażą ebooków – myślałam że sprzedam 3 sztuki i kupi je sama rodzina. Udało się sprzedać dokładnie 73 sztuki – słuchajcie, jak na początek tworzenia własnego miejsca i fakt, że ebook zrobiłam zupełnie sama – ten wynik jest dla mnie bardzo zadowalający. Dzięki sprzedaży jednych produktów mam możliwości tworzyć kolejne. Ebook pozwolił mi zainwestować dalej pieniążki w memory.

A teraz już do sedna!

Bo właśnie o to memory nam się tu rozchodzi. Nie mogłam odpuścić i stworzyłam od razu dwa różne – kupując je w zestawie możemy naprawdę fajnie oszczędzić. Dzięki ciężkiej pracy, bo inaczej nie umiem tego nazwać udało się (w sumie tylko mąż wie, ile czasu dziennie potrzebuję na to wszystko). Pierwsze memory to memory zwierzęta. Bardzo chciałam produkt, który nie pokazuje aż za bardzo przerysowanych zwierząt. Często mamy własnie takie rysunki na produktach dla dzieci. Z drugiej strony, nie chciałam też takich mocno naturalnych. Sama nie umiałam doprecyzować mojej ilustratorce o co mi chodzi, ale po pierwszym rysunku jaki od niej otrzymałam wiedziałam że jest najlepsza. Stworzyła dokładnie taki projekt, jaki miałam w głowie. Jestem z tego strasznie dumna!

Drugie memory to praca dzieci. Grafik pomógł nam nanieść to tylko na makietę do druku. No i stworzył pudełko – sama bym kompletnie tego nie potrafiła zrobić. Obrazki rysowały moje dzieci, kuzynki, dzieci moich czytelników i sąsiadka. To były super chwile bo udało mi się połączyć pracę z macierzyństwem! Moje dzieciaki były zachwycone taką możliwością i wierzę, że dzieci które działały z tymi obrazkami czują satysfakcję z tego, że mają grę którą tworzyły w ręce. Osobiście twierdzę, że coś co tworzą dzieci – spodoba się innym dzieciom, dlatego jest to jeden z naszych flagowych produktów!

Co nas wyróżnia?

Własnie to, że obrazki tworzone są przez dzieci. Nie było narzucania tematu, nie było wyrzucania rysunków do śmieci i wybierania „tych najpiękniejszych”. Dla każdego dziecka coś innego jest wyjątkowe. Obiecałam im, że nieważne co narysują – trafi to do gry. Tym sposobem znajduje się tam rysunek lisa, węża a przy okazji obok „kapitana majtasa” czy bliżej nie określone rysunki. Nie wnikałam głębiej.

Z czego składa się zestaw?

Zestaw składa się z pudełka oraz 15 par rysunków. Daje to łącznie 30 kartoników o wymiarach 60 mm x 60 mm. Wymiary są w zupełności wystarczające. My już jesteśmy po pierwszym testowaniu i jesteśmy zachwyceni. Przez fakt, że niektóre rysunki są do siebie podobne – jest momentami trudno. Dla starszych dzieci, polecam nawet korzystać od razu z dwóch zestawów – połączenie ich daje aż 30 par – czyli 60 kartoników do odszukania! Zabawy jest cała masa!

Ile sztuk mam i ile jeszcze zostało!

Zamówiłam 400 sztuk. Czyli 200 sztuk gry memory „dzieci dla dzieci” oraz 200 sztuk gry memory zwierzęta „moje memory”. W kolejnym podpunkcie zdradzam ile jeszcze mam!

Dlaczego miało być 200 a przyszło w dwóch turach?

Jako prefekcjonistka, musiałam odesłać 123 sztuki „moje memory” oraz 86 sztuk „dzieci dla dzieci” bo miały drobne wady. Może większość osób by ich nie zobaczyła, ale mnie raziły po oczach i nie wyobrażam sobie, że mogłabym komuś wcisnąć taki szit! Drukarnia podjęła się reklamacji i już tworzą dla mnie nowe! Zostało mi dokładnie teraz 39 sztuk „moje memory” oraz 78 sztuk „dzieci dla dzieci”. Gdy dojdzie reklamacja – wrzucę je na stronę od razu!

Jaka jest cena i dlaczego taka?

Cena aktualnie za jeden to 18,90 a za komplet 33.90 – co daje 16,95 za sztukę. Powiem szczerze, że aktualnie nie zarabiam na tym prawie nic. odliczając podatki, vaty i wszystko inne wychodzę na delikatny plus – ale tak chciałam przy promocji. Za moment ceny wzrosną do 24,90 za sztukę oraz 39,90 za dwie sztuki. Moim zdaniem fakt, że zmieściłam się w cenie 17 zł za sztukę to ogromny sukces. Nie jest łatwo wyprodukować coś takiego, na całość składa się masa mniejszych wydatków o których nie każdy ma pojęcie. Zaczynając od grafika, przez drukarnie, kończąc na prowizji przelewów – jest co do siebie dodawać.

Gdzie można je kupić?

Tylko i wyłącznie w naszym sklepie! Wystawiłam też aukcje allegro oraz OLX – ceny tam jednak są takie same jak na stronie.

Bardzo dziękuję za wszystkie zakupy!
Prowadzenie tego miejsca sprawia mi ogromną radość!

Blog - archiwum

Czy każdy ojciec to leń śmierdzący i kolejne dziecko dla kobiety?

18 listopada 2019

Doświadczeń z facetami nie posiadam zbyt wiele. Męża mam jednego i zmieniać go nie planuję, jednak nie-męża miałam i dwójkę dzieci z nim mam. Czyli takie dłuższe związki na moim koncie mogę zliczyć na palcach jednej ręki. Mimo wszystko wiele w życiu widziałam, wiele przeżyłam i jeszcze więcej się przez to nauczyłam. Biorąc ślub wiedziałam z kim chcę dzielić resztę życia, czego wymagam od drugiej połówki a na co jestem w stanie przymknąć oko. 

Podsumowałam to wszystko w tym tekście, bo jestem pewna że wiele z nas tak ma. Jesteśmy w stanie znieść wiele, ale nasza cierpliwość i siły kiedyś się kończą. Zobacz co ja jestem w stanie zaakceptować, a dla czego nie będzie już u mnie tolerancji!

1.Opieka nad dziećmi

Wiele jestem w stanie znieść, na sporo rzeczy jestem w stanie przymknąć oko, ale na brak zainteresowania własnymi dziećmi już nie. Wielkie NIE dla faceta, który zamiast zajmować się swoim dzieckiem tłumaczy się że… się boi! To jest najgłupsza wymówka ze wszystkich możliwych. A kobieta nie ma prawa się bać? Czy jakikolwiek facet, kiedykolwiek pomyślał o tym, że my też BOIMY się. Że opieka nad takim maluszkiem jest piękna ale też stresująca, wymagająca i wyczerpująca. Dziecko jest nasze i razem powinniśmy się nim zajmować. Jakbym trafiła na pseudo-faceta który boi się dziecka, nie umiałabym z nim żyć. Bałabym się wyjść z nim na spacer, bo może też boi się liści które spadają z drzewa? Taki odważny.

Nie umiem też zrozumieć facetów, którzy nie zajmują się dziećmi bo… nie. Tak po prostu. Uznają że zadanie to jest przypisane do kobiety, a oni mogą tylko leżeć i pachnieć. A jeszcze obiad ze stołu ciepły zjeść. A najwięcej do powiedzenia mają wtedy, gdy dziecku coś nie wyjdzie – kobieta słyszy wtedy magiczne „jak ją/go wychowujesz?” Ano tak, jak umiem. „To Twoja wina, że taki/taka jest”. Tak, bo Twoje są tylko zasługi, brakiem obecności dałeś najlepszy przykład.

2. Sprzątanie po sobie

Sprzątanie dzielę na dwa punkty. Takie dbanie o dom, o czystość o kurze, podłogi i miłą atmosferę i takie sprzątanie po sobie. Po prostu. Czyli proste wyniesienie kubka do zmywarki, podniesienie papierka który wypadł Ci z kieszeni. Odkurzenie błota które naniosłeś wchodząc/wychodząc z domu, wytarcie wody którą wylałeś na płytki w kuchni gdy nalewałeś sobie do szklanki. Coś, co robisz na co dzień i ma wpływ na porządek to jedno. A drugie to po prostu takie większe sprzątanie jak kurze, podłogi, pranie, prasowanie… wiesz o co mi chodzi prawda? I tak, jak jestem w stanie zrozumieć podział przykładowo – kobieta zajmuje się domem, a mężczyzna zarabia – ok! Tak nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego leń śmierdzący nawet papierka po sobie nie umie podnieść.

Dla mnie jest to oznaka totalnego braku szacunku dla drugiej osoby. Jest to czynność, która wymaga od nas minimum wysiłku.

3.Cotygodniowe porządki 

Tu temat jest szeroki. Można faktycznie iść na kompromisy. U nas działa to tak, że Daniel wychodzi z dziećmi, bądź zamykają się w jednym pokoju a ja sprzątam. W ciszy, spokoju i w swoim tempie. Nie biegam, nie spinam się i nie wyzywam. On wie, że ten czas to mój czas a on ma zająć się dziećmi. Zła bym była, gdyby on siedział jak król, ja biegałabym na szmacie, a dzieci krzyczałyby wokół moich nóg utrudniając mi pracę. Nie fajne jest, gdy jedna osoba robi wszystko, a druga „odpoczywa” bo jej się należy. Działa to w dwie strony bo wiem że leniwe kobiety też są, jednak temat wpisu jest nieco inny i skupiam się tylko na płci męskiej. W każdej chwili można role odwrócić – będzie wszystko pasowało.

4. Zakupy/wyjścia z psem i inne

Wyobrażasz sobie, że zajmujesz się całym domem, dziećmi – wychodzisz ze zwierzakiem, idziesz wynieść śmieci, robisz zakupy (cały czas z dziećmi przy nodze)? A Twój mąż śpi, odpoczywa, ogląda TV, gra (tu sobie dopisz swoją odpowiedź, najbardziej pasującą do Twojej sytuacji). Dla mnie ta sytuacja jest tak tragiczna, że aż komiczna. Facet który takie coś robi swojej kobiecie jest dnem. Nie zasługuje nawet na centymetr jej ciała i najmniejszą część jej duszy. Zasługuje na tyle, ile sam od siebie daje – czyli na zero.

5. Praca zawodowa

Hit! Znam takie przypadki i uwielbiam. Nie wtrącam się, nie wypowiadam głośno ale po prostu uwielbiam. Mężczyzna który może, a nie chce pracować nie jest mężczyzną. Są sytuacje gdy zdrowie nie pozwala (ale tak faktycznie zdrowie, nie wymuszanie choroby! Bo takie przypadki też są). Są sytuacje gdy taki mamy układ – np kobieta idzie do pracy, bo jej pozycja jest lepsza bądź lepiej płatna a na barkach mężczyzny spoczywa opieka nad gospodarstwem domowym – to też jest ok. Mówię tu i sytuacji, gdy leń śmierdzący nie poczuwa się do odpowiedzialności za rodzinę – żeruje na podatnikach wyłudzając ZUS, zasiłki i inne dodatki o których nie mam pojęcia. Dla mnie taki facet, jest nic nie wart. Taki, który może, ale nie robi NIC.

6. Zostawia Cię samą a sam wychodzi co tydzień.

Nie mam na myśli tu takich sporadycznych wyjść ze znajomymi. Ja z moimi, on ze swoimi. To jest zdrowe, potrzebne i fajne. Każdy kiedyś musi. Problem pojawia się gdy on notorycznie wychodzi, zostawiając na Twoich barkach wszystko. Ma w nosie to, że fajnie byłoby spędzić czas z żoną, dziećmi.. a może po prostu że Ty miałaś ochotę tym razem zrobić coś dla siebie. A widzisz… gdy Tylko o tym wspomnisz, ucieka. Bo on z dziećmi nie zostanie – Ty chciałaś, to baw. On sobie tylko je zrobił, na opiekę nad nimi się nie pisał.

A jeszcze jak przesadzi z alkoholem, to dzieci widują tatusia w niedzielę tylko podczas wizyty w toalecie. Nad muszą WC.

 

Jakie typy są dla Ciebie nie do zaakceptowania?
Na co byś nigdy nie pozwoliła?

 

 

 

 

Blog - archiwum

Moje cycki – moja sprawa.

13 listopada 2019

Historię naszą już znacie – ale w wielkim skrócie ją przypomnę. Antka ze względu na guza w piersi nie karmiłam moim mlekiem, od urodzenia, już w szpitalu karmiony był mlekiem modyfikowanym. Blanka, była na piersi – głównie karmiona KPI (Karmienie Piersią Inaczej – czyli odciągałam i podawałam jej butelką) dlatego, że miałam strasznie poranione brodawki. Gdy wyleczyłam stany zapalne, doradca laktacyjny pomógł mi wrócić do karmienia prosto z piersi. Teraz jestem mamą trzeciego niemowlaka. Karmię piersią – bezpośrednio z niej od pięciu miesięcy.

Nie wiem jak długo potrwa nasza przygoda.

Będąc w ciąży zakładałam sobie rok. Tak jak w przypadku Blanki, po roku dziecko jadło już na tyle samodzielnie, że mogłam zrezygnować z piersi bez wprowadzania mleka modyfikowanego. Nie wiem sama czy chcę dłużej, myślę że po skończeniu 12 miesięcy powoli zaczniemy się odstawiać – to i tak bardzo ładny wynik. Jestem ostatnią osobą która krytykuje inną mamę za sposób karmienia dziecka w pierwszych 6 miesiącach życia. Jedyną sytuacją w której się odzywam to moment, gdy jakaś mama chce podać posiłek stały przed skończeniem 6 miesiąca życia. Nie atakuję, ale dzielnie tłumaczę dlaczego czekamy jeszcze dwa miesiące – jeśli zacznie w czwartym.

Początki macierzyństwa były trudne. 

Daniel nie jest biologicznym tatą dwójki naszych starszych dzieci. Pojawił się w naszym życiu, gdy Blanka kończyła rok. Czyli w momencie gdy tak naprawdę nasza mleczna przygoda dobiegała końca. Widział że w moich piersiach jeszcze mleko jest, jednak nigdy nie widział karmienia Blanki ani nie poruszaliśmy tego tematu. Teraz, w ciąży z Maciejem dużo rozmawialiśmy o sposobach odżywiania czy podziału obowiązków. Oboje byliśmy zgodni w kwestii karmienia i tego, jak długo ma to trwać. Problem pojawił się w momencie gdy Maciej przyszedł na świat. Mój mąż miał problem z tym, że karmie nasze dziecko w miejscach publicznych czy podczas spotkań rodzinnych. Fakt, jeśli mogę to wychodzę do innego pokoju ale jeśli nie ma takiej opcji… to po prostu dyskretnie wyciągam pierś i daje dziecku to, czego potrzebuje.

Nie świece biustem, nie ściągam całej bluzki i nie macham sutkami tak, by każdy oglądał sobie moje piersi. Mnie też to krępuje, też nie czuję radości z faktu, że ktoś może oglądać mnie w takiej sytuacji. Jednak dla mnie, moje piersi = jedzenie dla dziecka. Nie pełnią aktualnie żadnej innej roli niż ta, do której zostały stworzone. Nie są obiektem seksualnym, nie dotyka ich nikt i nie będzie tak do momentu, aż nie skończymy swojej mlecznej przygody. Jeśli moje dziecko w tym momencie chce jeść, nie jestem w stanie wytłumaczyć mu że nie jest to dobry moment. Noworodek je, gdy jest głodny. W domu, w centrum handlowym, w restauracji, w parku… nigdy nie wiesz gdzie zajdzie taka potrzeba.

O co chodziło z tym problemem?

U mnie w rodzinie większego zdziwienia nie ma, gdy wyciągam pierś i karmie. Jest to uznawane za coś normalnego, zdrowego i fajnego. Jedyną osobą która niepewnie odwraca wtedy wzrok jest mój tata – co jest zupełnie zrozumiałe, przynajmniej dla mnie. Inni mężczyźni, kobiety i dzieci nie przywiązują do tego większej wagi. Po prostu rozmawiają ze mną normalnie a moje piersi traktują po prostu jak jedzenie dla dziecka. Nawet gdy wyjdę z pokoju, by nakarmić go z dala od ludzi – zawsze jakaś ciocia wpadnie za mną, by dotrzymać towarzystwa i popatrzeć. Bo dla nich to jest coś pięknego.

Natomiast u mojego męża jest troszkę inaczej. Tam bardziej dbam o to, by nie karmić przy kimś. Poza jego bratem, który wprost powiedział mi, że jestem żoną jego brata i go to peszy (oczywiście rozumiem i szanuję!), nikt nie powiedział mi, że jest coś nie tak. Jednak wzrok który na mnie pada w tym momencie jest inny. Nie umiem tego opisać, ale jest inaczej – karmienie wtedy peszy mnie bardziej i korzystam z każdej możliwości karmienia z dala od towarzystwa.

O dziwo galera handlowa to pikuś!

Tak, Maciej jadł już na kanapie w Galerii King Cross i Galerii Leszno. Byliśmy tam na eventach które organizowali, a innej opcji nie było. O ile w Lesznie udało się iść do pokoju matki i dziecka w którym jest super kanapa, przewijak i umywalka.. to w Poznaniu nam się nie udało. Nawet nie wiem czy takie coś tam jest, ale z dwójką starszych nie ogarnęłam tego i po prostu nakarmiłam na środku galerii. Nie czułam wzroku innych na sobie, nie byłam speszona – zrobiłam to tak dyskretnie jak tylko mogłam. Mojej piersi nie było widać praktycznie wcale.

Najbardziej zaskoczona byłam w szpitalu. Maciej miał niecałe 5 miesięcy a pielęgniarki były mocno zaskoczone tym, że młody jest karmiony tylko moim mlekiem i niczym więcej. Nie ma MM i marcheweczki… przychodzili do mnie trzy razy upewnić się, że dokładnie tak jest. A kolejne dni pytali czy jest siusiu i kupka… szok, że maluch może nie umrzeć z głodu i funkcjonować wtedy normalnie.

Dlaczego o tym pisze?

Bo żadna z nas nie czuje się wtedy dobrze. Karmienie w miejscach publicznych nie jest szczytem marzeń kobiety, jednak musi to zrobić dla dziecka. Nie robimy tego specjalnie. Nie wyrzucamy piersi na ulicę z napisem „Karmię piersią” czy innymi hasłami. A karmiąc zawsze wybieramy miejsca dyskretne i ciche, instynktownie też zakrywamy tyle ile się da. Nie musisz na mnie patrzeć, nie musisz tego popierać, ale nie krytykuj czegoś, co jest naturalne. Nie zabijaj tej funkcji piersi, dla której zostały stworzone. One nie są obiektem seksualnym – to my sobie taki obraz wykreowaliśmy. Piersi służą do tego, by nasze potomstwo przetrwało.

Co myślisz o karmieniu piersią w miejscach publicznych?

Blog - archiwum

Mam 26 lat. Mam szczęśliwą rodzinę, dach nad głową i zdrowie.

12 listopada 2019

Temat już zdradził prawie wszystko, jednak nie umiałam inaczej ubrać go w słowa. W miniony weekend skończyłam 26 lat. Mam trójkę dzieci, cudownego męża, dach nad głową i pracę która sprawia mi ogromną radość. Jest jeszcze coś, co skłoniło mnie do napisania tego tekstu…

Tworzę swoją książką – no dobra, ebooka.

Pisałam już o tym wcześniej – dokładnie TUTAJ. Sprzedaż tego produktu pomoże skompletować wyprawkę dla noworodków. Pomoże młodym mamom w tej ciężkiej dla niej sytuacji – bo nie nam jest oceniać jak do tego doszło. Możemy wytykać, ale możemy też pomóc – ja wybrałam drugą opcję, a Ty? I dokładnie teraz, podczas tworzenia tego ebooka wszystko do mnie wraca. Przypominam sobie wszystko to, co sprawiało mi ból. Pamiętam morze wylanych łez, brak kasy, brak jedzenia i samotność. Byłam sama, nie miałam nic a jednak wszystko co mnie spotkało było kumulacją tego co mam teraz. I chociaż było ciężko (dowiesz się jak bardzo, gdy kupisz ebook) to drugi raz zdecydowałabym się przeżyć to samo, gdybym miała pewność że znajdę się w tym miejscu, w którym jestem teraz.

Mam 26 lat i jestem szczęśliwa.

Po tylu latach, w których na pierwszym miejscu były łzy wreszcie jestem szczęśliwa. Tak szczerze, bez przesady i bez koloryzowania. Jestem bardzo szczęśliwa. Mam cudowne dzieci – są najlepsi. Mają swoje za uszami, jednak nie znam dziecka które jest cudowne od rana do nocy. Mam wspaniałego męża – tak samo jak z dziećmi… nie urodził się taki, który od rana do nocy jest grzeczny. Sama takiego wybrałam i wiem, że podjęłam świetną decyzję.

Mam dom, dach nad głową, ciepłe cztery kąty i pełną lodówkę. Mam też kawałek ziemi, na której można postawić dom. A nie zawsze tak było. Momentami było źle… serio.

Mam najlepszą pracę pod słońcem. Uwielbiam to co robię każdego dnia, dlatego „chodzenie do niej” sprawia mi ogromną radość. Dążyłam do tego co mam i się udało, jednak pamiętam dobrze początki, gdy pisałam wszystko za darmo.. wiele lat. Chociaż nie, pamiętam że kiedyś dostałam nocnik w zamian za recenzję – miazga!

Mam też swój sklep, w którym wystawiam produkty które sama stworzyłam. Tzn które sama wymyśliłam, a dzięki innym mam je w swoim mieszkaniu. Ja i wiele osób które zdecydowały się na zakupy u nas. Z całego serducha dziękuje za każde zmówienie. Pakowanie paczek sprawia mi ogrom radości! W głowie mam jeszcze milion pomysłów na kolejne produkty, ogranicza mnie jedynie kasa – bo by wydać coś, co kupisz za 20-30 zł ja muszę zainwestować 3-4 tysiące, to takie minimum!

Mam 26 lat i wszystko to, co chciałam.

Nie chcę więcej. Limit szczęścia już wykorzystałam, jeśli miałabym nic więcej nie dostać od życia – nie miałabym żalu.

 

 

Blog - archiwum

Czy ciąża i urlop macierzyński to dobry pomysł na rozkręcanie biznesu?

7 listopada 2019

Dziś będzie szczerze, bez owijania w bawełnę. Bez lukru ale też bez zbędnego naciągania faktów. Zdecydowaliśmy się na działalność gospodarczą, gdy byłam w 7 miesiącu ciąży. Wiadomo, że „spokój” był tylko przez pierwsze dwa miesiąca a następnie pojawił się noworodek. Czy było mi (i czy nadal jest) ciężko? A może spływa wszystko ze mnie i ogarniam na jednym wdechu całe swoje obowiązki? Czy drugi raz zrobiłabym to samo?

Wiele kobiet ma podobnie…

Będąc na zwolnieniu lekarskim w ciąży często nie mają co ze sobą zrobić. Wymyślają kombinują i szukają rozrywek. Gdy urodzi się dziecko, o ile nie jest HNB, to także szukają sposobów na zbicie czasu bo noworodek śpi. W teorii nawet bardzo dużo powinien spać. Zdarza się też taki przypadek kobiety, który tak jak ja, nie może usiedzieć w  miejscu. Muszę czuć, że coś robię – że moje działania mają jakiś większy sens. Lubię działać, lubię czuć się zmęczona. Rozkręcanie działalności to sporo pracy, wyrzeczeń i poświęconego czasu. Nic nie powinno Cię rozpraszać, zajmować Ci głowy.

Prawda jest taka, że musisz pracować.

By opłacić ZUS, urząd skarbowy, księgowego… i masę innych kosztów po drodze. Bez pracy, nie zarobisz pieniędzy a firma, która miała być spełnieniem marzeń… jest powodem do płaczu. Z noworodkiem nie jestem w stanie pracować tyle, ile byś chciała. Nie masz opcji działania przez 6-8-10 godzin dziennie nad jakimś zleceniem, bo musisz robić sobie przerwy na noszenie, przewijanie czy karmienie. Działa to bardziej tak… nosisz, przewijasz, karmisz, bawisz się, a w wolnej chwili pracujesz. Wtedy zamiast 8 godzin robi się godzina-dwie pracy. Pomyśl, czy w tym czasie jesteś w stanie zarobić na wydatki firmowe. O czystym zarobku już nie wspomnę…

Czy otwarcie firmy podczas ciąży to dobry pomysł?

To pytanie powinno brzmieć. Czy otwarcie firmy podczas ciąży lub urlopu macierzyńskiego to dobry pomysł? A ja śmiało odpowiedziałabym że… NIE! Jeśli dopiero co raczkujesz, dopiero co zrodziła się jakaś myśl w Twojej głowie – nie pchaj się w to! Za dużo obowiązków, za dużo kosztów, za dużo nerwów. Skup się na ciąży, na dziecku… a gdy po roku pójdzie do żłobka, zatrudnisz nianie czy nadejdzie czas przedszkola – wtedy spełnisz swoje marzenie.

Teraz się zniechęcisz. Wypalisz całą swoją kreatywność, bo będzie masa niepowodzeń. Ciąża – ok, jednak nie możesz trafić do szpitala, dzieci chorują, potrzebują uwagi… a Ty musisz pracować. Wyobrażasz sobie tą frustrację wtedy? Płacz, krzyk i niepotrzebne nerwy. Można było tego uniknąć. Można było poczekać. Jeśli masz świetny pomysł na biznes – super! Ale daj sobie czas, daj odetchnąć.

Dlaczego ja to zrobiłam?

Nasz blog przynosił takie zyski, że śmiało mogłam otworzyć działalność gospodarczą. Wcześniej bawiłam się w umowy z podwykonawcami, a teraz rozliczamy się na podstawie FV. Wiedziałam że dam radę utrzymać to miejsce – o zarobku nie myślałam, bo od początku założyłam że każdą złotówkę inwestuję dalej. Dopiero za rok zacznę cokolwiek mieć dla siebie. Jeśli nie miałabym pewności że to się uda – w życiu nie zdecydowałabym się na firmę w takim okresie naszego życia. Nie jestem głupia, nie rozkręcałabym interesu mając noworodka pod ręką. Nie ma opcji. Jest mi strasznie ciężko każdego dnia to wszystko ogarnąć. W ciągu dnia pracuje z Maciejem na kolanie – chyba, że wpadnie na kawę moja babcia, mogę wtedy pracować. A tak, ruszam do pracy dopiero po 17-18, gdy wróci do domu mój mąż. Całe szczęście że jest taka opcja, że mogę sobie na to pozwolić.

Dlatego się mijamy… on wchodzi do domu, przejmuje dzieci, a ja zamykam się w biurze i działam. Kończę najczęściej około 21-22 godziny. Czasem wcześniej, czasem później – jednak praca musi być każdego dnia, nie ma opcji na jeden dzień wolny. Nie wyszłabym z zaległości, po dwóch dniach w szpitalu nadal nadrabiam to, co wtedy się nazbierało. Według mojego harmonogramu, jestem jakieś 30 stron książki do tyłu – sporo co?

Czy zrobiłabym to drugi raz?
Tak, ale tylko wtedy, gdy sytuacja byłaby taka jak w kwietniu.
Nie, jeśli byłoby to coś nowego, co trzeba byłoby rozkręcać od zera. 

 

 

Blog - archiwum

Przygotowujemy się do rozszerzania diety! Już za rogiem szósty miesiąc.

6 listopada 2019

Gdy urodziłam swoje pierwsze dziecko niewiele wiedziałam. Miałam ledwo co osiemnaście lat i sama jeszcze byłam dzieckiem. W ciąży z Antkiem w mojej piersi wyczułam guz – okazało się, że ma 3×2 cm i trzeba go wyciąć po porodzie. Na szczęście nie był niczym złośliwym, ale laktacje musiałam mieć zatrzymaną lekami. Próbowałam naturalnie szałwią, lekkim odciąganiem laktatorem, ale zapalenie piersi i gorączka skutecznie mnie do tego zniechęciły.

Antoni karmiony więc był mlekiem modyfikowanym – a lekarz (TAK! lekarz) kazał nam rozszerzać dietę już po 4 miesiącu. Nie wiem jakie wtedy były wytyczne WHO – szczerze, nawet nie miałam pojęcia że coś takiego istnieje. Ufałam lekarzowi, bo skoro posiada wiedzę o organizmie to wie, co i jak podawać takim maluchom. Kupowałam słynne słoiczki i karmiłam nim Antka aż nie zaczął jeść już z nami przy stole – miał około roku. Nie biczuję się za to jak było, nie wiem też, czy sposób żywienia nie wpłynął teraz na to, jaki jest. Ma ogrom alergii i jest strasznym niejadkiem. Ma swoje ulubione smaki i nawet nie próbuje nowych. Może taki jest, a może ja miałam w tym swój wkład. Odpowiedzi nigdy nie poznam.

Z Blanką było już trochę inaczej. 

Dostęp do wiedzy był taki sam, jednak ja chętniej z niego korzystałam. Miałam 21 lat, gdy pojawiła się na świecie i wiedziałam trochę więcej o dzieciach niż trzy lata wcześniej. Przede wszystkim dlatego, że już takiego malucha w domu miałam. Wiedziałam jakich błędów nie chcę popełniać a także szukałam nowości… Byłam bardziej świadoma i szukałam rozwiązań które do mnie przemówią. Chciałam spróbować czegoś innego!

Pierwsza różnica jaka była, to sposób karmienia po porodzie. Blankę karmiłam piersią, chociaż były obawy że mi się nie uda. Operacja mogła w jakiś sposób zakłócić moją laktację w lewej piersi. Na szczęścia tak się nie stało. Pojawił się za to problem poranionych brodawek – one mi dosłownie odpadały. Miałam taką dziurę, leciała z niej ropa i krew… musiałam przestać karmić dziecko z jednej piersi a drugą „oszczędzić” podając jej moje mleko, ale ściągnięte laktatorem. Funkcjonowałam tak około 4-5 miesięcy. Jedna wizyta u doradcy laktacyjnego zmieniła wszystko i po wyleczeniu piersi, udało mi się znów karmić moją córkę bezpośrednio piersią.

Dalej był czas na rozszerzanie diety. Przeczytałam chyba wszystkie dostępne książki, artykuły i radziłam się specjalistów. Wybraliśmy metodę BLW. Trochę z ciekawości, trochę z mojego lenistwa (nie gotowałam specjalnie dla niej, jadła to co my), a trochę dlatego, że nie chciałam w domu kolejnego niejadka – liczyłam na to, że sposób rozszerzania diety się sprawdzi. I powiem Ci, że młoda je zdecydowanie więcej niż Antek. Ma pięć lat i pojawił się lekki okres niejadka, jednak wtedy też coś jadła – a Antoni żył na samej wodzie. Teraz próbuje wszystkiego – ser mozzarella, brukselkę czy kalafior uwielbia. Ostatnio przez przypadek zjadła ser pleśniowy, bo zrobiłam mężowi na kolacje – też jej zasmakował. Nie boi się nowości, nie ocenia wyglądu.

Antoni za to je oczami.

Nie tknie nic, co wygląda źle. Nie dotknie sera, masła, pomidora… czegokolwiek co ubrudzi mu ręce podczas jedzenia. Musi być czysty, co jest zupełnym przeciwieństwem Blanki – ona je całą sobą, a po posiłku po prostu idzie się umyć. Dwa przeciwieństwa – dwa różne światy. Pewnie sposób rozszerzania diety miał tu jakąś swoją rolę, jednak nie umiem powiedzieć jaką. Nie wiem co by było gdybym postępowała inaczej. Wyciągnęłam jednak wnioski, które chcę teraz przy Macieju wykorzystać i już Ci piszę jaką metodę wybraliśmy wspólnie.

Maciej będzie kombinacją!

Zdecydowanie pójdę w kierunku BLW. Uwielbiam ten sposób żywienia, tym bardziej, że sama mam wtedy wolne ręce i mogę zjeść ciepły posiłek. Nie będę musiała gotować specjalnie dla młodego i bawić się w miksowanie. Oszczędzę pieniądze na słoiczkach i syfiastych kaszkach. Postawimy na zdrowe posiłki przygotowane w domu – dostosowane do naszego menu. Będzie kotlet z ziemniakami i groszkiem z marchewką… Maciej dostanie ziemniaka i marchew – rozumiesz o co mi chodzi, prawda?

Nie kupię też gotowych kaszek dla dzieci. W domu mamy kaszę manną, kukurydzianą czy jaglaną – dodam do nich świeży owoc, bądź zdrową tubkę 100% owoców i będzie super posiłek. U Blanki tego nie stosowałam – kupowałam gotowce, które mają słaby skład i są na mleku modyfikowanym – tym razem zrobię to trochę inaczej.

Będzie też tylko woda, brak słodyczy i zdecydowanie bardziej urozmaicona dieta. Poprzednio zrobiłam jeden wielki błąd – podawałam tylko to, co ja lubię. Nie miałam pieniędzy by kupić coś, co się może zmarnować i nie kombinowałam. Gotowałam to, co sama lubię, by później dokończyć. Tym razem stawiamy na dynię, avocado, kaki, paprykę żółtą i zieloną, kabaczki… wszystko to, czego na co dzień u nas nie zobaczysz a jest zdrowe! Bo każdy ma inny smak, może Maciek polubi?

To tyle – a może aż tyle.
Jakie są Twoje doświadczenia w temacie rozszerzania diety? 

A może to wszystko jeszcze przed Tobą? 🙂

Blog - archiwum

Ty jesteś niby zmęczona? Bzdura!

5 listopada 2019

Kobiety to super-bohaterki! Uwielbiam kobiety za to, że poradzą sobie w każdej sytuacji. Śmiem twierdzić, że bez chłopa to sobie mogą poradzić – wiem, bo sama radziłam sobie baaardzo długo. Oni po prostu ułatwiają nam codzienność. Bo dlaczego mamy nosić te ciężkie zakupy, skoro oni mogą. Albo po co naprawiać cieknący kran jak jest on? No właśnie, mamy ich więc wykorzystujemy to, jednak wiem że sama także byś radę dała. Serio!

Kobiety są niesamowite.

Mogą chodzić w ciąży przez dziewięć miesięcy, nosić 3 kilogramy – nie zwalniając tempa życia. Dzień w dzień, 24 godziny na dobę, przez całą ciąże noszą dodatkowe kilogramy. Nogi, kręgosłup i każda najmniejsza część ich ciała to odczuwa – a one dzielnie znoszą to wszystko. Dalej nie śpią, bo organizm szykuje się do życia z niemowlakiem i naturalnie występują problemy ze snem – nie ma opcji „wyspania się na zapas”. Sama pracowałam do samego porodu i to bzdura, że zmęczenie pozwoli spać. Nie pozwoliło, pod koniec ciąży nie spałam.

Później w bólach witają na świecie dziecko. Są wykończone – straciły ogromną ilość energii. I zamiast odpocząć, muszą czuwać. Zajmują się dzieckiem, nie śpią już w nocy – chociaż bardzo chcą. Wstają do dziecka 2-3-4-5 razy w nocy – zależy od egzemplarza jaki im się trafił.

Dla niektórych do bani są poniedziałki.

Bo po weekendzie trzeba wrócić do pracy. Po dwóch dniach wolnego także zbierają się zaległości – bo emaile czekają, bo jutro towar z produkcji musi być załadowany, bo szef też nie ma nastroju. Mama nie miała tych dwóch dni wolnego, działała na pełnych obrotach także w weekend. Bo trzeba było zrobić śniadanie, obiad i kolacje. Bo spacer, układanie puzzli czy odrabiane lekcji nie mogło poczekać. Musiała też posprzątać dom, być może umyć okna lub lodówkę. Czy odpoczęła, by wrócić w poniedziałek z nową energią? Nie. Nadal jest zmęczona.

Ty miałeś spotkania ze znajomymi, byleś na grzybach, pojechałeś kupić lodówkę. Ona być może też – tylko robiła to wszystko z dziećmi. Musiała myśleć więcej, skupiać się bardziej i… wrócić wcześniej. A dziecko i tak zasnęło w aucie, musiała je przenosić dlatego się obudziło, nie spało więc do 2 w nocy – bo ten sen w aucie, to była mini drzemka. Wstała o 6 – nie mogła wylegiwać się w łóżku do 9-10-11! O nie! Tak długo to ona nie spała od… ach! Szkoda gadać!

Jednak nie musisz być mamą by być super-bohaterką…

Chociaż mamy od zawsze budziły we mnie respekt, a odkąd zostałam nią – sama siebie podziwiam za ogarnianie rzeczywistości i umiejętność zorganizowania tak dnia, by wszystko było wykonane. Coś kosztem czegoś, ale podłoga nie musi być czysta (przynajmniej jeszcze). Zostając mamą odkryłam w sobie właśnie takie wcześniej nieznane cechy. Nagle dowiedziałam się że jestem super zorganizowana, niezwykle kreatywna, umiem super gotować a jeszcze lepiej piec ciasta. Nadal nie wychodzi mi sprzątanie, ale nie można być we wszystkim dobrym.

Jedno wiem na 100%. Każda kobieta jest wyjątkowa – a mama to już w ogóle!
Zgadzasz się?

Blog - archiwum

Nigdy nie prosiłam o tak wiele. Dostałam coś na co nie byłam gotowa.

4 listopada 2019

O tym, że nie byłam gotowa na pierwsze dziecko wie chyba każdy. Przynajmniej ten kto wie, że zaszłam w ciąże gdy miałam 17 lat, a urodziłam niespełna miesiąc po skończeniu osiemnastu lat. Byłam dzieckiem, które dopiero co wchodziło w świat dorosłych. Nie wiedziałam nic o sobie, a lada chwila miałam zostać mamą. Daleka jestem od krytykowania kogokolwiek – tym bardziej za wiek w którym zaszło się w ciąże. Oczekuję tego samego od innych. bo równie dobrze mogłabym napisać że ciąża 35+ jest takim samym nieporozumieniem. Jednak nie nam oceniać jak do tego doszło, co taką osobą kierowało (bez względu na to czy zaszła w ciąże mając 16, czy 40 lat).

Jestem – byłam, nastoletnią mamą. 

Osiemnaste urodziny miałam 11.11.11 – piękna data. A dokładnie 11 dni później miałam zostać mamą. Antek się na świat nie spieszył, więc ostatecznie urodziłam go 03.12.2011. Nie miałam osiemnastu lat nawet miesiąc – a już tuliłam w swoich ramionach małą kulkę – mojego syna. Nie chcę opisywać jak przebiegał poród, jak mnie traktowano, co się działo – to wszystko jeszcze ujrzy światło dzienne. Nie było łatwo – to były bardzo trudne lata, jednak wtedy nie wiedziałam, że były jeszcze względnie spokojne.

Najtrudniejszy okres w moim życiu był podczas ciąży z Blanką i do momentu skończenia przez nią roku. Byłam sama – nie było tych wszystkich 500+, zasiłków. Nie miałam obok domu rodziny – byłam sama z dwójką dzieci i musiałam dać im dach nad głową i coś do jedzenia. Pracowałam więc całą ciążę i z niemowlakiem u boku (w sumie tak jak teraz, jednak aktualnie zaczęłam robić to z przyjemności, nie z konieczności). Zajmowałam się dziećmi na Poznańskich Naramowicach – tylko taką opcję widziałam, bo jak inaczej zajmować się swoimi dziećmi, jednocześnie zarabiając by mieć co jeść?

Wiem że takich dziewczyn jest wiele.

Takich, które jak ja nie były i nie są na to gotowe. Takich, które nie mają tyle szczęścia co ja i takiej rodziny wokół siebie. Jest cała masa młodych dziewczyn które zachodzą w ciąże w tak młodym wieku i stoją na krawędzi. Czy dam radę? Za co kupię wózek? Jak poradzę sobie z wyprawką? Za co mam żyć…

Nie chcę by jakakolwiek mama miała takie problemy. Dopiero teraz, przy trzecim dziecku wiem co to kompletowanie wyprawki z radością. Wiem co to znaczy zakupy bez większych limitów i ograniczeń – mogłam kupić praktycznie wszystko co chciałam i co uznałam za potrzebne. Wcześniej nie było mi to dane. Bo wyprawkę dla Antka pomogła kompletować mi rodzina – a także pieniądze które dostałam na swoją osiemnastkę. Z Blanką nie miałam nic – kupiłam wszystko używane. Chcę by okres ciąży każdemu kojarzył się z radością. By chociaż przez moment zapomnieć o zmartwieniach, troskach i problemach.

Młode mamy potrzebują pomocy.

Gdy zostają same, bez bliskich, bo często są odrzucone. Ja chcę chociaż w małym stopniu im pomóc. Kupić wózek, pampersy, chusteczki, załatwić ciuszki… po prostu w jakimś stopniu pomóc tym, którzy sami sobie nie poradzą. Czuję że chce nastoletnim mamom pomóc – taką mam misję.

Dlatego wymyśliłam ten produkt i każdego dnia siedzę do późnych godzin nocnych nad książką. W sumie to ebook – bo wyprodukowanie go nie kosztuje tylko co książka – i może kosztować tyle ile chce. Wymyśliłam cenę 12,30 – 10 zł dla tych mam, a 2,30 to kwota podatku VAT. Pisałyście mi, że też powinnam jakąś część pieniążków brać dla siebie – za wysiłek, za czas i poświęcenie. Nie chcę tego robić, chcę pomóc tak – dając swój czas i swoją historię by pomóc dziewczynom takim jak ja. Ja taka byłam i wiem, że za pomoc którą ja chcę im dać dałabym wiele.

Wiem że „za darmo umarło” ciężko zebrać jakiekolwiek pieniądze nie ostając nic zamian. Ja daję książkę – moją historie. Tak szczerze nie było i nie będzie już nigdy. Będzie o ciąży, o miłości, o ślubie o tym jak poznałam męża – jak się rozstaliśmy a później znów byliśmy razem. Jak powiedziałam mu o ciąży, a jaki był faktyczny plan by to zrobić. Będzie ogień! Już mam 80 stron – nie wiem na ilu skończę!

Co myślisz o moim pomyśle?
Pomożesz mi w tym przedsięwzięciu?

Blog - archiwum

Mam tylko dwie ręce i masę obowiązków, dlatego oddaje te które mogę innym. Recenzja odkurzacza iRobot Roomba 675.

30 października 2019

Pokazywałam nasz nowy nabytek już na Instagramie, zalała mnie wtedy fala wiadomości. Bardzo dużo osób myśli o tym, by ułatwić sobie życie na każdym kroku – i ja to bardzo szanuję. Sama mam każdego dnia ogrom zadań do wykonania. Zaczynając od pracy, do które wróciliśmy z mężem już dwa tygodnie po porodzie Macieja, przez czas z rodziną, kończąc na obowiązkach domowych. Dlaczego dom napisałam jako ostatni? Bo często nie mam na sprzątanie czasu.

Metraż naszego mieszkania to…

…blisko 80m2. Dla niektórych mało, dla innych sporo a dla innych w sam raz. Nie to jest jednak ważne. Istotne jest to, że nie mam kompletnie czasu na to, by każdego dnia biegać i pucować każdy kącik. Czas na takie „przyjemności” mam zawsze między godziną 21, gdy już cała trójka śpi a my skończymy pracę, a godziną 23 – wtedy my, rodzice, uciekamy do łóżka. Tylko proszę Cię, po całym dniu biegania za dziećmi, obiadem, lekcjami… po zmianach pampersa, wizytach u lekarzy czy milionie innych obowiązków – chce Ci się o 21 jeszcze tańczyć z odkurzaczem?

Raczej że nie. Sama mając wybór, wybieram spokojny wieczór z mężem, na kanapie przez TV. Tak się relaksuje, takie wieczory lubię i takie są mi potrzebne by nie oszaleć każdego dnia. Wyobraź sobie zatem moje chęci, by chwycić odkurzacz o tej godzinie. A teraz wyobraź sobie jeszcze miny naszych sąsiadów, gdy to robię. Taak, sąsiedzi w bloku kochają, gdy inny sąsiad od 6 rano, czy po 21 bierze się za obowiązki domowe.

Dlatego nauczyłam się już jakiś czas temu oddawać obowiązki innym. 

Nie tylko zaangażowałam do pomocy męża. On zawsze sporo mi pomagał, jednak przestałam robić z siebie Zosię-Samosię i każdego dnia oddaję mu to, co wcześniej uznawałam za takie niewykonalne – wiesz, że TYLKO ja to umiem, nikt więcej. Albo że TYLKO ja to zrobię tak perfekcyjnie – nie ma opcji by ktokolwiek inny wykonałby to samo równie dobrze.

Tak było chociażby z kąpielą dzieci. Bo jak on będzie pamiętał o tym, by nie myć Maciejowi buzi wodą z wanienki, tylko wacikiem z przegotowaną wodą? Kolejny przykład – lekcje Antka. Jak mama nie zrobi, to będzie źle – przecież nikt inny Antkowi nie sprawdzi tak dobrze zadań domowych jak mama! – rozumiesz to? Mamy więc ustalony plan działania i każdego dnia robię tylko to, co dam radę zrobić ustalając priorytety. Jeśli mamy lekarzy – to kosztem pracy. Jeśli mam ogrom obowiązków zawodowych – to kosztem czasu z dziećmi i lekcji. Wtedy wchodzi on, mój mąż, i perfekcyjnie zajmuje się tym, co jest do zrobienia.

To był „czynnik ludzki” a teraz coś innego…

Pamiętam jak jeszcze rok temu katowałam się czynnościami których nienawidzę. Naczynia – ich był cały zlew zawsze. Wtedy podjęliśmy decyzję o zmywarce – to był wspaniały krok. Od tamtego momentu, nie pokłóciliśmy się ani razu tak poważnie. A nas po prostu przytłaczał ten syf w kuchni z którym sobie nie radziliśmy. I nie, nie ma u nas kłótni o to, kto ją rozpakuje. Jakoś naturalnie robi to raz jeden, raz drugi – gdy skończą się czyste kubki. Swoją drogą – częściej ostatnio pada na niego 🙂

Jak już poczułam radość z tego, że jakaś maszyna może zaoszczędzić mój czas, nerwy i spowodować że nasze mieszkanie będzie względnie czyste poszliśmy za ciosem dalej. Kolejną rzeczą, z jaką był u nas problem była sierść.

Nikt mi wcześniej nie powiedział, że psy z białą sierścią gubią sierść znacznie intensywniej o tych z ciemną. Możesz teraz sobie wyobrazić, jak wyglądały nasze podłogi. A teraz pomyśl, że mamy w  domu prawie 5-miesięczne dziecko, które lada chwila zacznie raczkować. Mieliśmy kilka opcji do wybory – nauka raczkowania na łóżku, -zamykanie salonu przed psem i tam puszczanie dziecka (co i tak nie będzie idealne, bo sierść wnosimy na skarpetkach), – ogolenie psa (ale to raczej nie wchodziło w grę), – bądź zakup jakiegoś sprzętu, który pomoże mi zadbać o czystość w mieszkaniu.

Mnie kusiła opcja z ogoleniem psa (joke!) ale mój mąż postawił na ostatnią opcję.

Jesteśmy właścicielami odkurzacza IROBOT ROOMBA 675.

O ile dobrze poszukałam, to najtańszy model. I teraz oczekujesz odpowiedzi na pytanie – czy daje radę?

Każdego dnia odpalamy robota dwa razy dziennie – dodam, że zwykłym odkurzaczem sprzątałam podłogę raz dziennie, bo na więcej niestety nie miałam czasu. Zdarzało się drugi raz go uruchomić, jednak tylko wtedy gdy spodziewaliśmy się gości. Ale bywały też dni, gdy nie chodził wcale – jednak wtedy strach było wejść do naszego mieszkania. A irytacja spowodowana jakimiś okruchami pod stopą była nie do zniesienia. Teraz po prostu duszę przycisk CLEAN i siedzę. Siedzę lub pracuję. Siedzie, pracuje lub po prostu bawię się z dziećmi czy ODPOCZYWAM!

Odkurzanie całego mieszkania zajmowało mi około 30-40 minut – bo za każdym razem bawię się w odsuwanie stolików, podnoszenie dywanów itp. Odkurzacz robi to w podobnym czasie, a jak wjedzie na dywan Antka to nawet i dłużej – jakoś intensywnie zawsze skupia się na nim. Licząc więc, że chodzi dwa razy dziennie, ja oszczędzam w ciągu dnia około 1-1,5 godziny! Teraz mam ten czas na coś zupełnie innego.

Moja siostra, która przychodzi do nas często i za każdym razem narzeka na to, że wychodząc musi użyć rolki odkłaczającej tym razem nie musiała tego robić. Jej spodnie, skarpety i każda inna cześć stroju była czysta.

Czy jakość odkurzania jest zadowalająca?

To pytanie padało najczęściej. Mój mąż, który jak już chwyci za odkurzacz to nawet szafki odsuwa (czyli raz do roku) powiedział że jest zadowolony. Myślę że to najlepsza rekomendacja. Po moim odkurzaniu nigdy nie widział takich efektów jak teraz po tym, co zrobił iRobot. Ale nie gniewam się, bo sama widzę że on to robi po prostu lepiej. Za każdym razem gdy chodzi, jego pojemnik na brud jest pełen sierści i piachu. Dwa razy dziennie – pełen pojemnik.

Wjeżdża też tam, gdzie mi często się nie chciało. Czasem na przykład nie odkurzałam pod łóżkiem, bo nie chciało mi się schylić – iRobot wjechał tam bez problemu i się nie zgubił, po kilku minutach już go w sypiali nie było, bo walczył z łazienką. Jego szczoteczka układa się tak, by nie zostawiać brudu w miejscu sprzątania – czyli tak się okręca, by szczotka zgarnęła wszystko, a nie zostawiła na przykład drobinę brudu w narożniku pokoju.

Ma w sobie taką technologię Dirt Detect i sam, dzięki czujnikom, znajduje miejsca najbardziej zabrudzone. Faktycznie tak jest, ponieważ sporo czasu spędza właśnie na korytarzu i w salonie. Czyli w miejscach, które są w naszym domu najczęściej używane a przez to jest w nich najwięcej brudu na podłodze. A gdy jego bateria już się kończy, sam odnajduje swoją stację ładującą i do niej podjedzie. Gdy znów jego baterie będą naładowane, można przez aplikację w telefonie (iRobot HOME) uruchomić go znów i bez podnoszenia się z kanapy obserwować, jak Twoja podłoga znów jest czysta. W sumie nie tylko z kanapy, bo dzięki WiFi – będąc w pracy możemy skorzystać z tego przycisku, i zanim wrócisz do domu będziesz miała w nim posprzątane.

Podsumowując – jestem zadowolona.
Nie.. w sumie jestem zachwycona tym, co iRobot zrobił. 
W naszym domu, od momentu pojawienia się psa, podłogi nie były tak czyste. 
A ja oszczędziłam sporo czasu w ciągu dnia!

 

 

Nasz Instagram