Śledź nas na:
All Posts By

pierwsze-kroki

Blog - archiwum

Nie jesteś złą mamą, jeśli czasem masz dość.

29 października 2019

Ostatnio moja dobra koleżanka napisała mi wiadomość z pytaniem, czy zdarzają mi się dni, że mam dość swoich dzieci. Odpowiedziałam wtedy zgodnie z prawdą że… TAK! Co prawda takich momentów jest już znacznie mniej niż wcześniej, jednak nadal się zdarzają. Najczęściej mam chwile zwątpienia, gdy jestem zmęczona – dlatego nauczyłam się lepiej organizować sobie dzień. O dziwo zmieniło takie postępowanie wiele.

Zacznijmy od początku.

Podsumuję wszystko. Jestem mamą trójki dzieci. Mają kolejno 8 lat, 5 lat i najmłodszy ma blisko 5 miesięcy. Dwójkę z poprzedniego związku i jedno z mężem, który jest nim od roku. Pracowałam zawsze, najczęściej przez internet we własnym domu. Gdy byłam w ostatniej ciąży pracowałam do dnia porodu, a do pracy wróciłam ponownie dwa tygodnie po porodzie. Każdego dnia pracuje średnio pięć do ośmiu godzin dziennie. Poza tym zajmuje się domem – praniem, sprzątaniem, gotowaniem, dziećmi i nie mam absolutnie żadnej pomocy domowej.

Sporo prawda? Sporo. Wyobraź sobie teraz, że nie masz w co rąk włożyć, zlecenie masz pilnie do oddania tym bardziej, że pracowałaś nad nim w środku nocy – bo tylko wtedy mogłaś. Chcesz je zdać, a nagle okazuje się że dziecko nie chce się bawić, starszy ma dyktando a środkowa przypomniała sobie o tym, że na jutro musi przynieść watę i rzeżuchę. Skąd Ty o tej godzinie wytrzaśniesz jej to wszystko?

Życie potrafi dobić, dzieci bywają absorbujące…

…dlatego masz prawo być zmęczona. Masz prawo wrzasnąć. Masz prawo być zła na swoje dzieci. Masz prawo mieć dość wszystkiego. Masz prawo mieć dość swoich dzieci. Masz prawo, jeśli trwa to chwilę. Jeśli wiesz, że rano, gdy się wyśpisz, gdy odpoczniesz już będziesz sobą. Już będziesz miała cierpliwość, będziesz robiła wszystko to, co do tej pory. Zrobisz im śniadanie, zaprowadzisz do szkoły czy przedszkola, będziesz zmieniała cały dzień pampersy, ugotujesz obiad a na koniec dnia pojedziesz po tą nieszczęsną rzeżuchę.

To przytłaczające. Dzieci zajmują ogrom czasu w ciągu dnia. Dzieci są absorbujące do granic możliwości i tylko my, mamy, wiemy ile to wszystko zjada czasu w ciągu dnia. Wiem, że wiele osób ma napięty grafik. Wiem, że wiele osób narzeka na brak czasu – ale prawda jest taka, że dopiero stając się mamą, wiesz co to znaczy BRAK CZASU. Dopiero wtedy zobaczysz że naprawdę nie ma kiedy umyć podłogi, zjeść obiadu czy umyć włosów. I wtedy zaczniesz się zastanawiać – co ja wcześniej robiłam cały dzień? Jak mogłam narzekać na brak czasu?

Mama ma prawo mieć dość.

Ma prawo nie zrobić nic. Spełnić tylko najpotrzebniejsze prośby rodziny i wszystko inne olać. Ma prawo się zbuntować i mieć wszystko w nosie. Dzień dziecka, który wcale nie wypada 1 czerwca. Lubię mieć wszystko zaplanowanie i ogarnięte, a każda sytuacja która mi wyskakuje niespodziewanie, doprowadza mnie na skraj furii. Jeśli zaplanowałam sobie danego dnia intensywną pracę, a moje dzieci wyjątkowo na mnie wiszą szukam rozwiązań. Jednak zauważyłam, że coraz częściej umiem wyluzować. Nadal ciężko mi pogodzić się z niektórymi wypadkami, jednak moja reakcja jest lepsza – nie biczuję się za to, że nie zrobiłam czegoś w ciągu dnia – odrabiam wszystko wieczorem, gdy mąż wróci z pracy i zajmie się dziećmi.

Zauważyłam, że umiejętność odpuszczania i większy luz, spowodowały mniej frustracji wylewanej każdego dnia. Moje dzieci przestały mnie tak wkurzać. Nie czuję presji czasu, presji innych osób czy sytuacji. Jeśli chodzi o prace – staram się wywiązywać ze wszystkiego na czas, jednak w sprawach domowych – odpuszczam. Nie ma znaczenia czy pralkę wstawić rano, czy wieczorem. Nie ma znaczenia czy obiad zrobię rano, czy na styk – wyrabiając się na 16:30. A jak nie zrobię, to przecież mamy frytki czy pierogi w zamrażalce. Rodzina powinna zrozumieć. Wyluzowałam i jest lepiej!

Nadal mam dość, ale już nie tak często. 
Nie krytykuj się za coś, co jest normalne!

 

Blog - archiwum

Jak to się stało, że wylądowaliśmy w szpitalu?

28 października 2019

Zeszły tydzień był tak zaskakujący jak żaden inny. Chciałam opowiedzieć co się stało, bo nasza sytuacja pokazuje że dziś może być fajnie – a kolejnego dnia wszystko się sypie. Kompletnie nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy, tym bardziej że dzień wcześniej nasz syn był duszą towarzystwa na swoim własnym chrzcie!

W niedziele była uroczystość.

Nasz syn przyjął sakrament chrztu, była ceremonia, była „impreza”, byli goście. Obiad i kawa z najbliższymi, dużo rozmowy i „wynoszony” Maciek. Czyli zupełnie normalny czas z rodziną. Maciuś poza kaszlem który miał już od września nie dawał powodów do niepokoju. Kontrolowałam ten kaszel już od 12 września i osłuchowo był ciagle czysty – zalecenia miał i się ich trzymaliśmy, jednak nie dawał on za wygraną.

W nocy z niedzieli na poniedziałek znów był kaszel.

Może nieco mocniejszy niż zwykle, Młody miał takie konkretne ataki co jakiś czas. Jednak później zasypiał i budził się na mleko. Podczas jedzenia, pojawiał się kolejny atak i tak całą noc. Mąż poprosił mnie, bym rano umówiła się do lekarza by go zobaczył – to przecież trwało już tak długo.

U lekarza byłam w okolicy południa.

Młody czuł się naprawdę świetnie. Był wesoły, nie płakał, nic nie wskazywało na to, co za chwilę usłyszę od lekarza. Podejrzewałam dodanie jakiegoś leku do inhalacji i tyle. Lekarz który badał Macieja, stwierdził że skoro ma podejrzanie wysokie CRP, z kaszlem walczy miesiąc a jego waga od 12 września nie zmieniła się to ona proponuje szpital. Nie było jakiegoś wielkiego zagrożenia, jednak nasz lekarz stwierdził, że u tak małego dziecka dziś nie ma nic – a jutro, bądź wieczorem jest zapalenie oskrzeli i tak będzie bezpieczniej. Zaleciła głównie badania – by odkryć powód.

Nie mogliśmy jednak mieć pobranych próbek do badań, bez przyjęcia na oddział. 

Bardzo tego nie chciałam. Szpital to ogrom innych chorób i bałam się, że Maciek złapie coś gorszego – jednak lekarz skutecznie mnie przekonał do tego, że Maciej po prostu zostać musi. Dla jego dobra. Dostaliśmy „jedynkę” i zakaz opuszczania pokoju by nic gorszego nas tam nie złapało. Czekało nas trochę badań – wymazy, pobieranie krwi, moczu.. taka podstawa. I tu muszę dodać, bo duma mnie rozpierała. Poza wymazem z nosa, bo podczas pobierania tego badania wył strasznie, był dzielny. Podczas pobierania krwi spał, siusiu oddał w 10 minut od założenia woreczka, inhalacje znosił dzielnie… zdecydowanie pomagał mi w tym czasie.

No i spał w łóżeczku!

Nie było opcji by spał ze mną, niestety ale to łóżko błagało o wymianę, było twarde, małe i… beznadziejne. Dlatego spał sam, byłam wykończona wstawaniem do niego, ale daliśmy radę. Kolejny raz twierdzę że spanie z dzieckiem ma same plusy – przynajmniej każdy się wysypia. Wstawanie co godzinę, karmienie, noszenie, usypianie nie jest dla mnie.

Co wyszło?

W sumie niewiele… nic ponad to, co wiedziałam. Po pierwsze – ostre zapalenie górnych dróg oddechowych. Młody po prostu się w nocy dusił kaszlem i brakiem możliwości oddychania przez nos. W wymazie jednym wyszedł gronkowiec, a w drugiego jeszcze nie mamy, odbieramy go lada dzień. Mocz ok, krew ok. W szpitalu spędziliśmy dwa dni, Pani doktor chciała niby nas zatrzymać, ale wiedziała że w domu będzie nam lepiej. Warunkiem pójścia do domu, były kontrole u niej w szpitalu. I dlatego dziś tam jedziemy.

Nikomu nie życzę, by jego dziecko trafiło na oddział.
Miejsce dziecka jest w domu…

Blog - archiwum

Jak przywróciliśmy wiosnę, gdy za oknami już jesień?

18 października 2019

Kocham każdą porę roku – nie ma takiego czasu w ciągu roku, gdy czuje się źle. Wiadomo, że czasem nastrój staje się gorszy za sprawą pogody, jednak nauczyłam się szukać odrobiny pozytywnych aspektów w każdej porze roku. Latem – słońce, ciepłe wieczory i ten długi dzień. Zimą – śnieg, przyjemny chłód i pyszne herbaty. Wiosną – widok budzącej się natury do życia, rosa o poranku i cieplejsze powietrze po chłodnej zimie. Jesienią – rozpoczyna się ten okres szarości, być może lekkiego żalu po ciepłym lecie jednak widok czerwono – żółtych drzew rekompensuje wszystko. 

Każda pora roku ma swoje plusy.

Pokazałam Ci to przed chwilą. Nie uwierzę Ci jeśli powiesz, że nie znajdziesz jednej najmniejszej zalety każdej pory roku. Jednak prawda jest taka, że jedne lubimy bardziej a inne mniej. Doskonale wiem też, że najbardziej nielubianą porą roku przez większość ludzi jest własnie jesień. Po ciepłych miesiącach letnich, nagle przychodzi ochłodzenie. Trzeba założyć cieplejsze kurtki, ogrzewać się herbatą. Nie bawimy się do 22 na dworze, bo dzień robi się szary już w okolicy godziny osiemnastej. Liście pięknie zmieniają barwy, jednak zaczynają opadać i już drzewa robią się gołe. Za moment nie będzie na nich nic – krajobraz zrobi się szary.

Jednak wcale nie musi tak być!

Moja babcia zawsze mówiła mi, że kwiatki zaczynamy sadzić na wiosnę. Początkowo w domu, później werandowanie na balkonie a gdy zrobi się cieplej – przesadzamy wszystko do ogrodu. Jednak własnie w tym momencie wszczynam bunt – dlaczego tylko wiosna ma nam kojarzyć się z tym pięknym czasem, gdy przyroda zaczyna budzić się do życia?

Dlaczego tylko początek roku zarezerwowany jest na tego typu działania? Nie chodzi o sadzenie warzyw czy owoców, które mają swoje okresy w których najlepiej się rozwijają. Mam na myśli kwiaty jesienne… Czy one nie są w stanie pięknie ozdobić mieszkania jesienią?

Sadzenie roślin z dziećmi może być świetną zabawą!

Rośliny nie są moją mocną stroną, kompletnie nie wiem jak o nie dbać by żyły długo. Jednak nie muszę bo od tego mam dzieci, one doskonale wszystko wiedzą. Ich nauczyła wszystkiego babcia, ta od strony taty. Jednak rok w rok sadzimy cebulki kwiatów by cieszyć się widokiem jaki wtedy mamy. Moje dzieciaki uwielbiają grzebać w ziemi, wciskać w nią cebulkę a następnie każdego dnia doglądać rośliny i podlewać wodą w razie potrzeby.

Uczę moje dzieci w ten sposób dbania o naszą planetę. Uczę ich, że rośliny są istotnym elementem naszego życia – nie tylko pod względem wytwarzania tlenu, dbają także o nasze zdrowie psychiczne, bo ładne rzeczy powodują że ludzie chodzą uśmiechnięci.

Dlatego chętnie bierzemy udział w wydarzeniach które tworzą takie akcje.

Nie chcę zabierać moich dzieci tylko do kina, na place zabaw… chcę by nasze wyjścia miały też jakiś głębszy sens. Oczywiście nie widzę nic złego w takich rodzinnych wypadach „bez celu” – one są świetne, uwielbiam je! Jednak, raz na jakiś czas potrzebuję dla siebie i dla nich zrobić coś, co spowoduje że jakaś wiedza utkwi im w głowach na dłużej. Dlatego gdy usłyszałam o akcji „Lato na jesień!” musiałam tam pojechać. To, że moje dzieci uwielbiają rośliny już wiem… ale teraz zobaczyłam jeszcze, że moja córka jest w tym naprawdę świetna!

Blanka znała większość roślin które były na wystawie. Cudownie radziła sobie z sadzonką… a jej zainteresowanie tym, co czekało nas w Centrum Handlowym King Cross było ogromne! Jeszcze pół dnia po tym wszystkim, opowiadała bratu jak świetnie się bawiła. Jak spędziła z mamą czas, sadząc kwiatki i oglądając taką masę różnych roślin!

Sadziłaś kiedyś z dzieckiem kwiaty?
A może teraz jest fajny czas na to, by działać?

 

 

Blog - archiwum

Rzygam tym idealnym światem! Mam dość – szczerze dość.

17 października 2019

Za moment, gdziekolwiek się człowiek obróci widać ten idealizm. Perfekcja jest wszędzie – w idealnym macierzyństwie,w  idealnych mieszkaniach, dzieciach, mężach i nawet zwierzaki domowe są idealne. Brak naturalności i spontaniczności – do wszystkiego wkradło się idealnie zaplanowane zdjęcie, dzień, życie. Każdy ma idealne życie – dosłownie jak z obrazka. Nie mają brudnych naczyń, kurzu na meblach a kubek z którego piją kawę nie jest brudny od niej!

Mój kubek zawsze jest brudny!

Moje mieszkanie ma ogrom sierści na podłodze, moje meble nie są idealnie przetarte każdego dnia a zaczyna czekają na swoją kolej – bo zmywarka nie daje rady myć! Ile razy pranie wybiegało mi z kosza – leżało takie brudne, rozwalone po całej łazience. A ja szybko je chowałam, gdy ktoś zapowiedział przyjście do nas. Mogłabym napisać że u mnie jest idealnie – ale nie jest. Chętnie wezmę od kogoś bilet do takiego idealnego świata – ale takiego naprawdę idealnego, a nie udawanego. Bo ładne zdjęcie może zrobić każdy z prawej strony, gdy z lewej rozgrywa się walka stulecia.

Nawet dzieci muszą być idealne.

Muszą chodzić do przedszkola eko, bio, montessori i jeszcze innych – tych trendy. Te „zwykłe” publiczne są przereklamowane, nauczyciele niekompetentni (chociaż skończyli te same studia!), dzieci tam są zasmarkane a sale brudne. Podejrzewam, że nawet w tych publicznych jest czyściej niż w tych prywatnych, bo mają więcej kontroli – kiedyś pracowałam w prywatnym żłobku – to był DRAMAT!

Dlaczego to sobie robimy?

Dlaczego na siłę chcemy być tak sztucznie idealni. Dlaczego napędzamy się na ten chory wyścig. Obserwujemy te wszystkie aktorki, modelki – które cudownie ogarniają dom, dzieci, męża, prace… ale nie widzimy wszystkiego. Padają na twarz wieczorem ze zmęczenia, bo mogą. Mają być może nianie, sprzątaczkę, kucharkę. Tego już nie widzisz. Ty jesteś inna – ale myślisz sobie, że jesteś gorsza – bo ona ma to wszystko, a Ty nie. Bzdura!

Jesteś wyjątkowa, bo Twoje dzieci miały mamę cały dzień. Jesteś wyjątkowa, bo zrobiłaś obiad. Jesteś wyjątkowa – bo dałaś radę zrobić dziś obiad. Jesteś wyjątkowa – bo kolejny raz widziałaś postępy swojego dziecka. One nie widziały…

Widzisz? Każda sytuacja ma swoje plusy i minusy. Jednak nie widzimy wszystkiego. Internet jest na tyle magiczny, że możemy pokazać to, co uznamy za fajne, ładne i przyciągające wzrok. Sukces może osiągnąć każdy – ale nie każdy ma na to ochotę. Nie masz pojęcia o tym, że zdjęcie idealnego jedzenia – to tylko obrazem. A za nim, gdybyś mogła zerknąć na drugą stronę aparatu, zobaczyłabyś ogromny bałagan w kuchni. Tego nie widzisz, ważne że zdjęcie jest idealne!

Był moment, gdy sama łapałam się na tym, że jestem gorsza.

Bo moje dzieci nie miały dwudaniowego obiadu, mąż nie przychodził do domu gdy piękna kolacja stała na stole. Nie stać mnie było na sushi a co dopiero na drogie wyjazdy za granicę. Popadałam w coraz większe kompleksy, ale udało mi się  z tego wyjść. Nie dlatego że nasza sytuacja materialna się poprawiła, zupełnie nie o to chodzi. Powodem był rozsądek – ale było też nim to, że jedną z takich „idealnych” osób poznałam w realu. Tu już tak wspaniała nie była, a ja od tego momentu zaczęłam patrzeć na instagram i facebook zupełnie inaczej.

Nie chcę tworzyć takiego miejsca!

Nie chcę wrzucać idealnych zdjęć, idealnych obrazków, opowiadać o tym jak nam idealnie. Moim marzeniem było stworzenie miejsca, gdzie łzy, ból, narzekanie to także emocję które każdy człowiek w sobie nosi i ma prawo do tego by je okazywać. Nie są to te pożądane emocje – jednak są naturalne i ludzkie. Udalo mi się stworzyć takie miejsce – wiem to, bo dostaję ogrom wiadomości od Was, że nasze miejsce jest takie – „normalne” nie w złym tego słowa znaczeniu, bardziej chodziło o to, że jest u nas ciepło, naturalnie i pojawiają się problemy – jak w każdej rodzinie.

Jakie miejsca w sieci Ty lubisz?

Te idealne obrazki, czy te które są naturalne?

 

 

Blog - archiwum

Co powoduje, że czuję się lepiej? Dlaczego własnie teraz, jest mój ulubiony czas!

16 października 2019

Lubię obserwować. Ludzi, zjawiska, obyczaje, zachowania… często zastanawiam się nad tym, co robi dany człowiek by osiągnąć swój cel. Rozkładam na czynniki pierwsze sposoby dzięki którymi można dokonać cudów. Trwa to już jakiś czas, a dopiero niedawno wysunęłam odpowiednie wnioski którymi chcę się teraz z Tobą podzielić. 

Co pomaga mi?

To co teraz usłyszysz może wydać się dziwne bądź „normalne” ale dla mnie, najważniejsze podczas odnoszenia sukcesów jest – moje samopoczucie. Nie mogę być zmęczona, znudzona, ledwo dychająca, zmarznięta, rozkojarzona… zawsze, gdy coś mnie rozprasza, nie udaje mi się osiągnąć dobrych wyników. Ostatnio odkryłam że znaczący wpływ na to, jak działam na pogoda. Tyle ile ludzi, tyle zdań. Nie jest łatwo mi dogodzić, bo z jednej strony lubię ciepło, ale nie takie przesadzone. Kocham zimę, ale nie lubię mrozów. Toleruję deszcz, o ile jest odpowiednia temperatura.

Po analizie dość szczegółowej odkryłam coś ciekawego.

Lato jest dla mnie zbyt ciepłe, zima zbyt zimna, wiosna – może być, jednak ze względu na pylenie wszystkiego wkurza mnie bo moje dzieci chorują. Zostaje jesień. Znienawidzona przez większość ludzi za pluchę, deszcz, brak kolorów czy zimne wieczory po przyjemnych letnich nocach. Ja o dziwo ten okres lubię najbardziej. Znajduję w niej wszystko, co cenię. Słońce za dnia, chłodny wieczór by wypić ciepłą herbatę i założyć ulubiony sweterek. Szybciej zapada zmrok, przez co dzieci chodzą spać wcześniej, a ja mam czas na książkę.

Nie padam ze zmęczenia przez wieczne upały, ani też nie zamykam się w domu przez mróz. Dla mnie jesienna pogoda – jest idealna. Zdarzają się dni, gdy chodzimy ubrani w krótki rękaw, jednak najczęściej sięgamy po długie spodnie (kolejny plus, bo nóg już nie trzeba golić co trzy dni!).

Zarzucamy na siebie coś jeszcze!

Wieczorem ciepły koc i sweterek a w ciągu dnia… kurtki! To moja ukryta miłość i powiem Ci szczerze, że za fajną kurtką czy milutkim sweterkiem mogłabym czekać miesiącami. Gdy coś wpadnie mi w oko – musi być moje. W mojej szafie od zawsze znajduje się spora kolekcja jesienna – od cieniutkich sweterków po grube kurtki. Krótkie ramoneski – długie płaszcze – dżinsowe kurtki. Okrycie wierzchnie to dla mnie taka część garderoby, bez której nie wyobrażam sobie nie tylko tej pory roku, ale też jakiejkolwiek innej.

Dobre przygotowanie do tej pory roku to cześć sukcesu.

Ja od zawsze z utęsknieniem czekam na ten czas. Kocham jesień, kocham wszystko co z nią związane. Ale też jestem do niej dobrze przygotowana. Narzekamy na chłód i pluchę a prawda jest taka, że możemy super obrócić to wszystko w coś pozytywnego. Pod ciepłym sweterkiem, ukryjesz coś co latem było widać. W ciepłej kurtce, przed domem czy na balkonie z ciepłym kakao w ręce możemy cieszyć się chwilą – po prostu. Czy latem, gdy dzień ciągle taki młody, gdy jest tak ciepło, gdy kusi by gdzieś iść jest chwila na coś takiego? Nie ma!

Uwielbiam możliwości jakie daje nam odzież!

Prawda jest taka, że jedna rzecz potrafi zupełnie zmienić stylizacje. Specjalnie poprosiłam moją siostrę o to, by została moją modelką na jeden dzień. Spędziłyśmy mega fajną niedzielę razem – przy okazji wykorzystując sytuację. Gosia ma na wszystkich zdjęciach te same spodnie, buty i t-shirt. Zmienia jedynie to, co jest na zewnątrz. Kurtka, płaszczyk, ramoneska, sweterek, bezrękawnik – pięć rzeczy dało na pięć zupełnie innych stylizacji. Szok! Takie kombinowanie jest naprawdę fajne – rano formalnie do pracy, po południu – na sportowo by spacer był przyjemy, wieczorem – seksownie, by dobrze bawić się na mieście. Taka drobna zmiana, a daje tak wiele.

   

Jesień ma też dla mnie klimat, którego nie da się podrobić. Te spadające liście, te kolory – żółty, czerwony, brązowy… te kasztany, żołędzie czy grzyby w lesie. Te wieczory z rodziną, te spokojne chwile dla bliskich których brakuje mi od zawsze.

Za co Ty doceniasz jesień? A może jej nienawidzisz?

 

Blog - archiwum

Nie pomagam moim dzieciom w konkursach – mogą liczyć tylko na siebie.

15 października 2019

Byliśmy w niedzielę na wyborach do sejmu i senatu. W naszej miejscowości jest chyba kilka punktów wyborczych – w sumie nie wiem, bo odkąd skończyłam 18 lat chodzę w jedno miejsce i innymi się nie interesowałam. Swój głos oddaję w Szkole Podstawowej w naszej miejscowości. Od zawsze tak było, dlatego nie jest to dla nasz żadną nowością. Co jednak mnie zaskoczyło w tym roku?

Po pierwsze fakt jest taki, że nasz syn jest uczniem tej szkoły. Wcześniej nim nie był, więc nie zwracałam na to kompletnie uwagi – tym razem coś przykuło moją uwagę. Do rzeczy! W naszej szkole, jest chyba taki zwyczaj, że każda praca konkursowa jest wywieszana na holu. Co jest dość logiczne, fajnie jak uczeń zostanie doceniony i inni będą mogli podziwiać jego pracę.

Co mnie jednak zaskoczyło?

Byłam zła, smutna a najbardziej rozczarowany był mój syn. Po pierwsze dlatego, że praca plastyczna Antka nie została wywieszona! Tyle pięknych prac, a wśród nich nie było „Pani wiosny” którą mój syn malował cały wieczór. Poświęcił swój czas, stworzył coś z czego był bardzo dumny – a jakiś nauczyciel kompletnie to zignorował i powiesił inne, pomijając pracę mojego syna. Nie wiem czy jakieś dziecko też miało coś takiego, mam zamiar to wyjaśnić.

Co za to zobaczyliśmy na holu szkoły?

Dzieła sztuki! Jak przypomnę sobie pracę mojego syna, faktycznie wyglądała mniej profesjonalnie od tych, które wisiały w holu. Widać było, na pierwszy rzut oka że KAŻDA miała wkład rodzica – dosłownie KAŻDA! Może mój syn stworzył coś, co nie ucieszyło oka nauczycielki i dlatego postanowiła jej nie wywiesić? Może wśród tych pięknych dzieł sztuki rodziców mój syn wypadł marnie?

Jest mu przykro. Nie powiedział tego wprost, ale widziałam. Patrzyłam na niego, gdy szukał swojej pracy na holu. Widziałam jego wzrok, gdy nie znalazł swojej pracy wśród innych. To rodzice wygrali konkurs, nie dzieci.

Dlaczego robimy to swoim dzieciom?

Dlaczego my, jako rodzice pozwalamy nakręcać wzajemnie ten chory wyścig idealności? Dlaczego nie pozwolimy dziecku stworzyć czegoś samodzielnie? jak ma się później nauczyć życia, pracy i poczucia obowiązku? Jak ma cieszyć się z nagrody, skoro nie wykona tej pracy samodzielnie? Idąc do liceum, też będziesz rysowała za swoje dziecko? Też będziesz siedziała do północy i pisała wypracowania na język polski? A może jeszcze po angielsku czy francusku nauczysz się pisać, by Twoje dziecko dostało lepszą ocenę?

Dlaczego nauczyciele się na to godzą?

Przecież widać od razu, gdy dziecko przynosi coś na konkurs – czy wykonało to samodzielnie, czy zrobił to rodzic. Wychowawca, nauczyciel plastyki czy innych przedmiotów widzi co potrafi uczeń. Jeśli jest w stanie stworzyć dzieło sztuki na lekcji – stworzy je w domu i jest to ok. Natomiast jeśli na lekcji mu nie idzie, to dlaczego później przychodzi z czymś, co jest bardziej podobne do pracy malarza niż 8-letniego dziecka?

Dlaczego nauczyciele nie cofają takich prac? Dlaczego nie powiedzą dzieciom, że mają wykonać je samodzielnie, bo widać tu wkład rodzica?

I wiesz co? Moje dzieci i tak wyjdą na tym lepiej.

Bo potrafią narysować same piękny obrazek. Nie idealny, ale nie oczekuję tego od nich. Ważne, że chwytają za kartkę, farby i po prostu tworzą pracę na konkurs. Nie wygrywają, ale mają ogromną radość – poza tą sytuacją teraz, ale mam zamiar ją wyjaśnić. Moja córka raz wygrała, miała 4 lata i stworzyła sama łańcuch bożonarodzeniowy (sznurek jutowy, ozdobiła wstążkami i wyciętymi w kartonie gwiazdkami – wyglądał na pracę 4-latki – i wygrała!)

Rodzicu, daj dziecku wolną rękę.

 

 

 

 

Blog - archiwum

Wcale nic nie muszę, a już na pewno nie muszę lubić każdego.

14 października 2019

Ile ja życia zmarnowałam na to, by wielu ludziom się przypodobać. Ile ja nerwów, czasu i energii straciłam na to, by kolejna osoba mnie po prostu akcentowała. Nie chciałam by ktoś mnie nie lubił, miałam wrażenie że nie ma we mnie nic takiego, co powodowałaby jakiś niesmak. Ja sama siebie lubię (i to bardzo – swoją skromność też) dlatego dziwiłam się, dlaczego ktoś inny może nie lubić mnie.

Bez sensu prawda?

Odkryłam to w momencie, gdy na mojej drodze pojawiły się osoby których ja nie toleruję. Myślałam że w każdym człowieku potrafię odszukać chociaż maleńką cząstkę, którą będę w stanie polubić. Tak się nie stało, jest kilka takich, których nie umiem zaakceptować. Siedzi to głęboko w mojej głowie i chyba prędko z niej nie wyjdzie – tak czuję.

Później założyłam blog.

Zostałam wystawiona na masę krytyki. Bliscy znajomi i Ci dalsi potrafili wbić szpilkę w plecy. Nie potrafili zrozumieć o co tak naprawdę chodzi w mojej pracy. Nauczyłam się wtedy, że nie mogę być miła dla wszystkich – za wszelką cenę. Nie pozwolę by moje zdrowie psychiczne cierpiało, bo jestem uśmiechnięta pomimo kopniaków jakie ktoś inny wymierza w moją stronę.

Nauczyłam się być zołzą. Mówię co myślę, nie spotykam się już z ludźmi których nie akceptuje i którzy w jakimś stopniu mi podcinają skrzydła. Przykre jest to, że wiele takich przypadków jest wśród pozornie najbliższych ludzi, jednak musiałam to zrobić. I wiesz co? Początkowo było mi z tym źle, jednak teraz jestem szczęśliwa – nie lubię wszystkich, nie toleruję wszystkich. Dzięki temu, mam obok siebie osoby które mnie wspierają, pomagają i dają kopa do dalszych działań!

Kiedyś oddawałam innym to, co było dla mnie istotne.

Najczęściej był to czas. Nigdy nie miałam go pod dostatkiem, zresztą jak większość ludzi. A gdy tylko ktoś poprosił mnie o coś, ja zgadzałam się na wszystko – nie umiałam kompletnie powiedzieć nie. Chciałam dobrze wypaść w jego oczach. Aktualnie robię coś dla innych gdy mam ochotę. Pomagam bliskim, którzy potrafią tez bezinteresownie pomóc mi. Nie ma już jednostronnej działalności z mojej strony. Regularnie wspieram tez osoby potrzebujące – i nie, nie mówię o tym za każdym razem gdy wykonuję przelew czy daruję coś materialnego. Nie czuję takiej potrzeby, nie chcę.

Nauczyłam się odwracać plecami do osób które nie zasługują na nic innego.

Ktoś, kto nie powiedział o mnie dobrego słowa. Ktoś, kto pokazuje szeroki uśmiech, a odwracając się potrafi obsypać mnie najgorszymi epitetami nie zasługuje na to bym poświęciła swój czas. Nie lubię takiej osoby i teraz, na tym etapie mojego życia umiem powiedzieć to prosto w twarz. Nie mam prawa lubić tej osoby. Szanuję każdego człowieka jeśli ten człowiek szanuje mnie – jeśli tak nie jest, nie skupiam swojej uwagi na nim.

Nie czuję też potrzeby być na siłę miłą, bo wypada.

Nie, nie, nie. Kompletnie ignoruję takie osoby w 100%. Nie odbieram telefonów, nie odpisuję na wiadomości. Nie utrzymuję kontaktu, nie rozmawiam a już tym bardziej nie spotykam się w realu. Po co marnować czas na coś, co nie przyniesie Ci przyjemności tylko niepotrzebny stres? Nie chcę zachowywać się poprawnie, bo tak wypada. Nie chcę sztucznej atmosfery, chcę prawdziwych, szczerych i pozytywnych uczuć i własnie takie mam.

Nie chcę mieć na twarzy sztucznego uśmiechu. Nie chcę przytakiwać na każde zdanie, z którym się nie zgadzam by nie urazić rozmówcy. Nie chcę brać udziału w takich szopkach – wyrosłam z nich. Przestałam trzymac się sztywno osób z poczucia obowiązku. Ja nic nie muszę – mogę, ale nie muszę. Sęk w tym, że nie chcę.

Cenię swoją wartość i swój czas.
Nie kolekcjonuję ludzi i sztucznego uśmiechu.
Kolekcjonuję wspomnienia warte zachodu – żyję jak mi podpowiada serce, nie rozum. 

Blog - archiwum

Nie jestem i nigdy nie będę utrzymanką mojego męża!

11 października 2019

Musiałam stworzyć ten tekst po tym, jak ostatnio zaczęłam dostrzegać coś pięknego. Bardzo dużo czasu ostatnio spędzam w social mediach. Jest to po pierwsze moja praca, a po drugie – pasja. Lubię obserwować rozwój tych miejsc, ale nie o tym teraz chciałam pisać. Jestem obserwatorką sporej ilości osób i firm. Bardzo dużo czytam, obserwuje i wyciągam wnioski. Praktycznie 3/4 dnia jestem zalogowana w SM i po prostu patrzę.

Patrze, patrzę i jestem dumna!

Jestem szczęśliwa, że coraz częściej obserwuje zjawisko usamodzielniania się kobiet. Zaczynają one wychodzić przed szereg i po prostu biorą swój los w swoje ręce. Oczywiście wiele z nich ma kochających partnerów, dzieci i rodzinę. Jednak coś je pchnęło do tego, by jednak zacząć dbać o swój interes. Nie patrzą na swoich mężów, rodziców… a dzieci już nagle przestają być jakimkolwiek ograniczeniem.

Podoba mi się to, bo sama doskonale wiem że dzieci nie są absolutnie żadnym problemem w samorealizacji. Mam w domu trójkę – szaloną, kochaną i absorbującą trójkę. Ani przez chwilę nie pomyślałam, że nie dam rady. Pchnęłam się w świat działalności gospodarczej nie wiedząc tak naprawdę jakim niemowlakiem będzie najmłodszy – zaryzykowałam. Czy jest lekko? Nie. Czy jestem zmęczona? Bardzo. Czy zrobiłabym to znów? Oczywiście!

Kobieta powinna patrzeć na czubek własnego nosa!

Nie umiem sobie wyobrazić sytuacji, w której jestem kompletnie i w 100% uzależniona od mojego męża. On miałby zarabiać, a ja się bierne temu przyglądać? A co jak zostanę sama? Bez kasy, bez wizji, bez pracy… Oczywiście nie zakładam że tak się stanie, ale przezorny zawsze ubezpieczony. Wyobrażasz sobie wtedy siebie? Masz jakiekolwiek możliwości, czy zostajesz z niczym i liczysz na to, że alimenty pokryją część wydatków? Gorzej jeśli tych dzieci nie ma, wtedy zostaniesz zupełnie z niczym.

Warto zadbać o swój komfort psychiczny.

Nie znam ani jeden osoby, która byłaby zadowolona z tego że siedzi w domu i nic nie robi. Jeśli dzieci są małe – jest to ok, powiedzmy do chwili gdy nie zacznie się przedszkole. Później same czujemy pociąg do pracy, do aktywności, do ludzi… Serio nie znam nikogo, kto chciałby dalej bezczynnie siedzieć. Chodzi o nasz samorozwój, o tą radość z podnoszenia swoich kwalifikacji. Tą satysfakcję z zarobionych pieniędzy!

Widzę coraz częściej, że mamy kombinują już wcześniej. Nie czekają do magicznych 3 lat by wrócić do pracy. Decydują się otworzyć firmę, podejmują się mini zleceń a nawet chwytają się pracy chałupniczej. Tylko po to, by poczuć tą radość o której przed chwilą mówiłam. Cudze sukcesy mogą cieszyć, wsparcie swojego męża w jego karierze także może sprawiać radość. Jednak nic nie jest w stanie zastąpić uczucia tej samorealizacji – tego osiągania przez Ciebie kolejnych kroków!

Uwielbiam kobiety z pazurem!

Takie, które pchają się na głęboką wodę. takie, które mają jaja by zacząć działać pomimo przeciwności. Na język ciśnie mi się kilkanaście nazwisk w  tym momencie, ale nie będę ich wymieniała. Te kobiety ta maleńki ułamek, jest nas więcej. Coraz większa część kobiet nie chce być tylko „żoną swojego męża”. Kobiety chcą być samodzielne, chcą by ktoś patrzył na nie przez pryzmat ich osiągnięć – a nie osiągnięć jej partnera czy kogoś z rodziny.

Podobają mi się czasy w których żyję. Podoba mi się kraj w którym żyję – co prawda nadal jest kilka niejasności chociażby w płacy za pracę wykonywaną przez mężczyznę i kobietę ale wszystko zaczyna zmierzać w fajnym kierunku. Kobiety mają głos. Kobiety mogą wszystko, jeśli tylko zapragną.

Zaczynamy pokazywać że kobieta jest niesamowita!

Blog - archiwum

Słodkość w słoiku – kokos, kasza jaglana i… krem kakaowy!

10 października 2019

Kocham słodycze. To stwierdzenie musiało się tu znaleźć. Kocham jeśc, uwielbiam wszystko co słodkie – mało tego, ostatnio tak często tworzę coś słodkiego, że mój mąż także się uzależnił i sam domaga się czegoś do kawki! Nie lubię gdy moja rodzina je słodycze sklepowe – chociaż zdarza się to nam nawet często. Wolę stworzyć coś sama. Mam podwójną satysfakcję… po pierwsze jest to coś, co zrobiłam ja. A po drugie – jest mimo wszystko zdrowsze. A na tym mi najbardziej zależy.

Do kaszy jaglanej nie jestem przekonana jeśli chodzi o dania wytrawne. Natomiast chętnie używam jej w wypiekach! Kiedyś zrobiłam jaglanego snikersa (swoją drogą muszę znów to zrobić, bo był meeega pyszny!) a teraz stworzyłam takie a’la bounty. Został mars, twix i lion – ale wszystko w swoim czasie!

Potrzebujemy:

100 g kaszy jaglanej
1,5  szklanki mleka
1 szklanki wody
100 g wiórków kokosowych
2,5 łyżek cukru (można użyć zamienniki)
250 g serka mascarpone
cukier waniliowy
75 ml śmietanki 30%
3 łyżki kakao

Dokładnie wypłucz kaszę – to jest mus, inaczej będzie gorzka! Zalej ja szklanką mleka i szklanką wody. Gotuj ok 20 minut – do powstania papki. Dodaj resztę mleka, cukier i wiórki kokosowe. Ubij śmietankę, w osobnej misce połącz mikserem mascarpone, cukier waniliowy i kakao a następnie dodaj śmietankę. Układaj warstwami w słoiku.

Smacznego!

 

 

Blog - archiwum

Pomysły na prezent dla 5-latki. Prezent dla dziewczynki na różne okazje!

9 października 2019

Nasza córeczka miała w piątek urodziny, więc niedawno ogarnął nas szał biegania za prezentem. Uznałam, że skoro już jestem w tym miejscu to od razu kupię kilka innych drobiazgów by było już na kolejne okazje – święta, imieniny i mikołajki coraz bliżej. Nigdy nie odkładałam tego na ostatnią chwilę i każdy prezent kupuję ze sporym wyprzedzeniem szukając ciekawych okazji. 

Blanka nie jest zbyt wymagającym dzieckiem, jeśli chodzi o prezent. Nauczona jest zasady – że nie ważne jaki prezent będzie, liczy się gest osoby która go jej wręczyła. Cieszy się dosłownie ze wszystkiego, co mnie cieszy. Jednak pomimo tego, zawsze staramy się dopasować prezent do niej. Każde dziecko jest inne, jednak mam wrażenie że każda mała dziewczynka lubi to samo czyli…

Jednorożce, róż, brokat!

Obserwuję koleżanki Blanki w przedszkolu i panuje tam jedna zasada. Im bardziej różowo – tym lepiej. Im bardziej się świeci – tym lepiej. Im więcej jednorożców, tęczy i przesytu – ahh.. tym lepiej. I pamiętam te chwile, gdy mówiłam „moje dziecko nie będzie różowe!” A zdanie zmieniłam już po pierwszym wypadzie do sklepu z wyprawką dla noworodka. Nie była przesadnie różowa, ale jednak ten kolor dominował.

Teraz nie naciskam na nic. Moja córka sama wybrała sobie styl jaki jej pasuje. Jeśli chce nosić sukienki – to je nosi. Każdego dnia zakłada sukienkę, bądź spódniczkę do przedszkola. Spodnie to rzadkość i jeśli ma je na sobie, oznacza to tylko dwie rzeczy – albo poprosili o to w placówce, w związku z jakąś aktywnością bądź po przedszkolu koniecznie musi mieć spodnie, by sukienka nie ograniczała ruchów i zabawy. W każdej pozostałej sytuacji, moja córka nosi sukienki! Dlatego fajnym prezentem dla 5-latki w naszym przypadku są… ciuszki! I kolejna para pięknych rajstop czy sukienka. Z cekinami, błyszcząca, księżniczkowa. Ale prostą także nie pogardzi – ważne że nie są to spodnie! Wyobraź sobie, że w sukni którą miała na naszym ślubie także chodzi do przedszkola.

I dobrze! Jest bardzo dziewczęca. 

Nigdy nie przyszło mi do głowy by tłamsić w jakiś sposób jej dziewczęcą naturę. Niech się przebiera, ubiera, tworzy fryzury (no, może niech już sobie sama włosów nie obcina, bo grzywka nie wyszła jej zbyt dobrze!) ale niech układa włosy, tworzy warkocze, kucyki czy wpina cudowne spinki. Niech maluje paznokcie, gdy jest weekend bądź wakacje, niech psika się perfumami przeznaczonymi dla dzieci. Niech tworzy swoje bransoletki i pakuje „niezbędnik” do swojej torebki.

Taka dokładnie jest moja córka. Bardzo, bardzo dziewczęca. U mnie tego nie widzi, jednak z moją siostrą może nieźle poszaleć. Tym bardziej, że cioca jej niczego nie zakazuje i zawsze lekko oprószy nosek kosmetykiem, czy da posmarować usta kremem! Dlatego kosmetyki przeznaczone dla dzieci są także fajną opcją dla dziewczynki, która się tym interesuje.

Kolejną opcją jest LOL.

Fenomenu nie zrozumiem, jednak nie ma takiej konieczności. Moje dziecko nie rozumie mojej miłości do sushi a ja jej do laleczek LOL. Nie ma to najmniejszego znaczenia, bo jej nie musi podobać się to, co robię ja i odwrotnie. I to jest piękne, że każda z nas jest inna – ale akceptujemy siebie i potrafimy odszukać prezent który niekoniecznie pasuje mi, ale będzie pasował jej. Dosłownie przy każdej okazji, musi w paczce pojawić się laleczka o której wspominałam. Widziałam, że wiele koleżanek w „dzień zabawki” przynosi do przedszkola właśnie te maleństwa! Z całej góry prezentów jakie moja córka dostała w weekend – dwie zabrała dziś do dzieci. Jednym z nich była właśnie laleczka LOL.

Ten prezent wydaje się być zawsze udanym, dla małej dziewczynki! Szaleństwo trwa.

Dalej jest futrzak – Fur balls!

Gdy tylko otworzyliśmy w domu paczkę z tym cudakiem wybuchnęliśmy śmiechem. Na opakowaniu, zaznaczone jest, że misia trzeba umyć-wysuszyć-wyczesać i dopiero wtedy nadaje się do zabawy. Nikt nie ostrzegał, że znajdziemy w środku sklejoną kulkę z oczami. Kilka sekund później misiek już był w misce, następnie ciocia wysuszyła ale szło to naprawdę powoli. Wtedy tata wpadł na super pomysł – wirowanie w pralce. I chyba misiek się lekko zepsuł, a przynajmniej dość mocno zmechacił i teraz nie idzie go dobrze wyczesać. Pomimo wszystko, było to marzenie Blanki i jest nim zachwycona. Nie wiesz jakie zwierzątko Ci się trafi – czy pies, czy królik czy jeszcze coś innego. My mamy zajączka i faktycznie jest uroczy! To druga zabawka, jaką moja córka zabrała dziś na dzień zabawki do przedszkola!

Ponadczasowa lalka barbie!

Nauczyłam się już, że lepiej na takie coś wydać więcej, ale nie kupić szajsu. Nie kupujemy już tych podróbek, bo po jednym dniu zabawy nie nadawały się do użytkowania. Powiem szczerze, że spodziewałam się wyższych cen, ale naprawdę są one korzystne! Tym bardziej, że non stop są jakieś promocje – wystarczy wstrzelić się w dobry moment. Ten prezent jest na tyle fajny, że nawet dziecko które wcześniej nie interesowało się Barbie będzie nim zachwycone. Dlaczego? Każda z lalek jest kimś innym. Barbie-dentystka, Barbie-weterynarz, Barbie-mama, Barbie-z kucykiem, Barbie-z pieskiem… jest ich cała masa i nie dam rady wszystkich teraz wymienić. Wystarczy spojrzeć na zainteresowania dziecka i dobrać odpowiednią opcję. U nas pasuje kucyk – zawsze i wszędzie kucyki i jednorożce!

Nauczyłam się pytać. 

Za każdym razem robię podchody i dopytuję co jej się aktualnie podoba. Specjalnie tworzę listę i później opowiadam o niej rodzinie, gdy dopytują co kupić. Dzięki temu, każdy prezent dla dziecka jest trafiony. Fajnym sposobem jest też wybranie się z dzieckiem do sklepu z zabawkami, obserwowanie i zapamiętywanie, co zwróciło szczególną uwagę malucha. To zaczęłam praktykować stosunkowo niedawno, nie wiem dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałam. Być może bałam się napadu furii, histerii w stylu „mamoooo! ja to chce!” ale o dziwo, nic takiego nie było – bo wcześniej wyjaśniłam, że prezent dostanie ale dziś idziemy tylko oglądać!

Muszę też zawsze podotykać to, co chcę kupić. Sprawdzić jakość i wielkość. Moją słabością są zakupy przez Internet, jednak wiąże się to z tym, że często przychodzi coś czego nie chciałam. Nie doczytam nigdy do końca opisu i później następuje wielkie zdziwienie. Najczęściej zaskoczona jestem właśnie wielkością produktu, bo laleczka wygląda na wielką, a jest miniaturowa. Od dwóch lat kupuję prezenty już tylko stacjonarnie. Tym bardziej, że zawsze przy okazji wizyty w Lesznie czy Poznaniu (bądź w prawie 190 innych lokalizacjach!) mam pod nosem sklep SMYK. A tam już przepadamy w zupełności. Mam ciuszki, zabawki, gry, akcesoria dla niemowlaka (i moje ukochane wkładki laktacyjne, które tylko tam kupuje!) a w weekend nawet zakochałam się, gdy zobaczyłam jedną spacerówkę! Chyba zaraz znów muszę tam pojechać!

W tym roku trafiliśmy z prezentami IDEALNIE!
Dla tej radości było warto.
A jakie zabawki pasują do Twojej córki?

 

 

 

Blog - archiwum

Jak pomogłam mojemu dziecku w nauce czytania!

8 października 2019

Na wstępie od razu powiem, że nie jest jeszcze idealnie. Antoni czyta odrobinę wolniej od swoich szkolnych kolegów i koleżanek – jednak w stosunku do pierwszej klasy zrobił drastyczny skok. Nie powiem, by było to łatwe zadanie. Wydawało mi się, że skoro faktycznie dużo ćwiczymy powinny być chociaż minimalne efekty – jednak nic nie zwiastowało większych efektów. 

Być może to genetyczne?

Teraz wszystko zwalane jest na podłoże genetyczne. Szukamy się porównania zachowania i problemów u dzieci, z tymi które mieliśmy my czy nasi rodzice w ich wieku. Jednak tym razem naprawdę widzę pewne podobieństwo. Przypominam sobie sytuacje ze swojej przygody szkolnej, gdy inne dzieci już pięknie czytały a ja nadal coś dukałam. Nie było opcji, bym bez zająknięcia przeczytała jakikolwiek tekst. Słuchałam jak czyta mi moja mama i starałam się jak najwięcej zapamiętać – w końcu dochodziło do tego, że ja mówiłam tekst z pamięci – ale nadal nie umiałam go przeczytać. Płynnie czytać nauczyłam się w trzeciej klasie szkoły podstawowej – późno.

Do niedawna uważałam to porażkę. Jednak nauczyłam się na to patrzeć z innej strony. Teraz, mając 26 lat przeczytałam więcej książek niż część moich znajomych którzy czytali dużo szybciej. Jestem w stanie przeczytać książkę, która ma 520 stron w 4 godziny. Nie wiem czy jest to dobry wynik, ale jeden wieczór = jedna książka. Dlatego nie naciskałam na mojego syna, postanowiłam poczekać i delikatnie mu pomagać.

Przede wszystkim dobrze nauczyłam go liter!

Nie mam pojęcia czy nie słuchał na zajęciach, czy po prostu słabo szło nauczenie go tego wszystkiego – ale masy liter nie znał, a inne pisał po prostu źle. Dlatego szybko nadrobiłam z nim zaległości jakie miał, przy okazji włączając do zabawy jego młodszą siostrę. Upiekłam dwie pieczenie na jednym ogniu – nadgoniłam materiał z Antkiem i wyprzedziłam lekko ten u Blanki. W oby przypadkach było to na zasadach zabawy – poszło tak błyskawicznie, że sama w to nie wierzyłam. Wykorzystałam do tego celu drewniany alfabet ze sklepu Natalii. Moja znajoma stworzyła produkt który jest absolutnie fantastyczny, bezpieczny i pomaga dzieciom. Jednak nie tylko do tego to wykorzystaliśmy.

Następnym krokiem było tworzenie wyrazów.

Układaliśmy litery tak, by powstały wyrazy i każdy po kolei czytaliśmy. Antoni musiał sam odszukać odpowiednie litery, złożyć je w całość a następnie odczytać na głos wyraz. Zaczynaliśmy od wyrazów składających się z trzech liter i powoli zwiększaliśmy ich ilość. Byłam zaskoczona, jak szybko oboje chwytali to, co robiliśmy. Kolejny raz sprawdziło się zdanie, że nauka przez zabawę jak najlepsza.

O dziwo, nawet pięciolatka pięknie tworzyła wyrazy o które poprosiłam. Kompletnie nie znam dolnej granicy używania tych klocków. Jednak są one stworzone z bezpiecznych materiałów i mają czcionkę Pismo Szkolne zatwierdzoną przez MEN. Myślę, że gdy tylko dziecko zacznie wykazywać najmniejszą chęć nauki, warto poświęcić kilka chwil podczas zabawy i nauczyć się czegoś nowego. Już nie mogę się doczekać przygody z Maciejem, pewnie w okolicy trzecich urodzin!

Zapisywaliśmy też te wyrazy, które stworzyliśmy. 

Dzięki temu, że po jednej stronie drewienka mają laserowo wygrawerowane pisane litery a z drugiej czcionkę szkolną – mogliśmy poćwiczyć oba sposoby zapisywania wyrazów na kartce. Działałam instynktownie. Dla mnie te trzy etapy, były takie naturalne – jednak sposoby wykorzystania tych klocków jest cała masa. Wystarczy kreatywność, pomysłowość i chęci. Myślę, że nauczyciele, którzy mają na co dzień kontakt z dziećmi w takim wieku znajdą jeszcze setki innych zastosowań – nam na potrzeby domowe, wystarczą te trzy. Bo efekt jaki chcieliśmy, udało nam się osiągnąć.

Aktualnie Antoni jest na wyższym poziomie!

Moim zdaniem dogonił rówieśników i wychodzi na prostą. Wystarczyły wakacje, chwila (dosłownie chwila) dziennie i efekty już możemy oglądać w tym roku szkolnym. Najniższa ocena, jaką przyniósł mój syn to B+ (4+) co w zeszłym roku było nie do pomyślenia przez problemy z czytaniem. Nie robił poprawnie zadań, bo nie wiedział co ma zrobić – nie potrafił przeczytać polecenia. O czytankach już nie wspominając! Teraz mogę głośno powiedzieć, że nam się udało!

A Twoje dziecko ma jakieś problemy szkolne?

 

Nasz Instagram