Ile ja życia zmarnowałam na to, by wielu ludziom się przypodobać. Ile ja nerwów, czasu i energii straciłam na to, by kolejna osoba mnie po prostu akcentowała. Nie chciałam by ktoś mnie nie lubił, miałam wrażenie że nie ma we mnie nic takiego, co powodowałaby jakiś niesmak. Ja sama siebie lubię (i to bardzo – swoją skromność też) dlatego dziwiłam się, dlaczego ktoś inny może nie lubić mnie.
Bez sensu prawda?
Odkryłam to w momencie, gdy na mojej drodze pojawiły się osoby których ja nie toleruję. Myślałam że w każdym człowieku potrafię odszukać chociaż maleńką cząstkę, którą będę w stanie polubić. Tak się nie stało, jest kilka takich, których nie umiem zaakceptować. Siedzi to głęboko w mojej głowie i chyba prędko z niej nie wyjdzie – tak czuję.
Później założyłam blog.
Zostałam wystawiona na masę krytyki. Bliscy znajomi i Ci dalsi potrafili wbić szpilkę w plecy. Nie potrafili zrozumieć o co tak naprawdę chodzi w mojej pracy. Nauczyłam się wtedy, że nie mogę być miła dla wszystkich – za wszelką cenę. Nie pozwolę by moje zdrowie psychiczne cierpiało, bo jestem uśmiechnięta pomimo kopniaków jakie ktoś inny wymierza w moją stronę.
Nauczyłam się być zołzą. Mówię co myślę, nie spotykam się już z ludźmi których nie akceptuje i którzy w jakimś stopniu mi podcinają skrzydła. Przykre jest to, że wiele takich przypadków jest wśród pozornie najbliższych ludzi, jednak musiałam to zrobić. I wiesz co? Początkowo było mi z tym źle, jednak teraz jestem szczęśliwa – nie lubię wszystkich, nie toleruję wszystkich. Dzięki temu, mam obok siebie osoby które mnie wspierają, pomagają i dają kopa do dalszych działań!
Kiedyś oddawałam innym to, co było dla mnie istotne.
Najczęściej był to czas. Nigdy nie miałam go pod dostatkiem, zresztą jak większość ludzi. A gdy tylko ktoś poprosił mnie o coś, ja zgadzałam się na wszystko – nie umiałam kompletnie powiedzieć nie. Chciałam dobrze wypaść w jego oczach. Aktualnie robię coś dla innych gdy mam ochotę. Pomagam bliskim, którzy potrafią tez bezinteresownie pomóc mi. Nie ma już jednostronnej działalności z mojej strony. Regularnie wspieram tez osoby potrzebujące – i nie, nie mówię o tym za każdym razem gdy wykonuję przelew czy daruję coś materialnego. Nie czuję takiej potrzeby, nie chcę.
Nauczyłam się odwracać plecami do osób które nie zasługują na nic innego.
Ktoś, kto nie powiedział o mnie dobrego słowa. Ktoś, kto pokazuje szeroki uśmiech, a odwracając się potrafi obsypać mnie najgorszymi epitetami nie zasługuje na to bym poświęciła swój czas. Nie lubię takiej osoby i teraz, na tym etapie mojego życia umiem powiedzieć to prosto w twarz. Nie mam prawa lubić tej osoby. Szanuję każdego człowieka jeśli ten człowiek szanuje mnie – jeśli tak nie jest, nie skupiam swojej uwagi na nim.
Nie czuję też potrzeby być na siłę miłą, bo wypada.
Nie, nie, nie. Kompletnie ignoruję takie osoby w 100%. Nie odbieram telefonów, nie odpisuję na wiadomości. Nie utrzymuję kontaktu, nie rozmawiam a już tym bardziej nie spotykam się w realu. Po co marnować czas na coś, co nie przyniesie Ci przyjemności tylko niepotrzebny stres? Nie chcę zachowywać się poprawnie, bo tak wypada. Nie chcę sztucznej atmosfery, chcę prawdziwych, szczerych i pozytywnych uczuć i własnie takie mam.
Nie chcę mieć na twarzy sztucznego uśmiechu. Nie chcę przytakiwać na każde zdanie, z którym się nie zgadzam by nie urazić rozmówcy. Nie chcę brać udziału w takich szopkach – wyrosłam z nich. Przestałam trzymac się sztywno osób z poczucia obowiązku. Ja nic nie muszę – mogę, ale nie muszę. Sęk w tym, że nie chcę.
Cenię swoją wartość i swój czas.
Nie kolekcjonuję ludzi i sztucznego uśmiechu.
Kolekcjonuję wspomnienia warte zachodu – żyję jak mi podpowiada serce, nie rozum.
Musiałam stworzyć ten tekst po tym, jak ostatnio zaczęłam dostrzegać coś pięknego. Bardzo dużo czasu ostatnio spędzam w social mediach. Jest to po pierwsze moja praca, a po drugie – pasja. Lubię obserwować rozwój tych miejsc, ale nie o tym teraz chciałam pisać. Jestem obserwatorką sporej ilości osób i firm. Bardzo dużo czytam, obserwuje i wyciągam wnioski. Praktycznie 3/4 dnia jestem zalogowana w SM i po prostu patrzę.
Patrze, patrzę i jestem dumna!
Jestem szczęśliwa, że coraz częściej obserwuje zjawisko usamodzielniania się kobiet. Zaczynają one wychodzić przed szereg i po prostu biorą swój los w swoje ręce. Oczywiście wiele z nich ma kochających partnerów, dzieci i rodzinę. Jednak coś je pchnęło do tego, by jednak zacząć dbać o swój interes. Nie patrzą na swoich mężów, rodziców… a dzieci już nagle przestają być jakimkolwiek ograniczeniem.
Podoba mi się to, bo sama doskonale wiem że dzieci nie są absolutnie żadnym problemem w samorealizacji. Mam w domu trójkę – szaloną, kochaną i absorbującą trójkę. Ani przez chwilę nie pomyślałam, że nie dam rady. Pchnęłam się w świat działalności gospodarczej nie wiedząc tak naprawdę jakim niemowlakiem będzie najmłodszy – zaryzykowałam. Czy jest lekko? Nie. Czy jestem zmęczona? Bardzo. Czy zrobiłabym to znów? Oczywiście!
Kobieta powinna patrzeć na czubek własnego nosa!
Nie umiem sobie wyobrazić sytuacji, w której jestem kompletnie i w 100% uzależniona od mojego męża. On miałby zarabiać, a ja się bierne temu przyglądać? A co jak zostanę sama? Bez kasy, bez wizji, bez pracy… Oczywiście nie zakładam że tak się stanie, ale przezorny zawsze ubezpieczony. Wyobrażasz sobie wtedy siebie? Masz jakiekolwiek możliwości, czy zostajesz z niczym i liczysz na to, że alimenty pokryją część wydatków? Gorzej jeśli tych dzieci nie ma, wtedy zostaniesz zupełnie z niczym.
Warto zadbać o swój komfort psychiczny.
Nie znam ani jeden osoby, która byłaby zadowolona z tego że siedzi w domu i nic nie robi. Jeśli dzieci są małe – jest to ok, powiedzmy do chwili gdy nie zacznie się przedszkole. Później same czujemy pociąg do pracy, do aktywności, do ludzi… Serio nie znam nikogo, kto chciałby dalej bezczynnie siedzieć. Chodzi o nasz samorozwój, o tą radość z podnoszenia swoich kwalifikacji. Tą satysfakcję z zarobionych pieniędzy!
Widzę coraz częściej, że mamy kombinują już wcześniej. Nie czekają do magicznych 3 lat by wrócić do pracy. Decydują się otworzyć firmę, podejmują się mini zleceń a nawet chwytają się pracy chałupniczej. Tylko po to, by poczuć tą radość o której przed chwilą mówiłam. Cudze sukcesy mogą cieszyć, wsparcie swojego męża w jego karierze także może sprawiać radość. Jednak nic nie jest w stanie zastąpić uczucia tej samorealizacji – tego osiągania przez Ciebie kolejnych kroków!
Uwielbiam kobiety z pazurem!
Takie, które pchają się na głęboką wodę. takie, które mają jaja by zacząć działać pomimo przeciwności. Na język ciśnie mi się kilkanaście nazwisk w tym momencie, ale nie będę ich wymieniała. Te kobiety ta maleńki ułamek, jest nas więcej. Coraz większa część kobiet nie chce być tylko „żoną swojego męża”. Kobiety chcą być samodzielne, chcą by ktoś patrzył na nie przez pryzmat ich osiągnięć – a nie osiągnięć jej partnera czy kogoś z rodziny.
Podobają mi się czasy w których żyję. Podoba mi się kraj w którym żyję – co prawda nadal jest kilka niejasności chociażby w płacy za pracę wykonywaną przez mężczyznę i kobietę ale wszystko zaczyna zmierzać w fajnym kierunku. Kobiety mają głos. Kobiety mogą wszystko, jeśli tylko zapragną.
Zaczynamy pokazywać że kobieta jest niesamowita!