Śledź nas na:
All Posts By

pierwsze-kroki

Blog - archiwum Kuchnia - archiwum

5 najlepszych i mega zdrowych koktajli dla całej rodziny. Wspieram zdrowie mojej rodziny.

7 października 2019

Moja rodzina to typowi wzrokowcy. Dzieci widząc warzywa na talerzu po prostu ich nie tkną. Takie typy, z którymi dzielnie walczę każdego dnia. Znalazłam jeden sposób na to, by każdego dnia chociaż trochę witamin znalazło się w ich menu. Ile można żyć na ketchupie, frytkach czy… płatkach kukurydzianych. Tym bardziej że są bardzo aktywnymi fizycznie dziećmi, w ich diecie muszą znajdować się odpowiednie składniki. Mają swoje ulubione dania, podobnie jak mój mąż.

Przemycam owoce i warzywa!

Każdego dnia miksuję porcję owoców i warzyw. Tworzę przepyszne koktajle, tłumacząc im dzielnie że to jogurt owocowy który kochają. Która mama nie stosuje takiej metody? Jestem pewna że większość tak ma. Dla mnie liczy się fakt, że skutecznie potrafię namówić ich do wypicia tej szklanki witamin w ciągu dnia. Pokażę Ci pięć najlepszych połączeń – dokładnie te pięć smaków kochają moje dzieci i niezmiennie są ich ulubionymi!

Słodkie, smaczne i pożywne – idealne na drugie śniadanie!

Koktajl I – banan-mango

1 banan
pół mango
szklanka mleka
łyżeczka cukru
szczypta cynamonu

Koktajl II – truskawki-płatki owsiane

garść truskawek
szklanka mleka
2 łyżeczki płatków owsianych
łyżeczka wiórków kokosowych

Koktajl III – maliny-gruszka

garść malin
szklanka mleka
łyżka miodu

Koktajl IV – arbuz-kokos

pół arbuza
w razie potrzeby pół szklanki wody
łyżka wiórków kokosowych

Koktajl V – malina-mango

garść malin
pół mango
szklanka mleka
łyżka miodu

Od niedawna bardzo dbam o to co jem. Nie dlatego że jadłam za dużo – a dlatego, że w ciągu dnia zapominałam o tym, że jednak czasem jeść trzeba. Podczas karmienia piersią, jest to niezwykle istotne. Ciągłe życie w biegu nie pomaga mi zapanować nad tym problemem, dlatego staram się ułatwiać sobie życie jak tylko mogę. Szukam rozwiązań odpowiednich dla takich kobie jak ja – wiecznie w biegu, wiecznie bez czasu.

Mini blender który mam to moje najnowsze odkrycie. Idealna opcja, by stworzyć szybką przekąskę. Dosłownie tworzy smoothie na jedną porcję – a tego od rana zawsze mi brakowało. Mycie wielkiego blendera kielichowego ręcznie mnie dobijało, tym bardziej że chciałam coś stworzyć dosłownie z garści malin! Każda z nas także wie, że smoothie stojące dłużej się rozwarstwia. Nie wygląda wtedy apetycznie. Przetestowałam ten sprzęt także w podróży. Wrzuciłam do niego owoce i zalałam je wodą. Gdy poczułam głód, wdusiłam jeden przycisk i miałam posiłek z głowy.

A dla Was mam mega promocję!
z kodem: PierwszeKroki15 macie 15% rabatu na zakupy w Scoutlet.pl
– dosłownie na CAŁY asortyment!

 

 

Blender trafia do : Dominiki Zielińskiej ❤️

Napisz do mnie : [email protected]

Blog - archiwum

To własnie dziś – moja córka kończy pięć lat!

4 października 2019

Pamiętam dzień, gdy dowiedziałam się o tym że rośnie pod moim sercem. Był wtedy bardzo burzliwy okres w moim życiu. To, że ona jest z nami – jest cudem. Serio ciąża była mało prawdopodobna – wręcz niemożliwa, a jednak jest z nami. Być może dlatego jej biologiczny tata nie wierzył w ciąże. Być może dlatego, kazał zrobić testy DNA na ojcostwo. Nie znam powodów jego działania, jednak ból jaki wtedy czułam jest nie do opisania. 

Miałam 21 lat gdy przychodziła na świat. 

Sama siebie dobrze nie znałam, nie wiedziałam czego chcę – a już miałam zostać mamą dwójki dzieci. Miałam być samodzielną mamą dwójki małych dzieci. Całą ciąże ryczałam do poduszki. Dzień w dzień – bo problemy z jej biologicznym ojcem to było jedno, ale konflikt z moim ojcem to druga sprawa. Zostałam sama z 3-latkiem i brzuchem w wielkim mieście. Każdego dnia trzymałam się dzielnie, by syn nie widział łez – ale wieczorem emocje puszczały.

Urodziła się 4 października 2014.

Tydzień po terminie zjawiłam się w szpitalu przy ulicy Polnej w Poznaniu. Mój lekarz czekał na mnie, by podać mi oksytocynę – po podłączeniu do kroplówki w ciągu godziny pojawiły się skurcze. O 10:50 rozmawiałam jeszcze przez telefon z kuzynką i mówiłam jej, że zaczynają mi się skurcze i muszę kończyć. O 11:06 była już na świecie. Błyskawica. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że ta mała istota zaskoczyła mnie wtedy pierwszy raz, ale nie ostatni…

Blanka jest wulkanem energii…

Wiele osób mówi mi, że jest kochana, grzeczna i mądra. Ani razu nie zaprzeczyłam, bo faktycznie w towarzystwie księżniczka potrafi się zachować. Gdy jednak zamykają się drzwi naszego mieszkania, pokazuje na co nas stać. Tak przebojowej dziewczynki nie znałam nigdy. Tak humorzastej, sfochowanej i nastawionej na konkretny cel. Jeśli coś sobie ułoży w głowie, musi być tak jak zaplanowała. Każde najmniejsze odstępstwo jest surowo karane i dosadnie pokazuje nam, co o tym myśli.

Każdego dnia przed przedszkolem rzuca ciuchami. Bo sukienka nie pasuje do rajstop. Chodzi w sukniach balowych – ale z włosami, które dawno szczotki nie widziały. Uwielbia się malować, nosić biżuterię i psikać perfumami. Płacze na widok rozjechanego zwierzaka, ale gdy jakiś żywy obok niej przechodzi to ucieka – boi się. Zatrzymuje się przy każdym drzewie i dopytuje o wszystko – dosłownie. Na roślinności nigdy się nie znałam, ale podczas ostatniego roku zdobyłam tyle informacji, że z powodzeniem znalazłabym pracę w jakimś ogrodzie botanicznym.

Moja córka jest najlepsza!

W tym roku poczuła, co to znaczy być starszą siostrą. Bałam się, czułam że może być zazrosna – a ona pokazała nam wszystkim, jak bardzo się myliliśmy. Jest wspaniałą starszą siostrą. Nosi, przytula, zagaduje… próbowała nawet nakarmić Maćka czekoladą, a mało komu na to pozwala – dlatego bardzo to doceniam.

Jest szczera do bólu, momentami pyskata – ale nie zabraniam jej tego. W życiu musi nauczyć się walczyć o swoje. Musi pokazać pazury w momentach, gdy są one potrzebne. Ma dobre serce, ale takie osoby muszą mieć przy okazji twardy tyłek – ona taki ma, dlatego nie pozwolę by to się zmieniło. Dla jej dobra.

Ktoś ostatnio mi powiedział, że Blanka jest niegrzeczna.

Ta osoba nie jest dla niej żadnym autorytetem. Ona wie przed kim może sobie na ile pozwolić. Doskonale czyta ludzkie emocje. Wie, jak mało kto, kiedy z drogi zejść komuś kto jest zły. Ale to działa w dwie strony – potrafi idealnie wkurzyć inną osobę, bo szybko poznaje – co działa jak zapalniczka. Mam to samo, dlatego tak bardzo mnie to przeraża – jeśli nauczy się z tej cechy dobrze korzystać, może zajść  wżyciu bardo daleko.

Ma tylko, albo aż 5 lat.

Dziś są jej urodziny. A ja życzę jej takiego uśmiechu jaki ma teraz – do końca swojego życia. Tej zadziory w oczach i ciętego języka. Tego dobrego serduszka, ale też chęci poznawania świata. I chociaż daje nam wszystkim nieźle w kość, to nie wyobrażam sobie by była inna. Jest wyjątkowa i niech taką pozostanie!

100 lat córeczko!

Blog - archiwum

Planner dzienny i tygodniowy, które ułatwią organizację dnia każdej kobiecie!

3 października 2019

O mojej miłości do planowania pisałam już nie jeden raz. Kocham zapisywać kolejne strony różnych plannerów, kalendarzy czy notatników. Przez te wszystkie lata, podczas których rozwijałam w sobie umiejętności związane z organizacją czasu, nauczyłam się robić to już chyba idealnie. Nie marnuję czasu na nic – jest czas na pracę, dom, dzieci a nawet przyjemności – myślałam, że się nie uda. A jednak, codziennie znajduję kolejne dwie godziny na książkę! Troszkę cierpi na tym praca, ale wszystko nadal jest w granicach akceptu.

Nauczyłam się też, co jest potrzebne każdej z nas by zaplanować dzień idealnie. Jakie powinny być rubryki w kalendarzu, by maksymalnie ułatwić nam dzień i planowanie kolejnych kroków. Żaden poprzedni nie miał wszystkiego, a niektóre miały wręcz – za dużo! Może tak być? Owszem! Ja nie potrzebowałam miliona rubryczek, bo mam w sobie coś takiego, że każdą muszę zapełnić – niestety, odbijało się to na mojej psychice bo nie byłam w stanie tego wszystkiego zrobić. Wtedy wpadłam na pomysł, że stworzę swój organizer czasu – taki idealny, taki mój i jestem pewna że wiele osób także potwierdzi moje zdanie.

Jaki jest nasz planner?

Podzieliłam go na dwa osobne produkty. Zrobiłam ankietę, była dosłownie pół na pół – wiele osób chciało dzienny układ stron, ale nie mniej osób prosiło o tygodniowy. Byłam rozdarta, bo zamówienie takiej ilości produktu wiązało się nie tylko z kosztami, możliwościami przetrzymywania tego w mieszkaniu ale także… potencjalną sprzedażą! Zaryzykowałam, zobaczymy czy tym razem będę żałowała. Każdy planner ma układ miesięczny, rozpiskę wydatków, przychodów, listę zakupów i miejsce na notatki. Dzienny ma na swojej stronie rubryczki z godzinami, miejsce na menu, ilość wypitej wody, na coś ważnego oraz coś, co zrobisz dziś dla siebie.

Co go wyróżnia?

Przede wszystkim to, że w 100% jest produkowany w Polsce – a wiadomo, takie produkty wspieram całym sercem i daję zarobić przedsiębiorcom działającym w Polsce. Nie ma nic chińskiego, badziewnego i psującego się po sekundzie. Dopracowywałam ten produkt ROK! Ciągle odsyłałam nakład, bo w każdym coś było nie tak – nie chciałam szajsu, chciałam najlepszy kalendarz. Projekt – stworzyła Polka. Papier – jest z naszego kraju. Druk – był „u nas”.

Kolejna sprawa to papier… Planner nie będzie nigdy tańszy niż w tej chwili, a zaraz cena wzrośnie bym i ja coś na nim zarobiła. Ta cena, która jest teraz to praktycznie koszt druku i… podatki. Papier który użyłam to grubość 90 mg – osoby które znają się na notatnikach, kalendarzach i innych pisadełkach – wiedzą, że jest on naprawdę fajny! Ten, który jest o niższej gramaturze powoduje ogromne prześwity na drugą stronę, ten jest idealny, a każdy większy – spowoduje, że w ręce nie będziesz miała kalendarza, tylko coś czego się wcale nosić nie da, bo będzie za ciężkie. Te nasze są już ogromne!

Planner jest w formacie B5. Uznałam, że taki będzie idealny, bo od zawsze korzystam tylko z takiego formatu. Na mniejszym się nigdy nie mogę pomieścić!

Gdzie można go kupić?

Nasz planner, dostępny jest tylko w naszym sklepie! O TUTAJ 

Do każdej paczki wrzucam upominki. Dlatego kupując planner – nie kupujesz tylko jego! Będzie na bogato – serio. Nie mogę nic więcej zdradzić, bo chciałabym by każda z osób które zamówią planner, miała miłą niespodziankę.

Blog - archiwum

Co dało mi moje małżeństwo? 9 rzeczy które zyskałam zostając żoną.

2 października 2019

Dacie wiarę, że za moment wybije nam rok małżeństwa. Staż dla niektórych mały, bo mamy tutaj małżeństwa ze znacznie dłuższym – jednak musiałam napisać ten tekst już teraz. Ten rok, był jednym z piękniejszych w moim życiu. Zabrzmi to banalnie, ale tak naprawdę jest. To, ile zyskałam dzięki mojemu mężowi jest nie opowiedzenia. Jestem mu wdzięczna za bardzo dużo rzeczy, jednak te 9 które teraz wymieniłam są najbardziej zauważalne. 

Gdy już tak definitywnie postanowiłam zmienić swój stan cywilny, nie wiedziałam że zyskam tak wiele. Bo niby byliśmy wcześniej razem, jednak małżeństwo zmieniło nasz sposób patrzenia na wiele spraw. Niby to „tylko papier” jednak nasze myślenie i postrzeganie związku zmieniło się strasznie – jakbyśmy dojrzalej podchodzili do relacji która nas łączy. Ten rok był (i jest!) cudowny, a ja dziś wykrzyczałabym bez wahania – że zrobiłabym to jeszcze raz, kolejny raz bez oporów powiedziałabym TAK.

1. Zyskałam przyjaciela.

Niby coś oczywistego dla nas, jednak wiem że nie jest takie dla innych. Nie mam drugiej tak bliskiej osoby obok siebie. Mój mąż wie o mnie wszystko, a ja wiem o nim jeszcze więcej (niż on wie, że ja wiem – of course!). Jeszcze wczoraj, leżąc w łóżku, tuż przed pójściem spać – zgodnie stwierdziliśmy że jesteśmy dla siebie najlepszymi przyjaciółmi. Fajnie jest mieć obok siebie kogoś, komu możesz powiedzieć wszystko – bo wiesz, że nawet jak wyznasz najgorszą rzecz, ta osoba nadal będzie po Twojej stronie. Trzymamy jeden front.

2. Zyskałam pewność siebie.

Śmiać mi się chce gdy pomyślę o naszych początkach. Nie tylko mi, bo mój mąż tez lubi w żartach do nich wracać. Były sytuacje gdy np jako świeżo upieczona para postanowiliśmy razem wejść do jednej wanny (o sic! tak przed ślubem!). Jako że moje ciało po dwóch ciążach błagało o spotkanie z chirurgiem, kosmetologiem i innymi cudotwórcami wstydziłam się tego, co ukrywałam pod ubraniami. Gdy mój (jeszcze wtedy) chłopak, siedział w wannie ja byłam okryta ręcznikiem. Musiał zamykać oczy gdy wchodziłam do wanny i dopiero gdy zakrywała mnie piana – mógł te oczy otworzyć! Tak samo było z wychodzeniem. Dziś jest to nie do pomyślenia, a mój mąż za każdy kawałek mojego ciała i szczerze je lubi!

3. Stałam się bardziej odważna.

Jeszcze kilka lat temu nie pomyślałabym, że jestem w stanie zorganizować i poprowadzić wydarzenie dla obcych mi ludzi. Jak to wyjść na scenę, opowiadać coś i jeszcze dobrze się prezentować? O niee! Mój mąż tak bardzo we mnie wierzył, nawet kiedy szło mi fatalnie. Zawsze potrafił wesprzeć mnie, gdy podwijała mi się noga. Dlatego aktualnie jestem bardziej odważną osobą, niż w czasach gimnazjum, liceum czy studiów. Mało tego! Przed każdym poprzednim facetem bym nie zrobiła tego, co zrobiłam przed mężem. Wstydziłam się występować w momencie gdy ktoś bliski mnie oglądał do dziś chyba moi rodzice nie widzieli mnie „w akcji”.

4. Osobę do wygadania.

Tak bardzo brakowało mi kogoś, kto będzie codziennie – kto mnie wysłucha. Mój mąż jest typem osoby, która nie mówi za wiele. Tzn mówi, gdy ma coś do powiedzenia – gdy trzeba. Jednak jak jesteśmy sami, nie mówi za dużo. To raczej ja cały czas o czymś nadaje. On raczej woli ciszę, a moje gadanie go momentami męczy – widzę to, ale nie umiem przestać. Po całym dniu sam na sam z dziećmi, odczuwam ogromną chęć wygadania się komuś dorosłemu – pada na mojego męża, bo jest osobą której mogę powiedzieć wszystko.

5. Mam poczucie stabilizacji.

Mój mąż wie, że nie uznaje rozwodów. Nie ma w moim słowniku takiego słowa. Dlatego kazałam mu milion razy przemyśleć opcję ślubu ze mną, a ja sama jeszcze dłużej myślałam o ślubie z nim. Nie dam mu rozwodu i koniec kropka, jesteśmy związani ze sobą do końca życia czy to mu się za jakiś czas przestanie podobać czy nie. Czuje się bezpiecznie, czuję że osiągnęłam w moim życiu pewien stopień stabilizacji i nic nie jest w stanie tego zmienić. Wiem, że co by się nie działo mam obok siebie kogoś mi oddanego, a ja nie jestem sama z żadnym problemem.

6. Zyskałam możliwość rozwoju.

Gdy byłam sama nie miałam kompletnie na to czasu. Mój mąż zapewnił mi stabilizację nie tylko taką nazwijmy to „wewnętrzną” ale także materialną. Ja mogłabym siedzieć w domu i zajmować się tylko nim i dziećmi. Wybrałam inną drogę – wybrałam drogę którą Ty obserwujesz i o dziwo nie usłyszałam nigdy, że powinnam to wszystko rzucić i skupić się na rodzinie. On wie, że dla mnie jest to na tyle ważne, że brak pracy i brać samorozwoju spowodowałby poczucie że jestem nikim. Dlatego każdego dnia, wraca z pracy i przejmuje dzieci. Wstaje o 7, zawozi dzieci do szkoły czy przedszkola i jedzie na osiem-dziewięć godzin do pracy. Gdy wraca jest 16:30-17:30 a wtedy zamiast usiąść i chwilę odpocząć od razu bierze na ręce Macieja i pozwala mi odpocząć, bądź popracować. O takiego męża walczyłam, takiego szukałam – takiego mam.

7. Zyskałam rodzinę.

Taką prawdziwą. Taką składającą się z mamy,taty i dzieci. No i jeszcze psa… Nie miałam tego, jako samotna matka. Teraz doceniam każdego dnia pomoc i wsparcie jakie otrzymuję od niego. Jestem mu wdzięczna za Maćka i za to, że Antek i Blanka są dla niego równie ważni chociaż nie łączą ich więzy krwi. On jest dla nich przyjacielem, tatą, kumplem do zabaw. To on ma więcej cierpliwości i to on uczy każdego z nich jeździć na rowerze, grać na kompie czy nawet odrabia z najstarszym lekcje! Mam rodzinę, taką o której zawsze marzyłam.

8. Zyskałam chęć podobania się i potrzebę dbania o siebie.

Nigdy jakoś przesadnie nie dbałam o siebie. Nie odczuwałam potrzeby dbania o swój wygląd by podobać się sobie czy komuś innemu. nie zmieniło się to jakoś specjalnie, jednak zauważyłam że od czasu gdy zostałam żoną, odczuwam chęć podobania się mojemu mężowi. Wiem że dla niego jestem piękna taka jaka jestem, jednak fajnie jest czasem zobaczyć taki błysk w oku męża. Każda kobieta wie, co mam na myśli. Ostatnio przyłapałam się na tym, że specjalnie spada mi łyżka w kuchni gdy mój mąż siedzi i je kolacje, gdy dzieci śpią. Śmieje się sama z siebie, ale widzę że to działa!

9. Mam męża!

Po prostu. Od roku, ale już na zawsze!

A Ty co zyskałaś zostając żoną?

 

Blog - archiwum

Jak zwracać się do swojej teściowej?

1 października 2019

Kilka pytań ostatnio padło w moją stronę o to, jak zwracam się do mamy mojego męża. Nie chciałam z takiego powodu poruszać tego tematu, jednak w ostatni weekend moja teściowa powiedziała mi „jesteście już rok po ślubie, a Ty nadal do mnie mówisz per Pani” skomentował wszystko brat Daniela, który też był wtedy u nas z dziećmi. Powiedział wtedy coś ważnego, co utkwiło mi w pamięci – dlatego postanowiłam że napiszę ten tekst, bo podejrzewam że takich osób jak ja, jest po prostu więcej. 

„nie naciskaj!”

Nie wymuszaj, nie naciskaj, nie wytykaj, nie upominaj. Jeśli nie było poważnej rozmowy między synową i teściową na ten temat tym bardziej nie powinno się wywierać żadnej presji w tym kierunku. Jeśli nie dojdziemy do większego porozumienia, warto dać sobie czas. Nie wiem ile potrzeba, ważne że każda ze stron próbuje coś w tym kierunku zrobić.

Ja do mojej teściowej zwracam się per Pani.

Nie umiem inaczej. Próbowałam już wielu sposobów, zaraz Ci wymienię jakie to były, ale żaden poza „Panią” tak mi nie podpasował. Nie umiem mówić do innej osoby „mamo” skoro moja mama jest jedna. Wychowywała mnie, spędzała ze mną każdy dzień, wstawała w nocy, zmieniała pampers…

Próbowałam mówić mamo.

Raczej w formie żartu niż na serio. Było mamooo… z uśmiechem bądź takie ironiczne „mamusia przyjedzie?” nie przechodzi mi przez gardło takie normalne „mama” wiesz o co mi chodzi prawda? Nie umiem i koniec, mam jedną mamę, dlatego próbowałam do tematu podejść inaczej – by nie urażać dalej teściowej tym „Pani” a jednak nie iść tak szeroko by mówić „mamo”

Było tez bezosobowo. 

Gdy pojechaliśmy na kawę, nie mówiłam „mama podasz mi cukier?” albo „podasz mi cukier?” po prostu rzucałam taki tekst, który nie był kierowany bezpośrednio do jednej osoby czyli „mogę prosić cukier?”. Innych przykładów jest cała masa – podczas rozmowy musiałam nie raz zwrócić się typowo do teściowej, i trzeba było to zaznaczyć wiec po prostu podnosiłam głos, chwytałam za ramię, bądź podchodziłam na tyle blisko że wiedziała do kogo mówię. To nie zdawało egzaminu, dla mnie było to zbyt trudne – takie myślenie, jak dobrać słowa by powstało sensowne zdanie.

Dalej myślałam, że może po imieniu?

Jednak tak szybko jak o tym pomyślałam, tak szybko wybiłam to sobie z głowy – jestem wychowana tak, że każda starsza osoba wymaga szacunku i nie jestem w  stanie powiedzieć do niej per „Ty”. Czasem ktoś mówi „przejdźmy na Ty, jestem Kasia” podaję dłoń przedstawiam się, ale przy kolejnym kontakcie nadal nie umiem mówić do tej osoby po imieniu. Ba! Nawet do rodziców dzieci z którymi przyjaźnią się moje dzieci, podczas odbierania dzieci ze szkoły czy przedszkola – wszyscy są na Ty, a ja zachowuje dystans – bo jestem chyba najmłodsza! Więc to też odpadło.

Teraz jest Maciek, więc można wkręcić w to wszystko rolę babci…

„Czy babunia dziś wpada?” „Maciuś, zapytaj babcię czy poda mamusi cukier?” Dobre nie? Czteromiesięczne dziecko prosi babcie o cukier dla mamy. Hit! Jednak rola babci ma taki plus, że można fajnie to wykorzystać podczas rozmowy. Przecież skoro są wnuki, to teściowa jest babcią prawda? Myślę że jest to też jakaś opcja dla osób które nie mogą się przełamać do żadnej innej propozycji. Może jak się nauczę, to zacznę w ten sposób?

W końcu moje „per Pani” jest trochę sztywne, tym bardziej że za moment Maciek będzie kumał więcej – i jak to mama ma mówić do babci Pani? 
Nie ma jednej złotej rady, jak powinniśmy zwracać się do mam naszych mężów. savoir vivre zaleca, by to własnie mama Twojego męża zaproponowała jakiś układ. Zaproponowała jak masz do niej mówić – jeśli jednak tego nie zrobi, powstaje dystans.

Blog - archiwum

Podsumowanie Blog parenting poznań vol.2

30 września 2019

Chciałam poczekać jeszcze chwilę, by się uspokoić i zebrać myśli. Jednak dziś poczułam ogromną chęć podzielenia się tym, co wydarzyło się w sobotę. Nie wszystko poszło po mojej myśli, jednak mimo wszystko czuję satysfakcję. Jestem szczęśliwa bo mi się udało, bo dałam radę ogarnąć to logistycznie. Pokazałam sobie kolejny raz że dam radę i jestem w tym naprawdę dobra!

Na samym początku odsyłam Cię do wpisu o wydarzeniu

Znajduje się on TUTAJ

Nie będę opowiadała Ci o tym, co podczas tego wydarzenia miało się wydarzyć. Wszystko przeczytasz tam – mogę jedynie dodać że KAŻDA, absolutnie KAŻDA prelekcja była mega fajna. Udało mi się w tym roku dobrać takich prelegentów, z których jestem strasznie dumna, bo każdy stanął na wysokości zadania. To był mój priorytet. Poprzednie spotkanie to byli nie do końca odpowiednio dobrani prelegenci… a jeden z nich wcale na spotkanie nie dojechał! Mało tego, nawet mnie nie uprzedził, po prostu założył (a raczej założyła) że sporo dała post na IG o tym, że jej dziecko jest chore – to jest jednoznaczne z tym, że nie przyjedzie. Sorry, nie dla mnie.

Tym razem udało mi się tak dobrać osoby do współpracy, że na scenie był ogień. Była masa wiedzy, masa doświadczeń i jeszcze więcej energii. Uwielbiam te osoby które tworzyły w tym roku to wydarzenie. Jestem zdania, że odpowiednie osoby na scenie potrafią zdziałać cuda – a osoby które były na spotkaniu, zgodnie twierdzą, ze było ono udane.

Nie pojawili się wszyscy.

Nie boli mnie to, że ktoś się nie pojawił z ważnego powodu. Boli mnie to, że ktoś mnie o tym fakcie nie uprzedził. Zarywała noce, wyłożyłam OGROMNE pieniądze po to, by spotkać się z ludźmi tego dnia. A wiele osób po prostu mnie wystawiło. Dla mnie to było jak strzał w kolano. Byłam załamana, jednak wstałam i dla tych osób które były – poprowadziłam to wydarzenie. Nawet jakby przyszła jedna osoba – dla niej bym to zrobiła!

Mam wrażenie, że osoby które dojechały – czuły taki sam niesmak do osób które się nie zjawiły, co ja. Cieszę się, że zgodnie jednak stwierdzili że było warto. Mieliśmy tak cudownych sponsorów – dzięki nim było tak, jak sobie wymarzyłam.

Dziękuje firmom:

Rossman, Pierwsze-kroki, Park Rozrywki Rodzinka, alexander, nasza księgarnia, dzieciątko, galaktyka, piątnik, ziaja, juppi, e-plecaki, medi-spa, kakaludek toys, Yope, Muller, yabu

Nie będzie więcej!

Nie będzie więcej wydarzenia tego typu. Przemyślałam to dokładnie – i chociaż park rodzinka po wstępnej rozmowie uznał, że jest otwarty kolejny raz na współprace… ja pasuje. Nie jestem w stanie organizować nic dla blogerów – to nie jest na moje nerwy. To już nie jest to samo co było kiedyś. To już nie ta energia, te przyjaźnie które kiedyś tworzyły się w blogosferze. Teraz jest jedna wielka woalka. Wyścig szczurów, podcinanie sobie nóg i olewanie wszystkiego. Większość ma się za święte krowy, gwiazdy i celebrytów. Nie chce brać udziału w takiej blogosferze!

Jestem zła na blogerki-krowy które miały w nosie to, by mnie poinformować o ich nieobecności. Właśnie tworzę siarczystego, pięknego emaila do nich, nie umiem zamknąć tego bez odpowiedniego komentarza – stąd taka decyzja. Absolutnie nikt nie pomyślał o konsekwencjach. Zapisując się na wydarzenie – bierzemy w nim udział. Ale nie, to było darmowe, więc jak mi się przyjechać nie chciało – to nie.

Podejmę się tego zadania, ale na innych warunkach.

Zrobię je dla osób które nie blogują. Dla osób które być może planują to zrobić. Ważne by miały prywatnego facebooka – nic więcej nie będzie potrzebne. Takie osoby są wdzięczne, za to co się dla nich robi. Potrafią docenić, pokazać że coś im się spodobało i bije od nich taka wdzięczność – za to, że człowiek się napracował nad spotkaniem tylko dlatego, by komuś sprawić radość.

Będzie też wpisowe – nie będzie to darmowe spotkanie. Będzie 10-20-30 zł wpisowego jeszcze nie wiem. Każdy bilet będzie płatny, jednak będzie to kasa „zwrotna” czyli np podczas spotkania będzie loteria fantowa i to będzie wkład do niej. Myślałam też o kwocie 50 zł, którą będzie można później wykorzystać na obiad – więc także wróci do osoby która ją wpłaciła. Jedyną opcją nie otrzymania kasy spowrotem będzie brak przyjazdu na imprezę – co o tym myślisz?

Po trzecie – będzie to zimą. Styczeń/luty – któryś z tych dwóch miesięcy, nie bawię się już w imprezy latem czy na początku roku.

Musiałam wylać te żale…
Mimo wszystko jestem strasznie dumna z tego spotkania – było imspirująco, ciekawie i poznałam kolejne wspaniałe osoby – a właśnie na tym mi najbardziej zależało!

 

 

Nie mam jeszcze zdjęć, gdy tylko je otrzymam od razu uzupełnię tekst. Ma powstać także filmik – także czekajcie na info!

Blog - archiwum

Ciasto z dynią na czekoladowym spodzie. Najlepsze ciasto dyniowe!

27 września 2019

Nie przepadam za dynią. Nie lubi jej też moja rodzina – poza tatą, który toleruje kompot z niej. Jednak gdy dostajesz w prezencie chyba piętnasto-kilogramowy okaz musisz po prostu coś z tym zrobić – szkoda by się zmarnowało. Myślałam, myślałam i wymyśliłam – CIASTO! To akurat moja rodzina uwielbia!

Improwizowałam. Kompletnie nie wiedziałam co z czym połączyć, jednak muszę powiedzieć że efekt jest super. Nie mam pojęcia jak powinno smakować takie ciasto, ale to jest wystrzałowe!

Składniki na mus z dyni:

0,5 kg dyni
szklanka wody
pół szklanki soku pomarańczowego
3 łyżki cukru
szczypta soli
łyżeczka przyprawy korzennej

Dynię obieramy i kroimy w kostkę. Wrzucamy na patelnię i zalewamy wodą i sokiem. Dusimy do miękkości po czym dodajemy przyprawy. Następnie podgrzewamy tak długo, aż nie odparuje woda i masa nie stanie się dość gęsta.

Składniki na spód:

szklanka płatków owsianych
60g masła
4 łyżki kakao

Mieszamy płatki z kakao i zalewamy to rozpuszczonym masłem (nie koniecznie ostudzonym!) Wykładamy na spód blaszki wyłożonej papierem do pieczenia.

Składniki na ciasto:

mus z dyni
250 ml mleka zagęszczonego
2 jajka
4 żółtka
łyżeczka mąki ziemniaczanej

Mieszamy wszystkie składniki trzepaczką – nie używamy miksera. Wylewamy na spód owsiany.

Nagrzewamy piekarnik do 220 stopni i wkładamy ciasto na 15 minut, po tym czasie zmniejszamy temperaturę do 180 stopni i pieczemy około 45 minut.

Gdy ostygnie, całość smarujemy polewą z bitej śmietany (śmietanka 26% i cukier waniliowy – ubite na sztywno)

Blog - archiwum

Matka która robi wszystko lepiej i jej dziecko – które też jest lepsze od innych we wszystkim. Powiem Ci coś, matko…

26 września 2019

Gdy byłyśmy w ciąży, opowiadałaś jak to w 12 tygodniu czułaś ruchy – bo masz takie wspaniałe dziecko. Gdy zbliżał się poród – cieszyłaś się, że Twój maluszek waży tyle, co dwumiesięczne niemowę. Urodziłaś swoje dziecko idealnie w terminie, bez znieczulenia – oczywiście siłami natury. 10 punktów Apgar. Karmienie piersią nie sprawiało Ci najmniejszego problemu… morze mleka wypływało z Twoich piersi. Gdy Twój niemowlak miał 3 miesiące pięknie przekręcał się z brzuszka na plecy i odwrotnie. Gdy miał osiem miesięcy raczkował, a mając 10 – zaczynał sam chodzić! Pierwsze urodzinki były „przechodzone” – cudnie!

Oczywiście kupkę i siusiu wołał już, gdy miał 1,5 roku. Dalej było przedszkole – zupełnie bez płaczu. Idealnie zaaklimatyzował się w nowym miejscu. Uzębienie także miał idealne – każdy mleczak, który wypadł był bez najmniejszej dziurki – ani jednej plomby! W szkole był najlepszym uczniem, przynosił same A, B zdarzało się bardzo rzadko – a każda inna ocena nigdy. Zapamiętywał wszystko co mówiła, pani… a czytać nauczył się już w pierwszym miesiącu szkoły. Dodawanie i odejmowanie to pikuś, a angielski alfabet wymawiał śpiewająco!

Dalej było liceum – dostał się do najlepszego w mieście, w końcu to Twoje dziecko. Dalej studia – lekarz, prawnik a może jakiś inny ceniony zawód? Oczywiście nie mogło być inaczej. Poznał piękną kobietę – miał jeszcze piękniejsze dzieci. Masz cudowne dziecko – cudownego syna. Cudowną córkę.

A teraz powiem Ci coś jeszcze…

Ja ruchy dziecka poczułam w 20 tygodniu – moje dziecko było leniwa, a ja „zła mama” jakoś nie specjalnie wiedziałam że „to to”. Moje dzieci miały być maleńkie, bo leciały poza dolną skalą – ale urodziły się kolejno 4000g., 3880g.,3625g. – każde z zupełnie normalną wagą urodzeniową. Mało tego – syna rodziłam ze znieczuleniem, a po nim chciało mi się wymiotować – więcej tego błędu nie zrobiłam. Każdy miał 10 pkt Apgar, jednak Maciej – ostatni z rodu, urodził się z torbielą w główce z powodu „trudnego porodu” i lekkiego niedotlenienia. Mój syn najstarszy karmiony był MM – bo miałam guza w piersi 3 cm na 2 cm – musiałam zatrzymać laktację by mogli go usunąć. Córkę karmiłam rok – metodą KPI, czyli ściągałam mleko laktatorem i podawałam z butelki. Powód? Tak poraniła mi brodawki, że leciała z nich krew i ropa – nie umiałam jej przystawić. Trzecie dziecko karmię piersią już „normalnie” – dopiero przy trzecim dziecku się nauczyłam.

Nie pamiętam kiedy zaczęli się okręcać z boku na bok – zupełnie to zapomniałam. Chodzili gdy mieli 10 miesięcy, rok a najmłodszy – się okaże. Wiem jedno – ani jednego dziecka do tego nie zmuszałam i zmuszać nie mam zamiaru. W pampersa robili do drugich urodzin. Nie biegałam za nimi z nocnikiem, bo i tak nic nie kumali – byłam z tych leniwych. Teraz absolutnie nie mam zamiaru tego zmieniać.

A jakie było wycie gdy poszli do przedszkola!

Antek pikuś, trochę popłakał i jakoś daliśmy radę. A Blanka? Przez rok zdzierali ją ze mnie siłą. Dzień w dzień urządzała jazdy jakich mało. Ani jedno dziecko nie darło się na przedszkolnych korytarzach tak, jak moja córka. Obstawiam ze Maciej ją może przebić – ale mnie już nic nie złamie. Moje dzieci pokazały mi, co to macierzyństwo. W mleczakach mają dziury – oczywiście co 3 miesiące chodzimy na kontrolę i raz one są, raz ich nie ma. Jednak już były i pewnie jeszcze nie raz będą. A szkoła? Zaczynamy drugą klasę i dopiero teraz mój syn zaczyna powoli czytać – pierwsza klasa to była jedna wielka mordęga!

Do jakiej później szkoły pójdzie, nie wiem. Czy będą mieli zonę/męża – nie wiem. Czy będę babcią – nie mam pojęcia. 

Wiem jedno – pomimo wszystko zawsze będę dla nich mamą. Jedyną i niezastąpioną. Będę wspierała ich tak bardzo, jak potrafię – a nawet bardziej. Nie będzie rzeczy niemożliwych – zrobię dla nich wszystko. Nie ważne będą oceny, nie ważna szkoła – w nosie mam orientację seksualną a nawet to, czy kiedykolwiek założą z kimś rodzinę. Wiem tylko to, że w każdej dziedzinie życia będę z nimi – jestem mamą.

Ty też jesteś mamą i chcesz dla dziecka wszystkiego co najlepsze. 

Ale powiem Ci jedno – Twoje dziecko nie jest lepsze od mojego. 
Nasze dzieci są równe sobie – bo nie ma ludzi lepszych i gorszych!

Blog - archiwum

30 rzeczy które chcę zrobić przed śmiercią! By poczuć że przeżyłam je tak, jak chciałam.

25 września 2019

Ostatnio często rozmyślam o moim życiu. O tym, co by było gdyby… a także o tym, czy do tej pory zrobiłam chociaż część z listy „szalonych marzeń”. Jeszcze osiem lat temu byłam bardziej otwarta na takie doświadczenia, odkąd zostałam mamą dość sceptycznie podchodzę do różnych niebezpiecznych i mało odpowiedzialnych spraw. Zawsze mówię sobie – „Basia, masz dzieci! Masz dla kogo żyć! Nie kombinuj jak nie musisz!”

Jednak nie do końca jest tak, że jestem nudziarą. Zdarzały się szaleństwa… podejrzewam, że wiele osób nie miało nawet takich przeżyć, chociaż wydaje mi się momentami że zawiewa u mnie nudą, tym bardziej teraz. Mam mimo to jeszcze ogrom rzeczy które bardzo, bardzo chcę zrobić przed zejściem z tego świata. Mam nadzieję, że czasu zostało mi jeszcze sporo!

1. Chcę wykąpać się nago w jeziorze!

2. Chcę przejechać się Zadrą i Hyperionem w Energylandii

3. Odwiedzić Warszawę, Berlin i Norwegię – fiordy to moje marzenie!

4. Wybrać się na wakacje typowo rowerowe z całą rodziną.

5. Wyjechać na tydzień sama – gdzieś w tropiki!

6. Wybudować dom.

7. Pokazać moim dzieciom jak najwięcej świata.

8. Pojechać do Disneylandu

9. Wyjechać do Stanów Zjednoczonych na kilkanaście dni

10. Spędzić sylwestra poza Polska.

11. Napisać i wydać książkę

12. Stworzyć swoją linię odzieżową

13. Nauczyć się sztuki makijażu

14. Wybrać się na paintball

15. Zrobić sobie jeszcze 3 kolejne tatuaże

16. Skoczyć ze spadochronem

17. Wystąpić w telewizji

18. Spać w domu na drzewie.

19. Przebiec 5 kilometrów!

20. Tańczyć boso na deszczu

21. Wybrać się na kurs tańca z mężem

22. Prowadzić swój przydomowy ogródek

23. Stworzyć dla moich dzieci coś, co pozwoli im godnie żyć.

24. Ulepić jeszcze bałwana!

25. Przeczytać lektury szkolne, których nigdy nie przeczytałam.

26. Wybrać się na koncert – taki z prawdziwego zdarzenia.

27. Iść na mecz Lecha Poznań

28. Iść na bal przebierańców dla dorosłych

29. Iść na bal – taki elegancki 

30. Kupić sobie oryginalną torebkę – Korsa, Prady a może burberry?

A jaka jest Twoja lisa? Co chciałabyś zrobić jeszcze w swoim życiu?

Blog - archiwum

Drożdżówka ze śliwkami i kruszonką. Przepis na ciasto drożdżowe!

24 września 2019

O matulu, jak ja długo walczyłam z ciastem drożdżowym… nie masz pojęcia jak często ono mi nie chciało wyjść. A to zaczyn nie taki, a to ciasto jakieś twarde, a to owoce wpadały mi na dno. Nie mogłam dorwać idealnego przepisu na ciasto drożdżowe, a kocham je miłością wielką i myślę, że odwzajemnioną. Dlatego postawiłam sobie za punkt honory stworzyć idealny przepis. Taki, który wyjdzie mi zawsze bez względu na przeciwności.

Co potrzebujemy?

50 g drożdży świeżych
100 g cukru
500 g mąki
100 g masła
200 ml mleka
3 jaja plus 2 żółtka
śliwki

100 g mąki
60 g masła
4 łyżki cukru 

Do miski wkrusz drożdże, dodaj łyżeczkę cukry i łyżeczkę mąki. Wlać cieplutkie mleko i wymieszać drewnianą (!) łyżką. Zostawić na około 20-30 minut do wyrośnięcia, musisz zobaczyć kiedy zwiększy swoją objętość znacząco. Teraz jajka i żółtka zmiksuj z cukrem. Przesiej mąkę do osobnej miski, zrobić wgłębienie i wlać zaczyn, Wymieszać, po czym dolać do masy jajka. Wyrabiać masę około 10 minut – fajnie jeśli masz mikser z odpowiednią końcówką, ja nie mam więc ugniatałam ręcznie! Teraz dodaj partiami roztopione, ale przestudzone masło. Wyrabiamy jeszcze chwilę.Przykrywamy ściereczką i odstawiamy na około godzinę.

Teraz wsyp mąkę do kruszonki, masło i cukier do jednej miseczki i rozgniataj palcami aż powstaną okruszki.

Formę wysmaruj masłem (albo blaszka 30×20 cm albo tortownica 28 cm) i wylej ciasto. Układamy na cieście śliwki i posypujemy kruszonką. Zostawiamy na około 20 minut do wyrośnięcia. Pieczemy w 180 stopniach (bez termoobiegu) około -35 minut.

 

Blog - archiwum

Czy praca z dzieckiem, to nadal praca? A może walka o każdą minutę? Jak pracować z dzieckiem, by się udało.

23 września 2019

Nie mam zamiaru ściemniać, słodzić i naciągać faktów. Praca z dziećmi, to nie praca. Nie da się tego pogodzić, coś zawsze będzie kosztem czegoś. Albo skupiasz się na wychowywaniu dzieci, albo na rozwoju zawodowym. Nie ma opcji że w 100% poświęcisz się obu sprawom. Możesz wmawiać sobie że się uda, ale tak nie jest. A skąd to wiem? Bo od pół roku prowadzimy działalność gospodarczą z dziećmi i nigdy nie było nawet najmniejszej szansy na to, by ogarnąć to idealnie.

Idealnie to znaczy?

Wyobraź sobie, że musisz skończyć zlecenie do 10:00 a tu… siku w pampersie, kanapkę trzeba przygotować do szkoły, a to podskoczyć do sklepu po papieru kolorowy bo koniecznie na dziś potrzeba. Może tez być tak, że po prostu musi się przytulić, pogadać… Wiesz, musisz się skupić na pracy a dziecko koniecznie tego chce. Teraz, zaraz – na już! Gdy pracujesz w domu i masz małe dzieci bez jakiejkolwiek pomocy – co robisz? Idziesz zrobić kanapkę, kupić papier i się przytulasz. Cierpi na tym zlecenie, bo ni jak nie ma szansy by je wykonać na czas.

A teraz w drugą stronę. Tłumaczysz dziecku, że mama musi popracować i ma zająć się chwile sobą. Starszak zrozumie, ewentualnie dasz na chwilę tablet i będzie „z głowy”. Niemowlakowi nie wytłumaczysz – bujasz ręką bujaczek na którym leży i błagasz by nie ryczał, bo koniecznie musisz porozmawiać teraz na skajpie. Starszak cierpi bo nie ma mamy, ale Ty masz zlecenie. Niemowlak cierpi – bo mama buja nim na wszystkie strony by ta rozmowa przebiegła bez zakłóceń.

Jak to pogodzić?

Nie wiem. Szczerze Ci powiem, że jeszcze tego nie opracowałam do końca, napiszę Ci jak to wygląda u mnie – być może skorzystasz. Tak ciężko nie pracowaliśmy nigdy, ale cel do którego dążymy jest tak duży, że po prostu musimy. Wiesz jak dobrze działa dobra motywacja na człowieka, prawda?

Po pierwsze – nadrabiam najwięcej wieczorami i nocą. Pracuje kosztem czasu z rodziną. Gdy wraca mój mąż wcześniej z pracy przejmuje dzieci, a ja mam chwilę by działać. Niestety, ostatnio pracuje bardzo, bardzo dużo dlatego wpada do domu tylko wieczorami. Kąpie dzieci, usypia i sam idzie spać – a wtedy ja siadam do swoich zleceń. Jest 24 a nawet 1 czy 2 w nocy gdy uda mi się wszystko skończyć. A kolejny dzień nie zaczyna się później… budzik dzwoni o 6!

Opracowałam sobie jednak metodę pracy.

Nie jest ona idealna, bo nadal szukam czegoś lepszego. Na czym polega ta metoda? Pracuję, gdy Maciej śpi a starszaki są w placówkach – zajmuję się domem, gdy Maciej jest pełen życia a dzieci są w domu… Początkowo drzemki, brak dzieci czy każdą wolną chwilę wykorzystywałam na robienie obiadu, sprzątanie, pranie, prasowanie czy kawę. O ja! Dokładnie tak marnowałam czas… mówiłam sobie, że robię wtedy to wszystko szybciej. Największa bzdura jaką słyszałam – a sama sobie to wkręcałam.

Dlatego teraz pracuję gdy mam ciszę – ale tak naprawdę intensywnie działam. A gdy mam dzieci, całą trójkę w domu to kombinuje z obiadem. Blanka miesza gzik, Antoni obiera ziemniaki, pies liże Macieja po stopach a ja rozpakowuje zmywarkę… każdemu znajduję zajęcie! I chociaż jemy gzik z grudkami, ziemniaki obrane w kwadraty a Maciej ma „stopy dziadka” od lizania psa… wiem, że ten sposób jest lepszy od tego poprzedniego. Sprzątamy też razem… Blanka ściera kurze i myje lustra (mam w nosie że są smugi, ważne że jest czyste!), Antoni odkurza, Maciej nadal leży – ale tym razem na Macie, na brzuszku. A ja? Powieszam bądź ściągam pranie czy pakuję Wasze paczki.

Kiedy jest czas na odpoczynek?

O dziwo, każdego dnia znajduję taką chwilę. Jeśli nie uda się w domu, podczas porannej kawy – zabieram dzieci na plac zabaw. A sama koniecznie w kubku termicznym parzę herbatę. Delektuje się ciszą, spokojem i obserwuje dzieci. Nauczyłam się odpoczywać w ten sposób, bo nie było innej szansy. Kiedyś ubolewałam nad swoim życiem. Narzekałam na brak wyjść, na chęć powrotu do ludzi…

Są takie dni, gdy faktycznie mi tego brakuje, ale przychodzą już sporadycznie. Doceniam to, co daje mi moja praca. Doceniam każdego dnia to, że mam wspaniałą trójkę dzieci w domu. Znalazłam sobie taką ilość obowiązków, że zwyczajnie brakuje mi czasu na użalanie się nad swoim losem. Jestem wdzięczna za to, dokąd prowadzi nas miejsce które tworzymy od sześciu miesięcy.

Powiedz mi proszę, jaki jest Twój sposób na pracę z dziećmi.
Wiem że jest niemożliwy do zrealizowania w 100%, ale może razem stworzymy idealny poradnik 🙂 

Nasz Instagram