Kocham czekoladę, uwielbiam słodycze i gdyby nie słabość do cukru może byłabym teraz modelką. Ale nie jestem, bo wcinam każdego dnia „zakazane” produkty. Wiem że bycie fit jest teraz modne i porządne, staram się każdy inny posiłek zjadać zdrowy jednak deser… kawa i ciacho każdego dnia muszą się u mnie pojawić. Tak mam, taką radość sobie dostarczam i raczej to się nie zmieni.
Odkryłam przepis na fajne ciacho czekoladowe. Turbo szybkie – mega łatwe i… obrzydliwie smaczne! Bez zbędnego przeciągania, rzucam przepis!
Składniki:
kostka masła – 200 g
4 jajka
niepełna szklanka cukru pudru
około 150 g mąki pszennej
2 tabliczki gorzkiej czekolady
płaska łyżeczka sody
Przepis:
Do małej miski przesiej mąkę oraz sodę.
Rozpuść masło a następnie dodaj czekoladę. (można zamienić 1 czekolada = 3 łyżki czubate kakao). Całość wymieszaj, przestudź.
Jajka ubij z cukrem na puszystą masę. Ciągle miksując dodaj ciepły sos czekoladowy. Następnie wsyp mąkę z sodą. Całość miksuj chwilę na najniższych obrotach miksera lub wymieszaj ciasto łyżką do połączenia składników.
Formę wyłóż papierem (wystarczy samo dno). Wylej ciasto. Ciasto piecz około około 45 minut w piekarniku nagrzanym do 170-180 stopni (do suchego patyczka) na blaszcze 25×35 cm. Po upieczeniu lekko uchyl drzwi piekarnika na 5 minut. Po tym czasie wyjmij ciasto.
Jestem mamą córki. Za kilka chwil, zostanę mamą dwóch córek. Są pewne kwestie, które chciałabym z nimi omówić. Może nie do końca za zasadzie morałów i dłuugich rozmów. Chciałabym pokazać im większość z tych spraw trochę inaczej.
Dlatego mając małe dzieci odeszłam i byłam samodzielną mamą. Dlatego odkąd pamiętam pracuje, może nie jak większość „tradycyjnie na etacie poza domem” ale minimum osiem godzin dziennie jestem wyłączona z życia rodzinnego. Dlatego wyszłam za mąż za mojego przyjaciela. Dlatego wbrew opinii czy krzywym spojrzeniom innych zaszłam w 4 ciąże i chwalę się nią na prawo i lewo. Dlatego płaczę przy nich, krzyczę gdy uderzę się małym palcem o futrynę drzwi i… leniuchuję na kanapie wieczorami.
Do czego zmierzam?
Chciałabym, by moje dziewczyny były szczęśliwe. By żyły tak, jak sobie same wymarzą, nie patrząc na innych. Chciałabym, pokazać im lepszy świat dlatego każdego dnia robię małe kroki w tym kierunku. Co jest dla mnie tak ważne? Co chciałabym im przekazać?
Przede wszystkim to… że ONE są najważniejsze. Nie jej mąż, nie ciotka która będzie zastanawiała się czemu w wieku 35 nie jest w ciąży, nie sąsiedzi plotkujący za plecami. Nikt nie powinien być dla niej ważniejszy niż ona sama dla siebie. Szczęśliwa kobieta – to klucz do sukcesu. A w przyszłości? Szczęśliwa mama – to szczęśliwe dzieci. To wszystko idzie na jednym długim sznurku. Akceptacja siebie, dążenie do swoim celów, wybieranie własnych dróg – to szczęście i chciałabym je nauczyć tego… że mogą wszystko. Będzie ciężko, ale mogą.
Nauczę Cię córeczko:
Mówić NIE zawsze wtedy, gdy faktycznie nie chcesz tego zrobić.
Że nie musisz na siłę nikogo uszczęśliwiać.
Szacunku do samej siebie.
Że wygląd nie jest wyznacznikiem człowieka.
Bycia samodzielną, bo poleganie na samej sobie to jedna z lepszych cech.
Dążenie do idealnego wyglądu to nie szczęście.
Wiedza (niekoniecznie studia!!) to najcenniejsze co możesz dla siebie zrobić.
Miłość fizyczna z mężczyzną jest piękna tylko wtedy – gdy bazuje na miłości.
Że szczyty można zdobywać w wielu dziedzinach, nie tylko jednej.
Nikt nigdy nie może Cię do niczego zmusić.
Zło drugiego człowieka nie i nigdy nie będzie Twoją winą.
Akceptować siebie w każdej dziedzinie.
Nie sztuką jest tylko dawać, jeśli ktoś oczekuje tego od Ciebie – nie zasługuje na to.
Podążania swoimi drogami – nawet wtedy, gdy inni biegną inaczej.
Wybory rówieśników niekoniecznie są dobre dla Ciebie.
Szacunku do swojego ciała i swojego umysłu.
Szacunek należy się nie tylko Tobie, ale każdemu człowiekowi.
Wykorzystywać wolny czas na coś pożytecznego.
Przyjmować komplementy od innych.
Mówić tak, by nie ranić ale wyrażać swoją opinię.
Praw które są Twoje i nikt nie może ich naruszać.
Doceniać wartość rzeczy a nie cenę.
Mówić – proszę, przepraszam i dziękuję.
Celebrowania swojego czasu.
Gotować, piec, sprzątać, oszczędzać, mądrze działać – by Ci pomóc.
Że nie jesteś własnością nikogo i nigdy nie będziesz.
Bycia jednostką która decyduje o sobie – nie „służącą męża”.
Że ludzie często będą źli gdy będziesz robiła swoje.
Nie warto udawać kogoś, kim nie jesteś.
Że nigdy nie jest za późno na naukę i nowe pasje.
Miłość można okazywać na wiele sposobów.
Różnicy między miłością a chorym uzależnieniem.
Decydowania a samej sobie.
Odpowiedzi na wścibskie pytania – tym bardziej, że każdy żyje wg własnych zasad.
Miłość nie jest zależna od płci drugiej osoby.
Szczęście można odnaleźć w kimś zupełnie innym.
Słowa ranią, czyny ranią – dobry człowiek ma przewagę w tym świecie.
Mówić „Kocham Cię”
Że bycie egoistą jest czasem konieczne.
Uśmiech to wizytówka człowieka.
Dbania o rodzinę – bo Ty i Twoi bliscy jesteście centrum.
Jeśli odbiera się drugiej osobie prawo głosu – trzeba odejść.
Kilkakrotnie dostałam wiadomość od Was z pytaniem, które mnie mocno zaskoczyło. Nie pamiętam co czułam przed pierwszym porodem, jednak podejrzewam że towarzyszył mi wtedy strach, ciekawość i taka nutka niepewności… co mnie właściwie czeka?
Żadna z nas nie wie, jak to będzie. Każda z nas jest inna, dlatego każdy poród jest inny. Mało tego, rodząc pierwsze, drugie i trzecie dziecko – za każdym razem może być inaczej!
Możesz rodzic naturalnie.
Możesz mieć cesarskie cięcie.
Możesz mieć poród wywoływany.
Możesz rodzić wcześniaka.
Możesz rodzić po terminie.
Mogą użyć vacuum.
Mogą użyć cewnika.
Mogą Cię nacinać.
Sama widzisz, że opcji jest wiele – a zdecydowanie te które wymieniłam, to nie wszystkie ewentualności. Znam osobiście dziewczyny, które po kilkunastu godzinach skurczy, próbie vaccum miały cesarkę! Nie wyobrażam sobie ich strachu, bólu i cierpienia. Nie wiem, czy ja zdecydowałabym się na kolejnego maluszka po traumatycznych porodach.
Pierwszy poród!
W 42 tygodniu ciąży. Wywoływany cewnikiem i oksytocyną. Urodziłam chłopca ważącego 4000 g. Siłami natury, chociaż byłam nacinana. Po porodzie nie mogłam usiąść przez miesiąc – bo bolało mnie wszystko. Nie byłam w stanie zrobić nic przy sobie i dziecku, jakbym straciła samodzielność. Miałam 18 lat i byłam sama podczas porodu i w szpitalu.
Drugi poród!
W 41 tygodniu, dzięki uprzejmości lekarza. Wywoływany oksytocyną. Urodziłam dziewczynkę ważącą 3880 g. Siłami natury, ale poszło tak szybko, że pękłam i zszywanie trwało wieki. Po porodzie było lepiej, szybciej doszłam do siebie. Dyskomfort pojawił się tydzień po porodzie, wraz z ciągnącymi szwami. Było zdecydowanie łatwiej. Rodziłam sama, bez pomocy kogokolwiek.
Trzeci poród!
W 41 tygodniu ciąży, dzięki uprzejmości lekarza. Wywoływany cewnikiem. Urodziłam chłopca ważącego 3650 g. Siłami natury, nie pękłam i nie byłam nacinana chociaż maluch urodził się w czepku trzymając rękę przy głowie przez co obwód który musiałam „wypchnąć” był odrobinę większy. Był przy mnie mąż – wspierał i pomagał. Godzinę po porodzie zjadłam 3 bułki i poszłam pod prysznic. Pomagałam dziewczynie na sali zajmować się jej córeczką, jednocześnie zajmując się swoim synem.
Podobno „sztuczne skurcze” bolą bardziej. Nie wiem, bo mnie za każdym razem bolało tak bardzo, że miałam odruch wymiotny.
Jednak odpowiadając na pytanie… czy poród boli?
Boli. Jak cholera. Boli Cię wszystko. Wyzywasz męża, za to co Ci zrobił. Wyzywasz położne, że nie mogą Ci pomóc. Wyzywasz lekarza, że nie uprzedził. Wyzywasz wszystkich – tylko nie siebie, bo Ty cierpisz. Nie straszę, po prostu mówię prawdę. Poród boli. Bardzo. Dla niektórych kobiet jest to piękne przeżycie, wspominają cudownie. Psychicznie – zgadzam się z tymi słowami. Fizycznie? Absolutnie nie. Jak można ból traktować jak coś wspaniałego? Wiem, że ten ból jest potrzebny, by na świecie pojawiło się dziecko – ale nie zgadzam się z tym, że jest piękny. Nie jest.
Jednak wiele kobiet przed nami dało radę urodzić, to wiele kobiet jeszcze da radę tego dokonać. Jesteśmy przygotowane do tego, nasze ciało jest niesamowite. Ogromny ból, który ustępuje dosłownie w sekundę. Pojawia się maluch i przestajesz czuć cokolwiek – już nic nie boli. Skurcze się kończą, parcie ustępuje… zostajecie Wy. Ty i maluszek.
Trzy porody – trzy historie.
Za każdym razem było inaczej, teraz pewnie znów nas czymś zaskoczy. Nie wierzę, że któraś z trzech historii się powtórzy. Będzie inaczej. Będzie bolało, ale pojawi się dziecko i ból zniknie. Tego się trzymam. Boję się, ale dam radę. Poprzednie porody były łatwiejsze, bo za pierwszym razem nie wiedziałam co mnie czeka a za każdym kolejnym mijało tyle czasu… że nie pamiętałam tego bólu. Teraz jestem rok po porodzie trzeciego dziecka i za 8 tygodni mam rodzic kolejnego maluszka. Pamiętam ból i boję się tego, że będę sama. Bez męża i jego wsparcia. Strasznie współczuje kobietom, które przez obecną sytuacje rodzą same… zwłaszcza pierwszego maluszka.
Za każdym razem, gdy udostępniam info o tym, że kiedyś byłam samodzielną mamą dostaję pytania w stylu „Jak to? To Daniel nie jest biologicznym tatą dzieci?” Wiadomo, że wiele osób już zna prawdę, jednak przybywa każdego dnia kilkanaście nowych osób, które mają prawo do tego, by tego nie wiedzieć.
To zupełnie normalne – bo nie opowiadam o tym każdego dnia.
Poznałam Daniela, gdy miałam 17 lat. Jednak nasze drogi się wtedy nie połączyły. Dalej nasze drogi schodziły się i rozchodziły gdy miałam 19/20 lat. Tak było! W międzyczasie urodziłam Antka i Blankę, rozstałam się z ich tatą i znów wrócił jego temat. Nasze „zejście” tak na dobre miało miejsce w 2015 roku. Antek miał wtedy 4 latka, Blanka roczek. Byłam sama w Poznaniu, pojechałam na ślub mojej kuzynki z bratem Daniela. I tak od słowa do słowa… w 2018 roku sami wzięliśmy ślub.
Nasz historia zaczęła się na dobre 5 lat temu!
Mały Antoś, jeszcze mniejsza Blaneczka i ja… kompletnie bez zaufania do facetów. Byłam zraniona, zabiegana, zmęczona i nie miałam głowy do randek. Jedyne o czym myślałam, to dzieci – a dokładniej to, skąd brać pieniądze by utrzymać nas wszystkich. Były dni, gdy sama nie jadłam nic – będąc jeszcze w ciąży z młodą. Później było łatwiej, bo wzięłam do siebie małą dziewczynkę i jej mama płaciła mi za opiekę. Dalej, byłam nianią na godziny – co mi pasowało. Opieka trwała 2-3 czasem 4 godzinki a dostawałam tyle, ile wcześniej przez 2 dni opieki całodziennej.
Ale tu pojawia się nagle facet, który chce wychodzić z Tobą na randki. Tylko jak to pogodzić? Dwójka dzieci, studia, dom, praca… do dziś sama nie wiem, jak to się stało że nam się udało. On młody, bezdzietny, z fajną pracą i bez problemów. Chciał taką z dziećmi, kijową pracą i kolosalną ilością spraw na głowie. Why? Tak chyba musiało być.
Usłyszałam ostatnio, że samodzielne mamy są okropne!
Jestem ostatnią osobą, wrzucającą wszystkich do jednego wora. Być może są takie mamy, jednak nie wszystkie. Widzę wiele szczęśliwych i spełnionych mam, które same podejmują trudny wychowania dziecka. Każda historia jest inna, każda z nich z innego powodu została samodzielną mamą. Niektóre z powodu odejścia męża/partnera, inne same zdecydowały że zaczną kroczyć taką drogą. Są też kobiety które w wyniku wypadku bądź choroby straciły partnera a jeszcze inne od początku podążają taką drogą, nie mówiąc nawet ojcu dziecka o tym, że są w ciąży.
Tak sobie to wszystko analizowałam ostatnio, ja – jako matka nie wychowująca już dzieci samodzielnie, i doszłam tylko do jednego wniosku – szacunek, kobiety!
Dźwiganie tego bagażu jest trudne – i absolutnie zasługuje na to, by je wspierać.
Najbardziej burzą się kobiety, które są z dziećmi w domu a ich maż wyjeżdża za granice. Pamiętam, gdy byłam samodzielną mamą i takie kobiety pisały do mnie najczęściej. Czuły się urażone, że ja mam pierwszeństwo w przedszkolu, socjalach i innych pomocach państwowych. Tylko zapomniały o jednej ważnej rzeczy – że ja byłam sama a one nie!
To, że ich partner wyjechał za granice do pracy, świadczy tylko o tym, że taką drogę wybrali. Sama wychowuje dzieci, ale ma wsparcie finansowe od męża za granicą. Wyobraź sobie teraz, że tej pomocy nie masz – i nadal jesteś sama. Sytuacja mega się zmienia, bo ja gdybym miała jakiekolwiek zabezpieczenie wtedy, nie plułabym jadem w żadna stronę. A tak? Musiałam walczyć o życie dla siebie i dzieci. Te kobiety MUSZĄ wysłać dziecko do przedszkola, bo są jedynymi żywicielami rodziny. Te kobiety MUSZĄ mieć specjalnie pomoce, bo same nie udźwigną tego wszystkiego – zwłaszcza w sytuacji, gdy obok nie ma też babć i dziadków.
Tam nie ma okresu, gdy ktoś pomoże.
Nie zjedzie mąż po miesiącu do kraju i nie pomoże w opiece.
Nie pojawi się babcia, z obiadem na sobotę.
Nie wpłynie na konto 1000 zł z dopiskiem „dla Ciebie, by było łatwiej”
Nie pojawi się nagle tata dziecka – z chęcią pomocy.
One są same, zupełnie sama. Każdego dnia.
Wtedy nie odbierałam tego jako czegoś wyjątkowego. Wtedy po prostu żyłam, robiłam co musiałam i ciągnęłam od pierwszego do pierwszego – dla dzieci. A teraz? Szanuje te kobiety z całego serca bo widzę, jak może być łatwo i pięknie mając codzienną pomoc partnera w domu. Nawet jeśli zniknie na dłużej – to mam też stabilizację finansową. Gdy jadę na zakupy – mam pomoc. Gdy idę do lekarza – mam pomoc. Gdy chcę po prostu odpocząć – mam pomoc. Dzięki temu też, udało się uporządkować życie tak, że pracuje w miejscu w którym pracuje. Wcześniej, nie mogłam pozwolić sobie na roczne rozkręcanie firmy – musiałam zarabiać.
Widzisz ile to zmienia? Dla mnie samodzielne mamy to bohaterki!
Długo staracie się o maluszka, a może wieść o ciąży przyszła niespodziewanie? Bez względu na odpowiedź, jeśli sytuacja dotyczy każdego poza pierwszym dzieckiem czeka Cię rozmowa ze starszakiem. Nie można tego pominąć, zapomnieć i uznać – że jakoś to będzie. Nie będzie. To Twoja-Wasza rola jako rodzica.
Od dorosłych w dużej mierze zależy to, czy dziecko zaakceptuje młodszego braciszka lub siostrzyczkę. Rodzice zwykle obawiają się, że maluch będzie zazdrosny o noworodka i zacznie traktować go jako potencjalnego rywala
Podjęcie decyzji o kolejnym dziecku to jedno, stworzenie go to drugie, a poinformowanie o tym najbliższych członków rodziny – to nieodłączny i ważny element tego procesu. Oczywiście chodzi o tych najbliższych! Wykonując test, pewnie najpierw mówisz o wyniku mężowi a w drugiej kolejności, razem, powinniście zrobić to samo ze starszym rodzeństwem. Dlaczego? Za moment o tym opowiem.
Kiedy przeprowadzić taką rozmowę?
Jak najwcześniej. Dla wielu osób odpowiednim momentem jest ” bezpieczna granica” czyli magiczny 12 tydzień ciąży. Wtedy ryzyko poronienia zmniejsza się i szczęśliwi rodzice z dumą ogłaszają wszystkim szczęśliwą nowinę. Nie potępiam mówienia o tym wcześniej, jednak gdy coś nie pójdzie zgodnie z planem i dojdzie do poronienia… ciężko będzie maluszkowi wytłumaczyć to, że dzidzia była i jej nie ma. Wiadomo, że może przytrafić się to na każdym etapie ciąży, jednak czekanie do bezpiecznego okresu, wydaje się najbardziej rozsądną opcją.
Specjalnie wyszukałam szczegółowe informacje na ten temat w pismach psychologicznych i pedagogicznych. Trenerzy dziecięcy, psychologowie i pedagodzy wspominają o tym, że jeśli dojdzie do sytuacji, gdy powiemy dziecku o ciąży a ona niestety obumrze… kolejny raz będzie im trudniej taką informację przyswoić. Będą bardziej wycofane, pojawi się mniej radości. Zupełnie jak w przypadku dorosłych – będzie taki dystans. Radość połączona z obawą.
Jaka może być reakcja dziecka?
Nie zdziw się, gdy reakcja na tą informację będzie inna, niż zakładaliście. Może pojawić się gniew, płacz i tupanie nogami. „Ja nie chce braciszka/siostrzyczki!” ” Ja chce pieska, a nie rodzeństwo!” ” Po co to zrobiliście!” i wiele wiele innych podobnych zdań. Starszaki zaczynają się bać, że nowy „przybysz” ukradnie miłość mamy i taty, zabierze ich uwagę. Niewyspani rodzice nie mają siły, energii, a czasem wolnej chwili, by pobawić się ze starszakiem. Maluch może żyć wówczas w przekonaniu, że jest niekochany i niepotrzebny. Pojawia się zazdrość o młodsze rodzeństwo i zaczyna się konkurencja.
Może być też zupełnie inaczej i pojawi się szeroki uśmiech na twarzy starszaka. Być może już wcześniej sporo o tym rozmawialiście i planowaliście a dziecko podsłuchiwało?
Bez względu na to, jaka reakcja będzie na wieść o ciąży i planowanym rodzeństwie, reakcja na przyjście maluszka ze szpitala do domu może być zupełnie inna. Zdarza się, że dzieci obrażone na rodziców w okresie ciąży zakochują się w bobasku i pojawia się miłość. Są jednak takie przypadki, gdy przez całą ciąże było pozytywne nastawienie, a po powrocie do domu zaczęła się zazdrość i chęć rywalizacji.
Dlatego tak ważne jest odpowiednie przygotowanie rodziców na każdą sytuacje.
Jak powiedzieliśmy starszakom o ciąży?
Za każdym razem tak samo. Zawsze, podczas tej rozmowy byliśmy na neutralnym gruncie (w naszym mieszkaniu). W miejscu, w którym czują się swobodnie i bezpiecznie. Razem z Danielem, robimy z tej okazji „specjalny dzień” i zawsze szykujemy fajną kolację i kupujemy szampana. Piccolo – to znak dla naszych starszaków, że będziemy rozmawiać o czymś ważnym i radosnym. Fakt, że nasze dzieci były przygotowane do tego od dawna, ułatwił nam zadanie. W dniu, gdy podjęliśmy decyzje o maluszku – podjęliśmy też decyzje o tym, że zaczynamy uświadamiać dzieci o obecności w naszym życiu kogoś jeszcze.
Przy możliwych okazjach wspominaliśmy jak to było, gdy byli maluszkami. Opowiadaliśmy o tym, jakie niemowlaki są słodkie – ale też mocno płaczące i wymagające sporo uwagi. Na spacerach, gdy widzieliśmy wózek, mówiliśmy o tym jak spacerowaliśmy z nimi. Okres starań trwał u nas dość długo, więc było sporo okazji do rozmów. Gdy w końcu nadszedł ten dzień, był dla nich takim w stylu „wreszcie! udało się! będziemy mieć w domu maluszka”. Maciek jest ich oczkiem w głowie, jestem pewna że z Zoją będzie podobnie.
Zdecydowanie trudniej byłoby nam przekazać taką informację w sytuacji, gdyby ciąża nie była planowana.
Co można zrobić w tym kierunku?
Dużo, dużo rozmawiać!
Można zachęcać malucha, by głaskał brzuch mamy, smarował go środkiem przeciw rozstępom, przykładał delikatnie głowę do łona, wsłuchując się w dźwięki i wyczuwając ruchy braciszka lub siostrzyczki. Takie zachowania już na etapie ciąży budują więź między rodzeństwem. By dziecko nie czuło się nieswojo, warto opowiadać o tym, jak to było, kiedy ono „siedziało” w brzuchu mamy – możesz wtedy pokazać zdjęcia z tego okresu i zaraz po porodzie. Pokazać, jak rodzina wyczekiwała jego narodzin i czekała z utęsknieniem na jego przybycie do domu.
Fajną opcją są książeczki o ciąży.
Pamiętam że korzystaliśmy z różnych opcji. Kicia kocia, czekamy na dzidziusia, Zosia i nowy dzidziuś, Będę mieć rodzeństwo. Tak naprawdę wpisując hasło „starsze rodzeństwo książeczki” wyskoczy cała masa pozycji. Dla mnie lepszą opcją jest czytanie jakiejkolwiek książki w tym temacie, niż nie poruszanie tego wątku wcale. Pobudzają wyobraźnie, skłaniają do zadawania pytań – to fajna opcja do tego, by pomóc dziecku wszystko poukładać sobie w głowie.
Prezent z okazji narodzin.
Taki drobny upominek, zabawka od nowo narodzonego maluszka dla starszaka. Mieliśmy to zrobić, ale zapomnieliśmy – nie wniosło to negatywnych emocji do naszego domu. Jednak wiem, że sporo rodzin praktykuje taką metodą. Ucieszą się zwłaszcza dzieci mniejsze 2-3-4 letnie.
Nasze dziecko nie ma obowiązku kochania ani nie posiada naturalnie wszczepionego uczucia miłości braterskiej. Co więcej, w skrajnych przypadkach, np. gdy poczuje się zaniedbane lub odtrącone przez rodziców i winą obarczy rodzeństwo, może przejawiać wobec niego wrogość. Jesteśmy ludźmi z wszystkimi tego konsekwencjami.
Dziś kolejny wpis z cyklu, praca online. Praca, którą można wykonywać w biurze, ale z powodzeniem uda się to także w domu. Można działać na zasadzie umowy z większą firmą/korporacją ale na rynku jest także cała masa freelancerów – czyli osób, które działają same, na swój własny rachunek.
Miejsca w sieci jest sporo, każdy znajdzie coś dla siebie. Jednak, bez odpowiedniej wiedzy nie osiągniesz zbyt wiele. Najlepsi w tym biznesie potrafią cuda, ale też stracili ogrom czasu, pieniędzy i cierpliwości na to, by się wszystkiego nauczyć i zdobyć szczyty. Nie jest to zawód dla każdego. Nie jest to zawód dla kogoś, kto nie ma odrobiny wiedzy – bo zrobisz więcej szkody niż pożytku. A wiadomo, że jeśli ktoś oddaje ci swoje media pod opiekę, oczekuje efektów pozytywnych, nie negatywnych.
Spędzając wiele czasu na Fejsbunu czy Instagramie możesz dać sobie przyzwolenie do wykonywania tej działalności – nic bardziej mylnego. Wchodząc w to wszystko głębiej odkrywasz tyle rzeczy, o których „Kowalski” nie ma pojęcia.
Kim właściwie jest Social Media Manager?
„Social media manager odpowiada za komunikację między firmą a klientem za pomocą wszelkich dostępnych mediów społecznościowych. Często zawód ten łączy w sobie nie tylko zadania managerskie, lecz także zarządzanie projektami, specjalizację w zakresie marketingu wideo, copywriting i elementy obsługi klienta.”
Jako menedżer mediów społecznościowych musisz:
opracować strategię mediów społecznościowych i wyznaczyć cele
zarządzać mediami społecznościowymi ( FB, IG, LinkedIn – to podstawa)
opracowywać i zarządzać konkursami i kampaniami promującymi markę
pisać angażujące posty i artykuły na blogu
tworzyć grafiki i mieć na nie pomysł
tworzyć angażujące treści multimedialne
nawiązywać relacje z wpływowymi osobami w mediach społecznościowych
zarządzać zaangażowaniem swoich odbiorców w mediach społecznościowych i prowadzić z nimi dyskusje
monitorować i raportować wyniki z social mediów
Umiejętności, które musisz posiadać:
znajomość trendów w branży marketingu,
znajomość portali społecznościowych,
lekkie pióro,
podstawowa znajomość SEO,
umiejętności edytowania i pisania odpowiednie dla każdej platformy
znajomość programów takich jak Creator Studio czy Menadżer reklam
znajomość i zrozumienie algorytmów i optymalizacji pod kątem wyszukiwarek
kreatywność, by generować nowe i innowacyjne pomysły
silne umiejętności komunikacyjne
umiejętności organizacyjne do ustalania priorytetów i pracy przy wielu projektach
zdolność do pracy pod presją czasu
umiejętności analizowania danych
umiejętności zarządzania społecznością
dbałość o szczegóły i umiejętność dokładnej pracy
doskonała praca w zespole i umiejętności sieciowe.
Ile zarabia Social Media Manager?
Według portalu pracuj.pl – średnie wynagrodzenie to ok 4500 zł „na rękę” jednak widełki są znacznie większe bo od 3100 zł – 7200 zł. Tak jak w każdym zawodzie liczy się wszystko. Przede wszystkim Twoja wiedza i umiejętności. Efekty pracy, województwo w którym mieszkasz czy milion innych powodów.
Gdy rodzi się dziecko – oczekujemy pierwszego krzyku. Płacz, jest potrzebny po pierwsze dlatego, by dziecko złapało swój pierwszy oddech i płuca napełniły się tlenem. A po drugie… by mama poczuła się spokojna. Krzyk/płacz dziecka = delikatny znak dla mamy, że wszystko jest dobrze.
Pierwszy krzyk dziecka, tuż po narodzinach, to jego pierwszy łyk powietrza, jaki nabiera w płuca. Wcześniej oddychanie jako takie nie było w pełni możliwe. Dziecko otrzymywało tlen z krwi poprzez pępowinę, skąd dalej transportowany był on do jego komórek. Dlatego tak ważny jest po prostu ten krzyk czy płacz dziecka od razu po porodzie.
Płacze dziecko, płaczesz Ty z tych całych emocji i wszyscy jesteście szczęśliwi. Dlaczego wiec z czasem, ten płacz zaczyna Ci przeszkadzać?
Płacz dziecka ma różne przyczyny.
Dla niemowlaka jest to sposób komunikacji z otoczeniem. Innego sposobu nie zna, korzysta więc z dobrodziejstwa jakim jest płacz, pisk, pojękiwanie. To tym sposobem daje nam znać że jest głodne, że ma brudną pieluszkę, że boli go brzuszek czy po prostu… że się nudzi bądź jest strasznie zmęczony. Ty też jesteś, wiem o tym! Jednak musisz przetrwać okres, gdy jedynym sposobem komunikacji Twojej i Twojego dziecka jest jego płacz. To minie, kiedyś. Natura póki co dała dziecku to narzędzie komunikacji a Tobie intuicję, by rozszyfrować znaki przez niego wysyłane. Nie poznasz ich od razu, musisz się ich nauczyć. Płaczu niemowlaka nie sposób zlekceważyć – niemowlę płacze bowiem w sposób, który wywołuje w dorosłych chęć natychmiastowej reakcji.
Możesz czuć żal, gniew, złość… to spowodowane jest zmęczeniem. Wiem jednak, że kochasz swojego maluszka bezgranicznie i wszystko co robisz – robisz dla niego. Masz prawo do chwil słabości. Kiedyś będzie łatwiej, zobaczysz. Nieprawdą jest, że dzieci płaczą bez konkretnego powodu. Jest to zwykła, naturalna reakcja organizmu na zaburzony stan.
Starsze dzieci też płaczą!
Chociaż potrafią już się z Tobą porozumieć, nadal używają płaczu w różnych sytuacjach. Gdy się skaleczą, gdy im czegoś zabronisz, gdy zrobi im się przykro a czasem zupełnie bez powodu – ponieważ nadal nie wiedzą, jak radzić sobie ze swoimi emocjami. Ty też płaczesz, gdy zrobi Ci się przykro. Pomyśl o dziecku, które dopiero uczy się siebie i swojego organizmu. To wcale nie jest takie proste zadanie. Płacz działa jak naturalny uspokajacz dla dziecka – maluch, który słyszy tylko swój krzyk, izoluje go od innych bodźców z zewnątrz. Dlatego też niektóre dzieci wybierają taką formę „wyciszenia” przed spaniem.
Blanka tak miała! Musiała wyć 5-10 minut przed spaniem bez powodu, by nagle się uspokoić. Była sama, bo każde nasze słowo powodowało jeszcze większy krzyk. Pozwoliliśmy jej na ten rodzaj płaczu – bo pomagał. Dziś już tak nie robi, wyrosła z tej metody wyciszenia – więc jak widzisz, da się.
Możesz się irytować, wściekać i kompletnie nie rozumieć ich zachowania. Ja też do końca tego nie rozumiem, jednak wiem, że płacz jest potrzebny. Nie tylko dzieciom, ale i dorosłym. Płacz oczyszcza nasz organizm ze złych emocji, pozwala wyrzucić z siebie to, co kumulowało się jakiś czas. Daje nam wytchnienie w bólu ale też potrafi być oznaką radości, miłości i wdzięczności. Płacz jest niesamowity. Łzy mają wiele znaczeń, zarówno u dorosłych jak i u dzieci. Nie można się ich wstydzić.
Dla mnie łzy mojego męża, gdy urodziłam mu syna były najlepszą „nagrodą” za trudy ciąży i porodu. Nie były oznaką słabości – dla mnie w tym momencie był najbardziej męskim facetem jakiego w życiu poznałam.
Uciszając płacz – robisz dziecku krzywdę!
W naszym społeczeństwie wciąż funkcjonuje stereotyp, że płacz to oznaka słabości. Mówi się chłopcom „nie płacz, bo chłopaki nie płaczą, nie bądź dziewczyną”. Jeśli płacze dziewczynka, można przymknąć oko i pozwolić na „słabość”. Gdy płacze chłopiec zaczyna się komentowanie – tylko dziewczynki płaczą, płaczesz jak baba! I wiesz co? Nigdy nie słyszałam większej bzdury!
Zabrania się tej formy wyrażania emocji, a przecież od dawna już wiadomo, że hamowanie i tłumienie negatywnych emocji, może przynieść wiele trudności wychowawczych. Dlatego niezmiernie ważne jest pozwalanie dziecku na płacz oraz uczenie go prawidłowego wyrażania emocji.
Nie należy go jednak uciszać. Wystarczy przytulić malucha i spokojnie wytłumaczyć mu, co i dlaczego go spotkało. Dzieci rozumieją i czują więcej niż nam się wydaje. Zamiast zdania: „Nie bądź beksa!”, powiedz raczej: „Jesteś bezpieczny”. Spokojny głos i utulenie dziecka pozwoli mu spojrzeć na jego problem z innej perspektywy.
Teraz gdy Twój maluch zapłacze – ukołysz!
Nie uciszaj, nie wyzywaj, nie mów, że to złe. Dorosły też potrzebuje chwili, by rozładować emocje. Pozwól na to samo swojemu dziecku – niech poznaje siebie i znajdzie sposób by radzić sobie z emocjami. Z Twoją pomocą, nie z Twoimi nakazami. Nakieruj, ale nie karz. Pokaż, ale nie wymuszaj. Przytul – nie krzycz.
To serio kiedyś wszystko minie. Pojawią się inne problemy – nastoletnie, życia dorosłego. Wtedy wrócisz myślami do tych chwil i zatęsknisz za tym pierwszym płaczem. Ten problem – nie jest problemem, jesteś zmęczona. To minie.
W obecnej sytuacji, wiele osób straciło pracę. A nawet jeśli zachowali swoją posadę, boją się o swoją przyszłość bądź szukają innych rozwiązań które mogą przynieść im stabilizacje. Mam wrażenie, że dotyczy to głównie kobiet – a konkretniej mam. Nie jesteśmy w stanie pogodzić opieki nad dziećmi z praca na etacie i szukamy czegoś co można wykonywać w domu.
A taki właśnie zawód dziś Ci przedstawię. Nie wiem czy wiesz, pewnie nie – nie krzyczę głośno o tym na prawo i lewo. Pracuję w wielu miejscach! Poza byciem mamą, jestem kobietą wielozadaniową. Żadnej pracy się nie boję, a nauczyło mnie tego życie. I szczerze? Potrzeba zarobienia pieniędzy, w sytuacji gdy zostałam sama z dwójką dzieci bez większych nadziei na to, że coś może się poprawić.
Pieniądze nie rosną na drzewach, a my i nasze dzieci mamy potrzeby które trzeba zaspokoić. Nie nakarmimy ich miłością, choćbyśmy tego bardzo chciały. By żyć – trzeba zarabiać. By żyć „normalnie” a nie „od pierwszego do pierwszego” trzeba zarabiać dobrze.
Działam wiec na wielu płaszczyznach.
Po pierwsze blog. To miejsce które własnie odwiedzasz, to moja praca. Każde Twoje wejście, każdy Twój komentarz, każde Twoje udostępnienie pomaga mi je rozwijać. Jestem niesamowicie wdzięczna za taką możliwość. Chociaż aktualnie ciężko jest się przebić, bo blogów wystartowało bardzo wiele – jest to możliwe. Blog to moja praca. Zarabiam na tej stronie i nie mam zamiaru tego ukrywać.
Po drugie praca na etacie. Jestem zatrudniona na etacie w jednej firmie zajmującej się… wieloma rzeczami. Nie wdając się w szczegóły – ja jestem odpowiedzialna z koleżanką za Social Media. Uwielbiam ten etat i cieszę się, że trafiłam do tego miejsca. Szczerze, nie mam pojęcia jak mi się to udało – ale ten jeden dzień, jeden telefon od mojego szefa zmieniły wszystko.
Po trzecie dwa sklepy. Prowadzę nasz blogowy sklep pierwsze kroki a także drugi z ciuszkami – TOMBAGO. Póki co na ten drugi nie starcza mi czas, ale plan jest taki, by na wiosnę podziałać jeszcze mocniej w kierunku jego promocji i asortymentu. Założenie jest takie, by było modnie, tanio, wygodnie i fajnie jakościowo. Moim zdaniem, tak właśnie jest.
Po czwarte…
Jestem wirtualną asystentką!
Wspieram biznesy. Pomagam przedsiębiorczym i wykonuję część Ich codziennych obowiązków po to, by mogli skupić na strategicznych działaniach w swojej firmie. Czym zajmuje sie WA? Najkrótsza odpowiedź – tym, co potrafi. Zakres usług WA może być bardzo rozbudowany i zróżnicowany. Podstawą są zawsze usługi administracyjne, jednak doświadczona Wirtualna Asystentka specjalizuje się z czasem w wybranych usługach. Może to być marketing, PR, rekrutacja, eventy czy obsługa techniczna stron WWW.
Do najczęstszych prac administracyjnych Wirtualnej Asystentki należą obsługa wirtualnej recepcji oraz praca z dokumentami. U mnie akurat jest to obsługa blogów firmowych, social mediów, pozyskiwanie klientów, tworzenie reklam i bardzo prostych grafik.
Jakie wsparcie otrzymuje klient od Wirtualnej Asystentki?
wsparcie w codziennych obowiązkach
Często jest tak, że przedsiębiorca wybiera rzeczy ważne i ważniejsze. To dobrze – jednak można to zrobić inaczej i… zrobić wszystko. Oddelegować część zadań WA, przez co może skupić się na tym co w tamtym momencie jest ważne. Ma pewność, że plan dnia zostanie wykonany w 100%. Rzuca hasło – newsletter niech pójdzie w czwartek. Zajmując się jednocześnie swoimi sprawami i zyskując pewność tego, że ten newsletter zostanie tego dnia stworzony.
odciążenie w zadaniach technicznych
Nie każdy ma na to czas. Nie każdy ma też wiedzę w tym temacie. Skupiając się na swoich atutach, osiągniesz więcej niż rozdrabiając się na szczegóły o których nie masz pojęcia. I tak: wysyłanie newslettera, tworzenie stron lądowania, automatyzacji mailowych, dokonywanie zmian na stronie, dodawanie wpisów na blogu czy konfigurację botów – to zadania nie dla wszystkich. Są sytuacje, w których lepiej oddać cześć obowiązków i zrobić je lepiej. Niż kaleczyć swoją profesję i moją jednocześnie.
zdobywanie nowych klientów
W zależności od branży i od rodzaju oferowanych produktów i usług proces zdobycia Klienta znacznie się między sobą różni. Jest jednak jeden wspólny mianownik, który łączy wszystkie biznesy – czas. Żeby zdobyć Klientów musisz mieć czas na to, aby ich pozyskać. Jeśli go nie posiadasz – oddajesz to zadanie WA.
organizację czasu
WA może tworzyć z Tobą kalendarz działań, pomagać w lepszej organizacji przestrzeni. Poukładać projekty wg ważności, terminu. Wirtualna asystentka pokazuje, jak radzić sobie z brakiem czasu i wykonywać więcej – w krótszym czasie. Daje to nie tylko lepszą organizację czasu… ale także zysk, bo zaczniesz być bardziej produktywny.
zwiększony prestiż
W pewnych kręgach i w nielicznych branżach współpraca z asystentką podnosi prestiż firmy. Szczególnie, kiedy jest to mała jednoosobowa działalność, która na przykład konkuruje o zlecenia z dużo większymi od siebie firmami.
pomoc w rozwoju biznesu
Jeśli prowadzisz swój biznes doskonale wiesz, że każda pomoc jest na wagę złota, a czas nie jest z gumy więc trzeba wybierać zadania do wykonania i skupiać się na tym, co zarabia i przynosi realne korzyści dla biznesu. WA pomaga w tych obszarach, w których ma jakąkolwiek wiedzę.
oszczędność czasu i pieniędzy
Zlecając zadania wirtualna asystentka oddaje Ci swój czas do wykorzystania. Można podjąć współpracę na zasadach płatności za godzinę, ale także wykupując pakiet np 10-godzinny do wykorzystania w każdym momencie. Zdarzają się tez takie WA, które biorą wynagrodzenie za wykonanie konkretnego zadania. Np stworzenie grafiki czy organizację i wysyłkę newslettera.
poprawę komunikacji z klientami
Działając chociażby w programach takich jak Asana, jestem w stanie bez problemu kontaktować się w imieniu mojego klienta z jego klientami. Dlaczego? Bo bezpośrednio nanoszę zmiany w projektach które tam są ustawione. Co pozwala na szybki wgląd (nawet w telefonie) na wszystkie zmiany jakie wprowadzamy. Działa to w dwie strony, mój klient może nanosić zmiany, a ja od razu się o nich dowiaduje. Moi klienci nie mają czasu samodzielnie się z nimi kontaktować i bardzo często chociażby emalie podsumowujące tydzień/miesiąc współpracy wysyłam ja.
prowadzenie social mediów
Tu jest mój konik. Lubię, interesuje się i dużo czytam. To jedne z tych opcji, które mogłabym wykonywać za darmo, tyle radości mi sprawia – jednak rachunki opłacić trzeba. Jestem w tym niezła i nie mam zamiaru być skromna. A wbrew pozorom stworzenie całego harmonogramu, napisanie treści, stworzenie grafik, dobranie hashtagów, grupy odbiorców, typu posta czy godziny publikacji zajmuje masę czasu. To nie wrzucenie przypadkowego zdjęcia na tablice – tu wszystko ma znaczenie.
prowadzenie bloga firmowego
Blog poprawia widoczność strony w wyszukiwarkach. Działając ładnie z SEO i SEM możemy liczyć na zwiększony ruch na stronie chociażby sklepu który prowadzi klient. Tworzę treści, dobieram grafiki, poprawiam pod kontem SEO i publikuje. Bardzo czasochłonne, ale wdzięczne zajęcie które przynosi efekty.
poufność działań
Wirtualna asystentka na początku współpracy podpisze z Tobą umowę o poufności. Będziesz dzięki niej miała pewność, że wszystkie działania zostaną wykonane w 100 % poufnie. Nie zdradzam nazw firm dla których pracuje, nie opisuje jak działam i ile czasu mi zajmuje. To bardzo ważne.
wzmocnienie słabszych obszarów
Jesteś przedsiębiorcą i znasz się na wielu kwestiach, ale nie możliwe jest żebyś znała się na wszystkim. To naturalne. Wirtualna asystentka jest również specjalistką w swoich dziedzinach więc może wesprzeć Twoje działania w obszarach, w których nie jesteś najlepsza.
Ile zarabia Wirtualna Asystentka?
Wiedziałam, że czekasz na tą rubryczkę. Nikt tak nie lubi czytać o pieniądzach jak… sam zainteresowany. Nie ma tu jednak jednej poprawnej odpowiedzi. Tak samo jak na etacie, zdarza się że na tym samym stanowisku, dwie osoby zarabiają różne pieniądze. Widełki tu jednak zaczynają się od 30 do około 80 złotych za godzinę. Zależy czy wystawiam FV, podpisujesz umowę o dzieło bądź zlecenie. Jaki jest zakres Twoich obowiązków itp. Wycena poszczególnych zadań jest uzależniona już indywidualnie od WA.
Pamiętaj, że stawka 30 zł, a nawet 50 zł może okazać się super atrakcyjna. Na etacie tyle nie wyciągniesz! Jednak… policz opłaty z jakimi musisz się liczyc. ZUS, podatek dochodowy, księgowość i inne. Odejmując te stałe sumy od całości wynagrodzenia nie zostaje spektakularna suma. Po prostu jest tyle, ile masz „na etacie”. Z tym, że pracujesz w domu.
Dla kogo taka praca?
Poniżej przygotowałam listę zadań, które mogą być Twoją inspiracją:
Tworzenie, aktualizowanie baz danych.
Wprowadzanie danych.
Wyszukiwanie informacji w internecie i tworzenie raportów
W naszym domu pijemy głównie wodę. Tym dajemy radę napić się, ale nie zapchać jak słodkim napojem. Co prawda, Antoni ma największy problem z tym, by ją pić – ale wie, że to dla jego dobra. Zimą jest gorzej go namówić, bo pragnienie nie jest już tak duże w ciągu dnia. Jednak walczymy i wiemy, że wygramy.
Dlaczego warto pić wodę?
Po pierwsze dlatego, że nasz organizm w większej części składa się własnie z niej. Jest także składnikiem naszych tkanek i płynów ustrojowych które transportują w organizmie tlen, składniki odżywcze i inne ważne substancje. Reguluje naszą ciepłotę ciała a także pełni funkcje ochronną dla naszego mózgu. Ważne jest, by uzupełniać płyny przez cały dzień na bieżąco. Moment w którym poczujecie pragnienie – to oznaka odwodnienia. Nie doprowadzamy do takiej sytuacji i starajmy się pić wodę regularnie, zanim organizm sam się o nią upomni.
Zapotrzebowanie dla każdego jest inne.
Średnia przyjmowana liczba to minimum 1,5 litra wody na dobę. Szukając bardziej szczegółowych wytycznych – każdego dnia potrzebujesz 30-60 ml płynów na każdy kilogram ciała. Wszystko zależy od Twojej aktywności, stylu czy chociażby płci. Źródło płynów znajdziesz nie tylko w wodzie ale także:
wypijane płyny – wszelkiego rodzaju napoje: woda, soki, mleko, herbata, kawa. To średnio około 60 proc. przyjmowanej wody dziennie
woda w pokarmach – zawartość wody jest różna w różnych produktach spożywczych, np. w rybach woda to ok. 75 proc. masy, ale już w rybie wędzonej – tylko ok. 47 proc.
woda metaboliczna – powstaje w wyniku przemian metabolicznych: białek, tłuszczów i węglowodanów. U osób zdrowych to ok. 200–500 ml.
Ważne jest, by pilnować tego nawyku, dla własnego zdrowia.
U nas, zaczęło się od wody butelkowej.
Nie w wielkich baniakach, ale tych małych 0,5 litrowych bądź 1,5 litrowych. Jednak ilość plastiku jaki produkowaliśmy mnie przeraziła. Wtedy, podjęliśmy decyzję o przejściu na baniaki 5 litrowe. Było fajnie, taniej ale śmieci też było dużo. Dla rodziny wielodzietnej, potrzeba wszystkiego więcej – także wody i innych napojów. Wtedy, podczas zakupów dorwałam w koszyku z promocjami dzbanek filtrujący – fajna opcja. Zużycie plastiku zmniejszyło się praktycznie do zera a woda była smaczna. Wiesz co nam tylko przeszkadzało?
Pomimo tych zalet, zbiornik wody był za mały. Zanim ta woda spłynęła przez filtr i była gotowa na napicia się… to już trzeba było nalewać kolejny, by uszykować wodę na kolejną porcję. Zrobienie zupy z przelewaniem wody przez dzbanek, wymaga cierpliwości. Wyobrażasz sobie, ile litrów wody dziennie przelewało się przez dzbanek? Taki filtr starcza na około 200 l wody – nam co 15-20 dni zapalała się kontrolka o potrzebie wymiany. Częsta wymiana to dużo odpadów, a przecież filtrując wodę w dzbanku, usuwamy tylko nieliczne z zanieczyszczeń. Chcieliśmy czegoś bardziej eko i skuteczniejszego.
Szukając dalej trafiliśmy na filtr do kranu.
Nie z powodu szukania oszczędności, chociaż to też miało wpływ na decyzję. Chodziło o wygodę. Dostępne na rynku dzbanki są dla naszej rodziny po prostu za małe i posiadają zbyt mało zalet w porównaniu do tego, co odkryliśmy całkiem niedawno. Wiadomo, że uzupełniamy dzbanek na bieżąco, jednak dolewanie tej wody co chwilę jest nie na moje nerwy. Mało tego, bardzo często korzysta z niego Blanka, która sama wody już nie doleje i stoi pusty. Gdy podchodzę ja lub Daniel, dostajemy pusty pojemnik i czekamy cierpliwie by się napić. Komu się chce?
Zdecydowawszy się przetestować filtr do wody Tapp Water. Przyszły do nas dwa filtry. Jeden, na kran w kuchni. Drugi, montowany w łazience do węża prysznicowego.
Dlaczego? Po pierwsze z wygody.
Lubię ułatwiać sobie życie jak mogę, dosłownie w każdej płaszczyźnie życia. Nawet tej, która odpowiedzialna jest za dostawę pysznej i zdrowej wody dla mojej rodziny bez większych działań z mojej strony. Nie martwię się wymianą filtrów co 15 dni, nie napełniam dzbanków, nie kupuję wody butelkowej, nie nosze – nie dźwigam. Podsumowałam sobie wszystkie zalety filtrów.
Dlaczego warto kupić Filtr Tapp Water TAPP 2 Twist do kuchni?
Nieograniczony dostęp do wody z kranu, którą ze spokojem możemy pić.
rączkę do zmiany wody z filtrowanej na niefiltrowaną, w sytuacji gdy chcesz wodę do gotowania, sprzątania bądź umycia warzyw i owoców. (woda filtrowana jest dostępna bez czekania – prędkość 4 litry na minutę to ponad 10 razy szybciej niż woda z dzbanka)
Oszczędność pieniędzy i czasu, ponieważ wkład wymieniamy co 3 miesiące.
Usuwają ponad 80 rożnych zanieczyszczeń!
Ograniczenie zużycia plastiku.
Łatwy montaż.
Datownik, dzięki któremu nie musimy pamiętać o wymianie. Wystarczy od czasu do czasu zerknąć.
Ważne! By zamontować Tapp Water TAPP 2 Twist kran musi mieć perlator, który można odkręcić.
Idealne dla alergików! A także w trosce o środowisko!
Filtry Tapp Water TAPP 2 Twist pozwalają nam troszczyć się o nasze środowisko. W naszym domu segregacja śmieci, ograniczenie zużycia plastiku czy oszczędność wody i prądu są na porządku dziennym. Korzystając z filtrów Tapp Water, generujemy tylko 4 filtry rocznie, jako odpad. Przy rocznym zużyciu przeciętna rodzina jest w stanie zmniejszyć produkcję plastikowych śmieci o 700 butelek. Dodatkowo, blok węglowy jest biodegradowalny a jego obudowa podlega recyklingowi! Dzięki czemu, to najbardziej ekologiczne rozwiązanie tego typu na rynku.
Szukając rozwiązań dla nas, odkryłam że są też fajną opcją dla osób wynajmujących mieszkanie. Czyli dla tych, które nie mogą same podejmować decyzji o większych zmianach w mieszkaniu. Ten filtr, można łatwo zamontować, a w razie konieczności po prostu zdjąć.
Filtr ten, zachowuje minerały takie jak magnez czy wapń. Nie wyjaławia wody, dzięki temu dostarczamy naszemu organizmowi ważnych składników. Usuwając jednocześnie te szkodliwe zanieczyszczenia jak metale ciężkie, chlor czy związki halogenowe i mikro-plastik i pestycydy. Koszt filtra Tapp Water TAPP 2 to 199 zł.
Tapp Water TAPP 1s tez w łazience!
Mamy w domu trzech alergików. Antoni jest najbardziej podatny… szkodzi mu brzoza, żyto, kurz, pleśń, penicylina i trawy. Czyli praktycznie mamy do czynienia z alergią cały rok. Dbamy o to, by używać odpowiednich kosmetyków i każdego dnia dokładnie zmywać z siebie pozostałości brudu i kurzu. Wtedy lepiej mu się śpi a my jesteśmy spokojniejsi. Postanowiliśmy zamontować filtr w łazience, własnie ze względu na to, by jego skora mogą jeszcze bardziej odpocząć od tych zanieczyszczeń. Jest zdecydowanie lepiej – skóra stała się bardziej miękka i gładka – zniknęły podrażnienia.
Zalety korzystania z Tapp Water TAPP 1s:
Możliwość użytkowania filtra z gorącą wodą i pod dużym ciśnieniem.
Woda pozostawia miękką i gładką skórę zapobiegając wysuszeniu.
Filtr Tapp Water TAPP 1s oczyszcza wodę z chloru i metali ciężkich rozpuszczalnych w wodzie.
Hamuje rozwój kamienia, pleśni i grzybów.
filtr TAPP 1s pracuje z wkładem, który wymieniamy co 6 miesięcy – co daje nam zaledwie 26 złoty miesięcznie.
Usuwa ponad 98% chloru z wody kranowej, metale ciężkie, kamień i pleśń.
Posiada długą żywotność wkładu.
Dba o skórę naszych dzieci od pierwszych dni życia.
Łatwość montażu filtra.
Montaż filtra jest banalnie prosty. Można zamontować go w dwóch miejscach. Między słuchawką a wężem prysznicowym bądź między baterią prysznicową a wężem. My wybraliśmy opcję numer jeden. Wystarczy odkręcić słuchawkę, przykręcić filtr Tapp Water Tapp 1s do węża i słuchawki a następnie mocno dokręcić z obu stron. Takimi rzeczami u nas w domu zajmuje się mój mąż, bo często nie ogarniam – jednak tu, mogę śmiało napisać że dasz radę bez pomocy kogokolwiek – jak ja. Koszt filtra Tapp Water TAPP 1S to 159 zł.
Jako rodzice czwórki dzieci dbamy o ich skórę!
Mamy w domu trójkę alergików, więc po cichu domyślam się, że czwarte dziecko także będzie miało te problemy. Jesteśmy zdania, że lepiej zapobiegać, niż leczyć dlatego także ze względu na kolejną ciążę zdecydowaliśmy się na filtr Tapp 1s do łazienki. Widząc pozytywne reakcje skóry trójki naszych dzieci wiem, że to taki must have w wyprawce dla naszego czwartego dziecka. Bardzo dbamy o kosmetyki których używają maluszki od narodzin, a bardzo często zapominamy o tym, jakiej jakości jest woda w naszym mieszkaniu.
Bezbronna i delikatna skóra malucha do 3 roku życia, potrzebuje specjalnej pielęgnacji.
Póki co, jesteśmy zadowoleni. Dzięki temu oszczędziliśmy czas, pieniądze a nasze dzieci zdobyły cudowny nawyk nawadniania się w ciągu dnia. Aktualnie zajmuje im to kilka chwil i jest czynnością tak naturalną, jak umycie rąk przed posiłkiem. Zbyt wiele korzyści otrzymaliśmy z tymi produktami, więc nasza opinia po prostu nie mogła być inna.
Będąc w ciąży pierwszej i drugiej, położna zjawiła się u nas dzień po wyjściu ze szpitala. Dokładnie pamiętam te wizyty, bo pomimo ogromnego zmęczenia – potrzebowałam usłyszeć od kogoś, że dam radę. Ta osoba była dla mnie wsparciem i wiedziałam, że nawet jakbym czuła się najgorzej ona zrobi wszystko by to zmienić.
Na swojej drodze trafiałam na położna z powołania. Z sercem do tego co robią – z podejściem do noworodków jak i mam świeżo po porodzie. Obolałych, zmęczonych i nie mogących usiąść.
Czym właściwie zajmuje się położna środowiskowa?
„Położna środowiskowa sprawuje kompleksową pielęgnacyjną opiekę położniczą i ginekologiczną nad osobami płci żeńskiej oraz noworodkami do 2 miesiąca życia. Wyboru/ zmiany położnej można dokonać do 2 razy w roku kalendarzowym, w nowym miejscu udzielania świadczeń. Wizyty profilaktyczne położnej POZ obejmują: rozpoznanie problemów zdrowotnych, a także zaplanowanie i realizację, w zakresie posiadanych kompetencji, świadczeń profilaktycznych oraz z zakresu promocji zdrowia, w tym prowadzenie edukacji kobiet w ciąży oraz w ciąży wysokiego ryzyka, przygotowującej kobiety do porodu i rodzicielstwa.”
Dla mnie była, przynajmniej w pierwszych dwóch ciążach, ogromnym wsparciem. Po porodzie czułam, że jestem razem z dzieckiem pod dobrą opieką kogoś, kto się na tym zna. Wiadomo, że wizyty u ginekologa 6 tygodni po porodzie i wizyty patronażowej noworodka nie wolno przekładać, jednak podstawowe zasady higieny będziesz znała dzięki jej radom. Znaczące pewnie jest też to, że pierwsze dwie ciąże miałam szwy w okolicy intymnej. Z Antkiem musiałam zostać nacięta, ponieważ młody był bardzo duży i chcieliśmy pomóc zarówno mi, jak i jemu. Przy Blance nie zdążyli mnie naciąć, dlatego pękłam tam, gdzie skóra była najcieńsza.
W obu przypadkach konieczna była interwencja lekarza i szycie krocza. W szpitalu każdego dnia oglądali ranę a także przychodziły położne do dzieci. Natomiast w domu, zostałaś sama. Bez pomocy, bez wiedzy i z dyskomfortem. Odwiedziny położnej w domu to także dbanie o Twoją ranę zarówno po porodzie naturalnym, jak i CC. Położna środowiskowa usuwa także szwy, jeśli zajdzie taka konieczność.
Co mnie zaskoczyło już podczas ciąży z Maciejem?
Fakt, że wybór położnej środowiskowej wypada szybciej. Myślałam, że zgłoszenie ciąży w okolicy 33-35 tygodnia a następnie powiadomienie o porodzie już w szpitalu to nadal obowiązujące zasady. Jakie było moje zdziwienie, gdy sąsiadka powiedziała mi, że teraz trzeba zgłosić się do niej dużo, dużo wcześniej. Dlaczego?
„Położna POZ opiekuje się noworodkiem do ukończenia 2 miesiąca życia oraz kobietą w okresie połogu – do 42 dnia po porodzie.
Począwszy od 21 tygodnia ciąży aż do rozwiązania położna środowiskowa sprawuje opiekę w formie wizyt odbywających się:
– od 21 do 31 tygodnia ciąży – 1 raz w tygodniu (do 10 wizyt maksymalnie)
– od 32 tyg. ciąży do porodu – 2 razy w tygodniu (do 16 wizyt maksymalnie)”
Zgłosiłam się w okolicy 25 tygodnia ciąży i już po dwóch tygodniach zjawiła się u nas w mieszkaniu. Następnie co 2 tygodnie wpadła do mnie na KTG. Nie jeździłam do szpitala, do lekarza czy w inne miejsca – wizyty odbywały się w moim mieszkaniu, a położna zabierała ze sobą swój sprzęt. Teraz jestem w 4 ciąży, po pierwszej wizycie potwierdzającej ciąże napisałam SMS do naszej położnej „Pani Aniu, jestem w ciąży – termin na listopad – teraz 6 tydzień, kiedy się widzimy?”
Oddzwoniła od razu, gratulując i umawiając się na telefon w okolicy 21 tygodnia ciąży. Niestety, przez COVID wizyty odbywają się póki co w formach teleporad i położna odwiedza tylko pacjentki po 32 tygodniu by wykonać KTG. Mam już za sobą dwa telefony, dwie rozmowy i milion pytań o to, jak się czuje. Nie jest łatwo ani mnie, ani Pani Ani (mam wrażenie że nawet położnej jest trudniej bo nie ma pełnej kontroli nad swoimi pacjentkami).
Co wchodzi w zakres jej obowiązków?
Realizując opiekę, położna POZ obowiązana jest do wykonania w okresie dwóch miesięcy kalendarzowych od czterech do sześciu wizyt patronażowych:
0–4 doba życia
1. W przypadku porodu fizjologicznego prowadzonego samodzielnie przez położną – badanie przedmiotowe dziecka, z uwzględnieniem oceny stanu ogólnego bezpośrednio po urodzeniu według skali Apgar.
2. Wprowadzenie postępowania umożliwiającego tworzenie więzi matki z dzieckiem i prawidłowe rozpoczęcie karmienia piersią.
3. Wykonanie pomiarów masy i długości ciała, obwodu głowy i klatki piersiowej.
4. Profilaktyka zakażeń przedniego odcinka oka.
1–6 tydzień życia
Wizyty patronażowe położnej, co najmniej 4, mające na celu 1) opiekę nad noworodkiem lub niemowlęciem, w tym:
obserwację i ocenę rozwoju fizycznego w zakresie: adaptacji do środowiska zewnętrznego, stanu skóry i błon śluzowych, pępka, wydalin, wydzielin, rozwoju psychoruchowego, funkcjonowania narządów zmysłów,
ocenę odruchów noworodka, sposobu oraz technik karmienia,
wykrywanie objawów patologicznych,
ocenę relacji rodziny z noworodkiem;
2) prowadzenie edukacji zdrowotnej i udzielanie porad w zakresie: pielęgnacji noworodka, karmienia piersią, szczepień ochronnych, badań profilaktycznych, opieki medycznej, socjalnej oraz w zakresie laktacji, kontroli płodności, samoopieki;
3) promowanie zachowań prozdrowotnych rodziców
4) identyfikowanie czynników ryzyka w rodzinie
5) formułowanie diagnozy i ustalanie hierarchii podejmowanych działań.
Po zakończeniu wizyt patronażowych położna przekazuje opiekę nad niemowlęciem pielęgniarce podstawowej opieki zdrowotnej.
Wiedziałaś, że wizyty położnej środowiskowej odbywają się już w trakcie trwania ciąży a nie po porodzie? Komfort kobiet w ciąży i opieka zmienia się bardzo szybko – moim zdaniem na plus.
Ten rok był zaskakujący. Placówki edukacyjne naszych dzieci nie pracowały tak, jak do tej pory. Było to ciężkie doświadczenie nie tylko dla nas rodziców, ale przede wszystkim dla naszych dzieci. Nowe okoliczności, nowe sposoby nauczania, nowe doświadczenia.
Nie wiem jak u Ciebie. U nas, był bunt i płacz. Dzieci nie potrafiły zaakceptować faktu, że dom – to szkoła. Nauka zdalna dla niektórych jest dobrym rozwiązaniem, jednak u nas nie zdała egzaminu. Może gdybym nie pracowała, miała więcej czasu by przerobić materiał z dziećmi – wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej. Jednak rodzicom będących na etacie, do dziś się nisko kłaniam. Odwaliliśmy kawał dobrej roboty!
Niech już wróci wrzesień!
Rok szkolny dobiegł końca i zaczęły się wakacje. Beztroska, zabawa, wyjazdy i możliwość spania do dziesiątej. To jednak niedługo minie i zacznie się poranne wstawianie a następnie marsz do szkoły. Ciężkie wypełnienia plecaków naszych dzieci, będą każdego dnia przypominały nam o tym obowiązku. U nas, zaczyna się teraz trzeci rok edukacji szkolnej. Blanka, rusza natomiast w kierunku zerówki – która nadal mieści się w budynku przedszkolnym. Nie będzie więc typowych ławek szkolnych, jednak każdego dnia pojawiać się będzie więcej nauki i obowiązków a mniej zabawy.
Dla każdego z nich to nowa przygoda.
Dla naszej córeczki, chociaż nadal w grupie i sali jej znanej to jednak z dodatkowymi zadaniami. Wiedza, którą teraz zdobędzie stanie się podstawą dalszej edukacji. To pierwsze lata nauki, zarówno w zerówce jak i w klasach 1-3 rzutują na to, jaki poziom będziemy nieśli przez kolejne lata. Wszystko można nadrobić, jednak łatwiej jest w momencie, gdy robimy coś systematycznie. Antoni rusza w kierunku klasy trzeciej, a zarazem ostatniej w edukacji wczesnoszkolnej. To, co wyniósł z poprzednich dwóch lat, a także to, co wyniesie z ostatniego roku będzie kluczowe. Dlatego tak ważne było (i jest!) dla mnie, wspieranie ich podczas tego etapu.
Pomoc, zrozumienie, czas i szukanie sposobów na to, by było im po prostu łatwiej. Nie tylko działając razem w domu, przy zadaniach domowych i projektach. Dla mnie to także nastawianie ich pozytywnie do procesu nauki a także odkrywanie możliwości jakie niesie ze sobą wiedza. Jak ją przyswajać? Która metoda nauki, będzie dla nich odpowiednia? Sprawdzanie, czy działa u nich lepiej nauka przez słuch czy przez wzrok? A może tak jak ja, muszą coś zapisać – by zapamiętać?
Jak ułatwiliśmy sobie powrót do szkoły?
Dla nas, po takiej przewie powrót nie będzie łatwy. Chociaż każdy z nas chce wrócić do „starego porządku” już nie pamiętamy jak to jest, podporządkować się konkretnej godzinie. Pobudka o 6:30, śniadanie, mycie, ubieranie, spacer do przedszkola i szkoły. Powrót, obiad, lekcje, zadania konkursowe czy po prostu odpoczynek. Zabawa, kąpiel, bajka, kolacja i sen. By kolejnego dnia otworzyć oczy i znów robić to samo.
Całe szczęście, że moje dzieci są podobne do mamy. Cieszą się z małych rzeczy. Radość sprawia im najmniejszy ołówek kupiony do szkoły, z przejęciem wybierają zeszyty i pomagają mi zamawiać książki. Uczestniczą w każdej czynności, która związana jest w tym ważnym dla nich dniem. Dlatego tak wiele frajdy mieliśmy podczas zakupów na nowy rok szkolno-przedszkolny.
Czego nie może zabraknąć w naszej wyprawce szkolnej?
Plecak
Strój WF + buty
Worek na WF
Śniadaniówka i bidon
Piórnik
Potrzebne podręczniki (przedmioty ogólne _ angielski w klasach 1-3 są za darmo)
Zeszyty w linie i kratkę (my wzięliśmy po 5 sztuk)
Okładki na zeszyty
Okładki na ksiażki
Farby + pędzelki
Klej + nożyczki
Kredki
Linijka
papiery kolorowe
Blok techniczny i rysunkowy
Ołówek
Gumka i temperówka
długopis ścieralny/pióro (w zależności od nauczyciela)
Plastelina
teczka z gumką
Notatnik
U Blanki sprawa jest łatwiejsza. Wszystko zależy od miejsca, do którego uczęszcza Twoje dziecko. nasze przedszkole zapewnia wszystkie art. papiernicze i plastyczne. My rodzice, płacimy za to co 3 miesiące określoną kwotę, a nauczyciele kupują wspólne przybory dla wszystkich dzieci. Na start potrzebujemy tylko zestaw książek, dwa zeszyty, teczkę, worek do Wf, strój do ćwiczeń i buciki do zabawy w sali.
Co szkoła to inne wymagania.
Dodatki, które ułatwiają naukę!
Nie wiemy jeszcze, jaki sposób nauki dla naszych dzieci będzie najlepszy. Nadal jesteśmy na etapie odkrywania tego, jednak po Antku widzę, że sporo odziedziczył po mnie. By coś zapamiętać – musi zapisać. Dlatego dla nas obowiązkowym punktem wyprawki jest notes, długopis i zakreślacze. Dużo kolorowych karteczek, cienkopisy czy kolorowe kredki. Tak, by móc tworzyć mapy do nauki.
Jest wzrokowcem, który wykorzystuje swoje zalety najlepiej jak potrafi. To typ, który widząc coś w książce bądź na tablicy – zapamięta to szybciej, niż w momencie gdy Pani sztywno przeczyta regułkę z podręcznika. Musi widzieć pytanie w zadaniu, by poprawnie na nie odpowiedzieć. Większy problem sprawi mu odpowiedzenie na to samo pytanie usłyszane ze słuchu. Ja to doskonale rozumiem, jednak wg systemu musi omieć wszystko, bo nie ma wyjątków.
Rozwijamy umiejętności, jednak skupiamy się przede wszystkim na nauce wzrokowej. Nasza wyprawka szkolna jest kolorowa i taka, jaką wybrały sobie dzieci. Podobna do tej, z zeszłego roku (LINK TU) jednak z innymi, cudownymi dodatkami! Kolejny raz zaufaliśmy sieci sklepów biedronka– bo artykuły są cudowne wizualnie i jakościowo. A ich cena sprawia, że każdy za niewielkie pieniądze znajdzie coś dla swoich dzieci. Nie przepłacaj 🙂
Masz już swoją wyprawkę szkolną? A może jest ten etap jeszcze przed Wami?