Śledź nas na:
All Posts By

pierwsze-kroki

Blog - archiwum

Jestem w ciąży i pracuje. Czy to skandal?

21 sierpnia 2020

Decydując się na działalność, przemyślany musiał zostać każdy krok. Wiedziałam, że porywam się na coś, co bez mojego zaangażowania nie przyniesie zysków ponieważ nie planowałam zatrudniać nikogo do pomocy. Niestety, przedsiębiorcy w naszym kraju nie mają łatwo – mam wrażenie że rzucane są im non stop kłody pod nogi. Dosłownie na każdym roku. 

Dziś pokażę, że faktycznie na urlop macierzyński i L4 ciążowe możesz iść, jednak nie pracując nie posiadasz ciągłości utrzymania zleceń a co za tym idzie… ich stratę. Wiele przyszłych mam ma ogromny dylemat przed zwolnieniami i dniami wolnymi w pracy własnie z tego względu. Czy będą miały do czego wrócić? Czy nie stracą klientów? Jak odbudują swoją bazę i zaufanie po takim czasie przerwy od pracy?

Są wierni i stali klienci, którzy wracają. Jednak spora część pójdzie w inne miejsce. Być może wróci, być może nie. A coś, na co kobieta pracowała rok, dwa, trzy czy dziesięć lat pójdzie w odstawkę i będziesz musiała zaczynać praktycznie od zera. To trudne. Może nie dla każdego zrozumiałe, ale jednak trudne dla osoby która stoi przed takim dylematem.

Jakie korzyści posiada mama na własnej działalności?

„Aby móc otrzymać zasiłek chorobowy, prowadząc działalność gospodarczą, należy podlegać ubezpieczeniu chorobowemu przez okres 90 dni (nieprzerwanie). Co do zasady, zasiłek ten przysługuje ubezpieczonej, która stała się niezdolna do pracy w czasie trwania ubezpieczenia chorobowego. Maksymalny okres przebywania na zasiłku chorobowym przez kobietę ciężarną wynosi 270 dni. Wówczas wysokość zasiłku wynosi 100% podstawy wymiaru.”

Czyli całkiem sensowne wyjście, jeśli masz możliwość nie pracowania, bądź Twoja firma działa dzięki zatrudnionym w niej osobom. Wiele kobiet nie może sobie na coś takiego pozwolić, wiec z ogromnym brzuchem każdego dnia wykonują swoje obowiązki prowadząc jednoosobową działalność. Wcześniej tego nie rozumiałam, ale ta ciąża jest moją drugą podczas prowadzenia firmy i wiem jakie są konsekwencje. Ciężko jest przyjąć do myśli fakt, że stracisz coś na co pracowałaś tak długo. Pracując na etacie, marzysz o „wolnym” już od momentu zobaczenia dwóch kresek. Będąc „na swoim” zastanawiasz się, jak to będzie.

Jak to ma się do opłat firmowych?

W przypadku urlopu macierzyńskiego nie ma zastosowania zasada pozbawiająca prawa do zasiłku w razie wykonywania pracy zarobkowej przez przedsiębiorcę (tak jak jest to w przypadku zasiłku chorobowego). W czasie pobierania zasiłku macierzyńskiego przedsiębiorca ma obowiązek opłacać wyłącznie składkę zdrowotną. Natomiast osoby, którym przysługuje wyrównanie zasiłku macierzyńskiego do wysokości świadczenia rodzicielskiego, są zwolnione z opłacania składki zdrowotnej i nie opłacają żadnych składek do zakończenia urlopu.

Dodam, że wiele z kobiet, ma podpisane z góry umowy na usługi. Ja posiadam m.in. księgowego, firmę kurierską, newsletter, hosting, domenę… nie ma opcji zerwania umowy i odpuszczenia płatności. Jeśli zobowiązałam się do tego, muszę ponosić konsekwencję. Nikt za mnie tego nie zapłaci, tak jak rat kredytu. Na każdą z tych umów trzeba zarobić. A zarobimy tylko w momencie, gdy pojawimy się w pracy. Ile kobiet prowadzących swoją działalność, faktycznie skorzystało z rocznego urlopu macierzyńskiego? Nie znam ani jednej.

Jak jest u nas?

Podjęłam decyzję, że nie znikam z pracy aż do samego porodu. Tak długo, jak zdrowie i Zojka mi pozwolą, zostaję na etacie i na blogu. Po porodzie mam „aż” dwa tygodnie urlopu macierzyńskiego by dojść do siebie, a następnie wracam na część etatu. Powoli, ucząc się nowego porządku. Na starcie razem z mężem, który będzie z nami 4-6 tygodni – a następnie, już sam na sam z niemowlakiem. Plan jest taki, że bliżej 7-8 miesiąca, może później opiekę nad małą przejmie niania, jednak czas pokaże jak wszystko się poukłada.

Teraz już wiesz, dlaczego pracuje w ciąży. To nie heroizm, bycie dzielnym i skaczącą z nadmiaru energii ciężarną. To mus, inaczej nie wyobrażam sobie powrotu. Zbyt duża przerwa w mojej branży skutkuje „wygryzieniem” i bardzo szybkim znalezieniem kogoś na moje miejsce. A tak bardzo lubię to co robię, że nie idę na L4 i nie idę na urlop macierzyński.

Decyzje są trudne i nie ważne jaka zostanie podjęta.
Każda ma swoje wady i zalety.
A le każda z nas ma prawo do wyboru – bez osądzania. 

 

Blog - archiwum

Propozycje zabaw dla dzieci a także aktywności, które uczą oszczędności!

19 sierpnia 2020

Oszczędzania można się nauczyć. To nie tak, że każdy z nas rodzi i z góry jego los jest przesądzony. Niektóre cechy charakteru dzielą się na dwie sfery – te genetyczne i te które nabyliśmy. Tak samo jest z naszymi umiejętnościami, zdolnościami i wszystkim, co nas dotyczy. Nie mamy wpływu na wiele rzeczy, rodzimy się z określonymi cechami wyglądu i typowymi zachowaniami. Są jednak takie rzeczy, które możemy wypracować.

Nauka oszczędzania jest dla każdego – na każdym etapie życia.

Od kiedy zacząć?

Nie ma sztywnej reguły. Każdy z nas jest inny i wszyscy potrzebują innego terminu. Tak samo jest z dzieckiem. To Ty, jako rodzic, musisz odkryć kiedy jest ten najlepszy moment. Przykładowo, w naszym domu nauka Antka zaczęła się w momencie gdy skończył 4,5 roku – natomiast Blanka zaczęła stosunkowo niedawno. A w październiku kończy już 6 lat. Maluch musi wiedzieć o istnieniu pieniędzy, rozumieć skąd pojawiają się w naszym domu i jak ważnym elementem naszego życia są.

To, jak szybko zaczniecie zależy też od Ciebie. Od ilości przeprowadzonych rozmów i zabaw. Jedno jest pewne – im szybciej zaczniesz, tym szybciej zobaczysz efekty. Szacunek do pieniądza to coś, co jest bardzo ważne.

Nasze dzieci wiedzą skąd bierzemy pieniądze. Wiedzą czym zajmuje się mama i gdzie pracuje tata. Moją prace widzą każdego dnia, natomiast Daniela odwiedziliśmy nie raz by mieli wgląd. Nie unikamy tematów pieniędzy przy nich. Nie rozmawiamy o rachunkach wtedy, gdy dzieci pójdą spać. Nie boję się wyciągnąć przy dzieciach 5 tysięcy na stół i rozdysponować każdą złotówkę na inny cel. Pieniądze nie są w naszym domu tematem tabu.

Dzieci dostają nasze pieniądze do ręki!

Gdy mam określoną kwotę w ręce i zapiski comiesięczne na co wydam tą kwotę – często młodzi pomagają mi układać to na wyznaczone kupki. Dzielą pieniądze zgodnie z cyframi, jakie pokazuje rachunek. Widzą, że z góry pieniędzy jakie mieli w ręce, robi się mała kwota która zostaje na życie. Pokazujemy im, że to co zarobi mama i tata – to kropla w morzu potrzeb jakie posiadamy. Widzą, że rachunki i podstawowe potrzeby zabierają sporą część z kupki która przed chwilą trzymali w ręce. Dzięki temu, nie słyszymy na każdych zakupach krzyków w stylu „mamoo, tatoo kup mi”. Oni wiedzą, jaka jest wartość pieniądza. Jak jeszcze działamy?

Co można wprowadzić by nauczyć dzieci oszczędzania?

  • Kieszonkowe

Zacząć można w okolicy 5-6 urodzin, czasem nawet siódmych. Tak jak pisałam, wiele zależy od dziecka. Natomiast kwota jaka zostanie ustalona, zależy już od Was. Należy sprawdzić potrzeby dziecka, ocenić ile wydaje i na co. Jakie rzeczy kupisz mu Ty, a co zostanie w jego zasięgu. Musisz dobrać kwotę tak, by została mu określona kwota na to – by zbudować swoje oszczędności. Dla nas zawsze zaczynał się ten etap od 5 zł tygodniowo. Dlaczego? Bo ustaliliśmy, że nasze dzieci mają te pieniądze praktycznie dla siebie, ewentualnie po to by kupić sobie lizaka jak ja nie wzięłam nic ze sobą. Co 3 miesiące zwiększam stawkę, zwiększając tym samym zakres rzeczy które dziecko musi kupić sobie samo – za swoje pieniądze. Aktualnie Antek kupuje sobie wszystkie zachcianki słodyczowe, gry komputerowe i stawia pizze jak przyjdzie ochota.

  • Zarabianie przez pomaganie

Nie będzie to jednak dobra opcja dla każdego dziecka. Trzeba wyczuć kiedy można wprowadzić tą zasadę, na jakich warunkach i szczegółowo wyjaśnić jej działanie. Może przynieść zły skutek i złe zrozumienie jej działania. Chodzi o nagradzanie za czynności wykonywane w domu. Wyniesienie śmieci, podlanie kwiatów, wyjście z psem, zakupy. Mnie rodzice kiedyś motywowali też tym, że za dobre oceny dostawałam pieniądze a za złe, miałam płacić. Nie pamiętam dlaczego to się skończyło i ile trwało – pewnie okazało się niewypałem. Jednak… by dziecko nie traktowało obowiązków domowych jak coś, co jest możliwością zarobku należy dobrze z nim o tym porozmawiać.

  • Zasada trzech słoików

Trzy słoiki – jeden na wydatki, drugi na oszczędności, a trzeci na inwestycje. Każde pieniądze, które otrzymują, dzielą równo na trzy części i wrzucają do słoików.  Zawartość słoika „wydatki” służy na bieżące zakupy, to najczęściej drobne przyjemności. W słoiku „oszczędności” trzymają pieniądze na większe rzeczy typu rower, tablet czy narty, czyli tzw. marzenia, które mogą sami zrealizować. Z kolei do słoika „inwestycje” trafiają pieniądze, które w dłuższej perspektywie mają posłużyć do tworzenia aktywów, które będą przynosiły im następne pieniądze. Koniecznie przeczytajcie o tej metodzie – bo jest rewelacyjna także dla nas, dorosłych.

  • Dawaj dobry przykład

Nie od dziś wiadomo, że nasze dzieci to doskonali obserwatorzy. Widzą, co robi mama i tata nawet wtedy, gdy my nie wiemy o tym. Słuchają – gdy jesteśmy pewni, że nie słyszą. Taki ich urok, ale my możemy to sprytnie wykorzystać. Na przykład, podczas nauki oszczędzania. Opisałam Ci już na naszym przykładzie jak co miesiąc na kupki odkładam określoną kwotę – dzieci to widzą i kodują. Obserwują, przeliczają i wyciągają wnioski. Idąc na zakupy, pozwalam im płacić gotówką, by widzieli ile kosztowały nas tygodniowe zapasy spożywcze. Podają Pani 500 zł a otrzymują „tylko” 30 złotych reszty. Za każdym razem słyszymy „mamoo! serio wydałaś 300-400-500 zł?” Tak kochanie, serio. Dla nas etapy wymuszania w sklepie skończyły się już dawno temu. Nie ukrywamy większych sum i nie zamykamy się z nimi w sypialni – dzieci biorą aktywny udział w całym procesie.

  • Zamiast pieniędzy – kupony!

Zdarza się, że maluszkom ciężko jest zrozumieć wartość pieniądza. Jest masa nominałów jakimi dysponujemy i nie widzą różnicy między tym 10 złotowym a tym 50 złotowym. Ten problem dotyczy mniejszych dzieci i zdecydowanie tych, które dopiero zaczynają „przygodę z pieniążkami”. W domu, można stworzyć kupony dzięki którym nasze dzieci będą za coś np nagradzane. Przykładem niech będą obowiązki domowe
– za pościelenie łóżka – 1 kupon.
– za wyjście z psem – 1 kupon.
– za posprzątanie pokoju przed snem – 1 kupon.
… i tak wiele wiele innych kuponów, które można zgarnąć w ciągu dnia. Ustalcie, ile wart jest jeden z nich i przypiszcie taką ilość kuponów do poszczególnych „nagród” – na przykład słodyczy czy zabawek. Gdy dziecko uzbiera odpowiednią ilość będzie mogło „kupić” przedmiot który jest tyle wart. Coś na zasadzie zbieranie kuponów na stacjach benzynowych.

Ciekawe gry i zabawy, które pomogą w nauce oszczędzania:

  • Monopol (Eurobiznes) – Jeśli nie skończyły jeszcze ośmiu lat, możesz kupić wersję mini przeznaczoną już dla pięciolatków.

  • Zabawy w sklep – kupowanie, wydawanie pieniędzmi z kasy i zarządzanie posiadanymi żetonami to świetny sposób na wyjaśnienie podstawowych terminów dotyczących zakupów.

  • Kasa edukacyjna – prosta gra oparta na planszy, po której gracze spacerują kupując produkty bądź zarabiając pieniądze.

  • Mały bank – w grze można się wcielić w pracownika banku i nauczyć nie tylko liczenia pieniędzy, ale i terminów takich jak kredyt, rachunek czy wpłata.

  • Gry wideo – serie takie jak Tycoon, Islanders, Startup Company czy legendarne już SimCity to propozycje dla nieco starszych.

 

A Ty? jakie masz sposoby na naukę oszczędności?
Wprowadziliście ja w swoim domu?

 

 

 

Blog - archiwum

Biblioteka maluszka – dlaczego warto czytać od najmłodszych lat.

17 sierpnia 2020

Nie jestem molem książkowym. Sama nie czytam 40-50-60 książek rocznie szczycąc się tym przy każdej okazji. Nie mam na to czasu, jednak wiem jakie wartości niesie za sobą ta czynność.

Gdy tylko mam chwilę, moja głowa nie jest zmęczona zbyt dużą ilością wrażeń w pracy i w domu – sięgam do lektury. Jednak nie jest to coś, co „muszę zrobić, bo się uduszę”. Priorytetem jednak jest dla mnie coś innego. Wiedzę o tym, jak ważne jest czytanie dzieciom wyniosłam ze studiów. Śpiew, ruch, rozwój wyobraźni… dziecko potrzebuje różnych bodźców do rozwoju, a to dzięki nam – swoim rodzicom – może otrzymać je w wystarczającej ilości.

Sam sobie książki nie przeczyta!

Dlatego to nasz obowiązek (tak, obowiązek!) czytać naszym dzieciom książki.

Wtedy, gdy są jeszcze w brzuszku.
Wtedy, gdy mają tydzień, miesiąc, rok.
Wtedy, gdy zaczynają przygodę przedszkolną.
Wtedy, gdy idą do szkoły.

Do momentu, aż czytanie nie będzie dla nich na tyle łatwą czynnością, by były w stanie zrobić to same. Wcześniej, to Ty robisz to za nich. Nie chodzi o długie powieści liczące 300 stron. Nie chodzi o to, by poświęcać tej czynności cały wieczór. Ale jedną (JEDNĄ!) krótką historykę, którą dasz radę przeczytać w 10 minut powinnaś dziecku przeczytać.

Dlaczego warto czytać dzieciom?

  • Uczysz w ten sposób dzieci myślenia!

  • Zaspokajasz jego potrzeby emocjonalne

  • Budujesz potrzebną wieź!

  • Uczysz języka i rozwijasz słownictwo.

  • Rozwijasz wyobraźnię i poprawiasz koncentrację.

  • Pomagasz rozwiązywać problemy

  • Kształtujesz nawyk czytania i ułatwiasz naukę.

  • Ćwiczysz pamięć i dajesz wiedzę ogólną.

  • Podajesz na tacy zajęcie na nudę.

  • Dajesz przykład i motywujesz.

  • Wspiera poczucie własnej wartości

  • Uczy rozróżniać dobro od zła!

  • Zwalcza uzależnienie od mediów.

Czytam Blance i Maćkowi!

Niewiele, kilka minut dziennie. Nie jestem w stanie poświęcić na ten cel więcej czasu, nad czym ubolewam. Jednak na jedną bajkę każdego dnia znajdę czas. Często jest tak, że ta chwila wypada w ciągu dnia – niekoniecznie przed snem. Antoni daje radę przeczytać całą książkę samodzielnie. Czyta dość dużo, bo każdego dnia ma w ręce książkę, nawet latem. Jednak, robi to bardzo wolno. Na tle rówieśników wypada gorzej, bo czyta wolniej jednak potrafi zrozumieć wszystko co przeczytał. Nauka tego, że liczy się jakość czytania a nie ilość przeczytanego tekstu nie poszły na marne.

 

A Ty? Czytasz swoim dzieciom każdego dnia?

 

 

 

 

Blog - archiwum

Mój mąż wstaje do dzieci w nocy, częściej niż ja!

13 sierpnia 2020

Wiesz jaki jest fenomen powstania dziecka? Do tego celu, potrzebny jest plemnik od mężczyzny i komórka jajowa od kobiety. Dwie osoby – dwa ciała – dwie zupełnie odrębne istoty. One są sprawcą całego zamieszania które nazywamy ciążą.

Spoko już wyjaśniliśmy sobie kwestie biologiczne – możemy przejść do rozwinięcia tematu jakim jest opieka nad dzieckiem.

Nie tylko mama!

Mama nosi 9 miesięcy pod sercem. Mama rodzi maluszka, przeżywając w tym czasie ból – ogromny ból. Mama karmi, mama przewija, mama nosi, mama wstaje w nocy. Mama gotuje, mama sprząta. Mama, mama, mama. A gdzie w tym wszystkim jest tata?

Czy rola taty, sprowadza się tylko do tego, by chwile pobawić się z maluszkiem po południu a następnie żyć jak wcześniej? By wyjść rano do pracy, zrobić swoje, wrócić i nadal nie robić nic? Czy własnie na tym skupia się rola taty w wychowywaniu dziecka? Czyli w sumie na jego braku.

Bo tata który nie angażuje się w wychowanie i opiekę nad dzieckiem, nie może nazywać się tatą. Dawcą nasienia, sponsorem czy dojną krową – tak. Jednak tata to większe słowo, a byle jakim postępowaniem nie zasłużysz na jego miano. Mogą Cię tak nazywać, ale tatą jest ktoś wyjątkowy – kto poza zapłodnieniem, potrafi ponosić KAŻDE trudny związane z opieką nad maluszkiem. Bez strachu, bez obaw i bez obrzydzenia. Ma nosić, tulić, wstawać w nocy, bujać, przewijać, kąpać i zabierać na spacery. Bo tylko tyle i aż tyle potrzebuje od Ciebie dziecko.

Dlaczego więc tatusiowie nie pomagają?

Bo szukają wymówek. Mówią, że się boją dotknąć noworodka, że brzydzi ich zapach kupki i nie są w stanie tego zrobić. Nie wyjdą na spacer, bo co w sytuacji, gdy dziecko zacznie płakać gdy poczuje głód? Spotkałaś się już z takimi tłumaczeniami? Dla mnie są one dziwne, są chore i dla każdego normalnego faceta który został ojcem powinny być zakazane. Wstyd wymawiać je zdania – a oni robią to nagminnie.

Czy mama nie ma prawa się bać chwycić noworodka? Ma. Boi się. Ale to robi, bo musi.
Czy mama nie ma takiego węchu jak tata i nie czuje smrodu z pieluszki? Czuje. Ale to robi, bo musi.
Czy mama nie wychodzi na spacer w obawie przed płaczem? Wychodzi. Robi to, bo musi.
Czy mama jest inna niż tata? Nie. Oboje mają takie same możliwości.

Aktualnie nawet wyjście na spacer nie stanowi problemu. Są laktatory, butelki samo podgrzewające się. Można wyjść na spacer wokół domu, na 20-30 minut nie trzeba spacerować pół dnia z maluszkiem. To są drobnostki, a tatusiowe robią z nich tragedię na skalę światowa.

Mój mąż wstaje w nocy do dzieci!

Nie tylko wstaje w nocy, ale też nosi, tuli i zmienia pampersy. Wychodzi na spacery i pozwala mi odpocząć. Aktualnie wygląda to tak, że wstaje do trójki naszych dzieci częściej niż ja. Bo jestem w ciąży = potrzebuję odrobiny więcej odpoczynku. Mamy układ, że jedną noc wstaję ja drugą on, jednak gdy przychodzi moja kolej – jemu szybciej wystartować niż mi. Więc sam z siebie działa, zanim ja wyczołgam się na skraj łóżka.

Nie zmieniło się nic, od początku. Bo gdy tylko pojawił się w naszym życiu, dzielnie usypiał starsze maluszki. Odprowadzał Blankę do pokoju, gdy miała koszmarki. Gdy rodził się Maciej – był przy nas, bo jego rola nie sprowadzała się do zrobienia ale tez uczestniczenia w każdym momencie ich życia. A przyjście na świat było niesamowicie ważnym elementem. Przecinał pępowinę, przebrał pierwszą kupkę, nosił i tulił od samego początku. Pomógł mi się wykąpać i zrobił zakupy, bym miała co jeść w szpitalu. W domu, miałam wakacje życia. Nie robiłam nic, poza karmieniem dziecka. On wstawał i mi go przynosił. On gotował, sprzątał i zajmował się starszakami.

Wiem, że teraz będzie podobnie. Trudniej, ale podobnie.

Boi się, bo widzę to po nim!

Jasne że sama myśl o tym, że będzie musiał zajmować się małą dziewczynką go przeraża. Dla niego naturalne jest ogarnianie chłopca – bo był pierwszy. Nie musiał nigdy dbać o malutką dziewczynę (Blanka miała roczek gdy z nami zamieszkał). To będzie nowość, tak samo jak nowością była dla niego opieka nad jakimkolwiek noworodkiem ale pokazał wszystkim, że jest tatą a nie… dawcą, sponsorem czy dojną krową. Jest po prostu ich tatą.

Bawi się.
Wygłupia.
Tuli.
Przewija.
Wstaje w nocy.
Uczy.
Pokazuje jak żyć.
Zabiera na wycieczki.
Chodzi na zebrania.

Po prostu jest. 
Zawsze, gdy tego potrzebują.
Nawet w nocy. 

 

 

Blog - archiwum

Wakacyjne zabawy z dziećmi – co robić, gdy dzieci się nudzą?

10 sierpnia 2020

Tegoroczne wakacje trwają troszkę dłużej. Fakt, że zakończenie roku było w planowanym terminie nie zmienia faktu, że nasze dzieci od dawna siedzą z nami w domach. Nauka zdalna pozostawiła wiele do życzenia, w wielu szkołach i domach a my, rodzice musieliśmy poradzić sobie nie tylko z pracą etatową ale też nauką i opieką nad dziećmi. 

Ciężko było zmobilizować dzieci do nauki. Dom to jednak dom – miejsce zabawy, odpoczynku i spędzania czasu razem a nie nauki. Odrabiania zadań domowych to nie to samo, co przerabianie bieżącego materiału. Zwłaszcza z rodzicem, który nie do końca odnajduje się w roli pedagoga.

Wakacje już trwają w najlepsze!

Został ostatni miesiąc laby, a przez fakt zdalnej nauki… nasze dzieci nudzą się już od dawna. Znasz to? U nas najchętniej ich dzień wyglądałby tak:

Pobudka około 10
Szybkie śniadanie
TV
Tablet
Konsola
Wyjścia na chwile na dwór
Po południu do babci na słodycze
Brak kąpieli
Sen po 23

Niestety… mają mamę jaką mają, nie ma opcji na takie luksusy. Sama będąc dzieckiem biegałam cały dzień na dworze, wbiegałam na szybką kanapkę z masłem i leciałam dalej. Bo kumple czekali, nie było czasu na nic. Wracałam do domu, gdy mama wydarła się z okna – zresztą, jak każda inna mama. To było piękne i chciałabym by moje dzieci robiły to samo. Żyjemy w innych czasach i mam wrażenie, że „dzisiejsze dzieci” bez pomocy dorosłych nie potrafią się już bawić.

Nie rysują na ulicy planszy do gry, nie wykorzystują potencjału placu zabaw i okolicznych drzew czy krzaków. Mam wrażenie, że zamknęli się niektórzy w tych szklanych ekranach i potrafią myśleć tylko o jednym…

Znalazłam więc im kilka zabaw!

Nie byli zachwyceni początkowo – ale nie mieli wyjścia. Albo to.. albo sprzątanie pokoju. Wybór był prosty prawda?

Tworzymy ogródek!

Sadzenie kwiatów/owoców/drzew/warzyw… po prostu sadzenie roślinek – jakichkolwiek. Kupiłam milion nasion, kolejny wydłubałam z owoców i warzyw które mieliśmy w mieszkaniu (pomidory, papryka, dynia, morela, wiśnia, czereśnia, śliwka…) cokolwiek. Nakład finansowy jest bardzo niewielki, a radość (wbrew pozorom i początkowej niechęci) ogromna. Wiadomo, że sprzątania będziesz miała bardzo dużo, ale pomyśl o tej radości, gdy pierwsza roślinka wykiełkuje.

Stwórzcie swoją grę planszową!

Wiadomo, że w każdym domu jest masa kier planszowych. Puzzli, układanek i gier towarzyskich jednak, nic nie ucieszy dzieci tak bardzo jak gra, w której sami ustalają zasady. Doskonałym przykładem jest nasze memory – stworzyły ją moje dzieci wraz ze swoimi przyjaciółmi. Każdego dnia do niej wracają, bo wiedzą że jest „ich” – zobacz jaka fajna wyszła! Nie planujcie, nie myślcie, nie zakładajcie niczego z góry. Każdy pomysł bierzcie pod uwagę i stwórzcie coś, czego nie ma nikt inny.

Wybierzcie swoje obowiązki.

Brzmi strasznie dla dziecka na pierwszy rzut oka, jednak… nie taki diabeł straszny jak go malują. Wytłumacz, że Wasz dom jest WASZ. Nie Twój, nie taty… jest wspólny. I każdy o niego powinien dbać w całości. Stwórzcie tablice obowiązków a następnie poproś dzieci by wybrały sobie zadania które lubią i mogą wykonywać w domu. Wynoszenie śmieci, mycie luster, wyjścia po pieczywo, wyjścia z psem, odkurzanie, podlewanie kwiatów. To są drobnostki, które każde dziecko będzie umiało wykonać – ale fakt, że wybierze je samodzielnie spowoduje, że będzie mniej buntów. Daj im czas na zastanowienie się – niech traktują to jak zabawę!

Dziecięce pieczenie!

Mogłoby się wydawać, że to zadanie tylko dla starszaków, które potrafią czytać i obsługiwać piekarnik. Nic bardziej mylnego! Maluszki świetnie radzą sobie w kuchni, gdy im na to pozwolimy. Fakt, że wtedy rodzic pomaga wrzucić ciasto do piekarnika ( jeśli tego wymaga przepis ) jednak w dodaniem składników do miski samo doskonale sobie poradzi. Przeczytaj listę składników, niech maluch sobie uszykuje wszystko w miseczkach a następnie już samodzielnie wszystko połączy. Warto wybrać przepis, który nie wymaga dodawania czegoś zgodnie z kolejnością w przepisie – polecam: ciasta bananowe, Brownie, ciasta czekoladowe, babki, muffinki… – tak na start. Nie bój się bałaganu, to tylko bałagan. Wszystko idzie posprzątać.

Macie jeszcze jakieś propozycje?
Takie na szybko, na już! 🙂 

 

 

Blog - archiwum

Odpuściłam i co? Zgadnij!

7 sierpnia 2020

Do dziś, a może zwłaszcza teraz (?) moi rodzice śmieją się, że nasze czwarte dziecko będzie wolnym ptakiem. Maciej już jest „dzieckiem lasu” a Zojka, jak to oni mówią, będzie łapała deszczówkę na dworze. A to wszystko dlatego, że każdego dnia uczę się odpuszczać. Nie jest łatwo – ale za moment zobaczysz, że warto przejść trudną drogę i wreszcie… odpocząć!

Pamiętam jak było z pierwszym dzieckiem!

Antoni urodził się, gdy miałam 18 lat. Nie dość, że było to moje pierwsze dziecko – to sama nadal nim byłam. Nie ogarniałam nic – a wcale dużo na głowie nie miałam. Praktycznie tylko szkołę i opiekę nad nim, ale to było też dla mnie zbyt wiele. Nie miałam czasu zrobić obiadu, posprzątać, a nawet wybrać się na zakupy. Z perspektywy czasu zastanawiam się, co ja wtedy właściwie robiłam. Bo nawet dziecku nie gotowałam, korzystałam z gotowych rozwiązań. Spinałam się jednak, gdy wypadł mu smoczek na ziemię – wyparzałam wszystko. Mleko modyfikowane robiłam wody butelkowej, zagotowanej i w idealnej temperaturze. Kąpiel – nigdy nie za ciepła i nie za zimna. Spacer? Zawsze pięknie przykryty kocyk, czysta buźka i idealnie wyprofilowane buciki. Miałam fioła na tym punkcie.

Blanka dostała więcej luzu!

Tu już nie wyparzałam smoczka za każdym razem jak spadł – tu wystarczyło umycie pod bieżącą wodą. Młoda nie miała lekko, bo moje życie wyglądało wtedy źle – ale stabilnie. Nie było pięknych bucików, idealnego wózka i słoiczków. Jadła to co my, jeździła w używanym wózku a butki nie kosztowały już 200 zł a… 80! Jednak wtedy dawałam radę zrobić obiad, zająć się dwójką dzieci i jeszcze zarobić pieniądze na to, by dzieciom dać cokolwiek. Wtedy nie było jeszcze „magicznych czasów rozdawnictwa”.

Maciek to szaleniec!

To co teraz przeczytasz, może spowodować lekki atak serca. Jednak wyluzowałam strasznie! Młody je to co my, od początku – solone, słodzone, ostre… Jego smoczek spada na ziemię pięć milionów razy w ciągu dnia a ja… podaję mu go znów do buzi obierając lekko z włosów hondy. Biega cały dzień na boso, bez skarpet, nawet po trawie i kamieniach. Buty zakłada od większej okazji, albo jak jest z nianią. No właśnie, niania. Przestałam udawać, że ogarniam. Nauczyłam się prosić o pomoc i ułatwiać sobie życie jak mogę. Dzięki pomocy – mogę pracować. Dzięki pomocy – moje dzieci mają mamę.

Tak jest w każdej sferze życia.

Nauka tego, że nie muszę być perfekcyjna w każdej dziedzinie nie przyszła mi łatwo. Wcześniej myślałam, że muszę sobie sama ze wszystkim radzić. Wiesz, moje życie, moje wybory, moje zmartwienia. Jednak to bzdura!

Po pierwsze – mam męża. Ten mąż, ma dwie ręce i może mi pomóc w obowiązkach domowych. Gdy on jest z dziećmi – ja sprzątam i gotuje. Gdy ja zabieram gdzieś dzieci – on ogarnia co może. Po drugie – mamy dziadków, chętnych do pomocy. Nie wciskamy im dzieci co tydzień na noc, bo mamy taki kaprys. Robimy to wtedy, gdy oni sami zaproponują – bądź musimy zrobić coś, co dla nich może nie być dobre. Jak remont sypialni w weekend – nie chcieliśmy by Maciej spał w tych oparach od farby.

Nie jestem szalona!

Nie jestem robotem, który będzie wstawał o 5 rano – gotował, prał, sprzątał, wstawał do dzieci co godzinę i wychodził z psem. Nie jestem walnięta, by później iść do pracy na 8-9-10 godzin z dzieckiem pod pachą. Nie zwariowałam, by wracać później do domu – odgrzewać dzieciom obiad, brać ich na plac zabaw i szaleć na dworze do 21. Byłabym chora, gdybym po tym wszystkim miała czas by zrobić super zdrową kolację dla całej rodziny, pomóc w kąpieli, usypianiu i… właściwie po co miałabym się kłaść, jakbym zaraz musiała wstać?

Po co kobiety robią sobie coś takiego?

Udają na każdym kroku to, że są samowystarczalne, jedyne i niezastąpione. Nie wysyłają dzieci do babci, nie zatrudniają opiekunki, nie szukają pomocy męża… Działają same, a następnie narzekają na to, jak bardzo są strudzone życiem. Jak dzieci denerwują, jak dom brzydko wygląda, jak rodzina narzeka na brak kontaktu. A to wszystko przez to, że my kobiety, chcemy uznawać się za samowystarczalne.

Niestety, prawda jest taka – że w wielu kwestiach można nas zastąpić… a my, powinniśmy z tego korzystać. Ba! wykorzystywać tak mocno jak się da.

Stać Cię na pomoc domową? Zatrudnij.

Dzieci dostaną 2-3 dni taki sam obiad? Trudno.

Podłoga się nie świeci? To nie muzeum.

Chcesz iść do pracy? Nie patrz na innych, działaj!

Tyle razy oglądamy się na innych. Nie patrzymy na siebie. Nie pozwalamy sobie na odpoczynek i realizację marzeń z wielu powodów. A wszystko, co wydaje nam się początkową przeciwnością to tylko chory głos w naszej głowie. Obawa przed krytyką najbliższych czy zupełnie obcych ludzi. Strach przed osądzeniem bądź przed nieznanym. Próba udowodnienia sobie, bądź wszystkim dookoła.. że dasz radę.

Ale to nie grzech, jeśli nie masz siły.

Prośba o pomoc to nie przestępstwo. To nie powód do wstydu. Wstydzić można się tego, że się kradnie. Mamo! Pamiętaj, że jesteś kobietą. Zaradną, piękną i mądrą. Jednak nadal jesteś po prostu człowiekiem, który jest zmęczony, popełnia błędy i potrzebuje wsparcia czy pomocy innych. Nie bój się oddawać obowiązków innym.

 

Obiecujesz mi, że się postarasz?

 

 

Blog - archiwum

Nasze sposoby na zbyt dużą ilość ubrań i zabawek. Ratujemy domowy budżet!

5 sierpnia 2020

Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak ważna jest dobra organizacja czasu ale i przestrzeni w której żyjemy. Każdy z nas lubi coś innego – inny styl pomieszczeń, inne dekoracje i inne kolory ścian. Łączy nas jedno… to, że chyba nikt nie lubi bałaganu i zbyt wielu „gratów” w mieszkaniu. Prawda?

Niedawno pisałam wpis o tym, jak każdego dnia dbam o to, by nasze mieszkanie przy trójce dzieci i psie wyglądało… no, po prostu wyglądało. Tak, byśmy nie musieli wstydzić się wnętrza podczas odwiedzin niespodziewanych gości. Nie zostawiam niczego na ostatnią chwilę, nie wrzucam sprzątania całego mieszkania na jeden dzień i zdecydowanie nie jestem w tym perfekcyjna. Ale… lubię porządek.

Każda rzecz ma swoje miejsce.

Tak powinno być – szacunek dla osób którym się to udaje. Gdy byłam piękna, młoda i bezdzietna – też myślałam, że mi się uda. Życie mocno zweryfikowało moje postrzeganie wielu spraw dlatego odpuściłam. Tak po prostu. To, co jest niezależne ode mnie. zostawiam w tyle. Jednak na sporo rzeczy mam wpływ. Na dzieci – niewielki. Jednak na zbyt dużą ilość rzeczy w ich pokoju czy w salonie – ogromny!

Przychodzi dwa razy do roku taki dzień…

…przynajmniej u nas, zdarza się on w takim czasie. Sporo osób robi to w innych odstępach – nawet codziennych. Nie ważne! Ważne jest to, że on przychodzi a Ty już wiesz że musisz to zrobić. Patrzysz na swoje mieszkanie i zastanawiasz się…

Po co im tyle zabawek?

Po co im tyle ciuchów?

Po co te za małe obrania leżą w tej szafie?

Dlaczego ja na to pozwalam?

Macie tak? Ja własnie średnio dwa razy do roku jestem przerażona ilością rzeczy w naszym mieszkaniu, które są nam niepotrzebne. Ogrom za małych ubrań dzieciaczków, jeszcze więcej zabawek którymi już bardzo długo nikt nie bawił. Nie, nie, nie… to nie dla mnie. Muszę działać, by oczyścić przestrzeń wokół siebie i znalazłam na to najlepszy sposób.

Dobrze wiesz że tak działam, bo być może już kiedyś sama coś ode mnie masz. Wystawiam to wszystko na sprzedaż. Zazwyczaj w wielkich, mega pakach za grosze. Nie bawiąc się w nic mniejszego, ponieważ nie mam na to czasu. Jednak…

Kupując coś dla dzieci za pieniążki ze sprzedaży ich ciuszków – często wybieram opcje zakupu pojedynczych modeli ubrań czy zabawek. Bo tak – kupuję używane. Mało tego, dla najmłodszej z rodu – tej, która jeszcze jest w moim brzuszku, kupiłam wyprawkę używaną. 3/4 ciuszków które posiada, to pozostałości po jakimś innym noworodku który tego zupełnie nie zniszczył. A ja? Jestem szczęśliwa bo za grosze kupiłam wielki karton niemowlęcych ubranek.

Jak to robię?

Zawsze, poświęcam na ten cel kilka dni. Pierwszego koniecznie sprzątam, segreguje i rozmawiam z dziećmi. Oni wiedzą, że zabawki i rzeczy którymi się już nie bawią – bawić się nie będą. A za pieniążki, które dostaniemy, będą mogli kupić sobie coś nowego. U nas ten argument działa, zobacz czy u Ciebie też. Kolejnego dnia, robię zdjęcia i opisy a także wrzucam na portal. Dalej… pakuje, wysyłam i lecę z dziećmi na obiecane zakupy.

Jak to zrobić bezpiecznie?

Koniecznie wybieram miejsce, które zapewni mi komfort sprzedaży. Nie chcę martwić się niczym, co jest związane z kwestiami prawnymi. Bezpieczeństwo moje, moich rzeczy a także kupującego i jego pieniędzy jest dla mnie priorytetem. Wielu z nas pewnie już poznało uroki zbyt dużego zaufania. Drugą kwestią jest to, że sprzedając rzeczy i zabawki po moich dzieciach – nie chcę martwić się opłatami. Wybieram więc miejsca, gdzie mogę wystawić to… bezpłatnie. A gdy dojdzie do sprzedaży, bardzo często umawiam się na odbiór osobisty – bo działam lokalnie.

Teraz zostaje tylko… wydać te pieniądze!

Dla Maćka koniecznie jakieś dresy – by było mu wygodnie, dla Blanki legginsy – ponieważ zabawa na dywanie potrafi uszkodzić kolana, a dla Antka – koniecznie ubrania z ulubionymi postaciami. U nas działa powiedzenie „lepiej dzieci ubierać niż żywić” dlatego, że starają się dbać o to co mają i sprzedaż ciuszków po nich jest fajną opcją. Praktykujemy za każdym razem i zawsze sprawia nam tyle samo radości – sprzedażowej, a później zakupowej 🙂

A jakie Ty masz sposoby na to, by oczyścić przestrzeń?
A może od dawna działasz podobnie do mnie? 

Blog - archiwum

Harmonogram sprzątania – czyli coś, co ratuje mnie przy trójce dzieci!

3 sierpnia 2020

Często, praktycznie za każdym razem gdy na Instagramie poproszę o zadawania nam pytań, w okienku wyświetla się jedno „Jak Ty to ogarniasz?”. Za każdym razem odpowiadam tak samo… ja po prostu się „ślizgam” z dnia na dzień. Jednak po głębszym zastanowieniu się muszę odpowiedzieć inaczej – jestem dobrze zorganizowana. 

Wcześniej, działałam na jeszcze większym spięciu niż teraz. Odkąd mam nianię, pracuję więcej (z etatu 4 godzinnego, przeszłam na plus minus 8 godzinny). Jednak nikt moich obowiązków domowych za mnie nie przejął. Nasza pomoc jest dla Macieja, nie dla mnie. Nie oczekujemy sprzątania, gotowania, prania i działania w mieszkaniu… ma poświęcać czas tylko naszemu dziecku. Więc ja… muszę zrobić obiad, zająć się starszymi dziećmi, posprzątać czy pojechać na zakupy. Przez pracę, doba znacznie mi się skróciła jednak znalazłam fajny sposób na to – by jakoś funkcjonować. Nie w idealnej czystości i harmonii – ale we względnym ładzie.

Zrobiłam dla siebie kiedyś tabelki!

Z planem działania na każdy dzień tygodnia. Co niedzielę drukuję sobie jedną kartkę i działam według planu. Jest tam sporo wolnego miejsca, ponieważ dopisuje sobie na bieżąco to, co jest ważne. Chociażby zakupy – tego nie mogę zaplanować z góry, tylko w niedzielę wiem kiedy mój mąż skończy wcześniej prace a ja będę mogła pojechać na nie sama. Nie chodzimy każdego dnia do sklepu, pasuje nam układ zakupów raz na tydzień-dwa. Na bieżąco dokupujemy tylko pieczywo i owoce czy warzywa.

Dlatego ogólne rzeczy, które mogę zrobić sama bez pomocy męża czy rodziny w mieszkaniu – mam zaplanowane. Te, które wymagają ode mnie wyjść – dopisuję już na bieżąco długopisem.

Każdego dnia wieczorem:

wstawiam zmywarkę
wycieram blaty i stół w kuchni
wyrzucamy śmieci
zamiatamy/odkurzamy
wietrzymy mieszkanie
sprzątamy zabawki dzieci
staram się przecierać okna od wewnątrz (łapki Maćka)

Jednak większe porządki każdego pomieszczenia, mam podzielone na poszczególne dni.

Poniedziałek:

myję zlew ostrą chemią
myję piekarnik
przeglądam lodówkę
myję mikrofalę
uruchamiam zmywarkę na czyszczenie (bez kostki)
myjemy kosz na śmieci
myjemy podłogę

Wtorek:

ścieram kurze
myję lustra
myję podłogi
myję parapety
porządkuję balkon
odkurzam kanapę i fotel
„piorę” kanapę z większego brudu

Środa:

Ogarniam podłogi
ścieram parapety
ściągam pościele
ścieram kurze
Odkurzam materace
sprzątam zabawki
sprzątam dokumenty w biurze

Czwartek:

Działam chemią na toaletę
myję płytki
ścieram kurze
czyszczę octem słuchawkę prysznicową
czyszczę octem kran
odsuwam pralkę i odkurzam
zmieniam ręczniki

Piątek:

to u mnie dzień prania – staram się tylko tego dnia podchodzić do tematu. Wysypuje wszystko na środek łazienki, dzielę na kupki : białe, czarne, niebieskie/zielone, szare, czerwone/fioletowe, ręczniki, pościele, szmatki i robocze Daniela. Zdarza się, że jakiegoś koloru jest mniej (np bieli i czerwonego) wtedy przenoszę pranie na kolejny tydzień czekając aż uzbiera się większa kupka. Nigdy nie wstawiam pralki, dla kilku ciuchów – zawsze musi być pełna. Wyjątkiem są robocze ubrania Daniela – jest mechanikiem i oleje/smary/kurz zniszczy inne ubrania więc 5 koszulek plus spodnie piorę osobno. Jednego dnia piorę, powieszam, ściągam, składam i zanoszę do szafek. Nie wyobrażam sobie robić już tego codziennie.

Raz na miesiąc dodatkowo:

myję lustra w domu
wstawiam pralkę i zmywarkę z chemią na czyszczenie
czyszczę szafki w  kuchni
przecieram lampy
myję okna
czyszczę lodówkę
odsuwam kanapę i zamiatam
myję ścierką płytki ścienne w łazience
myję drzwi wejściowe

Tym sposobem, każdego dnia poświęcam 30 minut na ogarnięcie jednego pomieszczenia, a nie jeden dzień. Cała sobota jest dla rodziny! Zdarza się, że czegoś nie zrobię w danym dniu – jednak nie biczuję się za to. Raczej podchodzimy do tego, jako rodzina, na zasadzie „dom to nie muzeum” dbamy o względny porządek ale z trójką dzieci i psem – podczas gdy oboje rodzice pracują po 8-10 godzin dziennie jest to po prostu… niewykonalne! 🙂

Poza tym, dom jest NASZ a nie MÓJ.
Dlatego do wszystkiego angażowana jest cała rodzina. 

A Ty masz taki plan działania?
Czy poświęcasz na sprzątanie jeden dzień?

Blog - archiwum

Jak odkryliśmy, że powodem chorowania Antka jest alergia?

1 sierpnia 2020

Antek – z pozoru zdrowy 9-latek, jednak w jego ciałku nie do końca działa wszystko tak, jak powinno. Gdy miał 5 lat stwierdzona została u niego alergia na brzozę (najsilniejsza), trawy, kurz, pleśń, penicylinę i żyto. Lekko zaczerwieniło się też pod sierścią psa, jednak nie na tyle mocno by się tym specjalnie przejmować. 

Jak do tego doszło?

Odkąd tylko pamiętam okres od marca do… auć! września/października to był czas chorób Antka. Miał katar i kaszel cały czas – gdy nie podałam leków, schodziła mu wydzielina na płuca i musieliśmy podawać antybiotyki. Ile można tak małe dziecko faszerować lekami? Jednak początkowo wcale tego nie wiązałam z czymś przewlekłym. Po prostu chorował, a ja jako mama zabierałam go do lekarza. Jednego roku,babcia zwróciła uwagę na to, że on jest ciągle chory w tym samym czasie.

Pomyślałam, że to bzdura, przecież bym zauważyła. A tym bardziej lekarz pediatra by cokolwiek zasugerował. Powiem szczerze, że kompletnie wyparłam to ze swojej głowy. Jednak kolejny rok, kolejny marzec znów przyniósł nam choroby. Sezon chorobowy wrzesień-marzec spoko, a od marca u nas zaczynała się jazda bez trzymanki.

Poszłam do lekarza – pediatry.

Powiedziałam mu o tym, co rok temu zasugerowała babcia. Jednak zobaczyłam szeroki uśmiech, słowa w stylu „wymyśla Pani” i receptę. Nie przyjęłam jej, poprosiłam o skierowanie do specjalisty, który będzie próbował zdiagnozować moje dziecko a nie tylko wypisywał recepty.

Pamiętam ten dzień jak dziś. Zawsze byłam cicho u lekarza. Nigdy nie skomentowałam jego głupich komentarzy ani tego, że raz w roku nie chce nam dać skierowania na krew i morfologię. Byłam grzeczną pacjentką, bez swojego zdania. Ale… tu chodziło o Antka a nie o mnie. Powiedziałam, że nie wyjdę z gabinetu – póki nie da mi skierowania do specjalisty. Pracuje dużo, razem z mężem płacimy składki a on, odmawia mi skierowania. o nie.

Siedziałam tam chyba 30 minut!

To długo. Jak idziesz na NFZ do lekarza to wiesz, że jest myk myk i do widzenia. A tu był bunt. W końcu uległ, wyjął bloczek ze skierowaniami i wypisał „pulmonolog”. Nie znam się, nie wiem czy wypisał dobrze – wzięłam karteczkę i poszłam. Wtedy pojawiły się pierwsze „ale” bo na skierowaniu musi być zapis „pulmonolog dziecięcy” więc nawrotka do przychodni i prośba o zmianę i kolejne kłody pod nogi. Czemu on ma to wypisać, pierwszy raz coś takiego widzi.

Wtedy już nie wytrzymałam. 

„Proszę Pana, jestem jeszcze opanowana, ale zaraz nie będę. Napisał Pan pulmonolog, ja chcę do pulmonologa dziecięcego. Nie obchodzi mnie to, w jakich przychodniach pan wcześniej pracował, ja pojechałam do LESZNA zapisać dziecko do lekarza i zostałam odesłana do domu – bo oni mają inne procedury. Niech pan wpisze mi tu to jedno ważne słowo i znikam. Więcej mnie Pan nie zobaczy – obiecuje!”

Wpisał. Pojechałam. Umówiłam Antka na wizytę za 3 miesiące.

Czyli w momencie, gdy jego problemy się kończą – wiec badanie może wypaść w normie.

Nastąpiła godzina zero. 

Nie wiedziałam do kogo się zapisałam. Brałam lekarza w ciemno – bo nikt wcześniej u nas nie miał problemów takich, jak miał Antek. Jak się później okazało, wybrałam najlepiej jak mogłam chociaż bez polecenia ani jednej osoby. Dla niektórych może być problemem to, jak lekarz się zwraca do pacjenta. Tu specjalista ma bardzo stanowczy ton i niektóre dzieci mogą się serio bać.

Ważniejsze dla mnie było jego doświadczenie i wiedza.

Pulmonolog lubi sobie czasem wybrać pacjentów którym robi test. Nie „starym” a takim „nowym” którzy siedzą w poczekalni. Jak jest opóźnienie – wzywa pielęgniarkę, chwyta losową kartę i mówi… weźcie go na testy na alergię. Pacjentem wylosowanym tego dnia był nasz Antek. Zanim zobaczył do lekarz, on już siedział w gabinecie z rączką wysmarowaną alergenami. Spuchło strasznie, dostał na miejscu leki na alergię i zeszło.

„Ale mam nosa! Dawno tak dużej alergii na brzozę nie widziałam” 

Poza brzozą była jeszcze mocno spuchnięta trawa. Reszta lekko, jednak konieczne było działanie przy każdym alergenie. Dodatkowo, okazało się że płuca Antka są mniej wydolne jak innych dzieci w jego wieku (po badaniu – spirometrem). I dokładnie przez połączenie tych dwóch czynników – alergii i osłabienia, on ciągle chodził z zapaleniem płuc. Młody nie ma astmy, jednak jest między tym mega cienka granica. Co 3 miesiące musimy jeździć do Leszna i dmuchać w spirometr – by zacząć szybko reagować.

Bierze leki tylko w momencie zaostrzenia choroby (spuchnięcie, kaszel, katar) a tak, cały rok daje rade funkcjonować bez wspomagaczy. Płuca za to, muszą przyjmować specjalną dawkę leku – niestety bez astmy płacę za niego spore pieniądze. Gdyby jego stan lekko się pogorszył – dostałby go za 3 zł. Sprawiedliwości nie ma – bo bez leku, się dusi i ma zmiany na płucach. Ale nie jest to tak złe, że musi mieć go refundowanego.

Wystarczyło sprzeciwić się pediatrze!

Zobacz, ile mniej to dziecko by cierpiało. JEDNA wizyta u pulmonologa sprawiła, że Antoni przestał chorować. JEDNA. Teraz jesteśmy pod opieką poradni pulmonologiczno-alergologicznej w Lesznie ale… dziecko jest na co dzień zdrowe. 2 tabletki i jedne wziewy przez pół roku, a aktualnie jedna tabletka przy nasilonych objawach… i problemu nie ma na drugi dzień. Dasz wiarę?

Drugi raz nie byłam naiwna… Blanka miała 2 miesiące kaszel. Od razu poprosiłam o skierowanie, bez bycia miłą. Teraz dostałam, bo syn ma alergie to jest „argument” wcześniej go nie miałam – wmawiałam dziecku chorobę. Młoda też ma alergie na kurz i pleśń – ale to wszystko. Maciej? Póki co odkryta jest ta, na penicylinę, a po 3 roku życia z automatu nasz pulmonolog chce go mieć pod sobą.

Chcesz wiedzieć co zrobiłam z pediatrą?

Zanim zmieniłam w deklaracji lekarza poszłam do niego. Zapisałam się „niby z dzieckiem na wizytę”. A tak naprawdę… rzuciłam mu na biurko wyniki testów Antka. Nic nie mówiłam, nie musiałam. Więcej go nie widzieliśmy 🙂

Blog - archiwum

Nasze czwarte dziecko to….

30 lipca 2020

Dobra, my już wiemy od… dawna. Dziś była 4 wizyta, która potwierdziła kolejny raz płeć. Skoro 4 razy (w odstępach 4 tygodniowych) usłyszeliśmy że w naszym domu zamieszka z nami dzidzia danej płci – po prostu w to uwierzyliśmy. 

Od 16 tygodni słyszymy tylko jedną wersję. Nasz ginekolog od 10 tygodnia chyba mówi nam jedno i to samo (swoją drogą, specjalnie w tej ciąży zmieniłam lekarza, by być pod najlepszą opieką ze względu na wrześniowy wyjazd do Tunezji). Zawsze mówię, o to już 2-3-4 raz Pan doktor mówi że to ta płeć, a on odpowiada – tak? to w takim razie nie ma innego wyjścia.

Dla mnie było to bez różnicy, dla mojego męża też. 

W końcu mamy w domu już dwóch chłopaków i dziewczynę. Ważne jest to, by bobas był zdrowy, ale badania połówkowe 4 tyg temu nie stwierdziły żadnej wady u maluszka. Płeć zeszła na drugi plan – jednak fajnie jest wiedzieć kto mieszka w brzuchu.

Pomimo tego, że dla mnie to zupełnie było nieważne – bo jestem biologiczną mamą całej trójki. To Daniel chociaż jest rodzicem całej trójki, to biologicznym tylko Macieja. Starsze dzieci poznał gdy miały 4 latka i roczek. Nie miał doświadczenia z niemowlakami dlatego to taka nowość. Teraz przeżywa to zdecydowanie mocniej bo…

W moim brzuchu jest mała dziewczynka!

Imię mamy wybrane, ciuszki czekają – została dostawka do wózka, dostawka do łóżka i… to chyba tyle. Cierpliwie czekamy, na kolejną księżniczkę w naszym domu.
Dwie dziewczynki, dwóch chłopców plus mama i tata. Układ 3 : 3 będzie sprawiedliwie.
Ważne jednak, ze w zdrowiu!

Blog - archiwum

Sezon ogrodowy – czas start!

28 lipca 2020

Cały rok czekam na moment, gdy będę mogła z dziećmi pół dnia spędzić w ogrodzie moich rodziców. Niestety, na jedną naszą działkę mamy daleko, a druga jest zupełnie nieogrodzona i po przyjściu taty z pracy nie opłaca się jechać bądź nie jest to jeszcze bezpieczne (jedna granica działki to rów z wodą). Korzystamy więc z możliwości, jaką dają nam moi rodzice. Stworzyliśmy tam sobie z ich pomocą – mały raj na ziemi.

Jest trampolina, basen, drewniany domek. W tym roku pojawił się ogródek warzywno-owocowy i trzy małe kotki. Dzikuski, które uciekają przed ludźmi ale sprawiają dzieciom sporo radości. Możesz sobie wyobrazić, z jaką radością przychodzą dzieci. A mama? Mama się cieszy, że może odpocząć.

Jednak to nie wszystko!

Nie czekam tylko na te beztroskie chwile w ogrodzie. Z większą radością czekam na sezon grillowy! U nas zaczyna się on w momencie, gdy lekkie promienie słońca przebijają się w ciągu dnia przez chmury. Kocham grilla, uwielbiam atmosferę i jestem wdzięczna za to – że mam męża który popiera to uzależnienie. Swoją drogą, w naszym bagażniku, poza tradycyjnym zaopatrzeniem znajdziesz tez jednorazowy grill, aż tak bardzo się wkręciliśmy!

Ten klimat, ta atmosfera – to zupełnie moje klimaty i za każdym razem gdy słyszę od rodziców hasło grill – jestem pierwsza przy stole. Tak mam.

Jest tyle plusów ale też jeden kluczowy minus!

Jestem strasznym zmarzlakiem. Tak bardzo jak uwielbiam całą otoczkę związaną z grillowaniem, tak bardzo nie lubię wieczorów. Chciałabym posiedzieć ze wszystkimi, ale uciekam pierwsza do pomieszczeń w których mogę się ogrzać. I wtedy, cały czar tego dnia pryska. Oni tam, ja tu. Ale! Widzę przez okno, że większość kobiet w naszym domu ma to samo – ale dzielnie trwają przy swoich panach (czyżby się czegoś bały? pilnowały? by na czas kopnąć w nóżkę, że już koniec picia?). Masz podobnie? Też sprawia Ci problem to, że chcesz – ale ciało mówi nie?

Znalazłam rozwiązanie!

Zobacz co wymyśliłam, by połączyć przyjemność z brakiem dyskomfortu. Dostałam w  prezencie coś, co dla takich zmarzluchów jak ja jest zbawieniem. Przetestowaliśmy to już kilka razy w „naszym” ogrodzie podczas imprez – dlatego dopiero teraz pojawił się wpis. Nie chciałam opowiadać o tym, jaki wspaniały pomysł miałam decydując się na to urządzenie, bez sprawdzenia czy faktycznie działa tak, jak powinien.

I wiesz co? Działa!

Myślałam, że sama będę siedziała pod ogrzewaczem i każdy będzie z uśmiechem spoglądał w moją stronę. A wiesz jak jest? Każda kobieta jest w mojej okolicy, a mężczyźni podchodzą by porozmawiać – jednak ja znam ich prawdziwe zamiary. Bo dosłownie za każdym razem słyszymy „o wow! ale wam tu grzeje!”. Moc ustawiamy sobie taką, jaka nam pasuje. Działa na butlę gazową i nie zabiera go aż tak dużo, by naraziło znacząco naszą kieszeń. Odsyłam Cię do sklepu z którego pochodzi – DECOFIRE.

Parasole grzewcze Enders

Mają niesamowitą historię sięgającą 150 lat. Zajmują się produkcją urządzeń do ogrodu, w tym parasoli grzewczych. Postawiłam na model : Enders Elegance INOX ze względu na prostotę, zmniejszoną emisję dwutlenku węgla, oraz o 30% wydłużony czas działania urządzenia w porównaniu z tradycyjnymi urządzeniami grzewczymi. Moja wrodzona oszczędność i troska wygrały. Więc z czystym sumieniem mogę polecić – korzystajcie póki promocja!

Jesteś zmarzlakiem jak ja?
Pomyślałaś kiedyś o takim urządzeniu do swojego domu/mieszkania?

 

Nasz Instagram