Śledź nas na:
All Posts By

pierwsze-kroki

Blog - archiwum Zdrowie - archiwum

Jak zgubiła nadprogramowe kilogramy? Zobacz historię Ani.

12 lipca 2017

Moja koleżanka dodała ostatnio na FB zwoje zdjęcie. Była to jej metamorfoza. Zmiana jaka nastąpiła po tym, jak zaczęła ćwiczyć i stosować pewne zasady żywieniowe. Po tej akcji została zasypana masą wiadomości „jak?”, „co robiłaś?”, ” jak długo?”, „to tylko dieta?”. Postanowiłyśmy stworzyć razem coś fajnego, ja udostępniłam jej mój blog, ona napisała dla Was ten tekst. Wpis jest dla każdej z nas. Dla kobiet które nie potrafią się zaakceptować, ale też nie mają w sobie motywacji. Poczytajcie, bo warto!

Nie będę pisać dlaczego zaczęłam ćwiczyć, bo odpowiedź jest prosta : brak akceptacji samej siebie.

Jestem mamą 4letniego Bartosza, w ciąży przybyło mi ponad +20kg, jadłam wszystko kiedy tylko miałam ochotę i oczywiście tłumaczyłam to zachciankami, które przecież w ciąży są normalne. Po porodzie waga spadła, ale już nie do tej, która była przed, zostało mi +15kg. Chcąc pozbyć się pozostałości po ciąży próbowałam stosować diety ale nigdy długo nie wytrzymałam, bo byłam głodna..

Co mnie zmotywowało??

Odpowiednia motywacja to początek drogi, bo wiadomo bez tego długo nie pojedziemy.. Moją motywacją była moja przyjaciółka, która schudła ponad 20 kg i pokazała, że jak się chce to można, ale nic się samo nie zrobi. I tak dzięki niej wykupiłam swój pierwszy karnet na siłowni, na której długo nie wytrzymałam, bo to albo brak czasu, albo lenistwo, nawet nie ruszało mnie to, że jednak te 5kg udało się zgubić, bo wciąż na plusie było pozostałe 10kg :/

Moje początki

Jak już pisałam zaczęłam od siłowni na której i tak zbyt długo nie zawitałam, pewnie dlatego że oczekiwałam większych efektów niż te które były w rzeczywistości. Pewnego dnia, postanowiłam coś zmienić, ale nie oczekując większych zmian, a tym bardziej efektywnego spadku zbędnych kilogramów.

Zaczęłam od uregulowania swoich posiłków i dopiero teraz wiem jakie to naprawdę ważne. Zjadam posiłki co 3-4godziny, a pomiędzy posiłkami piję dużo wody mineralnej. Domyślam się, że 90% kobiet mi powie „ale ja pracuje, to jest nierealne”albo „przy moim dziecku się nie da” , rozumiem ale wiem że to tylko wymówki. Ja mam dziecko, chodziłam do pracy (nawet na nocki) i da się zjadać posiłek co 3-4godziny. Takich posiłków u mnie jest 4 bo wstaję ok 8.00 a kończę o 18.00-19.00. Oczywiste jest to, że ograniczyłam słodycze i fast foody (1-2razy w miesiącu), dodam że uwielbiam tortille ale robię ją sama w domu żeby była mniej kaloryczna 😛 . Poza tym jem wszystko, nie liczę kalorii, porcje są mniejsze ale dlatego że wprowadzając regularne posiłki mój organizm nie potrzebuje zbyt wiele.

Czy to wystarczyło??

Niestety same zmiany w żywieniu nie dały wielkich efektów, ale dzięki temu zgubiłam 2,5 kg. Do tego zaczęłam biegać kiedy syn poszedł do przedszkola, zaczęłam od 3km, na dzień dzisiejszy jestem w stanie zrobić 2 razy tyle. Nie biegam szybko, bardziej to trucht , 1km/6min ale przy szybszym tempie boli mnie biodro. Nie zniechęcam się bo biegam dla siebie, a widząc efekty nie tyle w spadku wagi co w poprawie swojej kondycji mobilizowało mnie to.

Samo bieganie dało efekty, ale kiedy pogoda nie rozpieszczała szukałam ćwiczeń, które zrobię w domu zamiast biegania i to dało największe efekty, bo wygląd skóry zmienił się w efekt WOW J Nie będę narzucać tutaj żadnych ćwiczeń, bo trzeba je dobrać pod siebie, a jest tyle fit stron w internecie, że każda znajdzie coś dla siebie. Ja wykonuję treningi, które proponuje ”FIT MOM Ania Dziedzic” , ale także sama rozpisuje sobie swój trening, w zależności od tego nad jaką partią ciała chcę pracować J Na dzień dzisiejszy minimum 30min ćwiczeń w domu i jeśli pogoda pozwala 4-6 km truchtania.

W jakim czasie ile kilogramów mi ubyło ??

Tak jak pisałam po samej ciąży zostało +15 kg, ale intensywnie ćwiczę od 4 miesięcy i przez ten czas zgubiłam 10kg, z rozmiaru takie dobre L w rozmiar S/M J Teraz już mi waga odpowiada, ale ćwiczę nadal dla własnego lepszego samopoczucia, oraz aby utrzymać wagę i nie mieć efektu jojo, a także ujędrnić skórę. Dla wszystkich mam: Mam rozstępy po ciąży ale nie wiem czy poprawił się ich wygląd czy ja nauczyłam się je akceptować.

Powiem Wam, że historia Ani mnie zmotywowała. A zdjęcia dały jeszcze więcej sił psychicznych do walki o lepsze ciało i przy okazji umysł.

 

Blog - archiwum Podróże - archiwum

Dlaczego Polskie morze?

11 lipca 2017

Odkąd pojawiła się informacja na naszym Facebooku, o tym że jedziemy na wakacje dostałam kilka wiadomości. Wakacje jak wakacje, każdy życzy udanej i szczęśliwej podróży, pięknej pogody, jeszcze piękniejszych krajobrazów i wspomnień. Szybkiego przelotu/jazdy autem bez płaczu dzieci. Nam jednak przyszły zupełnie inne wiadomości. Dlaczego Polskie morze?

Kiedy byłam małą dziewczynką, niespełna trzyletnią urodziła się moja siostra. Diabeł wcielony do dnia dzisiejszego, nie mam pojęcia po kim. Rodzice zaczęli zabierać nas na wakacje, zawsze było to Polskie morze. Nigdy nie pojechaliśmy za granicę, raz zdarzyło się pojechać w okolice Karpacza chyba. Jednak rok w rok jeździliśmy na północ. Co roku była to inna miejscowość, nie wiem czy byłam we wszystkich, wiem że większości nie pamiętam. Dla dzieci to jest raj, całe tony piasku, jeszcze więcej wody. W tej wodze można bezkarnie bawić się pół dnia, a drugie pół w gigantycznej piaskownicy. Wieczorami wychodząc na miasto, masz parki zabaw, karuzele, lody, gofry (bo jak to nad morze i nie zjeść gofra? Ryba to przeszłość..) i całą masę innych atrakcji właśnie dla rodzin z dziećmi. Wymęczone wrażeniami dnia padają chwilkę po 21 a Wy macie wieczór dla siebie. Bajka!

Za granicą masz to samo, ale też gwarancję pogody.

Nie wiem, nigdy nie byłam za granicą – być może tak jest. Chcę pokazać moim dzieciom najpierw Polskę. Jest to przepiękny kraj, który warto poznać w większej części. Jest jeszcze tyle miejsc w których nie byliśmy, chociaż w ciągu ostatnich dwóch lat zwiedziliśmy naprawdę dużo miast. Zanim wybierzemy się gdzieś dalej, powinni poznać nasz kraj. A wyjazd za granicę? Jestem pewna że Antko coś z tej wycieczki by zapamiętał, Blanka kompletnie nic. Jest po prostu za mała. Dla moich dzieci nie ma znaczenia czy jesteśmy nad Polskim morzem czy nad jakimś oceanem. Za rok może dwa, gdy dzieci podrosną wyjedziemy gdzieś na 100%, bo chcemy. Na chwilę obecną poznajemy naszą ojczyznę i jesteśmy nią ciągle oczarowani.

Wyjazd za granicę jest w tej samej cenie lub nawet tańszy.

Nie jest. Nie wiem kto opowiada takie bzdury. To są totalnie wyssane z palca brednie. Przykładowo teraz, jesteśmy na wakacjach płacimy za 7 dni (6 nocy) 960 zł – ZA WSZYSTKICH. Plus jedzenie, wiadomo ile zjemy (a jemy tylko na mieście, nie gotuję na wakacjach obiadów) tyle wydamy za cały pobyt. Ale o tym w kolejnym wpisie, chcę pokazać ile wydaje się pieniędzy nad Polskim morzem. Paliwo ok 200-250zł ( ok 700km mamy w dwie strony). 70 zł dziennie na jedzenie dla nas wszystkich i przyjemności = 490zł. Razem wychodzi około 1700zł. Kochani, za 1700zł za granicę pojedzie JEDNA osoba, nie 4-osobowa rodzina 🙂 Szczera prawda. Co nie zmienia faktu ze pojedziemy, dla wspomnień.

Nad Polskim morzem jest nudno!

Chyba dawno tam nie byłaś! Jest cudownie. Pięknie i czyste plaże. Woda zimna, ale wszędzie taka jest. Ja szukam plusów, gdy na dworze jest 35 stopni, to woda o temperaturze 20 jest rajem. Wieczorem jest gdzie wyjść, ale też można jak na prawdziwego Polaka przystało rozpalić grill, otworzyć piwo i posiedzieć do późna. Można zwiedzać okoliczne miejscowości. Wchodzić na latarnie, do Aquaparków, uczestniczyć w różnych festiwalach i koncertach. Nad morzem w sezonie jest cała masa atrakcji o których pewnie nie masz pojęcia. Ja też, ale na tablicach ogłoszeń, zawsze są rozpisane takie rzeczy. Nawet gdy pogoda nie dopisuje, Polskie morze ma swój urok. Jest piękne i.. zdrowe. Nie raz lekarze podczas ciągłych chorób dziecka wysyłają rodziców właśnie nad morze.

Wszyscy tu mówią po Polsku!

Możesz nie uznać tego za plus, ale dla mnie jest on jak najbardziej uzasadniony. Nawet nie wiem czy umiałabym porozumieć się z kimś, kto ni w ząb nie rozumie języka Polskiego. Pewnie kulawo byśmy się dogadali, ale co byśmy nerwów przy tym stracili to nasze. Idąc do sklepu po bułki nie denerwujesz się. Kupując podpaski pewnie by Cię trema zjadła i do diabła jak po angielsku jest „podpaska”? A jakby coś się stało, nie daj Bóg jakiś wypadek. Trafiasz do szpitala i co? Wiesz, chodzi tu o te komfort psychiczny bo nie każdy jest takim orłem i zna biegle trzy języki. Wiem też, że na takich wycieczkach są osoby które ten pobyt mają Ci ułatwić, jednak sam fakt.. poproś tego kogoś o to, by kupił Ci w kiosku podpaski.. no siara trochę.

 

Kochamy Polskie morze! Jeździmy tam tak często, jak czas i finanse pozwolą. Jak na przeciętną Polską rodzinę, to w sumie często gdzieś nas niesie i na 100% poniesie nas za granicę.. ale jeszcze nie teraz. Zresztą, macie kilka zdjęć, zobaczcie jak tu pięknie! Ani jedno, nie jest podkolorowane w programie graficznym.

 

 

 

Blog - archiwum Kuchnia Kuchnia - archiwum

Najlepsze ciasto do pizzy jakie kiedykolwiek jadłaś!

10 lipca 2017

Tytuł nie jest wcale przesadzony. My kochamy pizzę miłością ogromną. Są okresy że jemy ją co 2-3 dni, kto by zniósł tyle niezdrowego jedzenia? Dlatego musiałam zacząć robić ją sama. Problem pojawił się już na samym początku, gdy trzeba było zrobić ciasto. Każde było złe.. To za twarde, to za miękkie.. Jak już myślałam że odkryłam idealne, wtedy okazywało się że było fajne przez 5 minut, później robiła się skała. Straciłam miesiące by odszukać to jedno jedyne wyjątkowe. A skąd wiem że takie jest?

Podzieliłam się tym przepisem z kilkoma osobami. Każda, dosłownie każda osoba była nim zachwycona. Jest delikatne w środku i lekko chrupiące na zewnątrz. Nie wygina się na wszystkie strony, gdy chcesz trafić nią do buzi i przede wszystkim jest bardzo szybkie do zrobienia. Nie ma konieczności byś wyrabiała je przez 20 minut. Kilka razy w zupełności wystarczy i gwarantuję Ci że grudki nie będzie ani jednej. Ja podaje Ci przepis na ciasto idealne, a to co Ty położysz na nie – zależy od Ciebie. Jednak gwarantuję Ci ze przy takim cieście, cokolwiek wrzucisz na górę będzie pyszne.

Z podanych proporcji powstaną 3 pizzę ok 25 cm średnicy.

3 szklanki mąki

1 niepełna łyżka cukru

1 łyżeczka soli

Mieszamy dokładnie suche składniki.

1 szklanka ciepłej wody

5 dag drożdży świeżych

3 łyżki oleju lub oliwy z oliwek

szczypta cukru

Gotowy płyn wlewamy do składników suchych, mieszamy najpierw łyżką. Później zgniatamy ok 2 minuty. Odstawiamy do wyrośnięcia. (Ja w tym czasie zawsze kąpie dzieci, by później mogli dekorować ją takimi składnikami na które mają ochotę – głownie ser i szynka).

 

 

 

 

Blog - archiwum Podróże - archiwum

A Ty ile czasu potrzebujesz, by wyjść z domu?

7 lipca 2017

Ludzi są różni. Tak naprawdę, ile ludzi tyle charakterów. Każdy z nas jest inny – i bardzo dobrze. Świat byłby nudny gdyby każdy z nas był taki sam. Nie ma dwóch takich samych osób, nie ma takich samych charakterów przez co dosłownie każdy z nas jest wyjątkowy. Wyjątkowość jest fajna, na pewno się ze mną zgodzisz.

Wyjątkowe może być to, że śpiewasz pod prysznicem? Pewnie że tak, każdy z nas śpiewa inaczej, ma inny głos – robisz to wyjątkowo. Wyjątkowo możesz wiązać sznurowadła, dowiedziałam się tego już w podstawówce, gdzie każdy z nas nauczony był innej metody wiązania. Szczerze, wtedy nie miałam pojęcia że można wiązać buty inaczej niż mnie mama z tatą nauczyli. Można? Można. Twoja wyjątkowość to też sposób jedzenia. Jedni zawsze jedzą nożem i widelcem. Inni, jak ja, jedzą widelcem gdy nikt nie patrzy (a już najlepiej tylko ręką!), a noża używa tylko gdy trzeba. Są osoby leworęczne, straszni mlaskacze i siorbacze. Jedni mieszkają ziemniaki, kotlecik i buraki w wielką papkę, inni zawsze muszą jeść wszystko osobno. Wyróżniasz się tym jak chodzisz, jak biegasz, skaczesz i tańczysz. Każdy jest inny, każdy na swój sposób wyjątkowy i ciekawy. Wiesz co jeszcze robisz inaczej? Szykujesz się do wyjścia z domu..

Ja znam dwa typy: kobieta i mężczyzna

Możesz się ze mną nie zgodzić, ale wiem że mam rację. Nie tylko u nas tak jest.. widziałam na własne oczy że znaczna większość ma ten problem co my. Może omówię to na przykładzie naszym. Czyli: czteroosobowa rodzina. Kobieta, mężczyzna, dwójka dzieci w wieku 6 i 3 lata. Mieszkanie na drugim piętrze, parking pod blokiem nie jakiś tam garaż oddalony 800m. Dość mała miejscowość, w której więcej jest sklepów typu second-heand i zakładów fryzjerskich niż sklepów spożywczych. W sobotę wszystko otwarte do 13:00. Nakreśliłam Ci trochę sytuację dlatego idealnie pokażę Ci wszystko na przykładzie ostatniego naszego wyjścia.

Urodziny dziadka

Takie „okrągłe”, wyprawiane w restauracji. Wypadało iść w koszuli, sukience, pójść może do fryzjera czy wypastować but. Ja dokładnie miesiąc wcześniej kupiłam Blance już sukienkę, swoją pożyczyłam od siostry (to co, że godzinę przed wyjściem założyłam coś innego – liczy się fakt że WSZYSTKO miałam), do fryzjera pojechałam o 12:00. Zrobiłam obiad, bo impreza dopiero o 18:00 i to ponad 40km od naszego domu – wypadało coś zjeść. Wszystko dopięte na ostatni guzik i co? I wkroczył facet. O 12:00 przypomniało mu się że nie ma spodni, pojechał 15 km od domu by jakieś kupić. Wrócił – nie ma marynarki. Dzwoni do domu rodzinnego, wyzywa wszystkich bo każdy poza nim winny temu że nie on nie marynarki w domu. O 15:00 stwierdził że może jeszcze jakiś fryzjer by się przydał. Pojechał znów (chociaż mówiłam że każdy już ma zamknięte), wrócił po 20 minutach wściekły „bo w tej wiosce są same nieroby, kto to widział tylko do 13:00 pracować w sobotę!!”. Godzina 17:00, mówię że musimy jechać, bo jeszcze kwiatki trzeba odebrać które zamówiłam. Wyjechaliśmy o 17:15, na imprezę dojechaliśmy jako prawie jedni z ostatnich.

Jeszcze jeden fajny przykład mam!

Jedziemy gdzieś, nieważne gdzie już nie pamiętam. Chyba do Wrocławia. Uszykowałam przekąski na drogę w takiej torbie termicznej. Ogarnęłam dzieci – śniadanie, ubieranie, ząbki i takie tam. Poprosiłam Daniela, by zabrał torbę gdy będzie schodził, a ja już pójdę ich zapiąć w foteliki. Dałam mu ją do ręki. My już czekamy w aucie, nie wiem ile – 5 minut, 10? Schodzi taki dumny ze swoją jagodzianką którą kupiła SOBIE w piekarni 30 minut wcześniej. Ale.. bez torby. Cofał się jeszcze dwa razy. Spóźnialiśmy się jakieś 30 minut. A jagodzianka leży w aucie chyba do dnia dzisiejszego, boję się to dotknąć. Zapomniał zjeść.

Drogi znajomy!

Nie tylko nasz. Jeśli jesteś znajomym osób które mają dzieci. Pamiętaj, gdy my się spóźniamy to wcale to nie jest wina dzieci. Ich wina jest może w 10%, gdy pojawi się jakaś niespodziewana drzemka, napad złości itp. Pamiętaj drogi znajomy – to facet. To za każdym razem jest wina faceta. Chociaż pomalować się nie musi – jedyne co leży w zakresie jego obowiązków to wrzucenie na siebie koszuli (którą wcześniej i tak kobieta wyprasowała) to jeszcze się nie wyrobi w czasie. NIGDY. No nie ma takiej siły która by ogarnęła taka sytuację. Wszyscy uczeni tego świata nie potrafią wyjaśnić jak to jest możliwe. To naprawdę jest trudne do wyjaśnienia. Drodzy znajomi, liczymy na wyrozumiałość – to nie ja i dzieci, to ON. Cała wina leży po jego stronie.

 

Ile czasu potrzebujesz by wyjść z domu? My pół dnia.

 

Blog - archiwum Zdrowie - archiwum

Mam 18 lat i jestem w ciąży.

5 lipca 2017

Podobne pytanie sama wpisywałam w wyszukiwarkę ponad 6 lat temu. Matko! Ponad szczęść dla temu dowiedziałam się że jestem w ciąży a miałam niespełna 18 lat. Do pełnoletności brakowało mi 9 miesięcy. Dokładnie tyle, ile miała trwać ta ciąża. Czy jestem z tego dumna? Zdecydowanie nie. Czy jestem szczęśliwa? Teraz tak. Czy postąpiłabym inaczej? Syna nie zamieniłabym na nic innego, jedyna sprawa którą trzeba by było przedyskutować był mój wiek. Nie oszukujmy się ale 18 lat (i mniej!) to nie jest dobry czas na rodzenie dzieci.

Antka urodziłam w 42 tc, naturalnie po podaniu kroplówki i zastosowaniu cewnika Foleya. Gdyby się pośpieszył a nie siedział tam tak długo, poszłabym do szpitala bez dowodu osobistego. Była to kwestia dosłownie kilku dni. Od samego początku ja byłam w dokumentach, ja byłam za niego odpowiedzialna. Nie moi rodzice, nie dziadkowie, nie ciocia – JA. Osiemnastoletnia dziewczyna która powinna właśnie wybierać kierunek studiów leżała na sali porodowej z 4-kilogramowym noworodkiem. Sama będąc jeszcze dzieckiem, bo mądrości w głowie nie było za wiele, trzymałam w ręce mały cud. Bałam się.

Czy żałuję?

Nigdy nie żałowałam że urodziłam dziecko. Żałowałam tylko tego, że nie poczekałam i nie dałam sobie czasu na skończenie szkoły. Nie poszukałam dobrej pracy, nie kupiłam mieszkania. Nie pomyślałam o tym, że by mieć dziecko trzeba zapewnić mu warunki do rozwoju. Ja mam mu je zapewnić, nie dziadkowie i inne osoby trzecie. Gdyby nie pomoc dziadków nie mam pojęcia co by z nami było. Nawet nie chcę sobie wyobrażać tego, w jakim miejscu byłabym teraz. Mając 18 lat nie jesteś w stanie zapewnić  dziecku dobrego życia, pod względem materialnym. Nie wątpię że dasz sobie radę w opiece nad nim, ale miłość to nie wszystko. By żyć trzeba jeść, mieć gdzie spać i za co kupić lekarstwa.

Jak powiedzieć o tym najbliższym?

Chyba dobrym przykładem nie będę. Pierwszy dowiedział się tata Antka. Bał się swojej mamy, dlatego poprosił bym ja z nią porozmawiała (tak, dobrze czytasz!) i powiedziała jej że on jeszcze nic nie wie. Umówiłam się z nią w Grycanie i przy pysznym koktajlu dowiedziała się że będzie babcią. Zachwycona nie była wcale, ale poszło dość spokojnie. Moi rodzice dowiedzieli się o ciąży gdy byłam w PIĄTYM miesiącu. Szczęściara ze mnie, bo do tego czasu nic nie było widać. Tata nie odzywał się do mnie ok dwóch miesięcy. Gdy w końcu przemówił, zarządził wielkie spotkanie przyszłych dziadków. Nic mądrego to nie wniosło, ale przynajmniej się poznali. Najlepiej powiedzieć to szybko, nie zwlekać do połowy ciąży. Delikatnie i po prostu czekać na atak. Będzie konkretny opierdziel, ktoś się obrazi, ktoś popłacze, ktoś wzruszy. Nie licz na gratulacje, nastaw się na smutny odbiór. Gdybyś zaszła w ciąże mając 26 lat, trzy lata po ślubie z chłopakiem z którym jesteś 7 lat to inna sytuacja.

Jak kupić wyprawkę?

Jeśli  masz to szczęście i faceta który już pracuje to super. Sprawa praktycznie sama się rozwiązała. U nas było zupełnie inaczej. Oboje chodziliśmy do liceum, nikt nie pracował. Tata dzieci czasem jeździł po szkole pracować, ale to były dosłownie grosze. Prawie całą wyprawkę kupili dziadkowie, jestem im za to wdzięczna. Drugą, sporą część kupiłam za pieniądze które dostałam na moje osiemnaste urodziny. Inni kupują za to auto, komputer, telefon, ciuchy.. ja kupiłam leżaczek-bujaczek, troszkę ubranek, kocyki, dla siebie coś do szpitala i to wszystko. Daliśmy radę dzięki pomocy naszych rodziców. Bo gdy Antko miał pół roku, D. poszedł już do pracy i wszystko mogliśmy kupić sami.

Jak patrzą na taką mamę w szpitalu?

Jestem już teraz podwójną mamą więc mam przykład. Mając 18 lat trafiłam na porodówkę, traktowali mnie jak gówniarę która nic nie potrafiła poza rozłożeniem nóg jakiemuś przypadkowemu facetowi. Jakie było ich zaskoczenie, gdy pod salą nagle ktoś usiadł i czekał. Nie interesował się nikt, poza sprzątaczką którą błagałam o butelkę wody. Zaciążyła gówniara, niech teraz poniesie konsekwencję i pocierpi trochę. Trauma została do dziś. Drugie w wieku 21 lat rodziłam już w ludzikach warunkach, z mega miłymi ludźmi i znieczuleniem. Nie wiem czy mój wiek miał znaczenie, może wcale. W każdym razie, sześć lat temu traktowali mnie jak powietrze. Gówniarę nie przystosowaną do życia, która za parę chwil ma urodzić dziecko.Na które zdecydowanie nie jest gotowa.

Co z nauką?

U mnie nie było łatwo. Nikt nie mógł zostawać codziennie z dzieckiem w domu bym ja mogła chodzić do liceum. Załatwiłam z mamą nauczanie indywidualne, nauczyciele powinni przychodzić do mnie do domu. W praktyce wyglądało to tak, że do czasu porodu ja jeździłam do szkoły a po porodzie uczyłam się sama w domu. Tylko pan od angielskiego pofatygował się do mnie 3 razy w semestrze. Wyglądało to tak: na co dzień zajmowałam się niemowlakiem, w wolnej chwili zdawałam kurs na prawo jazdy a już po nocach pisałam sobie wypracowania, rozwiązywałam testy i ogólnie uczyłam się do matury. Szkołę skoczyłam, na studia poszłam i szczerze? to co mam w głowie zawdzięczam tylko sobie. Tata moich dzieci do matury nie podchodził, chociaż miał ułatwione zadanie bo on chodził do szkoły – ja się poświęciłam i zrezygnowałam. Uważam to za jedno z większych osiągnięć. Wszystko zależy od nastawienia.

Co ja osiągnęłam?

Antka urodziłam w grudniu 2011 roku. W marcu 2012 zdałam prawo jazy, a w maju maturę. W październiku 2014 rozpoczęłam studia. Jeszcze się nie obroniłam, ale mam to w planach na 2018 rok. W październiku 2014 roku urodziłam też córeczkę. Z tatą dzieci nie jestem, ale od dwóch lat jestem szczęśliwa u boku innego mężczyzny który dba o nas lepiej niż moglibyśmy sobie wymarzyć. Od października rozpoczynam drugi kierunek studiów. Prowadzę tego bloga i już wiem że dam radę od września przekształcić to w pracę. Dorosłam bardzo, przeżyłam wiele i to pchnęło mnie w tym kierunku w którym jestem teraz. U Ciebie też nie będzie pewnie kolorowo, ale po burzy wychodzi słońce a po deszczu – tęcza.

 

Jak widzisz da się. Pewnie że się da! Potrzebujesz pomocy dziadków i taty dziecka – sama pewnie z tym nie jesteś. Dziecko to nie jest przeszkoda w realizacji planów. Nie blokuje Cię przed niczym i pamiętaj że chcieć czegoś, to połowa sukcesu. Wymyślaj plany i je realizuj. Nie stój w miejscu i nie patrz na innych. Oni mają łatwiej, są sami. Będą mieli więcej czasu na wszystko, ale Ty będziesz miała większą motywację. Wszystko co robisz – robisz dla siebie, ale mały motor napędowy zawsze już będzie z Tobą. Czas szybko płynie, zaczynając pisanie tego posta od słów „sześć lat temu” aż zamarłam.. mój syn w grudniu kończy SZEŚĆ lat. A ja jestem najszczęśliwszą osobą na świecie.

18 lat to nie jest wiek na rodzenie dzieci, ale nie załamuj się i ciesz się z tego skarbu. Jesteś szczęściarą!

Blog - archiwum

Dlaczego wyjeżdżamy bez dzieci?

4 lipca 2017

Nasz związek rozpoczął się jak pewnie wiele innych. Zaczęło się od bardzo długich rozmów. Pisaliśmy sms do siebie co kilka chwil, a wieczorem rozmowy przez telefon trwały po kilka godzin. Nadszedł czas, by się spotkać. Poszliśmy do kina, na spacer i od tego momentu byliśmy praktycznie nierozłączni. Było naprawdę aż zbyt normalnie prawda? Założę się że taki scenariusz jest u 80% ludzi co najmniej i różni się tylko drobnymi szczegółami. Nasz początek miał jeszcze jedną „małą” rzecz która odróżniała nas od tych 80% – były to dzieci. Bo mało to rozpoczyna nowy związek już z dwójką dzieci.

Nie wychodziliśmy spontanicznie na imprezy, nie było mowy o jakichkolwiek szaleństwach w domu, kłótniach i innych rzeczach które robią pary. Trochę dopasowaliśmy się do dzieci i było nam tak dobrze do pewnego momentu. Brakowało nam tych chwil we dwoje. Wyobraź sobie Ciebie i męża. Znaliście się pewnie długo przed pojawieniem się na świecie dziecka. Spędzaliście dużo czasu razem – sami. Brakuje Wam tego prawda? My nie mieliśmy tego od samego początku. Zawsze gdzieś z dziećmi, nigdy we dwoje. Nawet na początku związku, gdy dzieci wyjeżdżały do babci i taty i zbliżał się „wolny weekend” to ja musiałam jechać na uczelnie.

To wcale nie jest dobre

Ani dla dzieci ani dla Was. Każda para, dosłownie każda powinna co najmniej raz w miesiącu gdzieś wyjść. Co najmniej, najlepiej gdyby było to raz w tygodniu. Pielęgnowanie związku jest tak samo ważne jak dbanie o dzieci. Dla dzieci nie ma nic ważniejszego niż pełna i szczęśliwa rodzina. Nie bez powodu mówi się że „najlepsze co tata może zrobić dla dziecka, to zawsze kochać jego mamę” i to działa w obie strony! A jak pielęgnować związek gdy nie macie dla siebie chwili? Szczerze, wyjście na 2 godzinny spacer zakończony lodami nie spowoduje że będziecie jeść tynk ze ścian. Gdy nie ma babci do pomocy przy dzieciach, szukasz pomocy u koleżanek.  W ostateczności niania 8-15zł za godzinę, a Wasze zdrowie psychiczne podziękuje za to podwójnie. My staramy się pojechać na randkę zawsze gdy dzieci nocują u jednej babci. Nie zawsze się udaje, ale bardzo tego pilnujemy.

Weekendowe wyjazdy

Są naprawdę bardzo fajne. Tak naprawdę dziecko jest poza domem jedną noc. Dla niego zmiana otoczenia na te dwa dni jest czymś fajnym, a pobyt np. u babci – nie oszukujmy się, to raj na ziemi. Spacery, wycieczki, poznawanie okolicy, masa lodów i słodyczy – aż do tradycyjnego pożygu. Pierwszy taki nasz wyjazd był rok temu podczas świąt, dzieci pojechały do babci, dziadka i taty a my spontanicznie spakowaliśmy tyłki do auta i wylądowaliśmy w Międzyzdrojach. Wracaliśmy tego samego dnia, ale wycieczkę do dziś wspominam z uśmiechem na twarzy. Kolejna była w Gdyni – troszkę większy hardcore bo pod namiotem. Pierwszy raz w moim życiu się zgodziłam i nie żałuję. A w tym roku podczas see blogers będziemy znów w Gdyni – dwa dni bez dzieci. Dwa dni nad morzem w towarzystwie innych 1498 blogerów! A młodzi? Będą się świetnie bawić z babcią, dziadkiem, ciocią i tatą!

Dłuższe wyjazdy

My jeszcze się nie zdecydowaliśmy, bo nie było okazji. Pilnujemy też by jednak te dłuższe spędzić z nimi. Chcemy pokazać młodym jak najwięcej świata i tak, jak na mniejsze jeździmy sami bo tylko leżymy i się relaksujemy tak na tych – 5dni+ zwiedzamy bardzo dużo. Myślę że mimo wszystko nie ma w tym nic złego i przez moment bym o Was nie pomyślała jak o wyrodnych, złych, samolubnych rodzicach. Prędzej w kategorii – należy im się! Bo tak, każdemu rodzicowi należy się odpoczynek. Czas bez dzieci jest na co dzień na wagę złota. Uwierz, że nawet lepiej jest wyjechać w tym czasie gdy nie masz dzieci, bo zostając w domu zawsze znajdziesz coś do roboty. Sprzątanie, obiad, ogarnięcie szafy – wszystko robione z nudów. A gdzie czas dla Was?

Jaki jest efekt?

Odkąd zaczęliśmy to robić nasz związek wskoczył na wyższy etap. Jest dobrze, naprawdę! Wiesz dobrze jacy są faceci – z nimi się nie da. Myślą jakoś inaczej. Jednak musisz mi uwierzyć na słowo że dosłownie wszystko u nas poprawiło się w momencie gdy zaczęliśmy łapać chwilę we dwoje. Każdą godzinę wykorzystać jak tylko można. Nawet w godzinę można stworzyć coś fajnego. Kolacja w domu, świeczki, muzyka – ja próbująca zaciągnąć go do tańca, a on zapierający się nogami bym jednak odpuściła.. ale nie odpuszczam. Czy jesteśmy samolubni, źli i najgorsi? Nie. Jesteśmy najlepsi bo dzieci nie widzą nas kłócących się, wiecznie zmęczonych i nieszczęśliwych. Mają dobry przykład i kurde! obiecuję im już teraz.. wnukami zajmę się zawsze, gdy wy zamarzycie o randce lub wyjeździe we dwoje! Bo najzwyczajniej w świecie każdemu się to należy.

Przepraszam za jakość zdjęć, wszystkie robione telefonem. Ale dosłownie każde z nich jest z wyjazdu na którym byliśmy sami. Jest ich jeszcze cała masa ale są 50 razy gorszej jakości niż te co dodałam.

Blog - archiwum

Najlepsze ciasto budyniowo-malinowe dla opornych cukierników.

3 lipca 2017

Kiedyś już pisałam o tym, że nie mam piekarnika. Oficjalnie mam coś starego, na czym da się ugotować obiad. Jednak pieczenie muszę sobie odpuścić bo staruszek nie daje rady. Padła regulacja temperatury, dlatego podgrzewam w nim tylko obiad, piekę pizze i placki które uwielbiają temperaturę 240 stopni ( czytaj żaden, ale niektóre zniosą to na kilka chwil). Od roku szukam alternatyw, bo ile można wydawać fortunę na kawałek ciastka z piekarni. W domu za tą kasę mam całą blachę, a że ja skromna kobieta ze wsi jestem. W dodatku żyjąca marzeniami o działce budowalnej i ślubie w stodole postanowiłam zaryzykować kilka razy i odszukać te perełki które wyjdą zawsze, bez względu na to jakim beztalenciem kulinarnym jesteś.

Kochamy wszyscy budyń, jeszcze bardziej maliny a gdy to wszystko połączone jest kruchym ciastem to już istna bajka! Nie przesadzam ani trochę, ten placek jest najlepszym jaki jadłam w ostatnim czasie i wyjdzie każdemu! Nie musisz umieć piec, nie musisz mieć sprawnego piekarnika ani wagi kuchennej (tak, robiłam „na oko”) a on i tak Ci wyjdzie! Fakt, nie jest FIT – ale słodycze nie mogą być fit 😀

Ciasto:

2,5 szklanki mąki pszennej 650
25 dag masła
2 łyżeczki proszku do pieczenia
3 łyżki cukru pudru
5 złótek

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia i cukrem pudrem, posiekać z zimnym masłem, dodać żółtka i szybko zgnieść. Ciasto podzielić na dwie nierówne części i zamrozić (u mnie na całą noc). Blaszkę o wymiarach 23×34 wyłożyć papierem do pieczenia. Piekarnika nagrzać do temp 170 stopni z termo obiegiem ( 190 bez termo obiegu). Większą część ciasta zetrzeć na tarce o dużych oczkach , wyłożyć na dno blachy, wyrównać i zapiec ok 20 minut. Wystudzić.

Pianka:

5 białek
szczypta soli
1 szklanka cukru
16g cukru waniliowego
2 opakowania budyniu waniliowego bez cukru
1/2 szklanki oleju rzepakowego

Białka ubić na sztywną pianę ze szczyptą soli, nie przerywając ubijania dodawać po łyżce cukru i cukru waniliowego. Na małych obrotach wymieszać z proszkiem budyniowy, na sam koniec wlać cienką strużką olej. Pianę rozłożyć na wystudzonym spodzie, posypać malinami (albo porzeczkami, jagodami czym chcesz – u nas maliny). Na wierzch zetrzeć na tarce pozostałą część zamrożonego ciasta. Piec w temperaturze 160 stopni z termo obiegiem (180 bez termo obiegu) przez około 30-40 minut. U mnie trwało to 20 minut a i tak się spalił trochę 😀

Wpadasz do nas dziś na kawę?

 

Blog - archiwum Główna - archiwum

Jak to jest być blogerką? Zdradzam największe tajemnice.

2 lipca 2017

Siedząc sobie tam po tej drugiej stronie zastanawiasz się pewnie jak to jest. Chciałabyś dostawać non stop jakieś darmowe upominki, spotykać się z innymi osobami robiącymi to co Ty robisz. Dzielić się światem swoim szczęściem i jeszcze dostawać za to pieniądze. Co to takiego napisać post, przecież zajmuje to maksymalnie 60 minut w ciągu dnia a firmy same z siebie zaczynają wysyłać Ci zapytania o możliwość współpracy. Tak myślałaś?

Darmowe upominki

To nie do końca jest tak, jak Ty to widzisz. Fakt, bardzo często można otrzymać coś od firmy w ramach współpracy (barter). Ale często firmy, zwłaszcza u tym mniejszych blogerów lub u takich którzy nie utrzymują się z blogowania oczekują recenzji na blogu. A recenzja to właśnie te „60 minut” stracone w ciągu dnia na napisanie tekstu, plus zdjęcia, ich obróbka. Później e-mail do firmy ze wszystkimi statystykami, podczas trwania współpracy. Powiedz mi tylko, czy z takiej jednej gry wartej 30 zł byłabyś w stanie kupić coś do jedzenia? No raczej nie. Kiedyś miałam taka sytuację, że dostałam dość drogi upominek od sponsora (wart 300zł) w sumie 300zł drogą nie chodzi, a akurat to było mi potrzebne więc zgodziłam się na współpracę bez wynagrodzenia pieniężnego. Zmarnowałam pół dnia na rozmowy i ustalenia z firmą. Kolejne pół dnia na dobór zdjęć, całą noc by to skleić by miało ręce i nogi. Później pół dnia by napisać o tym dla Was. To co dostałam nie było dla mnie, dostała to osoba która na to zasłużyła. Nie ode mnie, ten prezent był od Daniela i jego rodzeństwa. I co? I dupa. Nie usłyszałam nawet dziękuje! Zero wdzięczności za coś, na co zmarnowałam 3 dni! Bo dla tych osób fakt, że dostałam to za darmo wszystko zmienił. Zresztą nieważne, wdzięczność i radość osoby która to dostała wszystko wynagrodził – nawet nie musi wiedzieć kto wykonał całą pracę i jeszcze nie został za nią doceniony. Takie niewdzięczne życie blogera.

„60 minut”

Specjalnie daje to w cudzysłowie ponieważ to nigdy nie jest tak mało czasu. Blog to tez praca której nie widzisz. To e-maile na które musisz odpowiadać szybko bo współprace może ktoś Ci zwinąć sprzed nosa. To też tworzenie bloga od strony technicznej. Ja się na tym nie znam i zlecam to komuś innemu, ale są też osoby które robią to same -wielki szacun. To wszystko co teraz oglądasz jest zasługą Konrada, bez niego w życiu takiego efektu bym nie osiągnęła. Pisanie postów to też nie jest chwilka. Zaczyna się od pomysłu, później musisz ten post napisać – co nie zawsze jest takie łatwe, wena nie przychodzi wtedy kiedy Ty masz czas by coś pisać. Gdy masz już tekst idziesz zrobić jakieś ładne zdjęcia. Te fotki trzeba później poprawić w programie, dodać swoje logo. Zadbać o SEO, wrzucić coś na FB, Instagram, You Tube, Twiter i inne portale. Za chwilkę z 60 minut robi się pół dnia. Ja potrzebuję na blog aktualnie ok 4-5 godzin (jak pisze codziennie, jak przez ostatnie 3 dni 🙂 )

Gruba kasa

Chyba u kilku blogerów w Polsce. Ci mniejsi nie zarabiają często nic, bo zadowolą się barterem. Ja od czasu Blog Parenting (teraz PoznańTEJ) przyjmuje już tylko płatne współprace, ewentualnie barter który jest wart tego bym o nim napisała. Nie są to kokosy, wiadomo ale stawka rośnie wraz ze statystykami i zasięgiem. Im bardziej poczytny blog, tym większe stawki. A stworzyć coś, co będzie czytane przez wiele osób jest naprawdę trudne. Aktualnie jest cała masa blogów i musisz się postarać by u Ciebie było coś wyjątkowego, co przyciągnie czytelników. Przez pierwsze 3 lata (podobno) nie masz co liczyć na kasę. Jest w tym część prawdy, bo pisząc często z jakąś blogerką dowiaduje się że nie dostała wynagrodzenia pieniężnego za coś, za co ja dostałam bo sam barter mi nie wystarczył.

Spotkania z blogerami

Często są płatne. Moje było darmowe. Te większe jak see blogers czy blog conference też są darmowe. Te spotkania mają swoich sponsorów którzy wykładają kasę na to, by to miało ręce i nogi. Mniejsze, dla 20 blogerów które organizują mniejsze blogi (często takie, które właśnie nie mają pojęcia że za bycie sponsorem trzeba płacić) są płatne. Nie jakieś wielkie kwoty 20-60zł zależy od tego co jest w cenie. Fakt, można spędzić fajnie czas, nauczyć się czegoś o blogowaniu. Pobyć z osobami które znasz z wirtualnego świata, dostajesz jakieś upominki „za darmo” i ogólnie wszystko na plus. Co z tego że dostając kupę upominków później siedzisz cały dzień przed kompem by ich wszystkich w poście wymienić, bo takie są zasady. Jedno jest pewne, ja już na te mniejsze jeździć nie będę – bo zwyczajnie szkoda mi na nie czasu. Te wolne chwile wolę spędzić z rodziną.

Firmy piszą do Ciebie same

Nie powiem że tak nie jest. Firma, gdy chce z Tobą współpracować wysyła e-mail z zapytaniem o możliwość takiej współpracy i ewentualne stawki za post. Ty musisz szybko odpisać, bo ktoś może zwinąć Ci współpracę sprzed nosa. Możesz zaproponować najlepsza ofertę na jaką Cię stać, ale to nie gwarantuje Ci tego że za chwilkę dostaniesz kolejny email „przykro nam, ale klient wybrał innych blogerów do akcji” albo kontakt zupełnie się urwie. Możesz też sama napisać do firm, ale pewnie skończy się to barterem – nie wiem nigdy nie pisałam tak do firm. Wyjątkiem była organizacja Blog Parenting (teraz PoznańTEJ) wtedy trzeba było szukać sponsorów, a wysyłanie do każdego po kolei emaili z ofertą było najlepsza opcją. Na 1500 wysłanych e-maili, około 50 może odpisało z czego współpracę podjęło 10.

 

Bycie blogerem to nie taki łatwy kawał chleba. Piszesz dla siebie, póżniej dla 100 osób, 1000, 5000 i jeszcze nic z tego nie będziesz miała. Z tego nie dasz rady wykarmić rodziny, przynajmniej w ciągu pierwszych kilku lat, dlatego otwieranie bloga tylko po to, by na nim zarobić jest głupie. To nie jest dla kogoś kto szuka szybkich efektów w krótkim czasie przy małym nakładzie pracy. Jednak gdy masz zabezpieczenie finansowe (np. mąż pracuje, rodzice Cię utrzymują), czas na pisanie, pomysły, nie zniechęcisz się gdy w ciągu pierwszych 12 miesięcy ani jedna firma do Ciebie nie napisze. I przede wszystkim nie założysz go dla zarabiania to masz szansę. Spróbuj, bo mimo wszystko blogowanie to super zabawa która daje masę możliwości gdy włożysz w nią trochę serca i wysiłku.

Blog - archiwum Zdrowie - archiwum

Strach przed trzecim – dlaczego boję się kolejnego dziecka?

1 lipca 2017

Tradycyjny model Polskiej rodziny to 2+2, wiadomo. Myślę że to fajna liczba, proporcje są zachowane i jestem pewna że dla większości ludzi tak jest właśnie idealnie. Mi ten model rodziny też pasuje, tym bardziej że dzieci są już bez pampersa, od września zaczynają państwowe przedszkole a ja mogę iść znów do pracy czy zacząć studia. Dlaczego więc tak bardzo boję się tego trzeciego?

Jestem pewna faktu, że gdyby Antek i Blanka byli biologicznymi dziećmi Daniela on też by spasował. Dam sobie rękę uciąć że w życiu by nie zgodził się na trzecie, bo wie ile wysiłku, pracy, cierpliwości niesie ze sobą posiadanie już dwójki. Tym bardziej takiej dwójki jaką my mamy. U nas sprawa się komplikuje już na początku tego zdania „gdyby byli biologicznymi dziećmi”.. no właśnie. Każdy nasz sąsiad, przypadkowo spotkana osoba która nie do końca zna nasza sytuację na stwierdziłaby że to właśnie tata. Kocha mocno, bawi się gdy tylko czas pozwoli, odrabia lekcje.. robi wszystko to, co leży w roli taty. Ale.. nim nie jest. Nie on dał im życie i wiem jak bardzo go to boli. Nie w złym sensie, bardziej chodzi o to, że on też by chciał mieć je ze mną. Doskonale to rozumiem, jednak mam masę wątpliwości, może wyprowadzisz mnie z błędu.

Będzie faworyzowanie

Tego boję się chyba najbardziej. Wiesz jak to jest, teraz mamy istną sielankę. Dzieci kochają Daniela, on kocha ich i wiem że nie ma takiej siły która by wygrała pojedynek z nim gdyby dzieciom groziło niebezpieczeństwo. Boje się, że w momencie gdy pojawi się już to kolejne dziecko będzie po prostu na pierwszym miejscu. Bo po co skupiać się na tej dwójce skoro mam teraz coś, co jest w 100% moje. Będę troszczył się bardziej i gdy tylko ktoś je skrzywdzi ja stanę w obronie. Nie będzie można mnie popchnąć, zabrać zabawki.. Nie chce by poczuli się odtrąceni. Nie chce by ta mała, trzecia istota popsuła coś co budują już jakiś czas. Chociaż słyszę masę zapewnień że tak nie będzie, że kocha ich tak jakby był ich tatą. To jednak obawy przed tym są silniejsze i nie uciekają z głowy wcale.

Że zostanę znów sama

Tym razem nie z dwójką dzieci, a z trójką (jest jeszcze opcja bliźniaków, ale ich w ogóle nie biorę pod uwagę!). Jeszcze większy hardcore. Wtedy na bank mam depresję wypisaną na czole. Boję się że mógłby wybrać łatwiejszą drogę, samotną drogę. Że nas zostawi i ucieknie od „ciężaru” jakim jest trójka dzieci. Raz już się wyprowadził, chociaż mieszkał z nami 2/3 miesiące. Co będzie stało na przeszkodzie, by zrobić to znów? Dziecko płacze, nie śpi – wtedy i my nie śpimy. Jak nie śpimy, to nerwy wygrywają. Dlaczego miałby zostać z nami gdy zaczniemy się kłócić z tego zmęczenia? Ja, dzieci, rodzina, dom i wszystko co do tej chwili razem stworzyliśmy to za mało.. widać to po ilości rozwodów, rozstań w ostatnim czasie. Nie chce być sama z trójką dzieci, nie będę szczęśliwa – a chcę być.

Za małe mieszkanie

To co, że nasze mieszkanie ma aktualnie 79.8m2. Niejedna osoba marzy o takim metrażu (swoim, nie wynajmowanym) ale dla mnie to za mało. Może nie tyle że mało, bo wielkościowo byłoby ok. Chodzi bardziej o rozstaw pomieszczeń i brak możliwości „wyciągnięcia” z niego jeszcze jednego pokoju. Aktualnie czeka nas remont, planujemy przenieść kuchnię do salonu by uzyskać dodatkowy pokój który będzie w przyszłości Antka. Nie ma w moi słowniku pojęcia „wspólny pokój”. Każde dziecko powinno mieć swój pokój, prywatność i swobodę. Teraz jeszcze mogą być razem, ale za max 2 lata już będę na siłę chciała ich rozdzielić. Dziecko musi mieć soją przestrzeń, którą dostosuje do potrzeb, charakteru i zainteresowań. Chłopiec i dziewczyna w jednym – zdecydowanie nie. Dlatego gdy miałby być trzecie to czeka nas zmiana mieszkania na takie które ma UWAGA! 5 pokoi (kolejno: salon, nasza sypialnia, pokój Blanki, pokój Antka i pokój X) czyli podsumowując – dom. A na to nas w chwili obecnej nie stać.

Brak rozwoju i kontaktu ze światem

Mojego oczywiście. Nie po to kończyłam studia, a od października zaczynam kolejne by siedzieć znów 3 lata w domu (u nas żłobek to jakiś 1000zł, więc sorry). Marzy mi się wyjście do ludzi nie na pól roku, rok czy dwa lata. Na zawsze bym już chciała wrócić do pracy i zacząć kształtować swoją karierę. Ostatnio mama Daniela powiedziała mi, że gdy tylko zacznę pracę zamarzę o trzecim dziecku – by iść na L4. Sama nie wiem czy tak będzie, nie mówię że nie, jednak w tej chwili – po 6 latach opiekowania się dziećmi (chociaż nie, rok pracowałam w międzyczasie) chcę iść do pracy. Bo blog, chociaż byłby w stanie zapewnić nam jedzenie to nie da mi aż takiego kontaktu z ludźmi jakiego ja potrzebuję.

Zniszczy moje zdrowie

Serio się tego boje. Doskonale wiem, że są matki które rodziły więcej niż 3 razy i żyją. Bez zbędnej ściemy, ciąża powoduje mega spustoszenie w organizmie kobiety. Widziałaś kiedyś filmik jak organy podczas tego stanu się przemieszczają? Dla mnie to jakiś fenomen! Ciało ludzkie jest niesamowite. Mi podczas porodu Antka pękła szyjka macicy, nic takiego bo już w tym miejscu jest blizna. Chociaż moja szyjka nie jest tak wydolna jak kobiety która nie rodziła to jest w stanie donosić ciąże – czego przykładem jest Blanka i jej 42 tygodnie w brzuchu mamy. Boję się powikłań, kolejnego szycia, dochodzenia do siebie. Nie chcę mieć pobieranej krwi co miesiąc, bo panicznie boję się igły. Bólu porodowego się nie boję – boję się że coś pójdzie nie tak i nie będę w stanie zajmować się już tymi dziećmi które mam.

Wiem że zakładanie od razu czarnych scenariuszy jest złe. Nie można tak budować przyszłości z osobą którą się kocha. Takie rany na psychice mi zostały. Daniel o nich wiedział, wie i wiedzieć będzie. Życie nauczyło mnie patrzeć kilka lat do przodu, nie żyć chwilą obecną i martwić się tylko tym co wydarzy się w ciągu najbliższego roku. Kalkulacja bardziej „opłacalnych” posunięć jest już na stałe wyryta w mojej głowie. Od błahych spraw, takich jak kupno iPhone 7 plus czy Samsunga S8 a właśnie poważnych jak kupno działki czy decyzja o trzecim dziecku. Błagam powiedz mi że przesadzam!

 

 

Blog - archiwum Kuchnia - archiwum

Jak planujemy zakupy i wydajemy 1000zł miesięcznie na jedzenie i chemię!

30 czerwca 2017

O tak moja kochana da się! Oczywiście że się da i wcale nie trzeba jakoś specjalnie mocno się starać. Pamiętam jak jakiś czas temu chyba na instagramie wdałam się w dyskusję z innymi kobietami które zarzekały się że one muszą na jedzenie, środki czystości, kosmetyki (i dopisz sobie jeszcze inne rzeczy, które używasz na co dzień) wydać co najmniej 2000 zł czy nawet 3000 zł bo mniej się nie da. U nas nie ma jakiegoś mocnego nacisku na oszczędzanie. Kupujemy to, na co mamy aktualnie ochotę (tak chipsy, niezdrowe napoje, zupki z paczki – to wszystko tez jest u nas w domu!) ale podczas zakupów kierujemy się pewnymi schematami.

Mistrz promocji i organizacji

To ja! Śmiało możesz mnie na nazywać, bo wszystkie gazetki promocyjne znanych sieciówek spożywczych mam obcykane i są w małym paluszku. Mam je zawsze w domu i oglądam w ciągu dnia z takim zaciekawieniem jak Ty najnowszy numer Cosmopolitan. Po prostu to lubię. A łączenie przyjemnego z tym co będzie nam potrzebne to podwójna radość. Każdorazowo oglądając taka gazetkę wyłapuje produkty które będą mi potrzebne na obiad, śniadanie czy kolację na cały najbliższy tydzień. Nie planujemy wcześniej co zjemy, nasze menu bardziej uzależnione jest od tego co wyłapię w takiej gazetce. Przykładowo widzę młode ziemniaczki za 1,19zł i kostkę twarogu w promocji (kup dwie a za drugą płacisz połowę) i już widzę że na obiad będą UWAGA! Pyry z gzikiem (na bank ktoś będzie musiał to googlować – witamy w Wielkopolsce!). Innym razem jakaś mieszanka warzyw na patelnię, ryż i pomidory w puszcze.. no obiad nasuwa się sam prawda? Kupuj podwójnie będzie na dwa dni.

Na zakupy ZAWSZE chodzimy z karteczką.

Mam to w nosie to, czy wyglądam z tą kartką głupio, śmiesznie czy żałośnie. To Ty później złościsz się w domu że zapomniałaś kupić sera, pomidorów czy proszku do prana. Ja poza majerankiem (o którym NIGDY nie pamiętam) mam wszystko co jest mi potrzebne. Raz że w moim koszyku jest to, co w tygodniu na bank zostanie zjedzone i wykorzystane – a dwa, nie wydaję pieniędzy na coś, co zaraz się zepsuje i kasę wyrzucisz do śmieci. Jeździmy na zakupy raz w tygodniu, dodatkowo codziennie Daniel idzie po świeże pieczywo a ja po południu z dziećmi do „warzywniaka” po owoce. Takie zakupy też powodują to, że wydajesz mniej – bo ZAWSZE w sklepie znajdzie się coś co „potrzebujesz”.

Nie jeździmy z dziećmi.

Gdy jesteśmy na etapie sporządzania listy zakupów, dzieci bardzo aktywnie biorą w niej udział. Opowiadają na co mają ochotę i w 70% przypadków mają to co chcieli. Ale do sklepu, podczas dużych zakupów zawozimy ich do babci i dziadka. Raz że trwają one znacznie krócej i są o wiele bardziej przyjemne. Dwa, masz okazję przeczytać chociaż jeden skład dodany do opakowania produktu. Trzy – wydajesz mniej kasy. Po prostu. Nikt nie woła że chce żelki, jogurt, czekoladkę loda – A Ty dla świętego spokoju wkładałaś to do koszyka by już przestało gadać i błagać. Cisza, relaks, spokój sielanka. Po 30 minutach w domu, przypomni Ci że nie kupiłaś czegoś – ale w domu to sobie krzyczeć może 🙂 Wiem że nie każdy ma możliwość by dzieci z kimś zostawić, my też często nie mamy. Dlatego jeden z nas zostaje z nimi w domu a drugi jedzie sam.

Nie mamy wspólnych pieniędzy.

U nas jest zasada „każdy sobie”. W wolnym tłumaczeniu : tankujesz auto swoje – płacisz ze swoich, jedziesz do kosmetyczki – płać ze swoich, zepsuł Ci się samochód – nie ma zrzutki, płac ze swoich. Jedziemy na wakacje – spoko, ale Ty opłacasz swój nocleg, ja swój. Mamy miesięcznie 2000zł które są po to, by opłacić rachunki i właśnie kupić jedzenie czy artykuły do domu. Do 10 dnia każdego miesiąca mam opłacone wszystko co trzeba zapłacić i wiem, że reszta jest po to by po prostu żyć. Było mega ciężko na początku. Taka zasada zdecydowanie nie jest dla każdego ale u nas spisuje się dość fajnie i raczej szybko z niej nie zrezygnujemy. Pamiętam jak rok temu ledwo starczało nam do kolejnej „zrzutki do puszki”. Był to lipiec, sama rozumiesz ogrzewanie zerowe, obiady szybkie.. więc i rachunki mega niskie – a nam brakowało. Zima nauczyła nas oszczędności, gdy raz dostaliśmy rachunek za ogrzewanie w kwocie 800zł – a gdzie tu za pozostałe 1200zł jeszcze zapłacić prąd, mieszkanie, Internet, ratę i jeszcze kupić coś do jedzenia. Było nam to potrzebne, bo teraz fajnie nam się żyje.

Ile w takim razie wydajemy?

Zależy od tygodnia, wiadomo. Raz zostanie nam pół torebki grochu i można znów wyczarować grochówkę czy inne cudo, zapas mięsa bo babcia i dziadek zaprosili nas na obiad. Za to w kolejnym tygodniu skończy się proszek do prania, szampon Daniela czy obie kawy. Średnio jest to 150 zł / tydzień w dużym markecie. Dodatkowo 35 zł/ miesiąc na pieczywo, 150zł/ miesiąc owoce i 100/200zł na fast-food czy inne śmieciowe jedzenie. Mieszkamy razem rok i na jedzenie i artykuły domowe nigdy nie wydaliśmy więcej niż 1000zł. Najczęściej jest to 800-900zł a za „zaoszczędzone” pieniądze jedziemy do kina z dziećmi (tak, to koszt 150zł byliśmy w tym tygodniu 😀 ).

Da się! Zje to trochę więcej czasu i energii ale na efekty nie będziesz musiała długo czekać.

Blog - archiwum Dom - archiwum

Było sobie życie – wspomnienie dzieciństwa, nauka i zabawa.

15 czerwca 2017

Pamiętam moje dzieciństwo i czas gdy znalazłam chwilkę by usiąść spokojnie i pooglądać telewizję. Wiesz, chociaż mam 24 lata to jeszcze byłam tym pokoleniem które mama wołała z okna tylko na obiad i kolację, bo na nic innego nie było czasu – zabawa na dworze była najlepsza. Nawet po wodę nie miałam czasu wchodzić na drugie piętro i wołałam pod oknem tak długo aż mama nie stanęła w nim, już mega wściekła i krzyczała „CO ZNOWU? przyjdź se” ale wiesz.. to były czasy.

Teraz jest inaczej. Chociaż wtedy też było szaleństwo bajkowo-konsolowe. Miałam swoją konsole na dyskietki i szalałam z koleżankami grając w Mario. Nie było tego dużo, na pewno nie tyle ile teraz mają nasze dzieci. Ale pamiętam gumisie, smerfy, tabalugę, muminki i BYŁO SOBIE ŻYCIE. To był hit, znałam się bardziej na układach które są wewnątrz człowieka niż moi rodzice. W małym palcu miałam to z czego składa się krew, ile komórek ma ludzki mózg czy taką podstawę jak budowę DNA. Jakie było moje zaskoczenie jak pewnego dnia odkryliśmy że ona znów jest dostępna w TV. Już teraz widzę że zahipnotyzowała ona moje dzieci tak bardzo, jak mnie 20 lat temu.

Gdy dostałam propozycję od hippocampus musiałam się zgodzić. Są gry, bajki, komiksy które po prostu warto mieć i polecać dalej. Są też takie elementy wiedzy które moim zdaniem, każdy powinien znać a znajomość swojego własnego ciała jest taka podstawą. Gry są jednym z lepszych sposobów na rozwój wielu pozytywnych cech u dziecka, a połączenie ich z elementami wiedzy które zapamięta i prawdopodobnie zachowa do końca życia jest mieszanką wybuchową i polecaną.

My jesteśmy w posiadaniu dwóch różnych gier, pierwsza to wcześniej wspomniana Było sobie życie. Wspomnienia odżywają i naprawdę bardzo podoba mi się ta gra. Niektóre pytania sprawiły mi trudność, ale szczerze – wstyd, bo powinnam to wszystko wiedzieć. Antko miał z tym mniej problemów od mamy. Może zacznę oglądać bajkę razem z nim?

„Choć celem gry jest zbieranie żetonów (Globina i Hemo), które zdobywa się relatywnie łatwo, trzeba być niezwykle czujnym, bo to, co łatwo przychodzi, jeszcze łatwiej jest stracić. Trzeba uważać na niebezpieczne ataki wirusa, stawać do pojedynków, decydować, kiedy warto wymieniać żetony Globina na żeton Hemo. I tak na marginesie innych zdarzeń poznajemy funkcje śledziony, wątroby, nerek, odkrywamy, przed czym chroni nas mycie rąk.”

 

Cały zestaw składa się z :

1 plansza
1 kostka do gry
8 pionków do wyboru
53 karty Pytania łatwe
53 karty Pytania trudne
45 kart Szansa
45 kart Pech
35 żetonów Leukocyt
35 żetonów Lekarstwa
84 żetony Globinka
30 żetony Hemo
4 detektory odpowiedzi
4 karty przelicznik
1 instrukcja gry
 

Druga propozycja wydawnictwa to Był sobie człowiek. Przyznaję się bez bicia, z historii byłam zawsze słaba. Bardzo słaba! Chociaż z bieżących spraw politycznych nie było tragedii (zdałam maturę z wos-u) tak czasy przeszłe to czarna magia. Tak się składa że Daniel jest jej wielkim fanem i naprawdę fajnie ogarnia niektóre tematy. Ta propozycja jest idealna dla niego, a grając w nią z Antkiem może zarazić go łatwo pasją i nauczyć najważniejszych wydarzeń historycznych.

„Podczas wędrówki poznajemy zwyczaje ludzi z minionych epok, walczymy z atakującym niespodziewanie zbójem, ścieramy się w pojedynkach. Trzeba wiele sprytu, pomysłowości i oczywiście inteligencji, by okazać się lepszym od innych. Jak zawsze, możemy liczyć na pomoc Mistrza.”

Gra składa się z tych elementów:

1 plansza
8 pionków do wyboru
2 kostki do gry
8 kart postaci
18 kart mecenasa
67 kart Pytanie tekstowe
72 karty Pytanie obrazkowe
45 kart Ryzyko
45 kart Pojedynek,
16 żetonów Zbój
• banknoty
4 detektory odpowiedzi
1 instrukcja gry

Znasz te propozycje?
Jeśli spodobał Ci się wpis, będzie mi miło za znak że tu jesteś 🙂

 

Nasz Instagram